niedziela, 4 września 2022

Z mojej płytoteki: Alan Parsons Project - Eye in The Sky - klasyk rocka progresywnego

 

W styczniu tego roku zaczęliśmy na naszym blogu prezentować albumy Alan Parsons Project. We wpisie prezentującym ich I Robot (TUTAJ) opisaliśmy jak doszło do spotkania muzyków, wiec ten fragment historii (a powtarza się on w każdym CD ze wznowieniem kolejnych płyt) pomijamy. 

Dzisiaj prezentujemy szósty w dyskografii album Eye In The Sky z 1982 roku.


Najpierw skąd taka nazwa, wcale bowiem mimo okładki, nie powstała ona z inspiracji okiem Horusa ze starożytnego Egiptu (choć motyw ten promował album - zespół sięgnął do znanego elementu, co ułatwia marketing).

Jerry Ewing z Classic Rock Magazine z Londynu opisał całą sytuację w 2006 roku. Otóż pewnego dnia Eric Woolfson usłyszał określenie Eye In The Sky (Oko w Niebie) aż trzykrotnie, i to zastosowane w różnym kontekście. 

Najpierw w kasynie i hotelu w Las Vegas, jego kolega, który był tam menadżerem, pokazał mu ich system inwigilacji klientów o tej właśnie nazwie. Następnie, kiedy w pokoju hotelowym słuchał wiadomości, padła w nich ponownie, tym razem jednak chodziło o satelitę szpiegowskiego. W tym samym programie na koniec pokazano helikopter do badania zmian pogody, i znowu pojawiła się nazwa Eye In The Sky.


Ktoś wtedy go poinformował, że na rewersie banknotu dolarowego jest piramida, i wszystko połączyło się w jedną całość.

W rzeczywistości jednak, mimo szaty graficznej album jest o systemach wiary, politycznej czy religijnej, jednak takich, które nie używają w swojej doktrynie kazań i osądów. W ten sposób nawiązuje do innego a albumu zespołu, który tutaj przedstawimy, mianowicie Turn Of Te Friendly Card.

 
Artyści wspominają, że podczas promocji albumu w USA tytułowa piosenka grana była w radio po kilka razy dziennie. Poza Eye in The Sky jeszcze kilka ich płyt zrobiło furorę w USA, do tego stopnia, że otwierający płytę Sirius używany był jako hymn przez niektóre zespoły koszykówki, jak np. Chicago Bulls, i jednego z zawodników wrestlingu. Użył go także P. Diddy - muzyk rap, jako tytułowej piosenki jednego ze swoich albumów.


Na płycie pojawia się kilku wokalistów, Lenny Zakatek, Chris Rainbow, David Paton, oraz oczywiście śpiewa sam Woolfson, między innymi tytułowy utwór. Porywający jest też wokal Colina Blunstone'a w emocjonalnym utworze Old & Wise.
 
Wydanie CD którym dysponuję zawiera też 6 bonusów, są to wersje robocze piosenek, pokazujące jak utwory ewoluowały z czasem, nie tylko zresztą muzycznie, ale też i tekstowo. My jednak skupmy się na oryginalnym wydaniu.


Na albumie wyróżnia się kilka piosenek. Otwierający go Sirius, który płynnie przechodzi w  Eye in the Sky z wokalem Erica Woolfsona, czy nostalgiczny Gemini śpiewany przez Chrisa Rainbow:

Nie mogłem powiedzieć, 
dlaczego ty i ja jesteśmy bliźniętami
Gdybym próbował napisać milion słów dziennie
Ciągle widzę twój cień 

W podobnym klimacie utrzymany jest Silence and I znowu w z doskonałym wokalem Woolfsona.

Wypłakałem głośno
Wszystkie smutki, które miałem
I sekrety, które słyszałem

To uspokoiłoby mój umysł
Ktoś dzielący ciężar
Ale nie odetchnę ani słowem

Jesteśmy dwojgiem w swoim rodzaju
Cisza i ja
Potrzebujemy szansy na rozmowę o różnych sprawach

Dwoje w swoim rodzaju
Cisza i ja
Znajdziemy sposób, aby to rozwiązać

Podczas gdy dzieci się śmiały
Zawsze się bałem
Uśmiechu klauna
Zamykam więc oczy
Dopóki nie zobaczę światła
I chowam się przed dźwiękiem

Jesteśmy dwojgiem w swoim rodzaju
Cisza i ja
Potrzebujemy szansy na rozmowę o różnych sprawach

Dwoje w swoim rodzaju
Cisza i ja
Znajdziemy sposób, aby to rozwiązać

Słyszę krzyk
Liścia na drzewie
Gdy spada na ziemię
Słyszę wezwanie
Echo
Ale nie ma nikogo w pobliżu
Jesteśmy dwojgiem w swoim rodzaju
Cisza i ja
Potrzebujemy szansy na rozmowę o różnych sprawach
Dwoje w swoim rodzaju
Cisza i ja
Znajdziemy sposób, aby to rozwiązać


You're Gonna Get Your Fingers Burned z wokalem Lenny Zakatka i Psychobabble, śpiewany przez Elmera Gantry moim zdaniem nie wytrzymały próby czasu. 

Za to po nich, jakby w ramach wynagrodzenia mamy absolutny odlot... Mowa o instrumentalnym Mammagamma. Dla tego utworu warto mieć album w kolekcji. Przypomnijmy, że mamy rok 1982, czyli to czterdzieści lat temu! 

Na specjalną uwagę zasługuje kończący album ballada Old and Wise ze wspomnianym wokalem Colina Blunstone'a. 

O ile moje oczy dobrze widzą
Zbliżają się do mnie cienie
A tym, których zostawiłem za sobą 
Chciałem, powiedzieć 
Że ty zawsze dzieliłaś się swoimi najgłębszymi przemyśleniami
I podążałaś tam, gdzie ja idę

Kiedy będę stary i mądry
Gorzkie słowa niewiele dla mnie znaczą
Jesienne wiatry będą mnie przewiewać 
I kiedyś
We mgle czasu
Kiedy zapytają mnie, czy cię znam
Uśmiechnę się i powiem, że jesteś moim przyjacielem
A smutek zniknie z moich oczu
Kiedy będę stary i mądry

O ile moje oczy dobrze widzą
Otaczają mnie cienie
I tym, których zostawiam za sobą
Chcę powiedzieć 
Zawsze dzieliłaś się moimi najciemniejszymi godzinami
Będę za tobą tęsknić, kiedy pójdę
Kiedy będę stary i mądry
Ciężkie słowa, które rzucały mną i
Jak jesienne wiatry, będą wiać prosto przeze mnie
I kiedyś
We mgle czasu
Kiedy spytają cię, czy mnie znasz
Pamiętaj, że byłaś moim przyjacielem
Gdy ostatnia kurtyna opadnie przed moimi oczami
Kiedy będę stary i mądry
O ile moje oczy dobrze widzą...

Mimo dwóch gorszych piosenek, to arcydzieło rocka progresywnego. My do twórczości APP wrócimy, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Co się dzieje dziś z artystami pisaliśmy TUTAJ.


Alan Parsons Project, Eye in The Sky, producent: Alan Parsons, Arista, 1982. Tracklista: Sirius, Eye in the Sky, Children of the Moon, Gemini, Silence and I, You're Gonna Get Your Fingers Burned, Psychobabble,  Mammagamma, Step by Step, Old and Wise.

 



sobota, 3 września 2022

Arkadiusz Szymczak aka Arius: nietypowe wizje swoich własnych fantastycznych światów

Arkadiusz Szymczak aka Arius (ur. 1973 r.) jest jednym z tych samouków, których prace wzbudzają podziw, jaki może nie wywołałby profesjonalny artysta. Maluje w niełatwej technice olejnej surrealistyczne wizje, które - co jest chyba oczywiste w naszym kraju - w widoczny sposób inspirowane są twórczością Zdzisława Beksińskiego. Reminiscencje są tak zauważalne, ze nawet nie będziemy przeprowadzać analizy form aby tego dowieść. Choć on sam zdaje się zaprzeczać takim powiązaniom, bo pisze na swojej stronie: Długo poszukiwałem własnej drogi twórczej. Na początku nie trzymałem się żadnego nurtu i malowałem to, na co miałem ochotę. Dzięki temu mój bogaty warsztat artystyczny pozwala mi obecnie tworzyć na swoich obrazach wiele różnorodnych motywów i ukierunkować moją sztukę w taką stronę, jaką pragnę."






Oprócz obrazów z fantastycznymi, monumentalnymi krajobrazami, na których przewija się motyw gigantycznego liścia-drzewa, o wytrawionej przez czas epidermie, z którego po zimie pozostają jedynie wiązki nerwów, zdarzają mu się prace będące ponurym komentarzem do własnych przemyśleń, przesycone czarnym humorem i mimo zręczności w treści zbyt dosłowne, a przez to trącące łopatologiczną dydaktyką. 





Malarz sam siebie określa jako pasjonat surrealizmu i tonalizmu, czyli podaje od razu cechy swojej twórczości: ciemną, stonowaną paletę barw, zamiłowanie do szczegółów, irracjonalne sytuacje zbudowane na surrealistycznych kompozycjach. Ale oprócz tego jest także romantykiem i to w znaczeniu klasycznym, tym z XIX wieku, czyli artystą zafascynowaną naturą, jej niszczycielską a zarazem stwórczą siłą. Opuszczone przez człowieka ruiny i wraki, które zostają opanowane przez przyrodę, stają się również miejscem rozwoju życia, przy paradoksalnie jednoczesnej anihilacji śladów cywilizacji.  Oczywiście takim okolicznościom towarzyszy wrażenie grozy, niepokoju i nieuchronnego przemijania... Jak to sam nazywa: maluje nietypowe wizje swoich własnych fantastycznych światów.





Nic dziwnego, że jego refleksje prowadzą go do egzystencjalnych konkluzji, na swojej stronie pisze: mam zamiłowanie do filozofii. Od dziecka starałem się zrozumieć ten świat, życie i śmierć. Dostrzegać zarówno dobro, jak i zło. Rozważam oraz analizuję - wynikiem tego są moje obrazy. Malarstwo jest dla mnie doskonałą formą przekazu. Swoje obrazy nazywam wizjami, a wizja to głos mojej duszy. (...) Świat, który możemy sobie wyobrazić i namalować nie ma ograniczeń.

Szymczak ma poza tym dobrze przemyślaną strategię marketingową. Dźwięczny, międzynarodowy pseudonim artystyczny uzupełnia interesującym podpisem swoich prac, którym jest odcisk kciuka.  Poza malarstwem pasjonują go motocykle, literatura oraz gra na perkusji. A także muzyka heavy metalowa. Chyba dobrze będzie się czuł na naszym blogu...

Polecamy stronę artysty (TUTAJ).

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 2 września 2022

Z mojej płytoteki: Tindersticks - second album, nostalgia nadchodzącej jesieni

 


Brytyjski Tindersticks jest dziś już legendą. Klimat, jaki stwarza na swoich albumach, a ma ich dorobku 13, oscyluje gdzieś między tym co robi Nick Cave a tym co kiedyś robiono w 4AD, zwłaszcza w latach 80-tych. Jeśli do tego dodać jeszcze nieco folkowych, myślę tutaj o instrumentach (np. skrzypce) i psychodelicznych klimatów, to otrzymamy zupełnie wybuchową mieszankę. 

W opinii ekspertów do najlepszych dokonań zespołu należy pierwszy, i prezentowany dziś, drugi album. Ten pochodzi z 1995 roku i co ciekawe, ma taki sam tytuł jak debiut, czyli po prostu Tindesticks. Dla mnie ten album jest czymś w stylu dokonania Nootena i Brooka, to muzyka wyciszająca, lekko psychodeliczna, a jednocześnie dająca do myślenia.

O płycie David Boulter, grający w zespole na akordeonie i organach, pisze tak:

Latem 1993 mieliśmy już kompletowany materiał na nasz debiut. Przeprowadziliśmy się do domu: ja, Stuart, Neil i Mark. Mark spał na podłodze w kuchni, i nagle dom zaczął się kurczyć. Wypełnił się ludźmi, psem, trzema kotami, instrumentami, wzmacniaczami, a nasze studio drastycznie się rozrosło. Dlatego przenieśliśmy się do większego domu, a Mark dostał swój pokój z łóżkiem. 

Boulter wspomina, że wspólne życie miało wiele plusów, zwłaszcza muzycznych, pomysły na piosenki, regularne próby, komponowanie. Mimo sukcesu pierwszego albumu, większość z nich jednak ciągle pracowała zawodowo. Kontrakt z wytwórnią This Way Up (wydawca pierwszego, jak i dwóch kolejnych albumów zespołu) nie dostarczał wielkich profitów. 

W tamtym czasie wyruszyli w pierwszą trasę po Europie, jako support Nicka Cave'a and the Bas Seeds. Poznali Brixa Bargelda, a ten powiedział im, że zna bardzo ciekawe studio nagraniowe Conny Plank's. Powrócili zakończyć trasę po UK, gdzie ich debiut odniósł sukces. Zastanawiali się, co będzie dalej? Ponieważ pisali cały czas nowe piosenki zaczęli grać je na żywo. Dlatego, że wiele z piosenek z pierwszej płyty nie było wcześniej grane live, a także ponieważ w wersjach live piosenki z debiutu nabrały nowych brzmień, postanowili wydać album koncertowy Amsterdam. Będąc w Kolonii odwiedzili studio rekomendowane przez Brixa Bargelda i zrobiło ono na na nich duże wrażenie. Tam też nagrali kilka piosenek w wersji demo.



Nagrali przez 5 dni pięć piosenek, mieli też kilka pomysłów na dalsze. To zaczęło się 9.05.1994, a po tygodniu mieli już cały album... 

Wiele piosenek w zasadzie powstało z niczego, niektóre były próbowane wcześniej live, niektóre są nagranie po jednej czy dwóch zaledwie próbach. Niemniej był to czas fajnej zabawy. Zabrali taśmy do domu i mieli zamiar iść dalej brzmieniowo poza to co zaprezentowali na debiucie. Pomógł im w tym Terry Edwards, który dodał też swoje partie trąbki i saksofonu. Stał się też ich muzykiem koncertowym. Kilka piosenek dodali podczas pracy w domu. Nawiązali też wtedy współpracę z Carlą Torgerson z zespołu Walkabouts, których album z coverami był w tamtym czasie ich ulubionym. 


Materiał zyskał negatywną ocenę w EMI, a promował go ich ulubiony klip w reżyserii Martina Wallace'a.
 
Album ukazał się w kwietniu 1995 roku, kiedy zespół grał dość trudny koncert z orkiestrą w The Blum burt Theatre. W tamtym czasie wszyscy uszyli sobie ubrania u krawca. Zdjęcia na okładkę wykonał Phil Nichols.


Pora na muzykę. A tutaj wyróżniają się My Sister, pokazujący że można nagrać trąbkę, tak aby nie drażniła swoim specyficznym dźwiękiem, znakomita ballada Tiny Tears, i nastający po niej Snowy in F♯ Minor, mocno psychodeliczny Vertrauen II i oczywiście wielki hit: Travelling Light ze wspomnianą Carlą Torgerson.


Są miejsca, których nie pamiętam
Są czasy i dni, które nic dla mnie nie znaczą
Przeglądałem niektóre z nich na starych zdjęciach
Nie służą do podróżowania w mojej pamięci

Nie budzę się rano, wpatrując się w ściany w te dni
Nie wyjmuję pudełek, rozłożonych na całej podłodze
Przeglądałam niektóre stare zdjęcia
Te twarze nic dla mnie już nie znaczą

Podróżuję lekko
Podróżujesz lekko
Wszystko, co zrobiłem
Mówisz, że możesz to uzasadnić, podróżujesz lekko

Nie mogę ich wybrać, nie mogę ich włożyć do tych smutnych starych toreb 

Niektóre rzeczy, musisz zostawić po drodze

Czasy są ciężkie, wybiorę je tylko, żałuję, że nie wracam 

Czasy są dobre, będziesz zadowolony, że uciekłeś

Czy pamiętasz, jak bardzo mnie kochałeś?
Mówisz, że nie masz miejsca w tej grubej starej głowie 

Cóż, to przychodzi z bólem, poczuciem winy i wspomnieniami 
Gdybym musiał je zabrać ze sobą, nigdy nie wstałbym z łóżka.

W dachu jest pęknięcie, przez które przelewa się deszcz
To miejsce, w którym zawsze decydujesz się usiąść

Tak, wiem, że bywam tam godzinami, woda spływa po (mojej) (twojej) twarzy

Czy naprawdę myślisz, że trzymasz to wszystko tak dobrze w ukryciu?
Nie, ale podróżuję lekko
Nie podróżujesz lekko
Wszystko, co zrobiłem
To tylko kłamstwo, nie podróżujesz lekko
Podróżuję lekko
Nie, nie podróżujesz lekko.
Podróżuję lekko
Nie, nie, nie podróżujesz lekko
Podróżuję lekko
Nie podróżujesz lekko



Wspomnienia no i ten teledysk. Mimo że byśmy chcieli, nasze podróże w przeszłość wcale nie są dla nas takie łatwe... 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


Tindersticks, Second Album, producent: Tindersticks i Ian Caple, This Way Up 1995, tracklista: El Diablo en el Ojo, A Night In, My Sister, Tiny Tears, Snowy in F♯ Minor, Seaweed, Vertrauen II, Talk to Me, No More Affairs, Singing, Travelling Light, Cherry Blossoms, She's Gone, Mistakes, Vertrauen III, Sleepy Song.


czwartek, 1 września 2022

Mona Lisa jakiej nie znacie

Wiemy kim są The Beatles. Wiemy także kim Pink Floyd. Jedna i druga formacja to już legendy. Muzycy pierwszej spowodowali tzw. beatlemanię, której oznaką było histeryczne zachowanie nastoletnich fanek. Czy jakieś inne zjawisko może się z tym równać? Otóż tak. Takim Beatlesem w dziejach sztuki jest Mona Lisa Leonardo da Vinci. Żadne dzieło nie budzi tylu emocji, z żadnym nie wiąże się tyle opowieści, żadne w końcu tak nie inspirowało, jak to niewielkie, w gruncie rzeczy płótno, o rozmiarach 77 cm na 53 cm.   

Przedstawia ono według najbardziej przypuszczalnych ustaleń Lisę Gherardini, żonę bogatego florenckiego kupca Francesco del Giocondo, choć niektórzy przeczą temu podając, że malarz wykonał portret anonimowej damy. 

Faktem jest, że tworzył go bardzo długo, bo aż 16 lat, od 1503 do 1519 roku, co według zwolenników jest dowodem na anonimizację modelki.  W każdym razie w 2019 roku minęło pięćset lat od namalowania dzieła, czyli pół tysiąca lat, aby uzmysłowić mocniej jaki jest to szmat czasu. Zaistniał na długo przed kalendarzem gregoriańskim, zanim rozpoczął się Sobór Trydencki, przed rzezią św. Bartłomieja we Francji, za to w tym samym czasie gdy Magellan opływał kulę ziemską, Cortez podbijał państwo Azteków, Luter ogłosił w Wittenberdze swoje tezy a do Polski przybyła królowa Bona…  


Mona Lisa jest dobrym obrazem. Dobrym w tym sensie, że namalowanym z wielką biegłością: Ukazuje młodą kobietę na tle krajobrazu, o miękkich rysach twarzy, z umiejętnie stosowanym sfumato, za pomocą którego Leonardo dowiódł znajomości anatomii i zręczności w subtelnym korzystaniu z efektów światłocienia. Ale czy to wystarczy, aby płótno osiągnęło status najsłynniejszego obrazu świata? Na taki tytuł zapracowały raczej rozmaite zbiegi okoliczności i meandry zdarzeń. Jednym z nich było przeniesienie płótna do Francji, dokąd przybyło wraz z Leonardem, który po secco do Roma w 1527 skorzystał z gościny Franciszka I. Król polubił obraz i ostatecznie umieścił go w Luwrze, gdzie pozostał już na zawsze. Tam przetrwał trudny czas rewolucji francuskiej, potem wojny Napoleona aż nadszedł wiek XIX. W epoce romantyzmu im bardziej mitologizowano geniusz Leonardo da Vinci, tym mocniej doszukiwano się w Giocondzie tajemniczości, w rezultacie stała się femme fatale, uwodzicielką owianą tajemnicą o zagadkowym uśmiechu.




Spirala popularności zaczęła się jednak nakręcać po kradzieży obrazu w sierpniu 1911 r. Związany z tym rozgłos zwrócił na niego uwagę opinii publicznej całego świata. Opisy dziennikarzy sprawiły, że przed pustą ścianą w Luwrze zaczęli gromadzić się ludzie po to tylko aby gapić się na pustą ścianę…. I dywagować. Po wielu spekulacjach i po dwóch latach obraz został odnaleziony na terenie Włoch. Sprawcę kradzieży spektakularnie aresztowano i skazano a Mona Lisa triumfalnie powróciła do Francji. To wydarzenie spowodował masowe upowszechnienie wizerunku dzieła, którego reprodukcje kolportowano na cały świat. I wtedy obraz znów zaistniał w kolejny sposób, jako bohater cudzej twórczości. W 1919 roku – w 400. Lecie powstania - Marcel Duchamp na pocztówce narysował na twarzy damy brodę i wąsy, a na dole dodał akronim LHOOQ (mający przywołać wulgarną frazę po francusku), co wywołało spory skandal. W efekcie inni artyści uznali, że przetwarzanie znanego portretu przyciągnie uwagę publiczności. Jednym z nich był Andy Warhol. I tak przez dziesięciolecia, wraz z rozwojem technologii, obraz nieustannie powielano, czasem przetwarzano, aż twarz na nim stała jedną z najbardziej znanych na świecie, nawet dla tych, którzy mało interesowali się sztuką.




Kolejnym wydarzeniem znów przyciągającym uwagę były podróże Mony Lisy do Stanów Zjednoczonych w 1963 i do Japonii w 1974. Portret dotarł do Stanów Zjednoczonych w kabinie pierwszej klasy na liniowcu oceanicznym i został wystawiony w Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie gdzie dziennie przychodziło około 40 000 osób. Kilkanaście lat później portret w Japonii witały już potężne witały tłumy. Co więcej, ponieważ podróże stały się coraz bardziej przystępne, coraz więcej osób mogło odwiedzić Paryż i osobiście złożyć hołd dziełu. Mona Lisa doczekała się   także milionów reprodukcji używanych w reklamie i środkach masowego przekazu co sprawiło, że Mona Lisa jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów wszechczasów.. Obraz był także obszernie prezentowany w dziełach literackich i filmowych. 

Obecnie wisi za kuloodpornym szkłem w Luwrze wystawiona każdego dnia na spojrzenia tysięcy przepychających się widzów, Jest już częścią popkultury. 



Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 31 sierpnia 2022

Interesujący wywiad z Peterem Hookiem o Ianie Curtisie i nowej audycji o kolekcji płyt wokalisty Joy Division

 


Peter Hook udzielił ostatnio ciekawego wywiadu portalowi guitar.com (LINK) w związku z planowanymi koncertami z serii Joy Division Orchestrated w Manchesterze i Londynie. 

Na wstępie wspomina, że Sex Pistols widział cztery razy i zastanawiał się wtedy, że on też potrafiłby każdemu mówić że ma się odpierd@@ić, jak robią to Pistolsi ze sceny. Mimo, że zespól grał dość sprawnie, nagłośnienie było okropne. Wspomina, że kiedy kupił bas zdziwił się, że to gitara tylko z czterema strunami, ale Bernard Sumner uświadomił mu, że w przypadku basu to całkiem normalna sytuacja.


Hooky wspomina, że to Curtis dał mu do posłuchania album Metallic K.O. the Stooges i powaliła go ta muzyka. Nie znał ani Popa ani Velvet Underground. Sumner z kolei zapytał Curtisa o to, kim są the Doors, bo wszyscy twierdzą, że Joy Division brzmią podobnie, wtedy Ian przyniósł im pierwszy album Doorsów i rzeczywiście przekonali się że brzmią podobnie. Mało tego na próbach grali Riders of the Storm. 

Pośród basistów którzy go zainspirowali Hooky wymienia Tony Fox Salesa z Sales Brothers, Carole Kayne.


Hooky wspomina o wielu mitach towarzyszących Ianowi Curtisowi. Ma zamiar prześledzić kolekcję płyt Iana. Rzeczywiście Idiot Popa była ostatnią płytą jakiej słuchał (opisaliśmy ten album TUTAJ). Wspólnie z Kelvinem Briggsem (w wywiadzie jest błąd nie Biggsem tylko Briggsem zwanym Bessie - pisaliśmy o nim TUTAJ), który przyjaźnił się z Ianem i jest przyjacielem Hooka zrobią podcast o kolekcji płyt Iana. 

Podkreśla, że ostatnio odwiedził jego grób i za każdym razem kiedy tam się pojawia widzi nowe kwiaty od fanów - Joy Division inspirują ciągle nowe, coraz młodsze  generacje fanów. Takich młodych ludzi jak Ian, mających po dwadzieścia kilka lat, dzieci i planujących się rozwieść nie brakuje mimo upływu czasu, a muzyka Joy Division jest dla nich inspiracją. 

Następnie pojawia się refleksja na temat Peter Hook and The Light, który rozpoczął działalność w 2010 roku, celem upamiętnienia Curtisa. Kiedy Hooky był poza New Order uświadomił sobie, że LWTUA - najbardziej kasowy singiel wszechczasów napisali w 3 godziny, a napisanie Blue Monday zajęło im z New Order pół roku...

Jego zdaniem Unknown Plesures wcale nie straciło na aktualności, zwłaszcza teraz po Covidzie. Jest fanem tego albumu (choć warto przypomnieć, że w chwili wydawania nim nie był). Pierwszy bas jaki kupił to Hondo II kopia firmy Rickenbacker, pierwszy wzmacniacz Sound City 120. Ian namówił go do grania wysoko, a ten nieskomplikowany zestaw instrumentów i wzmacniaczy nadał charakterystyczne brzmienie Joy Division. Choć nie ma zbyt wiele dobrego do powiedzenia o Bernardzie Sumnerze ceni go za to, że New Order poszli w kierunku bardziej eksperymentalnych brzmień. 

Na koniec pada wypowiedź o najnowszych dokonaniach Hooka w tym współpracy z Gorillaz. 

Czekamy na nowy podcast i zapewne informacja o nim pojawi się na naszym blogu. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.               

wtorek, 30 sierpnia 2022

Sztuka Wojciecha Malickiego: Obrazy niczym otwarte wrota krypty

 Wojciech Malicki urodził się w 1981 roku w Zawierciu i nadal tam mieszka, a co więcej uczynił z tego faktu - życia na prowincji - swój atut. Przywiązany do swojej miejscowości, inspiruje się jej historią. Tak było od czasu obrony pracy dyplomowej na Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie, wykonał wówczas plastyczne kopie macew i napisów w języku hebrajskim, znajdujących się na dwóch cmentarzach żydowskich w Zawierciu. Były to w zasadzie wariacje na tematy historyczne ukazane w grafikach litograficznych. Podobnie było w przypadku pracy magisterskiej, która była analizą zjawiska neogotyku nadwiślańskiego na przykładzie Bazyliki Mniejszej p. w. św. Piotra i Pawła w Zawierciu. I tak już zostało. Ale obrazy Malickiego nie są przykładem typowego pejzażu miejskiego. Raczej surrealistycznym komentarzem do otaczającego go świata, z którego czerpie plastyczne formy, by potem je po swojemu przekształcić. 








Takim osobistym komentarzem jest jego cykl O'KNO, który tworzy ze starych ram okiennych pochodzących z wyburzanych lub z remontowanych budynków. W te ramy wprawia swoje obrazy, umieszczając na nich kompozycje aluzyjnie nawiązujące do tradycyjnych schematów ikonograficznych – na przykład postać, którą można zidentyfikować jako Temidę, Arkę, postać którą zinterpretować jako śmierć itp. W ten sposób pokazuje nam swoją i tylko swoją wizję świata, bo jego okno prowadzi nas tylko tam.








Na innych obrazach witamy, niczym starych znajomych, motywy znane z malarstwa Zdzisława Beksińskiego: Wieżę Babel, Katedrę czy bezwłose, anonimowe postacie ludzkie. Jednak Malicki znacznie różni się od Mistrza Beksińskiego, ma swój własny styl, nie epatuje czaszkami a mimo to jego obrazy są niczym otwarte wrota krypty, pełnej pajęczyn, zasuszonych roślin, martwych motyli i wykwitów pleśni... Cisza, smutek i spokój. Wydaje się, że takie emocje chce nam przekazać artysta. Który niestety nie posiada własnej strony internetowej, a jedynie profil na FB (LINK). 


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.