piątek, 18 września 2020

Joy Division w Bowden Vale Youth Club oczami świadka: relacja z legendarnego wstępu 14.03.1979 roku

Na jednym z kont społecznościowych Facebooka, grupujących fanów Joy Division opublikowano zdjęcie Bowden Vale Youth Club (LINK). Jest to prawdziwa gratka, bo budynek ten został rozebrany w 1989 r. Zdjęcie jest autorstwa Martin O'Neill a wyszukał je Stuart Murray.


Koncert Joy Dvision odbył się tam 14 marca w 1979 roku, czyli jeszcze zanim zespół nagrał swój epokowy album Unknown Pleasures. Zachowało się z niego naprawdę dużo: bilety, lista utworów, nagrania (w tym niespełna 10-minutowy zapis video o którym napisaliśmy TUTAJ) i zdjęcia, także wykonane przez O'Neilla (wydał je w 2007 roku w 12 stronicowym albumie I Remember Nothing i opowiedział o tym jak je robił w krótkim wywiadzie TUTAJ). Po fotografiach można by sądzić, iż występ miał miejsce w czyimś salonie o ścianach włożonych wzorzystą tapetą… Lecz był to jeden z lepszych koncertów grupy. Oto lista utworów:

1 She's Lost Control
2 Shadowplay
3 Leaders Of Men
4 Insight
5 Disorder
6 Glass
7 Digital
8 Ice Age
9 Warsaw
10 Transmission
11 I Remember Nothing
12 No Love Lost


Z występu wydano kilka bootlegów, dostępnych na You Tube a poza tym, jeśli nasi czytelnicy uznają, iż to mało, to podajemy link, za pomocą którego można ściągnąć dźwiękową całość na swój dysk (TUTAJ).

Co jeszcze mamy? Relację świadka i to nie byle kogo, bo brata Paula Hanleya, perkusisty grupy Staff 9 która była supportem Joy Division. Muzyk potem przystał do The Fall, a obecnie gra z Brix And The Extricated. A tak zapamiętał tamten dzień i wieczór świadek:

Środa 14 marca 1979 była dniem jednego z moich najbardziej ulubionych występów. Dzień nie zaczął się zbyt dobrze - Bertie Noone (nauczyciel plastyki z piekła rodem) z wielką przyjemnością poinformował mnie, że będę tematem cotygodniowej „praktyki odbijania”, pod tą nazwą kryła się kara cielesna, zawsze wymierzana w piątek i zwykle nakładana za nie wykonanie pracy domowej. W moim przypadku było inaczej, po prostu praca, którą mu oddałem, była na tak niskim poziomie (tak też było), że lepiej byłoby, gdybym jej mu nie dał. To co robił nazwał „treningiem odbijania”, ponieważ „przymierzał” kij krykieta w poprzek pośladków, co było jego ulubioną karą. Zwykł komentować przy tym a la komentator radiowy, np. w taki sposób „… A Basil D'Oliveir podchodzi do zagłębienia i wyprowadza idealną szóstkę w czyste niebo nad Old Trafford…” - łup! Inni nauczyciele w St Bede woleli pasek, pantofel lub, w przypadku pana Hockenhalla, gumowy wąż od palnika Bunsena z węzłem. Inne czasy.  

Ale to nie miało znaczenia, ponieważ wieczór oznaczał wyprawę na koncert na żywo - na dodatek był tam zespół mojego brata - Staff 9, którego widziałem na próbach i wiedziałem, że jest naprawdę dobry. Z jakiegoś dziwnego powodu grali w klubie młodzieżowym. Co więcej, był to klub młodzieżowy w szczerym polu. Wiedziałem o tym, ponieważ widziałem tam The Fall w poprzednim miesiącu.

Faktyczna geografia miała niewielki wpływ na moje poczucie odległości w tamtych czasach. Bowdon znajdowało się niecałe 5 mil od mojego domu, znacznie bliżej niż centrum Manchesteru City, ale przyzwoite połączenia komunikacyjne oznaczały, że Rafters był znacznie łatwiej dostępny niż klub młodzieżowy Bowdon Vale, który równie dobrze mógł znajdować się w Birmingham.

Sprzęt Staff 9 został przetransportowany do Bowdon przez Berniego, perkusistę, w jego furgonetce oraz przez Grahama, wokalistę, za pomocą Austena Allegro jego ojca. Steve i Craig wysiedli z autobusu do Altrincham i resztę drogi przeszli pieszo. Jako nieopłacani pracownicy techniczni dołączyliśmy do nich ja i Marc Riley, który odwzajemniał przysługę Steve'owi i Craigowi, za to, że ten niedawno jeździł do The Fall.

Najważniejszą rzeczą, jaką przypomniałem sobie z jednej z piosenek Joy Division, był ktoś krzyczący na początku „Czy zapomnieliście o Rudolfie Hessie?”- Ciekawe, kim on jest? - Pomyślałem. Potem okazało się, że to Barney wypowiedział tę nieśmiertelną frazę.  Gdy Joy Division zakończyło próbę dźwięku, ich gitarzysta zaczął bawić się dziwnie wyglądającą klawiaturą, która leżała u jego stóp. Wyglądało na to, że zrobił ją sam i wydawało się, że ta rzecz jest w stanie wytwarzać raczej dziwne ryki i brzęki, niż rzeczywiste dźwięki. Po tym, co wydawało się wiecznością, basista wskazał na Staff 9 i powiedział - „Bernard - zwijaj to, chłopaki czekają na rozstawienie”. Gitarzysta niezgrabnie zastosował się do tego polecenia i, jak się okazało, co było niezwykłe, Joy Division przesunął swój sprzęt tak, że Staff 9 mógł się ustawić. Próba dźwięku Staff 9 została zrobiona w dość krótkim czasie. Graham dał przez mikrofon podstawowe „jeden – dwa” i szybko przejrzeli „Writing Desk”, jeden z nowszych numerów. Po tym publiczność zaczęła przybywać, więc zespół udał się do drugiego pokoju, aby czekać na swoją kolej.

Występ Staff 9 zakończył się uprzejmym entuzjastycznym aplauzem i natychmiast zaczęli schodzić. Następnie Steve Morris ponownie złożył swój zestaw, co zajęło mu trochę czasu, ponieważ miał największy zestaw perkusyjny, jaki kiedykolwiek widziałem (6 części!!) i nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc. Publiczność, która składała się głównie z nastolatków z głowami jak mopy, takich jak ja, czekała z niecierpliwością aż skończy. DJ robił wszystko, co w jego mocy, żeby nas nieźle bawić, ale wszyscy byli trochę zdenerwowani, zanim reszta zespołu dołączyła do Steve'a. Krzyk Bernarda, po którym nastąpił jęk udręki Iana Curtisa i ruszyliśmy. „Exercise One”, po którym następuje błyskawiczne przejście do „She's Lost Control”. Wtedy w końcu usłyszałem, jak właściwie brzmi uderzenie Stevea Morrisa. To bębnienie Steve'a ostro mnie walnęło. Świetnie się go ogląda, chociaż zawsze wygląda trochę nieswojo, jakby odczuwał pewien ból. Kontynuowałem analizę stylu Stevea, aż do momentu, gdy Ian wszedł w „ten” taniec.  Następna piosenka wystarczyła, by mnie przekonać, że ten zespół jest naprawdę czymś wyjątkowym. „Shadowplay” był punktem kulminacyjnym występu, tak samo jak miał być punktem kulminacyjnym ich pierwszego albumu. Sposób, w jaki unosi się i opada muzyka na pojedynczej linii basu i sposób w jaki udaje się powtórzyć wszystko, co Ian ma do powiedzenia bez zmiany akordu, jest genialne.

Następna piosenka, „Insight”, ponownie zawierała perkusję Steve'a, chociaż tym razem brzmiało to jak nieco denerwujące „Bo!” tak jak można to usłyszeć na wielu utworach disco z lat siedemdziesiątych, w szczególności „Love Don't Live Here Anymore” Rose Royce. Nadal uważałem, że brzmiało świetnie.


„Disorder” był powodem, dla którego Bernard w końcu włączył klawiaturę. Wydało to niejasne okrzyki Doctora Who, który grał niezmiennie przez cały czas trwania utworu. Był najwyraźniej zdeterminowany, aby w jakiś sposób ustawić kilka klawiatur na kolejnych koncertach. Potem była wysublimowana „Transmisja”, której głównym wspomnieniem była refleksja co nadal pamiętam, jak ten pieprzony Steve Morris przez cały czas utrzymywał te 16-ki na wysokim talerzu. Nic dziwnego, że wyglądał na zmęczonego.

Zakończyli utworem „I Remember Nothing”, który z pewnością zalicza się do najbardziej ponurych, najbardziej dołujących zakończeń koncertów wszech czasów. Podobnie jak The Fall (którzy nadal tego nie robią), Joy Division nie poszło na żadne ustępstwa, by zadowolić publiczność. Wrócili jednak by zagrać „No Love Lost”, który trudno opisać jako wesoły, chyba że porównasz go do „I Remember Nothing”. Czułem się, jakbym został pobity, ale co to był za koncert. Utkwiło mi to w pamięci jeszcze wyraźniej niż spotkanie z panem Noone w piątek po południu. I nigdy tego nie zapomnę (LINK).

Tak to wyglądało, tak zapisało się w pamięci uczestnika. A my czekamy na film z pełną relacją koncertu. I chyba długo już czekać nie będziemy, bo na Aukcji Omega widziana była taśma wideo z zapisem (LINK). Pytanie brzmi – czy całego występu, czy tylko znany zapis kilku piosenek?

Wkrótce się dowiemy... 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 17 września 2020

Obrazy Cristiny Troufa: Odwieczne poszukiwanie odpowiedzi na pytania kim jestem i co się dzieje po śmierci

W zamyśle przypominają niedokończone obrazy Leonardo da Vinci: anatomicznie perfekcyjne, z doskonałym zastosowaniem skrótów perspektywicznych, z ledwie zarysowanymi partiami ciała (niektóre z nich są pokazane TUTAJ). Autoportrety Cristiny Troufa są jej pamiętnikiem, portugalska artystka (ur. 1974 r.) zapisuje poprzez nie wszystko: Życie, śmierć, trwanie, miłość, wspomnienia, doświadczenia życiowe, moje dzieciństwo, duchowość, samorozwój… Wszystko o tym, jak widzę swoje życie i życie w ogóle. Odwieczne poszukiwanie wiedzy, odpowiedzi na pytania co tutaj robię, kim jestem i co się dzieje po śmierci.

I tak, dla odmiany po wielu przykładach malarstwa pejzażowego, czyli dość ekstrawertycznego, dzisiaj mamy możliwość spojrzeć na krajobraz wewnętrzny jednej osoby. Nie potrzeba do tego, jak się okazuje, wielu rekwizytów. Wystarczy wyraz twarzy, poza, gest… malarstwo tak minimalistyczne, iż można je pozostawić pozornie niedokończonym, z naciskiem na pozornie. Bo czy, w tak wielu przypadkach, nie jest celowa rejestracja tych partii ciała, które przesłonięte są ubraniami, konturem wypełnionym tym samym kolorem co tło? Akurat ubiór wydaje się być w kontakcie z drugim człowiekiem najmniej istotny, co jest prawdą niby powszechnie uznaną, lecz iluż z nas przekonało się, jak bardzo wygląd determinuje stosunek otoczenia do osoby. Czyż nie jest tak, że ludzi skromnie ubranych, a może jeszcze leciwych, wcale się nie zauważa, a jeśli już, to traktuje z pobłażliwą wyższością?  Obrazy Cristiny ukazują zatem ją i tylko ją, w dodatku taką, jaka jest naprawdę, na co dzień… Ma się wrażenie, że oglądamy niekończący się rytuał przygotowań, lecz nie wiadomo na co i do czego… Do śmierci? Do życia? Do miłości? Wyjątkiem jest tylko portret starej kobiety odzianej w kwiaty, wśród których latają ćmy, motyle wiecznego snu…













Obrazy Cristyny są więc jej sceną, na której ujawnia sekrety swojego życia, można by rzec - są niczym album konceptualny dla muzyka. Mało kto jest tak odważny, aby tak jak ona publicznie przyznać się do swoich lęków i smutków. Artystka prowadzi bloga (LINK) - można powiedzieć - po sąsiedzku. Są tam wszystkie informacje biograficzne, spisy i opisy wystaw, wycinki prasowe i inne tego typu rzeczy.

 Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

środa, 16 września 2020

Z mojej płytoteki: The Egde of Water - Into Your World - legenda włoskiego shoegaze i indie rocka


Ten zespół to tabula rasa... Wiadomo tyle, że nagrali dwie płyty, obie ukazały się w wytwórni Angel Records. Pierwsza i omawiana dziś - Into Your World, zakupiona właśnie po niesamowicie okazyjnej cenie na Discogs, ukazała się w 1989 roku, druga - Winterlude, trzy lata później. 

Muzycy pochodzą z Włoch, dokładnie z Rzymu, a omawiany dziś album nagrali w składzie: Mario Meloni (gitara), Paolo Costa (bas), Roberto Basili (wokal, gitara), Sandro Volpi (perkusja), Roberto Feliciangeli (keyboard). Kilku z nich jest aktywnych muzycznie do dzisiaj, niestety zespół w którym grają nie odpisał na naszą prośbę o więcej informacji o The Edge of Water. 

Niech zatem przemówi muzyka, a ta naprawdę jest znakomita. Na albumie mamy kilka niesamowitych zwrotów akcji i wiele nostalgicznych momentów.


Pamiętajmy, że to rok 1989 a według ekspertów shoegaze urodził się w UK w okolicach 1988, także włosi mogli bez swojej wiedzy i zgody stać się jednymi z pionierów gatunku... 

Zaczyna się od Into Your World być może wcale nie najlepszego utworu, choć na rozgrzewkę pasuje. Wspomnienie dzieciństwa i wielkiej miłości... ze znakomitymi wokalami i ciekawymi zmianami rytmu. Gitara też robi swoje. Po nim  Abcd który jest połączony z pierwszą piosenką. Ta jest o upadkach i powstawaniach i niespełnionych obietnicach... Po niej The Siren - znowu połączony z poprzednią piosenką. Początkowo szybszy, rytmiczny o wspomnieniu szczęśliwych czasach.



I kiedy wydaje nam się, że cały album to będzie taki poprawny nostalgiczny rock zaczyna się odjazd. To I've Seen piękna ballada i jeden z najlepszych utworów albumu, znowu połączony z poprzednim. To jest to! Nie ma to jak uświadomienie sobie, że czas mija, my dorastamy, często nieczuli na problemy innych. Magia tej piosenki wręcz poraża... Po niej płynne przejście do kolejnego magicznego dzieła: Dawn At Sea słychać w nim chłodnofalowe gitary a la rodzime Made in Poland, piękny wstęp i instrumentalna całość.. I znowu płynnie do And There You Are - absolutnie kolejnego wielkiego dzieła. No takich odjazdów na gitarze to nie słyszy się na co dzień. Potęguje się ściana dźwięku, by płynnym wejściem wkroczyć ze znakomitym basem i wokalem Roberto Basili zarysowującym znowu wspomnienia dawnych przeżyć... Wielki utwór, chyba najlepszy na albumie. Czas przemija i nie zdołamy temu podołać...




Do końca mamy jeszcze trzy piosenki: Her Eyes, Final Song - The Curse, Out Of Your World. Pierwsza z bardzo spokojnym wstępem szybko przechodzi w rytmiczną balladę z ciekawą grą gitary solowej. Znowu wspomnienie przeszłych doznań, w końcu to włoski zespół... Druga - Final Song - The Curse z typowymi na albumie riffami, a całość kończy Out Of Your World. Znakomite zakończenie znakomitej płyty.  

Dla porządku dodam tylko, że płyta została nagrana i zmiksowana w Gulliver Master Studio latem 1989 roku. Pozostałe dane poniżej:




Na krążku bardzo lekki graver z nazwą zespołu i stronami albumu:




Jeden z najlepszych albumów shoegaze i indierocka spoza UK? Bez wątpienia, szkoda tylko, że tak mało o nim wiemy... 

Ale my dowiemy się więcej i wtedy o tym napiszemy, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.




The Egde of Water - Into Your World, Angel Records, 1989, producenci: M i the Edge of Water, tracklista: Into Your World, Abcd, The Siren, I've Seen, Dawn At Sea, And There You Are, Her Eyes, Final Song - The Curse, Out Of Your World.

wtorek, 15 września 2020

Leonor Fini: obrazy z otchłani niosącej zgubę

Przede wszystkim maluję kobiety, ponieważ maluję projekcje mnie samej. To pewne. Ponieważ interesuje mnie przede wszystkim moje ja. Kobiety to ja. Leonor Fini (1907–1996) była zaprzeczeniem dzisiejszej feministki a przynajmniej tego, co się z tym określeniem kojarzy. Była kwintesencją kobiecości. Ci, co ją znali zgodnie wspominają, iż anonsował ją zapach mocnych perfum, a potem pojawiała się jej mocno niekonwencjonalni ubrana w czerń, biel i czerwień postać - w obfite szale, ponczo, boa, wielkie kapelusze lub w futro na gołym ciele... Jej wygląd był odbiciem jej życia, które także wymykało się wszelkim próbom zdefiniowania.  Uważana za piękność, obdarzona była wielkim temperamentem (napady furii były legendarne) i wyobraźnią, choć protestowała, gdy określano jej malarstwo surrealistycznym. Obrazy ujawniają przede wszystkim jej fascynację kobiecym ciałem i seksualnością a także przemijaniem, śmiercią i jej skutkami. Wśród wielu, nie do końca zrozumiałych symbolów kłębiących się na jej pracach są szkielety, czaszki, bluszcze, owady, ćmy oraz inne wanitatywne akcesoria znane z XVII-wiecznego malarstwa niderlandzkiego. Oprócz nich znajdujemy także odniesienia do mitów powiązanych z kobiecością, postacie sfinksów, feniksy i syreny... A także koty. Wiele kotów.

Jej obrazy są pełne poezji, niedopowiedzeń. Najczęściej przedstawiają kobiety o alabastrowym ciele i twarzach o jej rysach (do siedemdziesiątki zachowała urodę), zestawiane ze szkieletami i turpistycznymi elementami. Niektóre płótna są niczym ironiczna anegdota, inne z kolei wydają się być aluzją do jakiś zdarzeń lub są metaforą przemyśleń autorki. Zresztą oceńcie sami:


















Można o niej napisać bardzo dużo lub skąpo. Nasz blog stara się rozbudzić ciekawość i zaanonsować twórców, dlatego podajemy o Leonor Fini tylko to co istotne: Urodzona w Buenos Aires, wychowała się w Trieście, lecz w wieku 17 lat uciekła od matki i zamieszkała w Paryżu. Tam poznała Paula Éluarda, Maxa Ernsta, Georges’a Bataille’a, Henri Cartier-Bressona, Pabla Picassa, André Pieyre de Mandiargues oraz Salvadora Dalego i jego żonę Galę. Wybrała się w podróż po Europie samochodem Cartier-Bressona, który wtedy wykonał słynne zdjęcie Fini nago w basenie. Zdjęcie to sprzedano w 2007 za 305 000 dolarów (LINK).

Artystka już za życia stała się niezwykle modna. Namalowała portrety Jeana Geneta, Anny Magnani, Jacquesa Audiberti, Alidy Valli, Jeana Schlumbergera (projektanta biżuterii) i Suzanne Flon, jak również wielu innych znanych francuskich celebrytów. W jej domu gościli między innymi Federico Fellini, Antonioni, Monica Vitti, Brigitte Bardot, Luccino Visconti, Federico Fellini, Czesław Miłosz, Józef Czapski, Gustaw Herling-Grudziński. Uwielbiała koty i swoich znajomych obdarzała uczuciem proporcjonalnym do stosunku jaki mieli do jej zwierząt.  Miała romans z Maxem Ernstem, który porównał jej obrazy do otchłani niosącej zgubę, a ją samą nazywał Furia italiana.

Krótko trwało jej małżeństwo z Fedrico Venezianim, lecz kolejny, bardzo niekonwencjonalny związek trwał aż do śmierci jej towarzyszy. Od 1941 roku była związana z włoskim arystokratą, byłym konsulem w Monako Stanislao Leprim (dzięki niej zajął się malarstwem surrealistycznym), a od 1952 roku z polskim pisarzem i publicystą Konstantym Jeleńskim, młodszym od niej o 15 lat. I tak aż do śmierci Lepriego (1980) i Jeleńskiego (1987), wszyscy w trójkę mieszkali w Paryżu, w kamienicy pod numerem 8 przy Rue de Villiere, prowadząc intensywne życie towarzyskie i obracając się wśród bohemy artystycznej. Obaj jej partnerzy byli otwarcie homoseksualni i zakochani w Fini... Jeleński (Kot - jak go nazywała) w jednym z listów do przyjaciela tak określił ten trudny związek, w którym tkwił: Życie jest trudniejsze, ale ma więcej sensu. Myślę, że nie zjadamy się z Leonor nawzajem, ale żywimy się. Dajemy sobie wielki spokój. Gdy w 1980 roku Lepri zmarł na raka, Leonor popadła w depresję. Siedem lat później, po śmierci Kota (przypuszcza się, że na na AIDS) załamała się całkowicie. Odeszła we śnie w wieku 89 lat. Cała trójka spoczęła we wspólnym grobie na cmentarzu w  Saint-Dyé-sur-Loire. Ich grób stanowi gładka płyta z wyrytymi na niej trzema nazwiskami i z renesansową płaskorzeźbą anioła, kupioną w paryskim antykwariacie.


Żyje we wspomnieniach nielicznych znajomych jako anioł, pociągający dla jednych, przerażający dla drugich. Obecnie uważana jest za jedną z najważniejszych artystek XX wieku, a także jedną z najbardziej niezrozumianych. Zainteresowanych malarką odsyłamy do monografii Doroty Hartwich, Gattora życie Leonor Fini, Warszawa 2018, ISBN: 978-83-244-0491-9 oraz do strony internetowej jej poświęconej (LINK).


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 14 września 2020

Isolations News 106: Tribute dla Tony Wilsona, A Certain Ratio Vini Reilly i New Order nagrywają, w Salford burzą i gwałcą, książka o Judas Priest, Dead Can Dance w Polsce, nagroda dla Rock na Bagnie, winyl nie umiera a Cave sprzedaje papier toaletowy

Muzyk Badly Drawn Boy umieścił na swoim najnowszym albumie tribute dla jednego z współzałożycieli Factory Records, czyli Tony Wilsona.

Podoba się? Ważne że się starał...
Jeśli zaczęliśmy od Factory Records, to warto wspomnieć, że pierwszy muzyk nagrywający dla tej wytwórni, czyli Vini Reilly z the Durutti Colummn znowu gra. Wygląda to mnie więcej tak:
Przypomnijmy, że muzyk jest po dość poważnych perypetiach zdrowotnych, co opisaliśmy TUTAJ. Najważniejszy album zespołu z kolei opisaliśmy TUTAJ. Trzymamy kciuki...
      
A Certain Ratio, kolejna kapela z Factory jedzie w trasę, powyżej wykaz. Przy okazji wydali nowy clip:


Piosenka nazywa się Berlin i promuje nowy album, o czym informują nas na TT (TUTAJ).

Z Factory byli też związani New Order, którzy wydali właśnie nowy utwór i singiel:
Zdjęcie ilustrujące ten news pochodzi z epoki, kiedy zespół grał muzykę. Wtedy aż dwóch ludzi z ekipy, Hook i Sumner, pochodziło z Salford...


A tam w Salford właśnie planuje się wyburzyć kolejny zabytek - pub The Unicorn przy Broughton Road. Na placu po nim ma powstać zespół zawierający 16 mieszkań.  
Pub wzniesiony w końcu XIX wieku najbardziej związany jest z pochodzącym z Salford muzykiem Grahamem Nashem z The Hollies, a także z Crosby, Stills, Nash i Young.

Gitarzysta kupił go w latach 70.  swojej matce i nie raz można go było tam zobaczyć przy kuflu piwa (LINK). Ale czego oczekiwać po mieście, w którym nawet facet może zostać zgwałcony (LINK)? 
  
Tak oto jesteśmy świadkami ambiwalnetnego newsa. Przynajmniej tak odebrała go męska część naszej załogi. 

To coś jak patrzeć na nasz ukochany samochód spadający w przepaść, którym kieruje nasza teściowa...


Jeśli już wywołaliśmy klimaty siarki i piekła: Judas Priest, którzy obchodzą 50-lecie istnienia planują wydanie nowego albumu. Grupa ogłosiła również wydanie pierwszej książki o sobie zatytułowanej Judas Priest - 50 Heavy Metal Years , która zawiera obszerne zdjęcia i pisemne retrospektywy o każdym z obecnych członków zespołu. My JP lubimy za Painkillera - to znakomita płyta:


Jak przystało na zespół głęboko uduchowiony, książka ma pojawić się na Boże Narodzenie. Zamówienia w przedsprzedaży są dostępne TUTAJ.

Za to już na poważnie, uduchowiona jest muzyka słynnego legendarnego duetu, który znowu z muzykami wspierającymi wystąpi w Polsce. Mowa o Dead Can Dance - i koncercie dokładnie w Łodzi, w Atlas Arena 30.03.2021 roku. Bilety do nabycia TUTAJ. Tanio nie jest, ale będziemy i opiszemy. Tak jak opisaliśmy ich poprzedni koncert 22.06.2019 w Warszawie (TUTAJ), gdzie warto było być...

Warto też bywać na imprezie o której poniżej.

Jacek Żędzian - "Żaba" - (z którym rozmawialiśmy TUTAJ) organizator IX edycja festiwalu Rock na Bagnie otrzymał dla swojej imprezy tytuł Podlaskiej Marki Roku w kategorii wydarzenie:
Punk not dead! Gratulacje i trzymamy kciuki za imprezę, o której zawsze chętnie informujemy.

Zawsze też chętnie informujemy o dokonaniach artystów bliskich naszemu sercu. Takimi jest duet Linea Aspera (pisaliśmy o nich TUTAJ) który wydaje nowy album LP II. Już ruszyła przedsprzedaż a album pojawi się w październiku (do kupienia TUTAJ). Nasz wywiad z Zoe Zanias TUTAJ.
Bliski naszym sercom jest też the Cure. W wywiadzie dla BBC Radio 6 Music (LINK), frontman tego zespołu Robert Smith ujawnia, że czas w zamknięciu spowodowanym pandemią spędził pracując nad nowym albumem zespołu, będący kontynuacją 4:13 Dream z 2008 roku. Oprócz nowej płyty Cure Smith cały czas komponuje także materiał na nowy, solowy albumem i zbiera informacje do filmu o historii zespołu. Zanim będzie można posłuchać nowych piosenek Cure, Smith proponuje odsłuchanie swojego występu z  Gorillaz w ich nowej piosence Strange Timez:
Gorillaz w ten sposób czci 20 rocznicę istnienia. Do tej pory współpracowali z z takimi zespołami i twórcami jak Slaves, Slowthai, Peter Hook, Georgia i nie tylko. Piosenka z udziałem Smitha promuje ich nowy album Song Machine, który pojawi się w sprzedaży w październiku i będzie zawierał utwory powstałe w kooperacji z Eltonem Johnem, St. Vincent i Beckiem (LINK).

Smith w roli księżyca... a piosenka... Szkoda strzępić klawiatury. Czasy gdy the Cure tworzyli muzykę dawno odeszły w zapomnienie.
 
Według raportu półrocznego RIAA za rok 2020 w zapomnienie odchodzą też płyty CD! I to nas cieszy. Sprzedaż płyt winylowych po raz pierwszy od lat 80. oficjalnie wyprzedziła sprzedaż płyt CD. Opublikowano przy tym najlepiej sprzedające się albumy (LINK).

My winylowi jesteśmy wierni od zawsze. Ta okładka, ten dźwięk... Obecnym koneserom muzyki słuchanej na komputerach i komórkach składamy serdeczne wyrazy współczucia.

Jeśli już weszliśmy w świat wirtualny, Modern English, legenda z 4AD,  zagra wirtualny koncert z okazji 40-lecia istnienia w dniach 25 i 26 września. Bilety na transmisję dostępne są od 11 września. Oprócz zwykłych biletów dostępne są pakiety VIP, które obejmują wirtualne spotkanie z zespołem, a także ekskluzywne materiały filmowe. Celem ilustracji tego newsa zamieściliśmy starsze zdjęcie zespołu. Kto ma mocne nerwy może aktualne, jak i źródło informacji, zobaczyć TUTAJ.

   
Dalej w wirtualu - Nick Cave uruchomił nowy sklep internetowy o nazwie Cave Things pełen ubrań, nadruków i bibelotów zaprojektowanych przez siebie. Wśród różnych gadgetów (m.in rolek z drukowanym papierem toaletowym) są okna do podawania wina oraz tapety erotyczne(LINK). Skandalista z tego Cavea...


Podobnie jak skandalistyczny próbował być Netflix, który jest bojkotowany za  film Cuties - coraz bardziej popularny staje się hashtag na Twitterze #CancelNetflix (LINK). Ludzie, czy wy jeszcze nie wypieprzyliście swoich telewizorów na śmietniki? Przecież od dawna wiadomo, że:
liczą się tylko koncerty, sztuka, radio i winyle, o czym pisaliśmy powyżej.

Skoro sztuka to w Warszawie zamiast oryginalnych dzieł znanych impresjonistów zostanie pokazana wystawa ich obrazów w 3 D (LINK). Pomysł wręcz genialny.   


Jak ten autora Gry o tron George RR Martina, który buduje zamek w swoim ogrodzie. Zamek w ogrodzie? Niechby zobaczył ten w Stobnicy (LINK).

Reasumując - pandemia wielu wali w głowy. Wirtualne wystawy, wirtualne mitingi, konferencje i audyty. No i te koncerty:
 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.