Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melancholia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melancholia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2024

De morbis capitis et tristitia animae, czyli o chorobach głowy i smutku duszy

Czy ludzie smutni są dotknięci chorobą objawiająca się szaleństwem? Ten aspekt ludzkiego życia – czyli choroby i smutku – analizowany jest poprzez wystawę zatytułowaną De morbis capitis et tristitia animae. O chorobach głowy i smutku duszy, którą można oglądać do 9 lutego przyszłego roku w Muzeum im. Mikołaja Kopernika we Fromborku (LINK) . Jej mottem jest myśl Wszyscy jesteśmy szaleni, tak że trudno powiedzieć, kto z nas najbardziej sformułowana przez Roberta Burtona, anglikańskiego duchownego i humanisty, autora dzieła wydanego w 1621 roku: Anatomia melancholii, czym ona jest, z jej wszelkimi odmianami, przyczynami, objawami, rokowaniem i kilkoma sposobami jej leczenia.


Wystawa została tematycznie podzielona, zgodnie z konotacjami dotyczącymi melancholii, szaleństwa, choroby i cierpienia, ukazanymi poprzez obrazy i inne przykłady sztuki plastycznej. I tak najpierw możemy zobaczyć portrety osób, które według wiedzy historycznej były dotknięte szaleństwem lub skrajną depresją, a więc księcia Albrechta Fryderyka Hohenzollerna, Jana Zygmunta Hohenzollerna, Fryderyka Wilhelma IV – Króla Prus i Fryderyka Albrechta. Szczególnie ten ostatni, który przez poddanych został nazywany der gnädige blöde Herr (łaskawy głupi Pan) ze względu na schizofrenię paranoidalną, na obrazie jest upozowany według ówczesnej mody na renesansowego księcia-melancholika.

Niejako w nawiązaniu do tego przedstawienia, zgromadzone zabytki obrazują istotę Melancholii, oczywiście właściwie dla istoty jej pojmowania w dawnych wiekach. Była ona kiedyś synonimem lenistwa czyli gnuśności, albo acedii, o której pisaliśmy TUTAJ. Za ilustrację tej wady służy malarstwo tablicowe z Alegorią Grzechów Głównych. Wśród kolejnych zabytków przewijają się inne oznaki apatii i smutku sprowokowany przez stan głębokiej acedii: jest nim gest podparcia głowy ręką, charakterystyczny dla wizerunków pustelników i pokutników, medytujących nad śmiercią czyli św. Hieronima, Marii Magdaleny czy pełnego rezygnacji proroka Jonasza.

Pokaźną część wystawy zajmują odniesienia do sposobów leczenia melancholii, epilepsji, napadów szału wreszcie apopleksji. Dawni lekarze proponowali najróżniejsze terapie: od ziołolecznictwa poprzez wstawiennictwo świętych aż po trepanację czaszki, co miało uwolnić pacjenta od wpływu złych duchów... Dla zilustrowania tego zagadnienia zademonstrowano przedmioty z różnych epok, od kompozycji z leczniczych ziół po plakaty ostrzegające przed wścieklizną.

Ostatnia część ekspozycji została poświęcona trawiącej średniowieczne społeczeństwo zbiorowej histerii objawiającej się w tanecznej furii oraz objawom epilepsji. Obie choroby posiadały wspólnych patronów – św. Wita, św. Walentego i św. Jana Chrzciciela. Pokazano więc obiekty powiązane z tymi trzema świętymi: mistyczne przedstawienia Głowy św. Jana Chrzciciela na misie, a także sceny z życia wszystkich tych świętych. Ta część ekspozycji prezentuje również swoisty katalog ujęć św. Jana Chrzciciela, koncentrujących się na dramacie Jego męki i wiele obrazów inspirowanych legendą o św. Walentym i św. Wicie.


Robert Burton pytał filozoficznie: Kogo bowiem omija obłęd, melancholia, pomylenie? (…) A kto nie jest pomylony, kto jest wolny od melancholii? Czyje nawyki albo usposobienie nie są, mniej lub bardziej, nią dotknięte?(…) Bośmy wszyscy, ad unum omnes [co do jednego] obłąkani (…), semel insavivimus omnes [wszystkich dopadło szaleństwo choćby raz], nie, nie raz, ale zawsze… Od tej refleksji tylko krok do romantycznej apologii szaleństwa, kiedy to bunt artysty czynił z niego odmieńca, żyjącego krótko, lecz intensywnie. Tego przejawu szaleństwa, o którym pisaliśmy TUTAJ zabrakło na wystawie. A warto było go jeszcze odnotować, zwłaszcza, że niesie w sobie odniesienie do postaw charakterystycznych dla subkultur młodzieżowych lat 80. XX wieku, z czego zrodziła się muzyka punk a potem new wave oraz ciemność nurtu dark i gothic.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 9 grudnia 2021

Puste pejzaże Fransa Stuurmana

Po serii prezentacji sztuki artystów, którzy tworzą już po drugiej stronie Hadesu, dzisiaj dla odmiany chcemy pokazać obrazy malarza żyjącego. Jest nim Holender Frans Stuurman, urodzony w Rotterdamie w 1952 roku. Jest on profesjonalnym artystą, po studiach artystycznych, które ukończył w 1975 roku.

Maluje dość dziwne motywy, bo głównie tramwaje, pociągi i dworce. Fascynacja tym wycinkiem miejskiego pejzażu zrodziła się u niego w dzieciństwie. Otóż z okien swojego domu widział zajezdnię tramwajową Hillegersberg a także tory kolejowe. Nie są to wydawałoby się widoki odznaczające się jakimś szczególnym powabem, lecz i w tym malarz znalazł powód, aby je wykorzystać w swoich pracach: To ekscytujące malować rzeczy, których większość ludzi nie uważa za piękne lub interesujące (LINK). 

Jego widoki więc nie są bajkowe. Wręcz przeciwnie. Tworzy bardzo blisko rzeczywistości: zazwyczaj tematem jego obrazów jest ulica, fragment hali dworcowej, jakiś peron, rząd domów w fabrycznej dzielnicy… Są to te pejzaże, które zrobiły na nim wrażenie, czym chce się podzielić z widzami. A trzeba przyznać, że do swojej pracy podchodzi bardzo poważnie. Najpierw robi zdjęcia i szkice, a następnie dopiero precyzyjnie maluje na tej podstawie swoim atelier. Zajmuje mu bardzo dużo czasu, w zasadzie kończy tylko jeden lub dwa obrazy rocznie. 












Po obejrzeniu powyższych dzieł rozumiemy, na czym polega specyfika twórczości Stuurmana. Nie maluje postaci. Jego pejzaże są puste. Wymarłe ulice oświetlone zimowym, przytłumionym światłem są smutne, zupełnie jakby nikt nie chciał przy nich mieszkać czy o nie dbać. Oświetlenie decyduje o atmosferze obrazu. Podobnie jak dobór perspektywy. Krajobrazy Stuurmana, szerokie po daleki horyzont pod szarym niebem są wypełnione melancholią i nostalgią za ludźmi, która tu może się kiedyś byli i nie jest pewne czy może jeszcze raz się pojawią…

Obrazy Fransa Stuurmana możemy zobaczyć w ramach kolekcji Caldic w Muzeum Voorlinden, w Museum Assen i w Museum More.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

wtorek, 17 listopada 2020

John Kyffin Williams: sztuka kolorów melancholii wywodzącej się z ciemnych wzgórz, ciężkich chmur i otaczających je morskich mgieł

 Krajobraz walijski od pokoleń inspiruje artystów, poetów i pisarzy, na naszym blogu opisaliśmy jednego z nich, malarza Donalda McIntyre (1923-2009) (TUTAJ). Ale dla pewnego artysty stał się nie tylko kolejnym malarskim tematem, ale metaforą melancholijnej izolacji. Tym artystą jest  John Kyffin Williams (1918-2006). Malarz pochodził z Llangefni na wyspie Anglesey. Twórczością malarską zajął się w zasadzie z przymusu. Gdy został wysłany do szkoły średniej z internatem w Shrewsbury, zachorował na polio. Choroba ta spowodowała zmiany w mózgu powodujące epilepsję, która wzmogła poczucie jego wyobcowania i w rezultacie depresję. Z powodu padaczki w 1941 roku komisja lekarska wykluczyła go z wojska zalecając, aby zajął się czymś spokojnym i niewymagającym, na przykład malarstwem.  Dlatego w tym samym roku rozpoczął naukę w Slade School of Art , która ewakuowała się podczas wojny do Oksfordu. Tam Williams odkrył twórczość klasyków i uległ pierwszym fascynacjom. Wśród nich za szczególnie interesujące prace uznał Piero della Francesco. Szczególnie reprodukcja jednego jego dzieła (LINK) zrobiła na nim piorunujące wrażenie, zresztą on sam najlepiej o tym opowiada:

Mechanicznie przewracałem strony, aż nagle się zatrzymałem. Znalazłem Zmartwychwstanie Piero z majestatyczną figurą Chrystusa powstającego z grobu nad śpiącymi żołnierzami. Po szoku nastąpiło uczucie intensywnej emocji. To nie religijna treść tak mnie uderzyła. To było niesamowite współczucie, które Piero zdołał włożyć w oczy Chrystusa. Oto zobaczyłem twarz o takiej sile i miłości, że po raz pierwszy zacząłem zdawać sobie sprawę, czym jest wielka sztuka - rzecz niematerialna, niemożliwa do zracjonalizowania i daleka od zwykłej odtwórczości. Po tym doświadczeniu wróciłem na studia artystyczne z nowym poczuciem celu i kierunku.



Po powrocie do domu wędrował po górach, malując początkowo en plein air, ale szybko zdał sobie sprawę, że nie chce tworzyć realistycznego krajobrazu, więc tylko wykonywał szkice a potem wracał do swojej pracowni, aby namalować to, co zobaczył. Używał pewnej szczególnej palety barw: smutnej oliwkowej zieleni, odcieni ochry i umbry, złamanej bieli i szarości, czyli kolorów melancholii wywodzącej się z ciemnych wzgórz, ciężkich chmur i otaczających je morskich mgieł, jak sam to określał.






I malował głównie góry, doliny, rozrzucone między nimi samotne domki, burzowe chmury, osnute mgłą morze. Farby nakładał grubo, posługując się szpachlą. Tak samo odtwarzał portrety, lecz choć cenił je bardziej niż pejzaże, dla nas pozostał twórcą nostalgicznych krajobrazów. Wiedział zresztą czym jest samotność. Nigdy się nie ożenił, żył samotnie w swoim domu w Anglesey. Zmarł 1 września 2006 roku i został pochowany w Llanfair-Yng Nghornwy. Jego największą miłością była Walia. Mimo, że wiele podróżował (był w Patagonii, Austrii, Francji, Holandii i Grecji) to wracał do siebie bo, jak twierdził: w żadnym z tych krajów nie znalazłem nastroju, dotkniętego szwem melancholii, który jest u większości Walijczyków”. Ta więź z ziemią, na której żył, pozwoliła mu zachować własny styl, charakterystyczny i rozpoznawalny. Szczerze wyznał kiedyś, że „Malarz, który dąży do sukcesu i mody, goniąc za nimi z największą energią, faktycznie zawsze spóźni się pięć minut. A czy jemu udało się przyjść na czas i zdążyć namalować wszystko, co poruszało w nim przez ponad 80 lat pokłady człowieczeństwa? Wydaje się, że tak się stało i zostało dostrzeżone. James Dean Bradfield wokalista i gitarzysta Manic Street Preachers jeden z utworów swojej pierwszej solowej płyty poświęcił malarzowi, nawet odwiedził go kilka miesięcy przed jego śmiercią.  

Cóż możemy jeszcze dodać o Sir Kyffin Williamsie? Oprócz olejnych pejzaży wykonywał rysunki, akwarele i linoryty  oraz portrety miejscowej ludności, a także sceny rodzajowe. Zachowały się także szkice z europejskich podróży i studia walijskiej społeczności w Patagonii.

Jego zacytowane wypowiedzi opublikowano TUTAJ.

Tych, którzy czują niedosyt odsyłamy do pracy Anthony David Fraser-Jenkins, Dark Hills, the Heavy Clouds: Expression of the Welsh Landscape in Paintings, Cardiff 1981. Poza tym działa jeszcze strona internetowa artysty (LINK).

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 25 lipca 2019

Eric Frey: Chcę, by moje zdjęcia zachęciły Cię do snucia marzeń i ukoiły do snu

Moje ulubione tematy to czarno-białe pejzaże w formacie kwadratowym, szczególnie lubię czyste, minimalistyczne kompozycje z tajemniczą atmosferą -  takimi słowami przedstawia się Eric Frey na wstępie swojej stronie internetowej, TUTAJ. Brzmią one niemal jak przestroga znad wiadomych wrót: lasciate ogni speranza, voi ch'entrate (porzućcie nadzieję wszyscy, którzy tu wchodzicie).

Obrazy, które za chwilę zobaczymy może nie przedstawiają równin Hadesu, bliżej im do Pól Elizejskich, niemniej niosą w sobie ładunek egzystencjalnych emocji. Są - tak jak chce ich autor - minimalistyczne, lecz nie jest to chłodny minimalizm skrywający w sobie mocne emocje w stylu malarstwa zen, taki, jaki zaprezentował nam niedawno Hengki Koentjoro (TUTAJ), lecz pełen symbolizmu komentarz ludzkiej egzystencji.  


Frey prezentuje nam iście europejski ból istnienia, wynikający rozdarcia, jakie każdy nas nie raz przeżywał, niewiadomej kresu naszego losu i nieznajomości drogi, która do niego prowadzi - Aczkolwiek sam autor odżegnuje się do nadawania jego pracom głębszego sensu. W jednym z wywiadów powiedział wręcz, że chcę, aby moje zdjęcia były postrzegane jako znak zapytania „?” Lub jako wielokropek „… Chcę, żeby były wystarczająco otwarte, aby ludzie mogli w nich zobaczyć, to co sami zechcą: uspokajającą atmosferę, tajemniczy i niepokojący klimat lub cokolwiek.   Krótko mówiąc, daje swobodę wyobraźni. W przeciwieństwie do reportażu fotograficznego, którego celem jest wyrażenie pewnej rzeczywistości, chciałbym, aby moje zdjęcia zachęciły Cię do snucia marzeń i ukoiły do snu.

W osiągnięciu tajemniczości pomaga autorowi biało-czarna tonacja, choć Fotograf nie stroni od zdjęć kolorowych. Jednak nawet ich kolor jest stonowany, ograniczony do kilku barw, które w dodatku nie kontrastują ze sobą, zupełnie jakby naczelną zasadą Freya było nieść spokój, niczym w wierszu  Charles’a Baudelaire’a (warto zobaczyć TUTAJ) zatytułowanym: Zaproszenie do podróży (L’Invitation au voyages)

Les soleils couchants
Revêtent les champs,
Les canaux, la ville entière,
D'hyacinthe et d'or ;
Le monde s'endort
Dans une chaude lumière.

Là, tout n'est qu'ordre et beauté,
Luxe, calme et volupté.

Gdy słońce ucieka, 
To zaraz obleka 
Fioletem i złotem błyszczącym 
Gród, pola, kanały; 
I oto świat cały 
Usypia w tym świetle gorącym. 

Tam zawsze ład, piękno, przepychy 
I rozkosz, i spokój trwa cichy
(Tłumaczenie: Maria Leśniewska  LINK). 

Równie poetycko mówi o tym autor zdjęć: wchodzę w eteryczną atmosferę, w której przestrzeń i cisza narzucają sposób oddychania, poruszający i mnie.

Wejdźmy więc w świat Erica Frey’a, zobaczmy co nam oferuje, zanurzmy się i oddychajmy wraz z nim niejednoznaczną atmosferą, taką której spokój może zwiastować burzę.

Więcej prac Erica Freya znajdziecie na jego stronie internetowej. I pamiętajcie - wszystkie te zdjęcia są chronione jego prawami autorskimi.














A teraz, gdy zderzyliśmy się z tym, co proponuje nam jego wyobraźnia, pozwólmy aby autor prac sam się nam przedstawił:

Urodziłem się 25 marca 1966 r. Nazywam się Eric Frey, jestem przedsiębiorcą prowadzącym działalność na własny rachunek, specjalizującym się w projektowaniu i wykonywaniu stron internetowych. Mieszkam w Malaucène w departamencie Vaucluse, w regionie Prowansji (we Francji). Posiadam tytuł magistra matematyki, pasjonuję się też fotografią i nowymi technologiami.

W celu promowania mojej pracy fotograficznej musiałem sam się kształcić w tworzeniu stron internetowych (…)

Odkryłem fotografię późno. Bardzo szybko czarno-białe, kwadratowe kadry stały się dla mnie oczywistością. Czerń i biel są niezastąpione ze względu na swoją siłę i świeżość. Jeśli chodzi o kwadratowy format, jest to geometryczna kopalnia złota, która oferuje wiele możliwych kombinacji kompozycji.
 
Moje fotograficzne wybory naturalnie poszły w kierunku struktur raczej minimalistycznych, w których znajduję czyste linie i proste formy geometryczne.
 
Moje fotograficzne wędrówki często prowadzą mnie do odwiedzania tych samych miejsc w poszukiwaniu światła, atmosfery. Bo rzeczywiście, z godziny na godzinę, z dnia na dzień, żadne miejsce nigdy nie oferuje tego samego.  Zdjęcie naprawia chwilę, zatrzymując jej ulotność. Szczególnie podoba mi się ten cytat Rolanda Barthesa który podsumowuje moją wizję fotografii:  "To co w fotografii powtarza się w nieskończoność, wystąpiło tak naprawdę tylko raz"  LINK.

Cóż jeszcze dodać? Artysta lubi jazz i chętnie rejestruje koncerty, szczególnie lubi zespół Esbjörn Svensson Trio oraz Erika Truffaza. Oprócz tego ma zainteresowania kosmiczne, robi zdjęcia gwiazd, galaktyk i wszelkich zjawisk astronomicznych.

Znaliście prace tego znakomitego artysty? Pamiętajcie, że poznaliście je dzięki nam - dlatego czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

wtorek, 2 października 2018

Stroszek: ponuro i gitarowo


Dzisiaj będzie o zespole, którego nazwa nie jest obca fanom Joy Division. To właśnie po obejrzeniu filmu Stroszek (TUTAJ), niemieckiego reżysera Wernera Herzoga, Ian Curtis lider zespołu popełnił samobójstwo.  Z uśmiechem przeczytałem kilka komentarzy pod teledyskami Stroszka umieszczonymi na You Tube, gdzie niektórzy znawcy muzyki i filmu podejrzewają grupę o której dziś piszemy o polskie korzenie, właśnie z powodu nazwy. 

Zespół Stroszek powstał w 2007 roku, a jego założycielem jest Claudio Alcara, gitarzysta i współtwórca innej włoskiej kapeli Frostmoon Eclipse (TUTAJ). O ile jednak Frostmoon Eclipse to czysty black metal (przypomina mi Ancient, czy Cradle of Filth)  to Stoszek to coś zupełnie innego. Tutaj Claudio Alcara pokazuję twarz gitarzysty, kompozytora, tworząc muzykę melodyjną, nastrojową i pełną melancholii. Posłuchajmy jednego z najbardziej nostalgicznych utworów Can't make things undone, oraz zapoznajmy się z tekstem, uzyskanym od autora.


CAN’T MAKE THINGS UNDONE
 

wont you come down by the sleeping hours
ain't no place for he who fell
I bet my life
this sound will take me to the end
I deny my world
no sound will bring me back to life again
stars grow cold
nothing out the window
something to do
never to...
I bet my life
this sound will take me to the end
I deny my world
no sound will bring me back to life again
black tea and candlelight
house by the river
playing giutar to hide
I bet my life, I deny my world
I lay on my back alone
there's some way back from here
I tried to stand alone
twice I tried and twice I failed


W podobnym nastroju utrzymana jest ballada The unlucky ones, tym razem jednak zespół zrealizował oryginalny teledysk akcja którego rozgrywa się głownie na karuzeli (nawiązanie do filmu Herzoga raczej nie jest tutaj przypadkowe), ale nie brakuje w nim ulic miasta, odlatujących ptaków czy nostalgicznych krajobrazów. Muzycznie mamy tutaj nieco ostrzejszy klimat...



THE UNLUCKY ONES

I die every time the sun is upon me
my face is old and pale
I face the end
and with every beginning, a new end
for I am the unlucky one
feel sorry for someone else
feel guilty for myself
feel sorry for myself
got a new place?
got your life back?
my things are left undone
sun is far away
feel sorry for someone else
feel guilty for myself
feel sorry for myself
...and there's nothing to miss
light a candle when I'm gone


Na koniec jeszcze dwie piosenki - nastrojowy Where it all went wrong, oraz Secret of the earth. W pierwszym zespół włącza do swojego brzmienia klawisze, co tworzy zupełnie unikalny nastrój, w drugim natomiast klimat budowany jest na kilku akordach gitarowych, co jest znakiem rozpoznawczym Stroszka.




Stroszek ma w dorobku 4 płyty długogrające i dwa single (TUTAJ). I mimo tego, czy komuś podoba się ta muzyka, czy nie, nie można zaprzeczyć faktowi, że zespół ma już swój charakterystyczny, rozpoznawalny styl. 

Isolations: Dziękujemy zespołowi Stroszek za przesłanie tekstów swoich piosenek.

niedziela, 1 lipca 2018

Polski cold wave: Schröttersburg czyli Melancholia z Płocka, jest dobrze ale mogłoby być lepiej


Schröttersburg - oznacza po niemiecku Płock, tak też nazywa się pochodzący stamtąd zespół, którego twórczość chcieliśmy dzisiaj zaprezentować. Jak sami piszą o sobie Schröttersburg z Płocka to kapela, której początki sięgają 2008 roku. Skład nie zmienił się od 2015 roku i tworzą go: Michał (wokal i gitara basowa), Krzysiek (gitara i klawisze) i Marcin (perkusja)

Wydali właśnie trzeci album Melancholia, i o nim właśnie dziś. Po pierwsze słowa szacunku i uznania za szatę graficzną, za to że jest dostępny winyl, za to że grają tak a nie inaczej. Ale mimo tego muszę napisać kilka słów krytyki. Może któryś z nich przeczyta i recenzja okaże się przydatna? 

Płytę otwiera  Joshua Ben Joseph, ciekawy instrumentalnie klimat, bas, gwizd coś jakby Rammstein, i chłodne klimaty klawiszy. Jest moc na otwarcie. Gitara przypomina trochę Joy Division, może bardziej The Editors, dobry wokal. Niestety warstwa tekstowa pozostawia wiele do życzenia. Tekst jest zbyt prosty, nie niesie w sobie żadnego głębszego przesłania, nie ma w nim mistyki, przysłowiowego drugiego dna.  No i te rymy... Drugi utwór, Melancholia - perkusja i bas a la Sisters of Mercy. Brzmieniowo piosenka zawiera w sobie głębie, tak ważną dla cold wave. Prosty tekst co prawda oddaje jakąś myśl, ale znowu pojawia się pytanie czy nie za płytką? Cały świat, cały czas pozbywa się nas... Nie, no tekściarz musi ewoluować. Kolejny utwór, † † † - linia melodyczna przypomina dokonania Second Still, o którym pisaliśmy TUTAJ. I znowu tekst... Jesteśmy ciszą warstwą tekstową porusza problemy egzystencji i uczuć w wielkim mieście. Klawisze, jak i wokal przypominają Siekierę z płyty Nowa Aleksandria, a dokładnie piosenkę tytułową z tamtego albumu.  Dłonie z kolei, mają bardzo ciekawą muzykę, ale warstwa tekstowa znowu jest zbyt prosta. Piosenka od pewnego momentu przyspiesza, co nadaje jej dodatkowego uroku. To jeden z najciekawszych utworów na płycie.  Pociągi to już czyste Joy Division. Niestety tekstowo jest znowu dość mało ciekawie. Siedem rozbudza nadzieje doskonałym wstępem, głębią, ale styl wokalu miejscami jest zbyt krzykliwy. Szkoda bo ten utwór mógłby na prawdę stać się hitem. Płytę zamyka Popielec, ciekawy początek, po którym piosenka nabiera rytmu. Znowu styl wokalu jest zbyt krzykliwy, wręcz denerwujący. 

Reasumując,  szacunek za grafikę, winyl, klimat i muzykę. Warstwa wokalna jednak miejscami jest trudna do słuchania, za mocna i krzykliwa. Nie idźcie tą drogą! Również teksty są zbyt mało poetyckie, taki prosty przekaz może znajdzie odbiór wśród młodszych słuchaczy, ale raczej nie przyciągnie ludzi którzy są koneserami post punk i cold wave. Widać wzorowanie się na klasykach stylu, ale póki co zespół idzie w dobrym kierunku i szuka własnego. O ile wokal będzie mniej krzyczał a więcej śpiewał, a teksty nie staną się bardziej banalne, tylko wręcz przeciwnie, Schröttersburg ma szansę na wielką karierę. I tego im życzymy. Fragmentów płyty można posłuchać tutaj: 
 
 
 
A całego albumu TUTAJ.

Podsumowując, jeśli Unknown Pleasures to 10, Melancholia uzyskuje 6/10.  Nieźle. Czekamy na kolejne płyty.