Jestem obserwatorem i łowcą chwil - czasem łapaczem snów. Nadal nie wiem, w którym miejscu i gdzie skończy się moja droga. Możesz mnie zobaczyć na każdym uchwyconym przeze mnie zdjęciu. Tak zareklamował na swojej stronie własną twórczość Gabor Dvornik, urodzony w 1960 roku na Węgrzech fotograf, którego życie mogłoby służyć za scenariusz filmowy (LINK).
W dzieciństwie chodził do amerykańskiej szkoły podstawowej w Kairze, potem mieszkał w Budapeszcie, gdzie ukończył liceum o profilu chemicznym z językiem angielskim, następnie uczęszczał do College of Veterinary Sciences and Agricultural Universtity, gdzie został inżynierem weterynarii. Później zajął się sztukami wizualnymi i ukończył wydział operatorski w węgierskim Instytucie Filmowym, lecz nie poprzestał na tym, imał się różnych zajęć, od taksówkarza po zbieracza jadu żmij, był również ekspertem gastronomicznym i otworzył własną kawiarenkę internetową. Był także ochroniarzem, pracował w ZOO, nauczył się nurkować oraz jeździć na motocyklu … Od 2006 roku zajął się fotografią, najpierw amatorsko (najmował się jako fotograf na wesela i inne imprezy rodzinne), a z biegiem lat i osiąganych nagród coraz bardziej profesjonalnie.
Robi głównie portrety i pejzaże. Nas zachwyciły te ostatnie, a wśród nich tajemnicze krajobrazy wykonane w małej węgierskiej wiosce Sződliget. Mgła unosząca się nad jeziorem otacza to miejsce aurą magii, z której wynurzają się niewielkie domki…
Inny zakątek z kolei roztacza atmosferę grozy, jak gdyby autor dotarł do ziem Mordoru.
Artysta określa swoje prace łapaniem czasu, uważa, jak wielu innych fotografów, iż naciskając spust migawki utrwala moment rzeczywistości i zamyka w nim własne emocje. Istotne w tym wszystkim ma traktowanie przez niego światła, które buduje nastrój zdjęcia. Odbierając nagrodę The Neighborhood Award 2015, podzielił się swoimi poglądami na jego rolę. Otóż do niedawna uważał, iż światło jest nam dostarczane w krajobrazie przez kwiaty i słońce, a ludzie są tylko posłańcami cieni i ciemności… Może dlatego na jego pejzażach prawie nie ma ludzi? Tylko czasem, na niektórych widać w oddali samotną ludzką sylwetkę. Wyjątkiem jest obraz, na którym po jeziorze płynie w łódce młoda dziewczyna w białej sukni, niczym anioł śmierci w łodzi Charona.
Naszych czytelników, którzy chcieliby zobaczyć jeszcze więcej zdjęć Gabora Dvornika odsyłamy do jego strony internetowej i profili: TUTAJ, TUTAJ,TUTAJ i TUTAJ.
Wkrótce zaprezentujemy kolejnych interesujących artystów, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
2.05. minęła 40-ta rocznica ostatniego koncertu Joy Division. Miał on miejsce w Birmingham, na uniwersytecie w High Hall, miejscu przystosowanym na studencką stołówkę.
W koncercie uczestniczyło około 350 osób. Nasz znajomy z HaciendyDave Haslam przypomniał o tym wydarzeniu na Twitterze (TUTAJ). Miło, że wspomniał przy tym nasz skromny blog. Pozdrawiamy Dave i zazdrościmy, że tam byłeś... Nam pozostaje jedynie odsłuchanie tego koncertu w wersji ze Still...
Ale nie musimy pozostawać tylko przy Still, bowiem możemy odsłuchać też Unknown Pleasures piosenka po piosence i to w towarzystwie samego Petera Hooka i Kevina Cumminsa. Całość odbędzie się 22.05.2020 i zajawka brzmi ciekawie do czasu, gdy nie przeczyta się wyjaśnień pod twittem informującym o całym wydarzeniu (TUTAJ). My w każdym razie podziękujemy, bez Iana Curtisa i Martina Hannetta całe wydarzenie nie ma głębszego sensu, a słuchanie płyty w towarzystwie twittów wspomnianych panów... Sorry...
Skoro już jesteśmy przy Manchester Sound i Factory Records, Section 25, którymi opiekował się Ian Curtis z Joy Division (o zespole pisaliśmy TUTAJ), nagrali nowy album. To płyta live z Wiednia. Oto tracklista:
Album można zakupić w wytwórni Klang której strona internetowa jest TUTAJ. Co do Section 25 powiemy tak: RIP Larry...
A bez Larryego zespół brzmi dzisiaj tak:
Muzyka jest OK, natomiast nie próbujcie słuchać z nimi wywiadów, bo oni są z Blackpool. Więcej TUTAJ.
Jeśli już jesteśmy przy Ianie Curtisie to napiszemy o kolejnych jego faworytach.
Soundedit Festival ogłosił właśnie na na FB, że na dzień dzisiejszy
jest wiadome, iż Bauhaus wystąpi bez zmian 30 czerwca a poza tym
podczas 12. edycji Festiwalu Soundedit 22 października (czwartek)
wystąpi też Roger Eno. Całość w łódzkim Klubie Wytwórnia. Pierwsza pula biletów
pojawi się niebawem w sprzedaży, szczegóły TUTAJ.
Roger
Eno karierę nagraniową rozpoczął od pracy nad ścieżką dźwiękową do
filmu Davida Lyncha "Diuna". W tym roku wraz z bratem - Brianem - wydał
pierwszą wspólną płytę – Mixing Colours. Wydawcą jest prestiżowa
wytwórnia Deutsche Grammophon.
Klimat Manchester Sound pozostaje, bowiem kolejnymi bohaterami są the Chameleons, o których pisaliśmy ostatnio TUTAJ. Za
1 dolara miesięcznie można zostać ich patronem uzyskać
dostęp do 114 utworów, w myśl zasady We Are All Chameleons. Akcja ma miejsce TUTAJ.
Może, a nawet na pewno to nie Manchester Sound, ale Oasis są z Manchesteru, więc teraz o nich. Noel Gallagher udostępnił demo nigdy wcześniej nieopublikowanego utworu, który znalazł na starym CD, gdy porządkował stos płyt podczas zalecanej kwarantanny:
Takie sobie, natomiast będąc szczerym z Oasis my najbardziej lubimy ich wykonanie coveru pewnej czwórki z innego zasłużonego dla muzyki miasta:
Tak tak, to cover słynnej czwórki z Liverpoolu...
Jeśli już wylądowaliśmy w Liverpoolu, budynek Liverpool Parr Street Studios, w którym nagrywali artyści tacy jak Coldplay, Blossoms czy Rihanna został sprzedany i zostanie adaptowany na mieszkania, miałoby tam powstać 114 lokali i hotel. Informacja ta wywołała konsternację, aż 4000 osób podpisało petycję przeciwko takim planom. Brytole mają dziwną, mało zrozumiałą dla nas cechę - z łatwością niszczą miejsca związane z muzyką. Przypomnijmy, że w Manchesterze mało co już pozostało po Joy Division... Więcej TUTAJ.
Za to w związku z faktem, że Wielka
Brytania jest kolebką... papieru
toaletowego, ten wynalazek wręcz kultywują. Pierwsza rolka została wyprodukowana w Londynie w 1935 r., z
szorstkiego papieru, który zgodnie ze wskazaniami lekarzy był
całkowicie niechłonny. Papier ten pod nazwą Bronco pochodził z fabryk
The British Patent Perforated Company, które zamknięto w 1989 r. bo ten
higieniczny produkt wyparły miękkie marki. Ostatnią partię papieru
Bronco uroczyście spłukano w zabytkowej muszli toaletowej stojącej w
londyńskim Muzeum Techniki... Więcej w artykule TUTAJ
ale nie wszystko. Brakuje informacji o tym, kto w tym muzeum użył tej
ostatniej rolki. Być może rodzice tych gości, którzy teraz tak chętnie wszystko związane z muzyką zamykają i burzą...
W temacie debili, Tony Davidson na FB ich właśnie opisuje. Jego TJM REHEARSAL Studio ma zostać uhonorowane niebieską tablicą pamiątkową - tak jak wiele budynków, w których w
Manchesterze coś się wydarzyło. Sęk w tym, że urzędnicy wytypowali inny
budynek. On tym urzędnikom nawet próbował wyjaśnić pomyłkę, chyba na te okoliczność zrobił powyższy obrazek, którego fragment widać we wpisie na FB. Urzędnicy jednak tablicę chcą przywiesić na fasadzie budynku po drugiej stronie ulicy.
Przypomnijmy że w tym studio Joy Division nagrali klip do LWTUA. Urzędnicy jak widać wciąż myślą o papierze... Toaletowym?
Od koncertu zaczęliśmy i na koncertach skończymy. Nasz przyjaciel Karl Morten Dahl z Antipole (nasz wywiad z nim TUTAJ) poinformował, że 9.05. można będzie wziąć udział w pierwszym festiwalu online Young & Cold. Więcej TUTAJ. Pearl Jam zaproponował fanowi, który weźmie udział w licytacji i ją wygra, szansę napisania setlisty najbliższego koncertu a nawet wzięcia udziału w próbie dźwięku przed występem. Dochód oczywiście na walkę z COVID-19 (LINK). Z powodu tego ostatniego za to przeniesiono najbliższy Open Air, który odbędzie się w czerwcu roku 2021... Więcej TUTAJ. Udział zapowiedzieli the Cure... My wracamy już jutro, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Ostatnio zaczęliśmy omawiać na naszym blogu (TUTAJ) książkę Colina Sharpa p.t. Who Killed Martin Hannett, opisującą życie legendarnego realizatora dźwięku z Factory Records, który był twórcą tzw. Manchester Sound charakterystycznego m.in. dla Joy Division.
Dzisiaj omawiamy kolejny rozdział, czyli 3.
Rozpoczyna się on od opisu spotkania między Hannettem a Stevem Hopkinsem, które miało miejsce na koncercie zespołu Soft Machine, organizowanym przez unię studentów UMIST w 1971 roku. Zespół grał wtedy muzykę eksperymentalną i wpłynął na twórczość wielu grup przez dziesiątki lat. To mogło brzmieć i wyglądać tak:
Ulubionym muzykiem Martina był basista tego zespołu Hugh Hopper.
W dalszej części rozdziału autor opisuje jak spotkanie ze Stevem Hopkinsem mogło, w jego wyobrażeniu wyglądać. Obaj ubrani w długie płaszcze, z długimi włosami, mieli podobne zainteresowania muzyczne. Zaczęli rozmawiać i wtedy okazało się, że Steve gra na pianinie, a Martin na basie. Obaj przypomnieli sobie, że byli na koncercie Pink Floyd - to był okres kiedy zespół wydał Ummagumma, a show miał miejsce w Manchester College of Commerce. Na YouTube istnieje nagranie, którego autor twierdzi, że wspomniany koncert Pink Floyd miał miejsce 2.05.1969 roku...
Ten show zmienił podejście Martina do muzyki, pokazał że można mocno z nią eksperymentować, choć jego zdaniem na koncercie trudniej to kontrolować, za to studio dawało większe możliwości. Ponieważ pierwsza kapela Martina, czyli Greasy Bear była w zawieszeniu, poza tym to miała być tylko zabawa i rozrywka, obaj panowie pomyśleli, że może warto razem coś zacząć tworzyć. Tak też się stało, bo przez kolejnych 20 lat działali razem w zespole The Invisible Girls. Jak sama nazwa wskazuje zespół był mało widoczny, ale stał się wsparciem dla wielu kapel i artystów tamtych czasów, jak choćby Bard of Salford, czy John Cooper Clarke (którego Martin był menadżerem, warto zobaczyć TUTAJ). Ten ostatni nagrywał w wytwórni Hannetta, mało tego wydał wtedy pod jego opieką trzy najlepsze swoje albumy. Wtedy Martin i Steve, jako wspierający muzycznie Clarkea mieli swój najbardziej kreatywny muzycznie okres, który zaowocował choćby hitem Post War Glamour Girl.
Clarke nazwał ten hit piosenką disco, w tamtym okresie Martin i Steve mieli wiele możliwości do rozwijania swoich muzycznych eksperymentów, a przy okazji doskonale się bawili. W the Invisible Girls gościnnie występowało wielu znanych muzyków, tak też Pete Shelley z the Buzzcocks, Vini Reilly z Durutti Column, czy Rob Blamire z Penetration. Ta grupa stała się później zespołem towarzyszącym Pauline Murray na znakomitej płycie z 1980 roku, zresztą zrealizowanej przez Martina Hannetta. Płyta zajęła 25 miejsce na liście przebojów w UK. W poniższym klipie widzimy Stevea na keybordzie:
Wtedy Martin postanowił się odchudzać, jadł tylko jedno jabłko dziennie, ser i zażywał mnóstwo amfetaminy. Rzeczywiście przez następnych dziesięć lat schudł znacznie. Wstąpił też do unii studentów i miał realny wpływ na wybór zespołów jakie występowały pod jej auspicjami. Był nie tylko pod wpływem klasycznych brytyjskich grup, ale i amerykańskich artystów, w szczególności Arthura Lee Love.
Lubił też the Doors i Hendrixa. Pracował w późniejszym czasie z wieloma znakomitymi wokalistami, oczywiście z Ianem Curtisem, ale też mi.in. z Bono, Richardem Butlerem, Shaunem Ryderem czy Howardem Devoto. Kiedy został najlepszym studentem Salford Tech (obecnie Uniwersytet w Salford) zatrudnił się jako pracownik techniczno - laboratoryjny. Pracę porzucił, zapuścił dłuższe włosy, i został bukmacherem i roadie. Wtedy absorbował całą wiedzę na temat wzmacniaczy, sprzętu, dźwięku itd. Nie było to w smak jego ojcu, który stawiał na karierę chemiczną Martina, przez co ten wolał raczej odwiedzać znajomych, niż własną rodzinę.
Kolejny rozdział książki omówimy wkrótce - dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
To była taka fajna historia, usłyszałem jakiś ich utwór i poszperałem w sieci. Znalazłem na stronie terra.pl (która już nie istnieje) kontakt mailowy i napisałem list z pytaniem, czy coś wydali, i gdzie to można kupić.
Odpisała mi bardzo miła dziewczyna, jak się okazało Monika - wokalistka zespołu i zapytała, pod jaki adres wysłać darmowe CD.
Robi ono do dziś wrażenie, choć od tamtego czasu minęło niemal 20 lat... Na szczęście w sieci nic nie ginie i jak się chcę to można... Dotarłem zatem do archiwalnego zapisu spod podanego na płycie linka ze strony terra.pl i możemy tam wyczytać, że zespół nagle z dnia na dzień zakończył działalność. Archiwalne informacje o nim poniżej:
Muzyka EVY osadzona jest w tradycji zimnofalowych brzmień lat 80. Odnaleźć w niej można echa The Cure, a za sprawą niesamowitego głosu wokalistki przychodzą skojarzenia z Siouxsie & The Banshees. Wszystko to dodatkowo podszyte punkową energią, której muzycy dają upust na koncertach..
EVA zadebiutowała w 2001 r. swoją wersją "Plastic Passion", umieszczoną na polskiej składance "Tribute to The Cure". Prócz szeregu klubowych występów, grupa w 2002 r. wzięła także udział w trasie koncertowej z God's Bow, w zlotach fanów The Cure, jak również gościła na łódzkim "Zimnym wieczorze" i gdańskim "Temple of Goths". W sierpniu 2002 r. zaprezentowała się przed kilkusetosobową widownią litewskiego dark wave'owego festiwalu Menuo Juodaragis. Rok 2003 to jak dotychczas kilka udanych koncertów na cyklicznych imprezach: "Gothotece", "Entropii", "Death Dizko" oraz "Sounds of Cathedral", u boku słowackiej gwiazdy Lahka Muza, a także występ na Batcave Party w Bratysławie (Słowacja).
Pierwszy skład EVY z Azylem W 2002 r. zespół własnym sumptem wydał demo z siedmioma utworami, obecnie szlifuje materiał na debiutancki album.
EVA's debut came in 2001 when their version of "Plastic Passion" appeared on "Prayers For Disintegration", a tribute to The Cure. In 2002 the band recorded a demo, and currently they are perfecting the material for their upcoming album. EVA's style is strongly influenced by early eighties coldwave. Their music may bring to mind such bands as The Cure, while Monika's extraordinary voice may remind you in some aspects of that of Siouxsie from Siouxsie and the Banshees. All of this is reinforced with a kick of raw punk energy, which flows through the band during lively their concerts. Apart from numerous club gigs and a tour of Poland the band made many live appearances during The Cure fan conventions, and played on the most prominent gothic events in Poland such as The Cold Evening, The Temple of Goths, The Gothotheque, The Sounds of Cathedral, The Death Dizko. Eva also played during the Slovakian Batcave Party and the Lithuanian Menuo Juodaragis neo-folk darkwave festival.
aktualny skład:
Moni - wokal September - gitara basowa, programowanie perkusji Slavik - gitara Niuniek - bębny (w zespole od VIII'03) do VI'02 w zespole: Azyl - gitara
I właśnie to demo jest bohaterem dzisiejszego wpisu. Tak więc najpierw okładka:
Na albumie mamy 9 piosenek, w tym 3 covery.
Mocne rozpoczęcie gwarantuje nam Zaspany... Chyba najlepszy utwór na całym minialbumie... Na pewno przypomina stylistycznie Siouxsie and the Banshees (TUTAJ i TUTAJ)ale swoisty wokal dodaje mu uroku i sprawia, że jest nowocześnie i bardzo ciekawie. Wciąga... Jeden z najlepszych utworów polskiej chłodnej fali? Bez wątpienia!
Mała Czarna Oral Vox - ma nieco za prosty tekst, choć są w tym utworze bardzo ciekawe momenty. Na pewno interesujący jest tu wokal. Fotonclub jest szybszy, z wykrzykiwanym niemalże tekstem. Nie brakuje również efektów specjalnych.
Po nim pora na pierwszy cover - Give Me It zespołu the Cure. Biorąc pod uwagę, że ten okres the Cure niezbyt sobie cenię, można śmiało zaryzykować tezę, że wersja w wykonaniu EVA jest znacznie lepsza od oryginału. Świetnie, z emocjami, zębem i na prawdę bez curowych udziwnień. Wielki plus.
Kition nieco studzi emocje, znowu fajny wokal, choć miejscami trudno zrozumieć tekst co nie jest winą dykcji, a raczej problemem zbyt głośnych gitar. Podoba mi się w tym utworze brzmienie basu.
Po nim klasyk, czyli Israel - tym razem cover i chyba największy hit Siouxsie and the Banshees. I podobnie jak w przypadku pierwszego coveru jest bardzo dobrze, bo ten utwór w oryginalnym wykonaniu jest tak zgrany jak LWTUA Joy Division. Fajny wstęp, i inny niż w oryginale rytm nadają dodatkowego blasku wersji EVA. Choć wokal tym razem zbyt mocno przypomina oryginał.
Po nim Malarz, zaczyna się od bardzo ciekawej sekcji rytmicznej. Tekst porusza problem niedostosowania społecznego, tak częsty przedmiot tekstów chłodnofalowych.
Pora na kolejny cover i znowu the Cure - Plastic Passion. Trudne zadanie, bo to okres kiedy Smith i jego koledzy grali muzykę. Znowu jest wolniej niż w oryginale, spokojniej. Nieźle.
Wydawnictwo Demo Recording kończy Mamy Czas. Bardzo dobry z ciekawym tekstem.
Reasumując, gdyby EVA poszła dalej swoim torem, zapewne dzisiaj miałaby inny, własny styl. Ich kompozycje, (z bez wątpienia najlepszym utworem - Zaspany) pokazują, że w zespole drzemał duży potencjał. Czas jednak okazał się dla nich bezlitosny. Spróbujemy dowiedzieć się jakie były dalsze losy wokalistki. Istniały próby reaktywacji w 2008 roku pod inną nazwą (LINK) niemniej nie doszło do wydania albumu...
Na koniec jedyny teledysk, jaki pozostał po zespole:
Aż, albo tylko tyle...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Eva - Demo Recording v.1.2. wydawca: EVA 2002, tracklista: Zaspany, Mała Czarna Oral Vox, Fotonclub, Give Me It, Kition, Israel, Malarz, Plastic Passion, Mamy Czas.
P.S. Nazwę na CD pisała Ona... Może kiedyś znowu napisze... Czekamy.
Dzisiaj w dziale Z Mojej Płytoteki, a jednocześnie Z katalogu Factory, płyta FACT 244 z 1989 roku, czyli album The Durutti Column - Vini Reilly. Muszę przyznać, że miałem dość mieszane uczucia, bowiem zakupiona jako oryginał płyta, i to za niemało, okazała się przedrukiem na rynek hiszpański, co mnie lekko rozczarowało, ale tylko na początku.
Jak widać bowiem, została wydana przez The Movement of 24 January, i posiada oficjalne afiliacje Factory Records. Bootleg - pomyślałem w pierwszej chwili, tym bardziej, że w biblii o Factory Records, czyli opasłej książce Jamesa Nicea nic na temat owego ruchu nie ma... Na szczęście w czeluściach sieci udało mi się odszukać nieco skromnych informacji o Ruchu 24 Stycznia (TUTAJ).
Była to inicjatywa Vini Reilly, Brucea Mitchella i Tony Willsona, mająca na celu promowania wczesnych wydawnictw A Certain Ratio i Durutti Column (wszystko co wydali zebrane jest TUTAJ).
Zatem wydaje się, że całkiem przypadkowo zostałem posiadaczem dość unikatowej wersji albumu The Durutti Column - Vini Reilly.
Co do samej płyty, cóż...
Tracklista z mojego albumu dokładnie zgadza się z wydanym przez Factory, natomiast nieco różni się od wersji, jaką możemy odsłuchać na Youtube, którą zamieszczam poniżej. Zatem na płycie mamy:
A sama muzyka?
Muzyka na albumie jest pełna niepokoju, chwilami bardzo smutna, jak choćby w otwierającym Love No More, czy trzecim na płycie Opera I. Trudno słuchając tego albumu zgodzić się z opinią Deborah Curtis, że DC tworzyło muzykę do tańca... Wiemy o tym, że Vini przyjaźnił się z Ianem Curtisem (warto zobaczyć TUTAJ i TUTAJ), o czym pisaliśmy TUTAJ, i sam był po kilku próbach samobójczych, będąc praktycznie non - stop na antydepresantach. O pierwszej płycie Durutti Column pisaliśmy TUTAJ. Najważniejsze jednak jest to, że kiedy słuchamy muzyki z tego albumu, początkowo wydaje nam się ona w większości jakimś brzdąkaniem. Jednak po kilku odsłuchaniach album staje się dość zwartym muzycznym projektem. Na pewno nie jest to, jak określa wielu, cold wave, co to to nie. Ale jest w nim jakiś niepokój, nostalgia, trochę muzyki eksperymentalnej, może nawet chwilami psychodelicznej...
Czy ktoś dzisiaj tak jeszcze gra?
O tym co dzieję się z Vinim obecnie, można przeczytać w jednym z naszych niedawnych wpisów TUTAJ.
The Durutti Column - Vini Reilly, Factory Records 1989, produkcja:Vini Reilly i Stephen Street, tracklista: Love No More, Pol in G, Opera I, People' Pleasure Park, Red Square, Finding The Sea, Otis, William B, They Work Every Day, Opera II
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Zdjęcia Henriego Prestesa (ur. 1989 roku), portugalskiego fotografa przenoszą nas na bezdroża smutku i melancholii… Zarejestrowane przez niego o świcie lub zmierzchu zwykłe kręte drogi, leśne zagajniki czy domki wiejskie, stają się nastrojowymi obrazami nostalgii. Artysta lubi właśnie taką aurę, bo jak zauważył w jednym z wywiadów: wizualnie czuję, że łatwiej jest osiągnąć efekt określonego nastroju lub pewnej atmosfery, w tego rodzaju ustawieniach.
Fotograf tworzy dwie serie zdjęć: Perfect Darkness oraz Landscapes. Na każdej mamy krajobraz zanurzony w niewyraźnym świetle sączącym się przez mgłę, przez co nie sposób ustalić czas wykonania zdjęcia. Nie ma na nim w zasadzie ludzi – czasem tylko przemknie samochód lub zamajaczy sylwetka samotnego wędrowca. I tylko rozmyty krajobraz łączy nas, widzów, z emocjami, które towarzyszyły autorowi w chwili naciskania migawki aparatu. Naszą intuicję potwierdza autor, zafascynowany artystycznymi możliwościami swoich kreacji: Moja praca fotografa polega głównie na badaniu możliwości technicznych i narracyjnych pojedynczej klatki, a także wykorzystywaniu warunków pogodowych jako sposobu wpływania zdjęciem na stan emocjonalny (…)zawsze pociągali mnie artyści, których prace dotyczyły pewnego rodzaju ciemności, czy to zewnętrznej, czy wewnętrznej. Zawsze chciałem tworzyć historie, które to przywołują (LINK). Spójrzmy czy mu się to udało:
Wśród swoich inspiracji artysta wymienia obrazy Gregory Crewdsona oraz thrillery Davida Finchera. Ten ostatni wyreżyserował teledyski wielu artystów a wśród nich był dla Nine Inch Nails (Only):
Co ciekawe, zdjęcia Prestesa, mimo że wykonane we mgle lub w tajemniczej, wieczornej aurze, nie wywołują poczucia grozy i nie przenoszą nas w świat koszmarów. Nie jest to konieczne. Na ciemność, którą każdy nas kryje w sobie zmierzch melancholią szarą spływa jak zauważył poeta…
Polecamy stronę internetową artysty, z której pochodzą pokazane przez nas zdjęcia (TUTAJ).
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dzisiaj postanowiliśmy opowiedzieć naszym czytelnikom o dalszych losach zespołu The Chameleons. Ta angielska post-punkowa grupa powstała w Middleton czyli w Greater Manchester w 1981 roku. Zaczynali jako trio bez perkusisty w składzie: Mark Burgess (wokalista i basista) i dwaj gitarzyści Reg Smithies i Dave Fielding. Potem dołączył do nich Brian Schofield, który wkrótce został zastąpiony przez Johna Lever. Nazwali się Chameleons, które to miano w AmerycePółnocnej zmieniono na The Chameleons UK, ponieważ istniał już amerykański zespół Chameleons. Zespół już na początku swojej drogi artystycznej zwrócił na siebie uwagę legendarnego DJ-a Johna Peela (warto zobaczyć TUTAJ).
Brzmienie The Chameleons porównywano z największymi zespołami Manchesteru, lecz Burgess jasno określił, kto miał na nich największy wpływ: Poszedłem do klubu Factory w Hulme i widziałem Joy Division pięć lub sześć razy oraz A Certain Ratio, ale nie mieli na mnie wpływu. Moja twórczość nie miała z nimi nic wspólnego, lecz zdecydowanie, tak naprawdę, muzyka punk. Gdybym miał wymienić zespół Manchesteru, który wywarłby na mnie największy wpływ, to byłby to Buzzcocks (LINK).
Wydali cztery wspaniałe albumy studyjne, ostatnim był Strange Times, po czym zespół rozpadł się gwałtownie, w 1987 roku po nagłej śmierci menedżera Tony'ego Fletchera. Powody takiego stanu rzeczy wyjaśnił w przytoczonym wywiadzie lider Mark Burgess: Tony był czynnikiem stabilizującym rosnące napięcie między Dave'em Fieldingiem a mną, trzymał nas w ryzach. (…) Więc kiedy Tony zniknął, wszystko zaczęło się rozpadać dość szybko. Nasz perkusista, John Lever, jako pierwszy opuścił zespół kilka tygodni po śmierci Tony'ego, (…) złożył Sun and the Moon około miesiąc później. Do tego projektu, co trzeba wspomnieć, przystąpił Mark. Oprócz nich grali w nim Andy Clegg (gitara) i Andy Whitaker (klawisze). Czteroosobowy team nagrał tylko jeden album, po czym Burgess ich opuścił, aby realizować solowe projekty, a pozostali członkowie stali się Weaveworld. Rozpad Chameleons odbył się w dość spektakularny sposób, co w którymś wywiadzie opisał Mark: Czekałem w Atenach na koncert, na który nie przyszli. Tak to się skończyło. Bolało i była to jedna z najgorszych rzeczy, jakich kiedykolwiek doświadczyłem, ale przeszedłem przez to. Nawet wtedy myślałem, że będziemy mieć poważną pieprzoną rozmowę, ale potem przeczytałem w Internecie, że opuścili zespół. Więc pomyślałem: „Ach, pieprzyć to!” Nie byłem wkurzony, ponieważ zawsze szedłem własną drogą i zawsze mogę znaleźć coś do zrobienia. Nie zejdziemy się razem (LINK).
A jednak nigdy nie można mówić nigdy. W 2000 roku członkowie zespołu pogodzili się, na nowo zaprzyjaźnili i odnowili grupę dodając Kwasi Asante, perkusistę i wokalistę urodzonego w Ghanie. Dali kilka występów na żywo w Anglii, wypuścili kilka albumów z zapisami koncertów oraz jedno nagranie studyjne, Why Call It Anything, pojechali w tourne po Ameryce Północnej. I znów się rozpadli, tym razem na dobre, na początku 2003. Potem Burgess grał w kilku projektach z byłymi muzykami Chameleons oraz z innymi aż w 2009 roku ponownie razem z Johnem Lever zawiązał ChameleonsVox. Jako ChameleonsVox ruszyli z trasą koncertową po Stanach Zjednoczonych i Europie…
Lever zmarł po krótkiej chorobie w 2017 roku. Pozostali, czyli Mark Burgess, Yves Altana, Neile Dwerryhouse i Chris Oliver podążają wspólną drogą. Ostatnio, w 2015 roku, odbyli trasę koncertową We Are All Chameleons Farewell po USA. Oczywiście pomiędzy wspólnymi przedsięwzięciami realizują własne. I tak na przykład Yves Altana ma studio nagrań (Alchemized Music Production), z którego usług korzystał nie tylko ChameleonsVox lecz także Peter Hook, DeStijl, Julie Gordon (Happy Mondays), czy April Fools (LINK). Efektów tej współpracy można posłuchać TUTAJ. Reg Smithies i Dave Fielding tymczasem także próbowali po rozpadzie The Chameleons stworzyć nowy zespół. Wraz z Gary Lavery powołali w 1987 roku The Reegs. Zagrali kilka koncertów w Anglii, głównie na północy kraju, w małych lokalnych klubach, takich jak The Roadhouse czy Night & Day w Manchesterze lub The Witchwood w Ashton. Kilkakrotnie wystąpili w supporcie The Wedding Present. Nagrali także albumy: Return Of The Sea Monkeys i Rock The Magic Rock, a także kilka singli (pełna lista jest TUTAJ).
Posłuchajmy ich brzmienia, które jest dostępne TUTAJ.
Po latach, jako, że czas goi rany, także te zadawane słowem Mark Burgess i Reg Smithies w tym roku wystąpili razem, w The Fulford Arms 13 marca. I ogłosili reaktywację The Chameleons UK. We wrześniu, w 35tą rocznicę wydania albumu What Does Anything Mean? Basically ruszą w trasę koncertową raz z zespołem The Membranes, założonym w 1977 roku (więcej o tym TUTAJ).
Bilety już są w sprzedaży TUTAJ i TUTAJ. A jak brzmią i wyglądają teraz? Zobaczmy:
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w manistreamie. P.S. Na koniec taka miła niespodzianka: