Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grunge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grunge. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2022

Tą płytę warto znać: Bush - The Science of Things


Są albumy, które zdają się być niedocenione, nie mam ich w swojej kolekcji, ale były czasy gdy rynek podbijała muzyka na mp3 i znajomi na potęgę ściągali je w całości z sieci. I wtedy usłyszałem trzeci album brytyjskiego Bush.  

Pamiętam, że w tamtym okresie słuchaliśmy też notorycznie jakiegoś albumu Muse, na którym ci wykonywali jeszcze zwykłe piosenki, o czym kiedyś postaram się tutaj napisać. Dzisiaj jednak The Science of Things, o którym przypomniałem sobie jakiś czas temu w związku z newsem publikowanym przez nas TUTAJ.

Pora na album. Autorem wszystkich piosenek jest lider i gitarzysta zespołu Gavin Rossdale. Promowała go znakomita piosenka Chemical Between Us, jeden z najpopularniejszych utworów grunge w historii, oraz teledysk do niej, w reżyserii Stephane Sednaoui.


Na otwarcie mamy Warm Machine, nawiązanie do okładki płyty, i być może tytułu - ulubionego przedmiotu bohatera noweli Ayn Rand. Jak na wstęp całkiem nieźle, choć znacznie lepiej robi się gdy zaczynamy odsłuchiwać Jesus Online, utworu o pozbywaniu się wartości w życiu. Komputer, samochód i dziewczyna, a gdzie wartości ponadczasowe? Materialistyczne podejście do życia czyni cię idealnym obywatelem, przynajmniej w oczach wielkich korporacji. Po nim znakomity The Chemicals Between Us piosenka o tym jak kończy się miłość, opisująca jej ostatnią fazę.

Chcę żebyś pamiętała
Miłość tak pełną, że ​​mogłaby zrealizować nas na wszystkie możliwe sposoby
chcę, żebyś się poddała
Wszystkim moim uczuciom które narosły 
I chcę, żebyś została
Siła dzieci potrafi nas zadziwić
Postaram się nie narzekać
Wiem, że to śmieszne kochanie

Chemia między nami
Ściany, między nami
Leżą w tym łóżku
Chemia zniknęła
Nie ma bardziej samotnego miejsca
Niż to łóżko 

Chcę żebyś pamiętała
Wszystko co powiedziałaś
Każde rozpędzone słowo
Jak młotek wbite w moją głowę

Chemia między nami
Ściany, między nami
Leżą w tym łóżku
Chemia zniknęła
Nie ma bardziej samotnego miejsca
Niż to łóżko 

Chemia między nami
Chemia między nami
Leżąc w tym łóżku

Jesteśmy wydrążonymi ludźmi
Jesteśmy nadzy
Nigdy nie chcieliśmy cię skrzywdzić
Nigdy nie byliśmy wobec ciebie niedobrzy 
Chciałbym podziękować
Wszystkim moim kochankom

W dalszej części tego znakomitego albumu szczególną uwagę zwraca jeszcze doskonały Spacetravel idealnie wpisujący się w obecne wydarzenia. Można bowiem interpretować go jako pieśń antykomunistyczną, w pewien sposób to może być nawiązanie do Orwella i Roku 1984. Warto jesz cze napisać kilka słów o pięknej balladzie 40 Miles from the Sun. 


Piosenka ta bowiem nabiera szczególnego znaczenia w czasach w jakich właśnie przyszło nam żyć.

Nie ma gdzie się ukryć
Nie ma już nic do zrobienia
Żadnych ludzi do uratowania
Żadnych zwierząt do nazwania 
40 mil od słońca

Gdy ciemność zapragnie umysłu
Znikamy bez dumy
Nie nadejdzie na ziemi czas
Wszystkie przyjemności dopiero się zaczęły
40 mil od słońca

W naszych płaszczach 
Pod wszystkimi warstwami
Umyj moją skórę z całej nienawiści
Powinniśmy spać do późna
Wszystko po prostu rodzaj kary 
40 mil od słońca
40 mil od słońca
40 mil od słońca

Muszę przegrać, żeby to naprawić
Zmierzę się dziś z gwiazdami
Będę bełkotać, będę gryźć
Nigdy nie dowiesz się, jak bardzo lśniłeś 
40 mil od słońca
40 mil od słońca
40 mil od słońca

Wśród najważniejszych zespołów grunge jednym tchem wymienia się tzw. wielką czwórkę: Nirvana, Smashing Pumpkins, Soundgarden i Pearl Jam. Można śmiało stwierdzić, że Bush tym znakomitym albumem dopisało się do tej listy. 

Nasza ocena nie może być inna. 6/6


Bush - The Science of Things, Trauma 1999, producenci: Gavin Rossdale, Clive Langer i Alan Winstanley. Tracklista: Warm Machine, Jesus Online, The Chemicals Between Us, English Fire, Spacetravel, 40 Miles from the Sun, Prizefighter, The Disease of the Dancing Cats, Altered States, Dead Meat, Letting the Cables Sleep, Mindchanger.
    

niedziela, 27 lutego 2022

Byli wśród nas: Mark Lanegan - legenda grunge

Były frontman Screaming Trees i Queens of the Stone Age, Mark Lanegan, zmarł 22 lutego tego roku w swoim domu w Killarney. Miał 57 lat.


Był niekwestionowanym mistrzem grunge'u, z bardzo charakterystycznym barytonowym głosem i reputacją człowieka, który żył pełnią życia.

W latach 80. założył w Waszyngtonie z Garym Lee Connerem, Van Connerem i Markiem Pickerelem Screaming Trees, występowali z Nirvaną i Pearl Jam. Wspólnie w Screaming Trees wydał siedem albumów studyjnych aż do rozpadu grupy w 2000 roku…  

Po rozpadzie Screaming Trees Lanegan stał się odnoszącym sukcesy muzykiem solowym, pracującym pod wieloma pseudonimami i z rozmaitymi artystami, ostatnio z angielskim multiinstrumentalistą Duke'iem Garwoodem i wiolonczelistką Isobel Campbell.

Wcześniej współpracował z innymi muzykami: latach 1994–1995 był wokalistą Mad Season, a w latach 2000–2014 grał z zespołem Queens of the Stone Age, z którymi zdobył dwie nagrody Grammy. Występował również (także w Polsce) z własnym zespołem Mark Lanegan Band. 

Podobnie jak Cobain, Lanegan był narkomanem. Dopiero po śmierci wokalisty Nirvany, pod naciskiem żony Cobaina, Courtney Love, w końcu zdecydował się na odwyk. Było to u schyłku lat 90.  

Po wyjściu ze szpitala Lanegan przeniósł się do półotwartego ośrodka i dostał pracę na budowie, dopóki basista Guns n' Roses, Duff McKagan, jego wieloletni fan, nie przyjął go na ochroniarza swego domu. I wtedy nawiązał kontakt z Queens of the Stone Age… 

Swoją przyjaźń z Kurtem Cobainem opisał w pamiętniku wydanym w 2020 roku, zatytułowanym Sing Backwards and Weep. Napisał tam zresztą szczerze o wszystkim co go spotkało, było to dla niego traumatycznym, ale oczyszczającym doznaniem. Oprócz tego w 2021 roku wydał jeszcze jedną książkę autobiograficzną zatytułowaną Devil in a Coma, o tym co przeżył gdy zaraził się COVID-19. Kilka tygodni spędził na oddziale intensywnej terapii, wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. W autobiografii opisał swoje sny, w których widział siebie ponownie spotykającego się z kilkoma byłymi dziewczynami i byłymi żonami gdzieś w Seattle lub w kalifornijskim domu gdzie nadal znajdował się jego nieżyjący już, ukochany pies. 

Wtedy już mieszkał w Irlandii. Cieszył się spokojem małej miejscowości na wybrzeżu. Przeniósł się tutaj w początkach Pandemii, a w zasadzie uciekł z Kalifornii. Najpierw chciał przenieść się do Portugalii, ale tylko Irlandia przyjmowała wtedy loty z USA. I dostał propozycję zamieszkania w Killarney, które od razu mu się spodobało. Zresztą w tej okolicy był już wcześniej w 2014 roku podczas festiwalu Other Voices w kościele św. Jakuba w Dingle. Ponownie pojawił się na tej imprezie w 2019 roku i w kolejnym.

Po tym gdy wyzdrowiał z Covid-19, nabrał chęci do życia. Zaczął rysować, pisać poezje, a w końcu tworzyć nową muzykę.

Najpierw wydał Straight Songs of Sorrow - dwunasty i niestety ostatni album studyjny. Inspiracją do powstania albumu była jego pierwsza autobiograficzna książka Sing Backwards and Weep.  Spośród listy piosenek wyróżnia się na niej utwór This Game Of Love wykonany w duecie z żoną - Shelley Brien, piosenkarką i autorką tekstów. Para jest razem od 2004 roku. Shelley wcześniej pracowała w telewizji i próbowała sił w branży muzycznej (była drugą żoną Lanegana, z pierwszą, piosenkarką i aktorką Wendy Rae Fowler rozstał się w 2002 roku). 

Także w 2020 roku wydał debiutancką EP-kę nowego projektu Black Phoebe skład którego wchodzili jego żona oraz basista Martyn LeNoble (Porno For Pyros). Nazwa zespołu została wzięta od ptaka, który odwiedzał podwórko Laneganów w Kalifornii, gdy pisali teksty do poszczególnych utworów, jeszcze gdy mieszkali w Kalifornii. Black Phoebe stylowo nawiązuje do klimatu lat 80., do britpopu z Manchasteru, do brzmienia takich zespołów jak: PIL, Siouxsie and The Banshees, Sandwell District, Bauhaus i oczywiście Joy Division. 

I jeszcze zaczął działać duet Marka Lanegana i Joe Cardamone z Icarus Line. Wspólnie jako Dark Mark i Skeleton Joe wydali mroczny album Living Dead. Płytę promował teledysk w znacznej części nakręcony gdzieś w Killarney w Irlandii zawierający również występ Duffa McKagana z Guns N' Roses, który również w utworze gra na basie. 

W sumie Lanegan wydał dwanaście solowych albumów – ostatnim był Straight Songs Of Sorrow – a także siedem ze Screaming Trees i trzy z Campbell. Oprócz tego opublikował dwa z Duke'iem Garwoodem, jeden wspomniany ze Skeleton Joe i jeden z Gregiem Dullim z Afghan Whigs, pod nazwą The Gutter Twins.

Przyczyna śmierci muzyka nie została podana do wiadomości, ale pod koniec życia cierpiał na różne schorzenia, był poddawany dializie nerek… 

Oto jesteś na szczycie wieży 

Here ya are, at the top of the tower 

Czy ciało może tyle znieść?

Could a body take that much

Samotny w każdej godzinie czuwania

Alone through every waking hour 


Śpi nie dotykając kogokolwiek

Asleep without nobody to touch

Only silence here

Tutaj tylko cisza… 


R.I.P. Mark


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 25 czerwca 2021

Z mojej płytoteki: Alice in Chains - Live Facelift - koncert na winylu w limitowanej edycji

 


Nikt chyba nie zaprzeczy, że obok Nirvany, Smashing Pumpkins, Soundgarden i Pearl Jam, prezentowany dziś Alice in Chains należy do panteonu muzyki grunge. Mamy tutaj wszystko, co z grunge się wiązało: mocne uderzenie, narkotyki, brud ulicy, nieco depresyjne teksty, w końcu dziwne okoliczności śmierci wokalisty Layne Staleya. Zespół nagrywał na prawdę znakomitą muzykę, ich EPka Jar of Flies biła w USA rekordy popularności (warto zobaczyć TUTAJ), a Facelift uważany jest za jeden z najlepszych albumów gatunku.

Dzisiaj chcieliśmy zaprezentować unikalne wydawnictwo, bo jest to rejestracja na winylu legendarnego koncertu jaki zespół dał w Moore Theatre w Seattle 22.12.1990 roku. Koncert został wydany na winylu w limitowanej edycji (moja płyta ma numer 2390) 3500 egzemplarzy, w roku 2016.
 



Zawiera jedynie 6 piosenek, w związku z tym całość trwa niecałe 30 minut, ale zestaw jaki serwuje nam zespół jest kompletnie zabójczy. Tego trzeba słuchać bardzo głośno...

Zaczynają od Ain't Like That, chyba najsłabszego utworu na albumie. Później jednak jest tylko i wyłącznie jazda. Hitowy Man in the Box którego tekst jest błaganiem o ratunek, a po nim Real Thing. Piosenka jest historią o narkotykach i świecie przestępczym.. Być może to pamiętnik autora:

Dorosłem, poszedłem na odwyk
Wiesz, że lekarze nigdy nie zrobili mi nic dobrego
Powiedzieli synu, będziesz nowym mężczyzną
Bardzo dziękuję ale 
Czy mogę pożyczyć pięćdziesiąt dolców?

Stronę B otwiera znakomity Love, Hate, Love, zapowiedziany jako piosenka o cierpieniu. 

Próbowałem cię kochać, myślałem, że mogę 
Próbowałem cię posiąść, myślałem, że będę w stanie
Chcę złuszczyć skórę z twojej twarzy
Zanim to, co prawdziwe, zostanie zmarnowane
Powiedziałaś mi, że jestem jedyny
Słodki anioł, powinieneś była uciec
Leżąc, płacząc, umierając, by odejść
Niewinność tworzy moje piekło
Oszukując siebie, wciąż wiesz więcej
Byłoby łatwo z dziwką 
Spróbuj mnie zrozumieć, mała dziewczynko
Moja pokręcona pasja bycia twoim światem
Zagubiony w mojej chorej głowie
żyję dla ciebie, ale nie żyję
Weź mnie za rękę zanim się zabiję
Wciąż cię kocham, ale wciąż płonę
Tak, miłość, nienawiść, miłość

Do końca już tylko dwie piosenki: Sea of Sorrow i Bleed the Freak. Pierwsza z nieco kiczowatym refrenem nigdy nie należała do moich faworytów, druga za to jak najbardziej, choć ma nieco bluźnierczy tekst.

Reasumując: jazda obowiązkowa dla fanów grunge, znakomity koncert.  


Alice in Chains, Live Facelift, tracklista: Ain't Like That, Man in the Box, Real Thing, Love, Hate, Love, Sea of Sorrow, Bleed the Freak


A na koniec - jak to wyglądało, skradzione z kasety VHS - śpieszcie się zapisywać na twardziele, zapewne szybko zniknie:


 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 6/6


 

piątek, 3 lipca 2020

Tą płytę warto znać: Falarek Band - Falarek, pionierzy polskiego grunge, industrialu i postrocka


... Jeszcze na początku lat 90-tych zacząłeś niezobowiązująco grać z Falarkiem. Kiedy ten zespół stał się dla Ciebie priorytetowy? 

W momencie kiedy zobaczyłem, jak wiele mi daje śpiewanie bez gitary. Duża zmiana, pierwszy raz zacząłem pisać teksty bardziej osobiste. Miało to pewnie związek ze zmianami w moim życiu. Grając z Kryzysem, Brygadą, Izraelem, miałem świadomość akcji zbiorowej, te zespoły były głosem całego naszego środowiska. Falarek grał muzykę mało popularną, to nie był band szerokośrodowiskowy. Tu mogłem mówić we własnym imieniu. Zaczęło się bez napięcia. Gramy i eksperymentujemy dla przyjemności. Nazwa nieistotna. Skoro grali Fala - Piotrek Falkowski i Arek Antonowicz, można było się nazwać Falarek. Potem, gdy nas pytali o nazwę, wymyślaliśmy różne banialuki, na przykład, ze to nazwisko czeskiego poety.


Nazwa była wyzywająca, bo sugerowała, że to zespól Fali, więc inaczej niż zazwyczaj w rock'n'rollu liderem jest perkusista. 

Fala ma takie ambicje - i słusznie, bo jest bardzo zdolny, ale w praktyce to był nasz zespół i tyle. On zaczynał w SStilu, ale to prehistoria, z Houkiem szedł jak burza. Zespół zaczął Fala, gitarzysta Robert Sadowski wymyślił logo  i większość muzyki, a w pewnym momencie doszło do tego, że Robert Malejonek wziął do grania innych ludzi. W związku z tym pojawiło się dużo żalu i pretensji do Darka. Było to już po powrocie Houka z targów w Cannes, gdzie bardzo się spodobali. Wrócili stamtąd w glorii i przez chwilę byli Beatlesami... Falarek zaczął się od pomysłu, że fajnie by było coś nagrać. Próby zaczęły się gdzieś w 1993 roku, w Remoncie i nowym klubie Kotły. Specyfika składu polegała na tym, że na basie grał zupełny amator, Arek Antonowicz, który dzięki temu, że nie był skażony żadnym bluesem, czy rock'n'rollem, wymyślał zupełnie abstrakcyjne linie. Do tego w składzie byli starzy znajomi: Smok na gitarze i Samik - Piotrek Subotkiewicz - na klawiszach. Tradycją stało się, że pierwsza połowa każdej próby upływała na kłótniach między Arkiem a Falą.

Wspomniałeś, że dla Falarka po raz pierwszy zacząłeś pisać bardziej osobiste teksty. Które z nich uważasz za najważniejsze? 

Sztandorowy tekst Falarka to Cresse, jeden z pierwszych które napisałem. Bardzo osobisty, powiązany z religią, ale na dziecięcej płaszczyźnie, pozostającej w podświadomości i piętnującej na całe życie. Zaczęło się od skojarzeń z upośledzonym wizerunkiem religii, jaki wyniosłem z dzieciństwa. Przypomniałem sobie jak mnie karcono, gdy robiłem znak krzyża lewą ręką. Inna rzecz, że w ogóle nie rozumiałem modlitwy, to było takie klepanie. Skończyło się koszmarnym snem, w którym błąkałem się po cmentarzu w ciemną noc, nagle z grobów odczepiają się krzyże i zaczynają mnie gonić... 

Crosses to utwór niemalże schizofreniczny, gdy go pisałem wyobrażałem sobie jak wygląda rozdwojenie jaźni, a potem dopiero, przeżyłem je na własnej skórze. Naprawdę słyszałem głosy z lewej strony, tak jak zdarza się to schizofrenikom. 

Jakie teksty pisane dla Falarka wspominasz jeszcze jako szczególnie ważne?

Na pewno 67 mil, to był tekst z pogranicza śmierci i Freex, jako przeciwieństwo, manifestacja uciech życia spontanicznego i środowiskowego, radości bycia wolnym człowiekiem. 

... W Falarku chcieliśmy grać jeszcze bardziej po amerykańsku, W Crosses jest wstawka niczym z van Halens. Kompozycja Fali. Mieliśmy też utwór Red Light, odwołujący się do reggae i nowej fali, ale zespół nie chciał grać w takim stylu, ciągnęło go do cięższego grania. ...

Chcieliśmy propagować w Falarku brudne nagrywanie. Zarzucaliśmy mainstreamowi, szczególnie w Polsce, że stara się oszukiwać w nagraniach, w tym sensie żeby wszystko wyczyścić, pokazać muzyków lepszymi, niż są w rzeczywistości. 

Gdy w 1997 roku ukazał się wasz jedyny album, Falarek, oprócz miażdżącego wątku hardcorowego przyniósł też sporo transu i brzmień psychodelicznym. To czyniło Was w Polsce pionierami nadchodzącej wówczas fali postrocka. Słychać to przede wszystkim w takich utworach jak 67 mil, albo Jeż. 

O postrocku w ogóle nie wiedzieliśmy. Granie transu wywodziło się jeszcze z Izraela - mieliśmy utwory, które celowo nie miały żadnych zmian harmonicznych, od początku wchodziła sekwencja trzy razy h-moll, raz e-moll, po to, aby na tej bazie uzyskać powtarzalność.

... W Falarku lecieliśmy pod włos, co wynikało z naszych historii, z tego że Fala stracił Houk, a ja zacząłem tracić grunt pod nogami. Nie twierdzę, że tak to wtedy przeżywaliśmy. Trzymaliśmy fason, ale mieliśmy świadomość, że będziemy skazani na niszowość, a w konsekwencji na niebyt. Od początku założenie było freakowskie i zespół nie miał szans na długie funkcjonowanie. Zagraliśmy kilkanaście koncertów, głównie tam, gdzie nas trochę znali. Powstało nawet kilka nagrań na drugą płytę, ale wyczerpała nam się energia, zresztą pierwsza płyta, podobnie jak Tehno Terror, przeszła bez odzewu. 

Fragmenty tekstu pochodzą z książki: Robert Brylewski, Kryzys w Babilonie, Autobiografia, Rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, 2012.


Na koniec absolutny hit - wywiad z Robertem Brylewskim z TVP 2. Artysta wspomina jak powstał zespół i odbywał pierwsze próby. Próbowali różnych eksperymentów z dźwiękiem podczas nagrywania pierwszej płyty.

Zatem pora posłuchać...



Falarek Band - Falrek, Gold Rock, 1996, producent: Robert Brylewski, trackilsta: Freex, Crosses!, Hćiwy, 67 mil, Klepsydry, Jestem jeż, Reinkarnacje, F.B., Tel:, Epicore, (utwór nie uwzględniony na okładce), Klepsydry (radio–mix)

My natomiast o polskim rocku na pewno napiszemy jeszcze i to wiele razy - dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 29 września 2019

Z kasety magnetofonowej: Alice in Chains - Słoik z muchami - To wszystko gówno prawda, o czym mówisz

W zasadzie Alice in Chains uważany jest za jednego z klasyków grunge, choć prezentowane dziś wydawnictwo stylistycznie od głównego nurtu prezentowanego przez zespół, dość  znacznie odstaje. Mam w kolekcji większość ich albumów (na pewno będą tu prezentowane), w tym wydany niedawno na winylu znakomity album live, do którego też na pewno wrócimy.  
Jar of Flies z 1994 roku jest specyficzny, nastrojowy, po prostu inny i ma swój niepowtarzalny klimat, zwłaszcza jeśli jest się w posiadaniu kasety.
Zatem dziś w cyklu Z kasety magnetofonowej (patrz TUTAJ) przyjrzymy się temu właśnie wydawnictwu.

Zgniłe jabłko, rozpoczynające album, nawiązuje do grzechu, kończy się niewinność, głos ma ignorancja, a to co widzi autor przestaje być realne:

What I see is unreal
I've written my own part
Eat of the apple, so young
I'm crawling back to start


Piosenka imponuje doskonałą linią basu, gitarą początkowo nieco przypominającą brzmieniem harmonijkę ustną i od początku wprowadza niesamowity klimat. Po nim robi się nostalgicznie, Nutshell bowiem niesie w sobie typowo amerykańską refleksję. Autor zmaga się z przeciwnościami losu, ale nade wszystko ceni swoją wolność, w przeciwnym wypadku wolałby być martwy... I Stay Away nieco odstaje od całości płyty, może poza początkiem, ale refren psuje tą piosenkę. Jest chyba zbyt mało melodyjny. No Excuses to bez wątpienia piosenka o uzależnieniu, o tym jak łatwo można utonąć.

Wycieńczony i smutny, 
krwawię za ciebie
Myślisz, że to zabawne, 
ale ty też się w tym toniesz  

Whale and Wasp jest moim ulubionym utworem - to jest klimat, mimo że instrumentalny zawiera w sobie ładunek emocji i smutku... Choćby dla tej piosenki warto mieć Słoik w swojej kolekcji. Szkoda, że ten utwór nie kończy minialbumu... Mamy bowiem jeszcze dwie piosenki: Do not Follow, odstający od klimatu, mógłby być ilustracją jakiegoś dobrego westernu, i ratujący sytuację Swing on This.
Matka powiedziała - ​​wróć do domu
Ojciec powiedział - wróć do domu
Siostry mówiły - wróć do domu
Moi przyjaciele powiedzieli - wróć do domu
Ja powiedziałem

Zostaw mnie, wszystko jest w porządku
Nie widzisz, nic mi nie jest
Trochę schudłem, dobra
Mimo tego śpię spokojnie

Potem usłyszałem głos
Powiedział „Synu, masz wybór”
Potem uderzyłem się w twarz

Pozwól mi trwać, nic mi nie jest
I tak się obudziłem
Tam jest zbyt jasno
Mogę się zmieniać, nie mogę dać się sterować
Więc odpędzam ich
Przez chwilę zostaję
Trochę schudłem, dobrze
Ale i tak nie śpię

Teraz muszę iść do domu
Rób to tak jak w Rzymie

Pozwól mi być, wszystko w porządku
Nie widzisz, że nic mi nie jest?
Trochę schudłem, dobrze
I tak śpię
Pozwól mi być, nic mi nie jest
I tak nie śpię

Toby wciąż się śmieje
Brzmi nieźle, kurwa!
Tak się śmieję
To wszystko gówno prawda, 

O czym mówisz 

Ten swoistego rodzaju protest song, mówiąc słowami Dezertera: zostawcie mnie, odczepcie się, kończy znakomite wydawnictwo. 

Warto na koniec wspomnieć, że epka jest pierwszą w historii muzyki debiutantką na pierwszym miejscu listy przebojów Billboardu. W pierwszym tygodniu sprzedano w USA 141 000 egzemplarzy, a do dzisiaj ponad 4 miliony... 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.




Alice in Chains - Jar of Flies, Columbia, 1994, producent: Alice in Chains, tracklista: Rotten apple, Nutshell, I stay away, No excuses, Whale and wasp, Don't follow, Swing on this.   

wtorek, 1 stycznia 2019

To Was postawi na nogi w Nowy Rok - niezapomniane koncerty: Mark Lanegan Band - sesja dla 4AD, 02.2012


Wczoraj było lżej, ale nie tak dennie jak w TV. Dzisiaj, żeby w przyrodzie była równowaga coś nieco cięższego. Każdy kto czyta ten blog doskonale wie, że czasem sięgamy do nieco ostrzejszych brzmień. Bowiem wspólnym tematem łączącym treści na których się skupiamy jest nostalgia, smutek i przemijanie, a te są ponadbrzmieniowe. Poza tym grunge, który do nieco cięższych brzmień się zalicza w prostej linii wywodzi się od chłodnej fali. Wielu wykonawców tego nurtu posiłkowało się dokonaniami choćby Joy Division (np. Smashing Pumpkins TUTAJ). 

I właśnie dzisiaj taka muzyka, nieco cięższa, ale nie typu hard. Dzisiaj grunge. Nastrojowo, nostalgicznie, i zarazem mądrze.

W studio wytwórni 4AD (piszemy o niej TUTAJ) w Pull Studios na Manhattan Hudson Square w Nowym Jorku, legenda muzyki podziemnej i alternatywnej, sam Mark Lanegan ze swoim zespołem. Osobom, którym to nazwisko niewiele mówi, przypomnę nazwy zespołów z którymi współtworzył: Screaming Trees, Nirvana czy Queens of the Stone Age. I brzmienia te słychać podczas dzisiejszego występu.

Ale szczególną uwagę zwracają trzy rzeczy (oczywiście poza dziarami lidera): świetne piosenki, mądre teksty i znakomite wykonanie. Pomijając charakterystyczny przepalony wokal, uważam że gitarzysta (Steven Janssens) to mistrz.  

Zaczynają mocno, jakże nastrojową piosenką grabarza czyli The Gravedigger's Song z albumu, który wtedy właśnie się ukazał, czyli Blues Funeral. Zresztą pozostałe utwory są z tej samej płyty. 

Generalnie tekst piosenki nie odbiega od przytoczonych tytułów, czyli mamy tutaj dość niesamowite klimaty, że tak powiem z pewnej ciekawej perspektywy. No i ten nastrój miłości, no a że nieco specyficznej.. No cóż o gustach się nie dyskutuje... Poza tym jaki to poetycki tekst.. mamy wstawki w języku francuskim, kabel, drzewa, gwiazdy, niebo i nawet magnolię.. 

Czyż to nie jest piękny wiersz?

With piranha teeth
I've been dreaming of you
And the taste of your love, so sweet
Honest, it's true

Through my heart flows sleep
And the dark, heavy rain
Where the gravedigger's song is sung
You've been torturing me

Tout est noir, mon amour
Tout est blanc
Je t'aime, mon amour
Comme j'aime la nuit

Love, is the medicine good?
Is the crow flying eight miles high
Over wire and wood?

Shovel down six feet
With a head heavy pain
The magnolia blooms so sweet
And it fades just the same

To the stars, my love
To the sea
To the wheels, my love
'Til they roll all over me

Oh love, I've been thinking of you
With razor white teeth, so sharp
Honest, it's true

In my blood flows sleep
And the dark heavy rain
The magnolia blooms so sweet
Only torturing me

To the stars, my love
To the sea
To the wheels, my love
'Til they roll all over me

Po tym świetnym otwarciu Louis Elegy, poruszająca problemy wiary, a zaraz po niej Riot In My House. Tekst nie jest jednoznaczny, jednakże wydaje się, że kluczowym jest fragment:

Hear the coughing sound
Mama bring my medication
No harmony is found
While performing levitation  

także...  

Występ kończy chyba najlepszy utwór, przynajmniej jeśli chodzi o grę gitarzysty, Harborview Hospital. Pod względem przesłania nie odbiega on poprzedniego tekstu i moim zdaniem również dotyczy choroby. Ale być może się mylę?
I jeszcze kilka słów na temat znakomitego Steven Janssens'a. Oczywiście cały zespół gra odlotowo, ale on swoją grą wyróżnia się już od pierwszych taktów otwierających koncert. Ale co się dziwić, wystarczy popatrzeć na jego muzyczny dorobek (TUTAJ).  W zasadzie dokładne obejrzenie całego koncertu pozwala poznać możliwości gitary i postawić tezę, że starsi panowie dwaj, czyli Lanegan i Janssens robią tutaj całe show. 

I ta mina Lanegana kiedy spogląda na Jenssensa stojąc nieruchomo i potakując głową pewnie myśli sobie: jest świetny, jak nikt, to był zajebisty wybór!

To co? Jedziem (tak jedziem) z tym koksem! 

Dajcie na maksa głośniki i posłuchajcie jak powinno się grać prawdziwą muzykę!

A mówiąc krótko: napierdalać!

      
Teksty piosenek dostępne są TUTAJ. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.    

Mark Lanegan Band - sesja dla 4AD, 02.2012, realizacja: Robbert Summer. Tracklista: The Gravedigger's Song, St. Louis Elegy, Riot In My House, Harborview Hospital.

środa, 23 maja 2018

Niezapomniane koncerty: Smashing Pumpkins z epoki Adore - 1998 i okolice, grają również piosenki Joy Division


Smashing Pumpkins znani z ostrego brzmienia grunge, które jak wiadomo wywodzi się z post punk, postanawiają zmienić styl i nagrywają bardzo spokojny, nastrojowy album w dodatku bez perkusisty (słychać tylko automat). Album poświęcony jest nieżyjacej matce  lidera i gitarzysty Billy Corgana. Część fanów odwraca się od zespołu, uważając Adore za kompletną zdradę poprzedniego ostrego brzmienia, dominującego na Siamese Dream i Mellon Collie and the Infinite Sadness. Spada sprzedaż, płyta nie odnosi komercyjnego sukcesu...

Moim zdaniem, czas pokazał, że Corgan nie mylił się. Dziś, kiedy grunge jest już dawno przeżytkiem, a wspomniane powyżej płyty zdają się być lekko zdezaktualizowane (zwłaszcza Siamese Dream), Adore lśni swoim unikalnym blaskiem... Jest absolutnie ponadczasowa i nie poddaje się żadnym trendom.  

W tamtym czasie Smashing Pumpkins koncertowali w lekko stonowanym stylu, oczywiście rockowo, ale nie tak ostro jak wcześniej. Można powiedzieć, że klimat Adore przeniesiony został na koncerty, które zaczęły być lekko unplugged. A owoce tego chciałem przedstawić dzisiaj. 

Najpierw doskonały koncert z 14.05.1998 z Hamburga. Tracklista: To Sheila, Tear, Once Upon A Time, Crestfallen, Ava Adore, Daphne Descends, Let me give the world to you, Tonight Tonight, Bullet With Butterfly Wings, Shame, Thru the Eyes of Ruby/ Transmission

Tak, tak Transmission Joy Division jako ostatni utwór z koncertu. Wersja zupełnie niesamowita, pod koniec Corgan wplata kawałek tekstu Help - The Beatles a zagrane to jest w stylu Type O Negative.... 

Z tego samego okresu pochodzi unikalne wykonanie piosenki Tear, z koncertu Pinkpop Festvial (1.06.1998). Proszę zwrócić uwagę na instrumentalny dialog między Billy Corganem a Jamesem Iha: 

Cały koncert - relacja z jednej z kamer, z dość unikalnymi ujęciami, pokazującymi publiczność:



Dzisiaj tego najlepszego składu już nie ma. A jeśli mówimy o Smashing Pumpkins, to poniżej ostatni utwór, po którym można śmiało stwierdzić, że wspaniały muzyczny rozdział został zamknięty.