środa, 23 grudnia 2020

Raison d'etre i Prospectus I: Niczego straszniejszego nie usłyszycie

Zdaje się, że niczego straszniejszego nagrać się już nie da... Jest to muzyka, która korzeniami sięga nieco do kultowego albumu the Residents pt. Postcards from Patmos, opisanego przez na TUTAJ, a trochę ociera się o futurystyczne wizje z Czernobyla rozpościerane na albumie Lethe pt. Nowhere (warto zobaczyć TUTAJ). 

Wydaje się, że jednak Prospectus I, chyba najlepszy album w dorobku Raison d'etre, jest o wiele bardziej mroczny. Eksperci nazywają go kanonicznym albumem stylu dark ambient/ dark electro. Jak zwał tak zwał, ale trzeba oddać, że Prospectus I przysparza chwilami o dreszcze, jest pełen dziwnych industrialnych dźwięków, odgłosów, chórów, na tle których rozbrzmiewa elektroniczna muzyka pełna patosu.

Za projektem ukrywa się jedna osoba, mianowicie Szwed Peter Andersson, który pojawił się na rynku muzycznym w 1991 roku i okazał się być na tyle płodnym artystą, że popełnił pod nazwą Raison d'etre około 20 albumów. Ale to nie wszystko, okazuje się, że artysta nagrywa jeszcze pod kilkoma innymi nazwami (cały aktualizowany na bieżąco dorobek artysty jest TUTAJ). 

Wszystkie swoje projekty umieścił w wytwórni o nazwie Yantra Atmospheres (LINK), a dokładny spis wydanych płyt można znaleźć TUTAJ. 

Zapytany w wywiadzie przeprowadzonym kilka lat temu dla Rockmetal.pl (LINK) odpowiedział, że najpierw tworzy muzykę, a później przypisuje ją do odpowiedniego projektu. 

Na co dzień jest człowiekiem bardzo optymistycznie nastawionym do życia, a co najciekawsze - poproszony o komentarz faktu, że niektórzy lekarze używają jego muzyki do terapii odpowiedział:

Słyszałem, że kilku lekarzy w Polsce i Holandii czy Belgii korzysta z mojej muzyki podczas terapii pacjentów, ale nie znam szczegółów ani też nie wiem, czy daje to jakieś efekty. Nie sądzę, żeby moja muzyka mogła leczyć sama z siebie, ale może pomagać w pewnym stopniu. A to bardzo dobrze.

Strach się bać, a sama myśl że można dostać się do takiego lekarza przyprawia o dreszcze. 

Postanowiliśmy przybliżyć twórczość Raison d'etre zaczynając od drugiego albumu (nie jest prawdą, jak piszą niektórzy, że debiutu), płyty Prospectus I z 1993 roku.

O albumie autor pisze tak: Oszałamiająca mieszanka nowoczesnego „miękkiego” gotyckiego brzmienia i ponadczasowych śpiewów, rodem z katolickich rytuałów. To nie tylko piękny dźwięk, ale też przepełniony melancholią. Dziewięć utworów w samplach, pętle, powolne mocne uderzenia perkusji, orkiestracja, dzwonki, instrumenty klawiszowe, pieśni, echa, przedłużone nuty ... uczucie jak by się eksplorowało wnętrze fabryki lub nawiedzony klasztor. Kolejna płyta, z którą można siedzieć samotnie w ciemności.

A to my lubimy bardzo... Można nawet powiedzieć, że najbardziej.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


Raison d'etre, i Prospectus I, Cold Meat Industry, 1993, tracklista: Katharsis, Ordeal In Chapel, Ascension De Profundis, Mourning, Mesmerized, In Sorrow, Cenotaphium, Synopsis, Anathema/ Apotheosis, Penumbra.       

wtorek, 22 grudnia 2020

Kłomino: polskie miasto widmo

Pokazaliśmy już opuszczone miejsca w Stanach Zjednoczonych, za pośrednictwem niesamowitych zdjęć Jenn Brown (LINK) lecz nie trzeba jechać aż tak daleko, bo w naszym kraju także są podobne, nie tylko pojedyncze budynki. Mamy w Polsce całe miasto-widmo.






Kłomino, bo tak się nazywa, leży na północy, w pobliżu dawnej bazy radzieckiej w Borne Sulinowie (dokładnie w odległości 10 kilometrów). Dzisiaj niewiele po latach dewastacji z niego zostało, ale to co jest, nadal przeraża. Straszą tu nie tylko koszmarne poradzieckie ruiny, lecz także upiory przeszłości, ponieważ wcześniej, zanim miasteczko opanowali czerwonoarmiejcy istniał w nim niemiecki obóz hitlerowski, przez który przeszło parę tysięcy jeńców. Trzymano ich w kompleksie drewnianych, koszarowych baraków, zbudowanych przed wojną dla niemieckich oddziałów Służby Pracy. Po 1 września 1939 roku dowództwo wojskowe Wermachtu urządziło w lesie przy Kłominie Dulag, potem Stalag, a w końcu Oflag II D Gross-Born. Oprócz polskich żołnierzy, oficerów i szeregowych w liczbie 6 tysięcy, trzymano w nim cywilów, w tym 170 jeńców wojennych Żydów oraz powstańców warszawskich. Więziony był tu m.in. mjr Henryk Sucharski, obrońca Westerplatte i dramaturg Leon Kruczkowski. Oprócz Polaków byli osadzeni w nim także Francuzi i Rosjanie, ci ostatni w wyjątkowo złych warunkach, o czym świadczą dane archiwalne: otóż z 26 tysięcy jeńców w przeciągu roku pozostało 8 tysięcy, gdyż reszta zmarła śmiercią głodową. W 1945 roku hitlerowcy ewakuowali pozostałych – Polaków, Francuzów i Rosjan pieszo na zachód do Sandbostel. Trasa przemarszu wynosiła ponad 700 km… 





Gdy odeszli Niemcy, do obozu wkroczyli Rosjanie i zamienili go najpierw na obóz jeniecki dla Niemców, których wielu tu zginęło, a potem na bazę wojskową, w której przechowywano głowice nuklearne dalekiego zasięgu. W latach 70. Kłomino przemianowane na rosyjski Gródek stało się zamkniętym, tajnym miastem. Mieszkali w nim żołnierze i oficerowie radzieccy z rodzinami. Wybudowano dla nich bloki, szpital, szkołę, kantynę, hydrofornię garaże, sklepy i kino. Nikt niepowołany nie miał wstępu, a cały teren otoczono potrójnym ogrodzeniem z zasiekami pod napięciem. 






Po przejęciu w 1992 roku Kłomina i Borne Sulinowo przez polską administrację cywilną i wycofaniu się wojsk radzieckich z Polski, Borne Sulimowo zostało zasiedlone. Ale nie Kłomino. Ono pozostało puste. Wprawdzie samorząd lokalnych chciał sprzedać całe miasto za sumę 2 mln złotych (czyli ok. pół miliona euro), jednak chętnych nie było. Wtedy zaczął się etap systematycznego niszczenia, wyburzania i dewastacji miejscowych budynków. Szczególnie proces ten się nasilił po 2000 roku. Zrównano z ziemią po kolei bloki koszarowe, budynek sztabu, szkołę, sklep, klub oficerski, garaże i warsztaty, stołówkę wojskową, hydrofornię i wiele innych budynków. Obecnie pozostały w zasadzie tylko cztery gmachy, należące do osób prywatnych oraz do Lasów Państwowych i władz samorządowych. Kiedyś w Kłominie na stałe mieszkało nawet i 5 tys. ludzi, teraz legalnie dwie rodziny leśników oraz okresowo kilkoro bezdomnych.

Podobno jednak ostatnio coś zaczęło się zmieniać na lepsze, wybudowano kotłownię i wysypisko śmieci. Rozpoczęły się także badania nad przeszłością miasteczka. Misja archeologiczna pod kierunkiem profesora Andrzeja Koli z katedry archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w lasach koło Kłomina, tam, gdzie mieścił się obóz jeniecki Gross Born – Westwalenhof znalazła ok 40 masowych grobów i podjęła się ich ekshumacji. Archeolodzy szacują, iż w mogiłach spoczywa około 2,5 tysiąca oficerów narodowości polskiej, rosyjskiej i francuskiej, lecz do przebadania mają większy teren, ponieważ na podstawie danych historycznych szacuje się, że w lasach wokół Kłomina pochowano około 30 tysięcy jeńców. 

Tyle historia. To, co straszy dzisiaj przybyszy, to krańcowo zdewastowane, upiorne bloki, z powyrywanymi klatkami schodowymi, stertami gruzu i dziurami w murach.  Straszy w nim historia i teraźniejszość bez przyszłości…



*niektóre prezentowane zdjęcia zostały wykonane przez Jacka Grzesiaka i pochodzą stąd (LINK).


Aktualne informacje na temat Kłomina można śledzić za pośrednictwem konta na FB: LINK.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Isolatons News 120: Peter Hook i New Order live, True Order, Atrocity Exhibition i Shortparis live, w Srawberry Studios odzyskują nagrania, New Waves Day 2021, nowy klip the Clash i Zoe Zanias, Lindemann nagrywa, Cure charytatywnie, książka o King Crimson

Peter Hook opublikował setlistę sfilmowanego koncertu Live in Mexico City, który będzie transmitowany w pięciu różnych strefach czasowych w piątek 15 stycznia 2021 r. za pośrednictwem www.dice.fmTen. 2-godzinny film wypełniają piosenki z Unknown Pleasures oraz Closer wykonywane na żywo, oraz pozostałe utwory Joy Division. Bilety na tę transmisję oferowane są TUTAJ. Można wybrać odpowiednią strefę czasową, cały dochód z transmisji zostanie przeznaczony na wsparcie ekipy obsługującej koncerty Hooka (LINK).  

Wcześniej Hooka będzie można posłuchać podczas sylwestrowej nocy za pośrednictwem United We Stream GM. Przekaz będzie trwał od godziny 10:00 rano 31 grudnia do 10:00 1 stycznia i oprócz byłego basisty Joy Division weźmie w nim udział szereg międzynarodowych DJ-ów, bywalców klubu Haçienda. Całość ma być dostępna za darmo, jednak organizatorzy liczą na darowizny, z których połowa zasili konto oneGM (kampanii na rzecz poszkodowanych przez COVID-19) a połowa zostanie rozdzielona pomiędzy wybrane przez Haçiendę organizacje charytatywne: Save The Children, The Frankie Knuckles Foundation i PeaceMeal in Ancoats (LINK).


Również ekszespół Hooka, czyli New Order ogłosił swój pierwszy od czterech lat koncert w Manchesterze i to na świeżym powietrzu w Heaton Park, we wrześniu 2021 roku. Towarzyszyć im będą: Hot Chip i Working Men’s Club - występ poprzedzi przełożoną trasę koncertową grupy po Stanach Zjednoczonych z Pet Shop Boys. Więcej o tym TUTAJ i TUTAJ.


Tymczasem 20.03. 2021 impreza powyżej. Wystąpią dwie kapele tribute, zarówno NO jak i JD, True Order i Atrocity Exhibition. Ci drudzy brzmią tak:


Szczerze mówiąc d. nie urywa. Znamy o wiele lepsze wykony z muzyką Joy Division, o jednym z nich pisaliśmy TUTAJ.


Z kolei Srawberry Studios, w którym nagrywali Curtis i koledzy, zaczyna odtwarzać stare nagrania z końca lat 70 - tych. Zaczynają od 10CC (LINK), całość będzie filmowana. Kto wie, może pojawią się jakieś smaczki związane z Joy Division.


W temacie nowej fali - w Oberhausen 19 czerwca 2021 dojdzie do skutku New Waves Day, który miał mieć miejsce w maju tego roku. W programie znaleźli się: Gary Numan, Chameleons, And Also The Trees, Blancmange, Soviet Soviet, Whispers in the Shadow, Reptyle (LINK). My szczególnie z tej grupy lubimy the Chameleons o których pisaliśmy TUTAJ, oraz And Also The Trees (TUTAJ). O obu bandach jeszcze napiszemy.


Skoro o koncertach i postpunku - w klubie Proxima w warszawie 31.05.2021 o godzinie 19:00 wystąpi rosyjski zespół Shortparis. Zespół, jak wiać powyżej, grający w stylu postpunk, Alternatywa/Indie i dark wave zgarnął ostatnio  szereg nagród w Rosji, w tym za Odkrycie Roku (GQ Russia), Zespół Roku, Singiel Roku i Klip Roku (Jager Music Awards). (LINK). Rzeczywiście muzyka jest ciekawa i wymaga przyjrzenia się.


Jeśli post - punk, to dlaczego nie punk? The Clash opublikowali nowy teledysk do starej piosenki. Zapewne gratka dla fanów zespołu, do których nie należymy... 


Za to należymy do wielkich fanów talentu Zoe Zanias, z którą rozmawialiśmy TUTAJ. Powyżej jej nowy utwór Komodo. Zoe przyznaje że śpiewa w nim niczym Lisa Gerrard (LINK). My wiedzieliśmy o tym już dawno (LINK).


Za to inni artyści, których bardzo lubimy - Tangerine Dream pracują nad nowym albumem, nagrywają go w Berlinie, w wytwórni płyt Kscope (LINK). Oczywiście żarcik, choć nie do  końca. Z TAMTEGO Tangerine, który lubimy (a o którym pisaliśmy TUTAJ) w TYM Tangerine pozostała tylko nazwa. Reszta wymarła z muzykami.  

W temacie wymierania - wokalista Rammstein Till Lindemann i skrzypek David Garrett wydali wspólny singiel i mroczny wideoklip Alle Tage ist Kein Sonntag. Można go obejrzeć powyżej. Najlepiej wyłączając dźwięk.


W temacie słabszych piosenek - Robert Smith został patronem organizacji charytatywnej Heart Research UK i dał bożonarodzeniowy wywiad do Puls, ich magazynu (LINK). Wcześniej frontman the Cure ofiarował im na aukcję swój obraz, który został sprzedany za kwotę 5100 funtów... Miło z jego strony, skoro muzycznie jest cieniutko, to może chociaż jako malarz?


Ale cieniutko nie było zawsze...  Smith bowiem wykonał ostatnio trzy piosenki z okresu gdy było doskonale: In Your House, M i Play for Today w audycji Seventeen Seconds dla prowadzonej przez Robin Ince, 24-godzinnej transmisji charytatywnej Dziewięć lekcji i kolęd dla ciekawskich ludzi - Zagraj na dziś.


Jak widać z fragmentu wideo powyżej, Smith wykonywał piosenki solo, w towarzystwie automatu perkusyjnego, w pomieszczeniu, które wygląda na jego domowe studio. Wydarzenie było transmitowane przez Cosmic Shambles Network na stronie TUTAJ. Dochód trafił do czterech organizacji charytatywnych: Turn2Us, Lekarze bez granic, Mind i Kings Place Music Foundation. Ponadto widać, że Robert ciągle nieźle gra na gitarze.


Na koniec o innym wielkim wykonawcy, a w zasadzie o książce o nim. Ta, autorstwa Sida Smitha pt. In The Court Of King Crimson została wybrana jako jedna z dziesięciu najlepszych książek muzycznych roku 2020 przez Davida Hepwortha i Marka Ellena, zespół odpowiedzialny za popularny podcast A Word In Your Ear (LINK) - Best music books of 2020. O genialnym albumie King Crimson pisaliśmy TUTAJ. 

Tych dwóch gości nie znamy, za to znamy książkę Jona Savagea o Joy Division (streszczoną przez nas TUTAJ) i dla nas, ona jest jedną z najważniejszych książek muzycznych ostatnich lat. 

Ale my się na pewno nie znamy na muzyce tak jak misiaczki od podcastów. Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 20 grudnia 2020

Futurama: wyjątkowy festiwal dawniej i teraz

Parę razy na naszym blogu wspominaliśmy już festiwal Futurama z 1979 roku. Dwudniowa impreza zorganizowana w Queens Hall w Leeds przeszła już do legendy. Sama jej nazwa - Futurama 79: pierwszy na świecie festiwal muzyki science fiction był i jest zaskakujący, jeśli spojrzy się na listę zespołów, które wzięły w niej udział: Public Image Ltd., Echo & the Bunnymen, Orchestral Manoeuvres in the Dark, Adam And The Ants, The Fall, Hawkwind, Scritti Politti, The Only Ones, The Teardrop Explodes, Cabaret Voltaire, A Certain Ratio, The Monochrome Set, Joy Division, Void, Spizzenergi, The Invaders, Punishment of Luxury, Prag Vec i Punilux. 

Jej organizator, John Keenan tak to skomentował po latach: To może być dziwne, takie połączenie PiL [Public Image Ltd ] z Sci-Fi, ale pozornie, ponieważ nazwa science-fiction była tylko żartem, głównym celem festiwalu było wspieranie zespołów progresywnych, wśród których byli m. in. PiL oraz zebranie pieniędzy na lokalną wytwórnię płytową. Dodajmy, że nazwa - Futurama – pochodziła z tytułu drugiego albumu zespołu Be-Bop Deluxe, wydanego w 1975 roku, a festiwal urządzono w budynku, który oczywiście teraz nie istnieje, rozebrano go w 1989 roku (teraz jest tam parking i parking podziemny). Zbudowano go na przełomie XIX i XX wieku na potrzeby zajezdni tramwajowej Swinegate. W 1961 roku, kiedy obiekt przestał pełnić swoją pierwotną funkcję, jego wnętrze po odnowieniu adaptowano w 1961 roku na salę koncertową Queens Hall na 5000 osób. Wkrótce miejsce stało się bardzo popularne wśród studentów i mieszkańców Leeds. Pierwszym wydarzeniem, które się tam odbyło, była wystawa Yorkshire Ideal Home & Food Exhibition (5–20 maja 1961 r.), sponsorowana przez The Yorkshire Post.


Futuramę John Keenan zorganizował na bazie prowadzonego przez siebie klubu F, o powstaniu którego tak mówił: Cóż, w zasadzie założyłem klub w Poly z facetem który nazywał się Graham Cardy i (…) po prostu powołaliśmy zespoły, które chcieliśmy w nim zobaczyć. Działo się to w lecie 1977 roku, a potem z Poly wyrzucił nas z wspólnego pomieszczenia, czyli salki, którą tam zajmowaliśmy. W tamtym okresie w tym pokoiku pokazałem The Slits, The Police i The Spitfire Boys, Slaughter & the Dogs i XTC. Wszystko to w tamtej małej wspólnej salce, w przeciągu kilku tygodni. Kiedy nas wyrzucili, musiałem szukać czegoś gdzie indziej i znalazłem upadający klub kabaretowy, zwany Ace of Trefl, który był wtedy na topie. Dali mi więc kilka dni w tygodniu, abym tam coś robił i rozpocząłem od września. A ponieważ opuszczaliśmy Poly, wydałem ulotkę o treści: „Zabierzmy stąd F”. I wiesz, w zasadzie to właśnie stąd pochodzi nazwa F-Club. Pomyślałem, a ponieważ w Poly mieliśmy naprawdę dobrą publiczność, pomyślałem: „Jak mogę utrzymać ich wszystkich razem?” I wtedy pomyślałem o członkostwie i dałem im kartę F-Club, przyznającą zniżkę na przyszłe imprezy, dawnym członkom  z Poly (LINK).

John Keenan teraz i wówczas:



Gościem specjalnym pierwszego dnia festiwalu był Tony Wilson. Na widowni znalazła się także Annik Honore (LINK). Warunki, w jakich występowały zespoły były cokolwiek trudne, niedawno przy opisie bootlegu z koncertu Joy Division zamieściliśmy relację jednego z widzów, który wspomniał o zimnie i brudzie (LINK). To samo zauważają inni, jak choćby fan Public Image Ltd., która to grupa miała być wiodąca a okazało się, że cały show skradło jej Joy Division: Wyjechałem z Nottingham z kilkoma kumplami w Hillman Imp. PiL [Public Image Ltd] znalazło się na końcu bardzo długiej listy (myślę, że pierwszy zespół grał w porze podwieczorku – a to było około 10 godzin później). Wszyscy byli zmęczeni i pijani. Queens Hall była niewygodną salą patrolowaną przez policję! w której była zła akustyka i zimna, betonowa podłoga. I niestety wcześniej wystąpił Joy Division, którzy zaliczyli naprawdę znakomity set. Z punktu widzenia publiczności było to trudne do powtórzenia (nie żeby PiL miał to gdzieś).


Johnny [John Lyndon] spędził większość koncertu plecami do publiczności. Myślę też, że był przeziębiony, ponieważ ciągle wydmuchał nos - bez chusteczki. Byłem pod ogromnym wrażeniem, ponieważ był w stanie wypchnąć smark bardzo starannie z jednego nozdrza prosto na scenę. Jakość dźwięku była bardzo zła, a utwory z Metal Box (których wcześniej nie słyszałem) były dla mnie kompletnie oszałamiające, zupełnie nieczytelne. Publiczność złożona z punków, a było ich wielu, musiała być rozczarowana. Koncert był krótki i nie było bisu, właściwie to chyba pamiętam, że po długich brawach, gwizdaniu itp., Zapalono światła i ogłoszono: Public Image opuścił budynek. 

Inny fan dał podobną recenzję: Pamiętam, że chciałem zobaczyć / usłyszeć występ PiL, ale byłem spragniony i siedziałem z boku w drzwiach kawiarni (cóż, nie tak bardzo z boku, ale generalnie poza linią strzału, ludzie rzucali różnymi rzeczami w Lydona na scenie) i obserwowałem, ciesząc się, że PiL odszedł od Pistolsów, których widziałem w Newport Shropshire niecałe 2 lata wcześniej. Dźwięk PiL był nowy, nieco szorstki, ale mocny i przyszłościowy. Było mi przykro, że rzucający śmieci wciąż irytowali Johna. Odrzucał je, ale jeden strzał trafił go w głowę i to wystarczyło. Siedział na krześle tyłem do widowni, przodem do śmierdzącego miejsca (podobno tam były przepełnione toalety artystów) i to wszystko. Nie bardzo to pamiętam  - poza jednym - warto było zobaczyć nie tylko PiL  ale i wszystkie inne zespoły, Joy Division byli przyjaźnie nastawienie do publiczności, to był tam świetny występ...  Myślę, że ludzie z Leeds sądzili, że wylądowali obcy (LINK).  

A tak ten pierwszy festiwal Futurama zapamiętał stały bywalec takich imprez Jonathan Bousfield (LINK): Zdecydowanie brakowało czegoś, co można by kojarzyć z festiwalem przyszłości. Było kilka straganów z przekąskami, T-shirtami, punkowymi odznakami; ale prawie nic z treści „science fiction” sugerowanych przez nazwę. Widziałem rodziców ciągnących dzieci po korytarzu, z rozczarowaniem po zmarnowanym dniu wyrytym na ich twarzach. Jednak zasadnicza nędza Futuramy dotknęła mnie dopiero pod koniec pierwszego wieczoru, kiedy zalane toalety i śliskie podłogi sprawiły, że żałowałem, że nie wyszedłem wcześniej i nie złapałem się na ostatni autobus do domu. Podłoga była zbyt mokra i brudna, aby na niej spać, a ludzie układali się na kawałkach kartonu lub podartych plastikowych torbach. Razem z grupą znajomych znalazłem drewnianą deskę, na której mogłem się położyć - ale groziło nam wyrzucenie, gdy okazało się, że ta deska była w rzeczywistości oderwaną częścią sceny. Festiwal był „pożerany” przez publiczność. (…)Jedynym występem, jaki pamiętam z całą jasnością, był koncert Joy Division, którzy wyszli na scenę tuż po podwieczorku w sobotę 8 września. Po ryzykownym eksperymencie z musicalowym brzmieniem, z jakim zaczęli set, potem było lepiej. Na żywo byli propozycją znacznie bardziej umięśnioną, silniejszą i emocjonalną, niż zespół, którego lodowate, wykonywane w studiu piosenki po raz pierwszy usłyszałem w nocnym programie radiowym Johna Peela. Wydawali się poza tym zdenerwowani i niedoświadczeni, a gitarzysta Bernard Sumner w szczególności wydawał się, że nie może się doczekać na swoją kolej i zaczynał riffy, na które reszta zespołu wydawała się nieprzygotowana. 

To oczywiście obecność na scenie wokalisty Iana Curtisa sprawiła, że zespół był niezapomniany. Szarpany taniec, uderzanie pięściami i wymachiwanie, przypadkowe przerwy, w których sprawdzał, czy nie przewrócił swojego statywu mikrofonowego. To było jak oglądanie jakiegoś gigantycznego, nieszczęśliwego człowieka-ćmy z filmu science fiction, którego David Cronenberg nigdy nie zrealizował. Fakt, że Curtis nie poruszał się w rytm muzyki, tylko sprawiał, że jego taniec był jeszcze lepszy;  to było spontaniczne uwolnienie energii psychicznej, a nie choreograficzny produkt sali prób. Ludzie po prostu stali i gapili się. Byli oszołomieni, gdy zdali sobie sprawę, że byli świadkami czegoś ważnego, ale nie byli pewni, co to było - nie mieli wiele do powiedzenia po koncercie. Mimo wymarzonego układu zespołów Futurama została negatywnie oceniona przez prasę muzyczną, która skupiła się na organizacyjnych niedociągnięciach: stosach zmiętych puszek po piwie, źle działających toaletach i fakcie, że obietnica promotora dotycząca „miejsc do spania” sprowadziła się do brudnej, betonowej podłogi.



Tamta Futurama w 1979 roku była pierwsza, po niej festiwal odbył się jeszcze pięć razy (ostatni w 1983 roku). I przeszedł do legendy, do której chcą nawiązać po 40 latach organizatorzy Futuramy w Liverpool.  Nowa edycja, która odbędzie się w dniach od 3 do 4 kwietnia 2021 roku ma nazywać się A utopian festival for dystopian times (utopijny festiwal czasów dystopii), będzie rozgrywać się na czterech scenach w Invisible Wind factory / Make Arts Centre i Ten Streets Social. Swój udział już potwierdził Peter Hook & The Light, którzy zagrają i wykonają w całości setlistę Joy Division z Futuramy 1979. Kolejnym łącznikiem z historią festiwalu będzie występ Theatre Of Hate Kirka Brandona, który w przyszłym roku będzie świętował 40-lecie udziału w Futurama III w 1981 roku. Lista zespołów nie jest jeszcze zamknięta, na razie są na niej: Warmduscher, The Chameleons, The Blinders, The Lovely Eggs, Spizz Energi, Imperial Wax, Just Mustard, Membranes, Evil Blizzard, Sink Ya Teeth, John, Heavy Lungs, We Are Not Devo, DSM IV, Bob Vylan, Billy NoMates, Witch Fever, Tokky Horror, Pozi, Crows, St Agnes, LibraLibra, Courting, Crawlers i Joe & Shitboys.

Bilety już oczywiście można zamawiać, ich koszt to 80 funtów, lecz można należność płacić w czterech ratach, więcej o tym na oficjalnej stronie festiwalu TUTAJ.
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

sobota, 19 grudnia 2020

Niedocenieni: Githead, Immersion i wytwórnia Swim Records - drugie życie eksczłonków Minimal Compact i Colina Newmana z Wire

 


Ostatnio dość mocno eksplorujemy na naszym blogu historię i dalsze losy Minimal Compact (TUTAJ) - niezwykle ważnego zespołu z Izraela, choć tak naprawdę trudno powiedzieć że z tego kraju, bo tworzyli głownie w Amsterdamie a później w Brukseli. Po rozpadzie zespołu muzycy tworzą dalej, co zaowocowało tak znakomitymi wydawnictwami jak choćby Fortisakharov (projekt Rami Fortisa - wokalisty i Berry Sakharova - gitarzysty Minimal Compact) i ich On Gurad (opisanym TUTAJ), czy doskonałym albumem basistki  i wokalistki Minimal Compact Malki Spigel pt. Rosh Ballata, opisanym przez nas TUTAJ. Dzisiaj natomais chcemy przedstawić zespół w którym gra aż dwóch artystów z Minimal Compact, czyli Malka i Max Franken - perkusista. W zespole tworzy też Colin Newman, exczłonek legendarnej kapeli postpunkowej Wire, mąż Malki.


Poza nimi w kapeli działają też Robin Rimbaud, brytyjski artysta balansujący między rockiem eksperymentalnym a soulem, gitarzysta od dzieciństwa.
 

Zespół powstał w roku 2004 i był podporą wytwórni stworzonej przez Malkę i Colina - Swim Records. Pierwsza EP-ka Headgit, wyszła w tym samym roku, a rok później ukazał się pierwszy album zespołu, pt. Profile.


W 2007 roku ukazał się kolejny album grupy, pt. Art Pop. Zespół nagrał go stosując przestarzałe techniki zapisu dźwięku. Finalnie w roku 2009 nagrali płytę Landing, będącą wynikiem ich podróży do Rotterdamu. Po jakimś czasie kapela na chwilę zawiesiła działalność oddając się swoim solowym projektom, by powrócić do studio i nagrać w 2014 album Waiting for a Sign. Jest to bardzo specyficzna muzyka, zespół poszedł w kierunku bardziej akustycznego rocka. Utwory są spokojniejsze a teksty raczej spokojnie monorecytowane. To znakomita muzyka. 


Na koniec kilka słów o wytwórni Malki i Colina - Swim Records. Nie jest to jakiś ogromny projekt, niemniej muzyka jaką oferuje jest niezwykle ciekawa. Tak też poza sześcioma wydawnictwami Malki Spigel i wspomnianymi powyżej wydawnictwami Githead, oferuje jeszcze nagrania Colina Newmana i kapeli o nazwie Immersion . 


Pod tą tajemniczą nazwą kryje się projekt... Malki i Colina. Nie mamy zatem tutaj do czynienia z niczym nowym jeśli chodzi o artystów, tylko jest to kolejny miks. Tym razem jednak to niezwykle interesująca muzyka... instrumentalna. Czy ktoś pamięta instrumentalne wcielenie Minimal Compact pod tytułem Lowlands Flight, opisane przez nas TUTAJ? Immersion to jakby dalszy ciąg, nie widać w nim jednakże neurotycznych wpływów Fortisa i Birnbacha. Jest więcej elektroniki, awangardy i nieco motywów muzyki regionalnej. A jak wygląda to na żywo? Proszę bardzo - oto pełen zapis koncertu Immersion z 2017 roku. 


Tym oto sposobem przedstawiliśmy kilka wcieleń wybitnych muzyków. I żeby zakończyć na tym od czego zaczęliśmy, poniżej dokument Profile, krótki film pokazujący profil Githead - urywki z prób i występów w reżyserii Renate Ziegermann. 



Na koniec kilka przydatnych linków - strona Swim Records jest TUTAJ, a kanał Githead na YT TUTAJ. 

Wkrótce omówimy solowe projekty pozostałych muzyków Minimal Compact. A na koniec - powróćmy jak za dawnych lat, do czasów, które nigdy już nie wrócą, a które roztaczają w nas niepowtarzalne klimaty...


Do czasów, kiedy muzyka znaczyła wszystko. Bo dzisiaj już nikt nawet o ułamkach promila nie potrafi zbliżyć się do tego poziomu, osiągnąć przekaz który wbija się w każdy atom naszych komórek. Amen. 



Takie klimaty tylko u nas - dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.  

piątek, 18 grudnia 2020

Kontrakt z Joy Division podpisany krwią Tony Wilsona, fakt czy mit?


The musicians own everything, the company owns nothing. All our bands have the freedom to fuck off - powyższe zdanie pochodzi ze słynnego kontraktu zawartego pomiędzy Wytwórnią Factory Records, reprezentowaną przez Tony Wilsona, z muzykami Joy Division. Tony, jak głosi legenda, podpisał go własną krwią. Inne pogłoski twierdzą, że nie tylko podpis ale cały kontrakt spisany był krwią. Scena spisywania kontraktu znajduje się w filmach 24 Hour Party People (pisaliśmy o nim TUTAJ) oraz Control. Podobno umowa została napisana na papierowej serwetce po występie Joy Division w Grenada TV. Podobno potem, oprawiony w ramki, kontrakt zawisł na ścianie gabinetu Wilsona w FR, podobno… Można by dodać jeszcze niejedno, ale pora może zadać pytanie, czy taki kontrakt rzeczywiście istniał?



Nie napisali o nim ani Deborah Curtis, ani Bernard Sumner, ani Peter Hook. Sam Wilson raz zaprzeczał jego istnieniu, kiedy indziej opisywał z detalami techniczne aspekty złożenia podpisu. W jednym z wywiadów tak mówił: Chciałby również wyjaśnić kilka innych nieporozumień, w tym opowieść, że wypisywałem umowy z muzykami krwią. Nigdy nie spisałem kontraktu krwią - mówi rozbawiony. Był podpisany krwią, a nie napisany krwią (LINK).  Z kolei prestiżowy portal donosił o napisaniu krwią (LINK). Informacja o kontrakcie pisanym krwią znajduje się także na nieoficjalnej, lecz najbardziej znanej stronie, poświęconej historii wytwórni, założonej przez Johna Coopera (LINK). Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy?

Sam pomysł na taki kontrakt jest niezwykle literackim zabiegiem. Jest powtórzeniem nieomal sceny z Fausta, w której ten podpisuje z diabłem cyrograf, w zamian taką chwilę, o której bohater powie trwaj, jesteś piękna. Podpisuje krwią, bo jak twierdzi Mefistofeles, Krew ma specjalne właściwości w sobie. My nie chcemy wyrokować, czy Wilson wcielił się w Mefistofelesa a Ian Curtis miałby przyjąć rolę Fausta. Zamykając krótkie rozważania na temat kontraktu, chcemy jednak zauważyć, że taka umowa staje się - niczym poemat Goethego – poezją. Ulotną, niezwykłą, nierzeczywistą. Nigdzie bowiem ów kontrakt nie został pokazany, ani na żadnej wystawie, ani na żadnej aukcji. 


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 17 grudnia 2020

Frank Peters: Cząstki życia zamknięte w kadrze

 Passing Away

 

Traveling with

the speed

of darkness,

in the light

of infinity.


Umieranie (odchodzenie na zawsze)


Podróżowanie 

z prędkością

ciemności

w światło

nieskończoności

To jeden z wierszy niderlandzkiego fotografa Franka Peters (ur. 1976 r.), którego prace są równie zwięzłe. Obie formy poetyckie (przyjmujemy za taką również obraz) mają wiele wspólnego z japońskim Haiku - także odnoszą się do życia i śmierci, są pełne stoickiego spokoju, a także - co przecież nie wyklucza się - afirmacji chwili, czyli cząstki życia zamkniętej w kadrze. 

Peters tworzy w stylu, który wyjątkowo cenimy, czyli jest minimalistą, a większość jego prac wykonana jest w technice czarno-białej. Już to wystarczy, abyśmy zapragnęli je pokazać naszym czytelnikom. Ale zanim to nastąpi może kilka zdań o bohaterze dzisiejszego dnia:  Frank Peters urodził się i wychował w Dordtenaar, w Niderlandach (do niedawna zwanych Holandią). Teraz mieszka w Groede w Zelandii, gdzie jego żona od trzech lat prowadzi pensjonat. Frank interesuje się fotografią od 16 roku życia, pasją do robienia zdjęć zaraził się od ojca. Tematem jego prac jest szeroko rozumiany krajobraz: zarówno przyrodniczy jak i miejski. Nas głównie jednak uwiodły jego zdjęcia przyrodnicze i te o ograniczonym spektrum barw.  Fotograf podziela zresztą naszą opinię stwierdzając w jednym z wywiadów iż: czerń i biel oraz monochromatyczność są moim zdaniem najbardziej odpowiednie dla fotografii artystycznej, ponieważ w tej palecie jest więcej duszy i dramatu. Dzięki takiej pracy mogę lepiej wyrazić siebie, ale to nie jest dogmat. Wszystko może się zmienić, ale powinno być interesujące.  Po co Peters tworzy? I tutaj także artysta nie ma wątpliwości: Fotografia artystyczna to dla mnie tworzenie spokojnych, ulotnych, wzruszających chwil. Obrazów, które mówią więcej o samych fotografach, niż ujawniają piękna. O ile mogę ocenić, moja praca to głównie poszukiwanie równowagi, doskonałości, to ucieczka od rzeczywistości i tego czegoś nieznanego (LINK). 

Skoro już wiemy, czego spodziewać się po zdjęciach Franka Petersa, po prostu musimy je obejrzeć:













Do 2020 roku prace Petersa były nagradzane w wielu prestiżowych konkursach fotograficznych, zajęły m. in.: tym II miejsce w Monochrome Awards i III miejsce w Fine Art Photography Awards w Londynie oraz przyznano im wyróżnienia Prix de la Photography Paris i Minimalist Photography Awards. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Franka Petersa (LINK). Od 30 września jego fotografie można obejrzeć na wystawie w Middelburgu. Ekspozycja miała potrwać do 8 listopada, ale została przedłużona do końca tego roku.

To, co jeszcze nam się podoba w jego sztuce, to fakt, iż artysta lubi muzykę, dostrzegając w niej źródło inspiracji. Fotograf był przez kilka lat nawet DJ w radio w Dordrecht, choć cenione przez niego gatunki (Mowtown, country, folk i jazz) są dalekie od naszych fascynacji (choć jedną z jego ulubionych grup są The Eagles, a któż nie zna ich hitu Hotel California?). 

Więcej informacji i zdjęć Franka Petersa znajduje się na jego stronie TUTAJ. Na koniec zamieszczamy jeszcze krótką składankę jego prac, dobranych i zmontowanych w widoklip przez ich Autora


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.