Dzisiaj wycinek prasowy, który wypełnia pewną lukę, jaka pojawiła się na naszym blogu. Nie omawialiśmy bowiem jeszcze słynnego filmu dokumentalnego Granta Gee pt. Joy Division. Kilkakrotnie przewijał się on w naszych wpisach, natomiast na recenzję z naszej strony przyjdzie jeszcze pora.
Dzisiaj natomiast przytaczamy recenzję Marka Robertsona, która ukazała się w czasopiśmie The List, w wydaniu 24.04 - 8.05.2008 roku.
Na wstępie autor zauważa, że po filmie Corbijna Control, wydawać się może o Joy Division powiedziane zostało już wszystko. To fakt, natomiast omawiany dokument, zdaniem autora recenzji, zbiera wszystko w lekkostrawną całość, przepełnioną humorem, ciepłą ale czasami pełną cierpienia.
W filmie recenzent dostrzega dwóch głównych bohaterów: Iana Curtisa i Manchester. Narratorem całej historii jest Tony Wilson. A jest narratorem szczególnym, bowiem podsumowuje fakty w swoim kwiecistym stylu. Oprócz niego w filmie pojawia się kliku świadków, opowiadających o znaczeniu zespołu, ale Gee stara się nie pokazywać lizusowskich elaboratów i pochwał.
W filmie nie ma Deborah Curtis, ale przytoczone są jej liczne cytaty z książki Touching by the Distance.
Film zdaniem Marka Robertsona w znakomity sposób wyjaśnia fenomen eksplozji kariery zespołu, a później nagłego jej zakończenia. Wykorzystane są urywki filmów dokumentalnych, artykułów z epoki itd. Byli członkowie zespołu są szczerzy i do dziś daje się wyczuć ich zaskoczenie śmiercią Iana Curtisa. Ten miał osobistą wizję i umiał wyrazić swoją frustrację strach i desperacje w osobisty i brutalny sposób. Mimo tego nikt nie umiał zauważyć co się dzieje.
Zdaniem Marka Robertsona film niszczy niedorzeczny mit, jakim jest żyj szybko, kochaj mocno i umieraj młodo. Jest on postscriptum dla człowieka, zespołu i miasta, które ich zrodziło: jest brutalny, ponury, nieporządny, dziwny, ale całkowicie kuszący...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.