czwartek, 14 lutego 2019

Henry Pether: Delikatne odcienie nocnych krajobrazów

Henry Pether to tajemnicza postać, o której próżno szukać wzmianki w książkach o brytyjskim malarstwie pejzażowym. Pochodził z rodziny artystycznej, był najmłodszym dzieckiem malarza Abrahama Pether'a (1756-1812) i jego żony Elizabeth. 

Urodził się w Chelsea 15 marca 1800 r. i z stamtąd, wraz rodzicami i dwunastką starszego rodzeństwa, przeniósł się ok. 1805 r.  do Southampton. W księdze parafialnej chrztu tamtejszego kościoła Wszystkich Świętych odnotowano go pod datą 31 maja 1812 roku, w siedem tygodni po śmierci ojca.  

Abraham był malarzem specjalizującym się w scenach księżycowych, podobnie jak i Sebastian (1790-1844), starszy brat artysty. Natomiast kuzyn jego ojca, William Pether (1738-1821), był znanym grawerem.
 
Młody Pether w latach 1828-1862, czyli zaraz po ukończeniu szkoły, wystawiał swoje obrazy w Royal Academy, a także w British Institution i Society of British Artists. W tym samym czasie rozpoczął współpracę ze szwagrem, litografem Thomasem Henrykiem Skeltonem, której rezultatem jest cykl grafik z wedutami miasta datowany na rok 1830. Wiadomo, że w połowie lat 30. przeprowadził się do Greenwich. 

Życie Henry'ego obfitowało w wiele dramatycznych i nieoczekiwanych wydarzeń. W 1836 roku objął stanowisko geodety i inżyniera linii kolejowej z Londynu do Portsmouth, której budowę jednak wstrzymano.  W styczniu 1837 r. został skazany za długi na karę więzienia, ale już w kwietniu 1839 roku wraz Alfredem Singerem z Vauxhall Pottery opatentował maszynę, która produkowała płytki z gliny. Układano z nich ozdobne powierzchnie mozaikowe w modnej wówczas stylistyce greckiej, arabskiej i gotyckiej. Mimo, że wyprodukowano je na prowincji, bo w Vauxhall Pottery, użyto je do ozdoby kilku ważnych budynków, w tym siedziby Reform Club zaprojektowanego przez Charles'a Barry oraz Royal Exchange i Blenheim House. 

Kolejny patent, zdobyty również w 1867 r., dotyczył nowej metody wykonywania glinianych ozdobnych cegieł, których wytwórstwa podjęła się, z miejscowych złóż gliny Gault, niewielka manufaktura Burham z Aylesford w hrabstwie Kent. Pochodzące z niej bladozielone cegły były swego czasu niezwykle popularne, bo tanie, trwałe i wypuszczane w wielu wzorach. Szczególnie polubił je znany architekt William Butterfield, który użył ich do ozdoby neogotyckiego kościoła św. Augustyna w Kensington. Także Thomas Alfred Skelton - bratanek Henry'ego - który również był architektem, zastosował cegły z maszyny wuja do dekoracji willi chemika Edwina Whitlocka przy 153 High Street w Southampton. 
 
Przez całe swe burzliwe życie Henry Pether tworzył księżycowe pejzaże. Wydaje się, był zdecydowanie najbardziej utalentowanym i najzdolniejszym artystą spośród swojej rodziny. Jego prace względem kompozycji, kolorystyki - a przede wszystkim - emanującej z nich romantycznej aury, są znacznie lepsze od dzieł ojca i brata. Mimo dość sztampowej konstrukcji (zawsze widzimy na nich budowlę położoną w dolinie, często na tle gór, nad akwenem wodnym, z pojedynczą sylwetką ludzką) oświetlający je księżyc oddany jest z wirtuozerią, która musiała brać się z obserwacji natury. Delikatne odcienie jego nocnych krajobrazów różnią się od siebie i wydają się być zależne nie tylko od pory roku, lecz również nocnej godziny. Mamy oto niebieskawe światło pogrążonego w śnie świata o północy i blednący księżyc z godzin porannych, kiedy noc powoli ustępuje, lecz jeszcze nie nastaje brzask; czyste barwy przejrzystego powietrza mroźnej zimy oraz perłowe w czas letniego zmierzchu. Popatrzmy teraz na kilka. I zachwyćmy się spokojem, który z nich promieniuje.











Oryginały można podziwiać w Southampton City Museums, Southampton Art Gallery, Museum of London oraz Tate Britain w Londynie.
 

Henry Pether zmarł w Stockwell Green w Lambeth w dniu 20 lutego 1880 roku, kilka dni przed swoimi 80. urodzinami.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 13 lutego 2019

Z mojej płytoteki: dwa oblicza Love Will Tear us Apart Joy Division - Factory Records kontra Tonpress



O kulowym singlu Joy Division LWTUA napisano już chyba wszystko, a piosenka (jej historia omówiona została przez nas TUTAJ i TUTAJ) do dzisiaj jest masowo wznawiana (o oryginale z pierwszego tłoczenia pisaliśmy TUTAJ, a o jednym z ciekawszych wydań na przejrzystym winylu pisaliśmy TUTAJ). Napisano może wszystko, bo mało kto dzisiaj pamięta, że w czasie panowania w Polsce ustroju komunistycznego, dokładnie w roku 1985, wydano LWTUA na singlu i u nas. Wydało go wydawnictwo Tonpress. Posiadam własny egzemplarz zakupiony w kiosku Ruchu, który wtedy zajmował się dystrybucją ale tylko singli Tonpressu (albumy dostępne były w Domach Książki). Single tłoczone były na średniej jakości winylu, który łatwo deformował się pod wpływem ciepła. Ale trzeba oddać honor wydawnictwu, bo w tamtych czasach wiele wydawnictw muzyki alternatywnej czy punkowej ukazywało się właśnie w taki sposób (Kate Bush, Dezerter, TZN Xenna, Brygada Kryzys, Variete, Madame, Made in Poland i wiele innych). 

Do innych singli z tamtych czasów jeszcze wrócę, a dzisiaj konfrontacja cywilizacyjna, bowiem porównanie oryginału Factory Records i wydawnictwa Tonpressu, które wypada tak jak porównanie obu panujących w dwóch krajach systemów. 

Singiel Tonpressu ukazał się w wersji LWTUA na stronie A i She's Lost Control na stronie B.

Prawdopodobnie celem obniżenia kosztów, lub być może z powodów ideologicznych, singiel ukazał się w autorskiej wersji okładki Alka Januszewskiego. Warto wspomnieć, że artysta ma w dorobku projekty kultowe, jak choćby niesamowita okładka płyty Siekiery - Nowa Aleksandria (opisywanej TUTAJ), czy albumu Jeszcze Młodsza Generacja (opisanego TUTAJ). Niemniej należy powiedzieć, że okładka utrzymana jest w konwencji Joy Division, choć wersja singla z takim zestawem piosenek nigdy nie została wydana przez Factory Records.

A teraz kolejny z oryginałów, który posiadam w kolekcji. Poprzednio opisywałem pierwszą wersję singla z kwietnia lub czerwca 1980 (TUTAJ) zawierającą wygrawerowane ukryte przesłanie od zespołu. Dzisiaj wersja singla z drugiego wydania z 1983 roku. Na okładce zaprojektowanej przez Petera Saville'a  zdjęcie Bernarda Pierre Wolffa, o którym pisaliśmy TUTAJ.


Płyta z 1983 roku posiada wygrawerowane napisy:  FAC 23 T A3, GG, Townhouse, MVS S4 FAC 23 T B3, GG, Townhouse, P, umożliwiające rozpoznanie wersji.



Singiel zawiera trzy utwory, dwie wersje LWTUA i These Days.

Zwraca uwagę solidny papier, w porównaniu z wersją Tonpressu co najmniej trzy razy grubszy. Nie rozkleja się jak Tonpress, choć jest o dwa lata starszy.

Porównanie singli pokazuje w jakich czasach przyszło nam kiedyś żyć. Miał być powiew zachodu, ale był to jedynie malutki wietrzyk, jedynie wycinek tego, co mieli ludzie na zachodzie Europy. Wtedy, kiedy wszystko było tak trudne kształtowanie własnego gustu muzycznego wymagało na prawdę wielkiego samozaparcia. Paradoksalnie, dzisiaj jest podobnie. Wtedy nie było dostępu niemalże do niczego, za to dziś świat tonie w komercyjnym szambie, zalewającym nas z mainstreamu, i podobnie trzeba samemu szukać w nim czegoś sensownego. Nie wiadomo co gorsze...

Ale my się nie poddajemy.

Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Więcej o LWTUA TUTAJ. 

wtorek, 12 lutego 2019

William S. Burroughs: Narkotyki, cenzura, dewiacja seksualna, egzotyczne kraje i podróże, czarny humor i anty-establishment

Kiedy masz prawo powiedzieć NO FUTURE, znaczy to tylko, że żyjesz w dostatnim społeczeństwie. Punk to tylko kolejny ruch powstały w łonie społeczeństwa dobrobytu - te słowa Williama S. Burroughsa (TUTAJ i TUTAJ) dobrze definiują istotę korelacji pomiędzy pisarzem a subkulturą skupioną wokół muzyki undergroundowej. Paradoksalnie, mimo, że nie miał on dobrego zdania ani o bitnikach lat 50., ani o hipisach lat 60., ani wreszcie o punkach l. 80., nieodmiennie fascynował swoją osobą cyganerię artystyczną każdej epoki.

Burroughs, jeden z ulubionych pisarzy wokalisty Joy Division Iana Curtisa,  jest uważany za jednego z założycieli Beat Generation, obok Jacka Kerouaca i Allena Ginsberga. Był otwarcie homoseksualnym i uzależnionym od heroiny pisarzem, który rozpoczął przygodę z literaturą, po tym gdy zabił swoją żonę strzelając jej w głowę podczas zabawy w Wilhelma Tella. Wkrótce stał się popularny. Książki Burroughsa infiltrowały kulturę pop za pośrednictwem artystów i muzyków, którzy byli jego zagorzałymi fanami. Wystarczy tylko nadmienić, że na przykład termin Heavy Metal został zaczerpniętym z jego powieści The Wild Boys.

Pisarz spotkał się lub współpracował ze znanymi muzykami, wystarczy wymienić kilka nazwisk i nazw zespołów aby zobaczyć  jak szeroki był
wpływ Burroughsa: Sonic Youth, Frank Zappa, Patti Smith, Richard Hell, Tom Waits, Nick Cave, Mick Jagger, Led Zeppelin, Philip Glass… Poza tym kupował heroinę od tego samego dostawcy, co Keith Richards, mieszkał w mieszkaniu Ringo Starra w Londynie, w latach 60. współpracował z Paulem McCartneyem i koncertował z Joy Division a także gawędził z Davidem Bowie i Kurtem Cobainem. Z tym ostatnim w 1992 r. nagrał płytę pt. The „Priest” they called him. Artyści nie spotkali się jednak w studiu. Kurt Cobain wykorzystał jedno z opowiadań ze zbioru Exterminator, czytane przez Burroughsa. Powstała dość dziwna płyta zawierająca tylko jeden utwór trwający tylko dziesięć minut, w którym słychać tylko głos Burroughsa i dźwięk gitary Cobaina. Spotkali się na żywo dopiero rok później. Rozmawiali ze sobą kilka godzin. Kilka miesięcy później Cobain popełnił samobójstwo. Kiedy pisarz się o tym dowiedział, ze smutkiem zauważył: Pamiętam, że podczas spotkania miał bardzo szare policzki. O ile wiem, już wtedy był martwy.
Tak w ogóle fenomen Burroughsa wybuchł pod koniec lat sześćdziesiątych. Wtedy Burroughs stał się kimś w rodzaju osoby publicznej, znanej szczególnie w kręgach nonkonformistycznych ruchów młodzieżowych. Nazwisko - Burroughs - podobnie jak Ginsberg, dużo wówczas znaczyło. Narkotyki, cenzura, dewiacja seksualna, egzotyczne kraje i podróże, czarny humor, anty-establishment - te słowa wymieniano zawsze, gdy przyszło mówić o Burroughsie, nic więc dziwnego, że wywiady z Burroughsem stały się cenną częścią niezależnych gazet - fanzinów - które wychodziły w podziemiu. Wywiady te przeprowadzono za pośrednictwem poczty elektronicznej i redagowano przy pomocy osoby udzielającej wywiadu. W 1972 r. jeden z takich wywiadów ukazał się w oficjalnej prasie - w tygodniku Rolling Stone. Dzięki niemu pisarz wszedł do mainstreamu.
Burroughs miał już spore doświadczenie dziennikarskie. Jak już wspomniano pod koniec 1965 i na początku 1966 kilka razy spotkał się z Paulem McCartney’em. Założył z Ianem Sommerville'em studio nagrań w mieszkaniu McCartneya na Montagu Square w londyńskiej Marylebone, za co został nagrodzony portretem na okładce płyty Beatles’ów: Sgt. Pepper Lonely Hearts Club Band (więcej o tym TUTAJ ).


W 1974 r. Burroughs spotkał się z Davidem Bowie (o wpływie tego muzyka na Joy Division pisaliśmy TUTAJ). Muzyk przygotował się do tego starannie, postarał się o wszystkie powieści Burroughsa, lecz zdążył przeczytać tylko jedną. Burroughs znał dwa utwory Bowiego: Five Years i Star Man, ale przeczytał wszystkie teksty Bowiego. Przygotowania rozpoczęto w listopadzie 1973 r. z inicjatywy amerykańskiego dziennikarza Craiga Copetasa. Zredagował on rozmowę obu twórców w formie pytań i odpowiedzi. Spotkanie miało miejsce w londyńskiej rezydencji Bowiego. Dom Bowiego urządzony był z rozmachem w stylu science-fiction: w pokoju, dokąd zaproszono pisarza wisiał gigantyczny, surrealistyczny portret artysty, a pod nim stała plastikowa sofa... Relacja z tego wydarzenia została opublikowana w magazynie Rolling Stone 28 lutego pod znamiennym tytułem Beat Godfather Meets Glitter Mainman. Bowie był wtedy w trudnym momencie, jego kariera znalazła się na zakręcie. Po pierwszych sukcesach i bardzo wiedział, w którą stronę powinien podążyć. Tak więc listopadowe spotkanie z Burroughsem odbyło się w odpowiednim czasie. Zapis przeprowadzonej rozmowy ukazał się w 1974 r. najpierw w Rolling Stones (TUTAJ) a potem w formie książki pod redakcją Matteo Boscarola. Sam pisarz natomiast był dobrze znany, ale nie był tak kultowy, jakim się stał później. Mieszkał w Londynie od 1968 roku, a jego twórczość uległa znacznego osłabieniu, mimo to w 1971 roku opublikował The Wild Boys: A Book of the Dead, koszmarną wizję przyszłości dziejącą się w 1988 r. - świat zaludniony przez młodzieżowe partyzanckie armie wyspecjalizowanych humanoidów. Bowie natomiast poszukiwał wyjścia z rutyny w którą zaczynał popadać. Ich spotkanie pozwoliło muzykowi na zmianę metody pisania tekstów i tworzenia muzyki. Zaczął używać metody cięcia, nawet ułożył program komputerowy, który do rytm muzyki ciął przygotowany tekst i składał w nową całość.


W 1975 r. Burroughs przeprowadził wywiad z Jimmy Pagem z Led Zeppelin. Ukazał się on potem w Crawdaddy Magazine. Rozmawiali o… magii. I o tym, co ich łączy. A także o muzyce trance i na ile jest możliwa synteza muzyki rockowej z niektórymi starszymi formami muzyki trance, które rozwijały się przez stulecia, aby wytworzyć potężne, czasem hipnotyczne efekty na widowni. Taka synteza umożliwiłaby starszym formom muzycznym wyjście poza ludowość, a jednocześnie dostarczyłaby nowych technik grupom rockowym. Rozmawiali również o efektach specjalnych używanych podczas koncertów i o niebezpieczeństwach jakie mogą spowodować. Burroughs dał Page’owi artykuł o broni opartej na ultradźwiękach czyli dźwiękach poniżej 16 Hz, określanej nazwą ultra-soud. Dźwięki bliskie 7 Hz są już zabójcze, jednak Burroughs uważał, że muzyka grana blisko tej granicy może być interesująca. Szczególnie interesująca według niego byłaby możliwość emisji rytmicznych impulsów infra-dźwięku, na których są oparte buddyjskie mantry. Dlatego obaj się zgodzili, że być może infra-sound mogłoby dać nowy wymiar muzyce rockowej i jeszcze w wielu innych rzeczach. Całość można przeczytać TUTAJ.


Burroughs współpracował również z Tomem Waitsem, z którym skomponował The Black Rider, musical oparty na niemieckiej opowieści ludowej, do której Burroughs ułożył słowa, a Waits muzykę.

A potem… potem spotykały się z nim kolejne gwiazdy muzyki pop, łącznie z Madonną, choć ich rozmowa była dość przypadkowa na przyjęciu z okazji jego 70 urodzin i podobno Burroughs nie do końca wiedział kim ona jest. Z tych wszystkich rozmów powstały potem publikacje, opracowania, krytyczne relacje.
Pisarz próbował wszystkiego, nawet eksperymentował z rapem nagrywając z The Disposable Heroes of Hiphoprisy album Spare Ass Annie and Other Tales. Niewątpliwie, szokował całe życie i całe życie był zbuntowanym artystą. Oczywiście jego wpływ był znacznie większy i można by wymienić jeszcze więcej muzyków, którzy świadomie nawiązywali do jego powieści, lecz na razie poprzestańmy na tych kilku.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w maistreamie.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Isolations News 23: Fields of The Nephilim i Toten Hosen w PL, Antyradio daje ciała, wiele gwiazd muzyki na W Fest, wystawa o Beksińskim, Joy Division undercover zagrają, odlew domu Curtisa w Niemczech

To się w końcu stało. To musiało kiedyś nastąpić. Legenda chłodnofalowych brzmień Fields of The Nephilim w Polsce. 5.03.2019 roku Carl McCoy i jego kumple dadzą do pieca, a jak to robią pisaliśmy TUTAJ. 

Gdzie? We Wrocławiu, ale spokojnie, bez obawy, na szczęście tym razem w Centrum Koncertowym A2. Może tam nie chrzczą wódki i nie ma obowiązkowej szatni za 2 PLN, oraz chamskiej ochrony? 

Przekonamy się.

Kupujcie bilety - są do nabycia po 110 PLN TUTAJ.
Już w sierpniu 2019, dokładnie w dniach 15-18.08. odbędzie się festiwal W Fest. Impreza lokuje się w belgijskim mieście Waregem. Wśród wykonawców cała masa gwiazd o których pisaliśmy na naszym blogu, albo wkrótce napiszemy, między innymi: Peter Hook and The Light (TUTAJ), The Stranglers (TUTAJ), Killing Joke (TUTAJ), Lebanon Hanover (TUTAJ), Cassandra Complex, New Model Army, czy Tuxedomoon.    
Na dwa koncerty w Polsce zawitają weterani niemieckiego punk rocka - die Toten Hosen. Zagrają 6.06. w Klubie Stodoła w Warszawie i 7.06. 2019 w Klubie Studio w Krakowie. Bilety idą jak ciepłe bułeczki, także nie wiem czy dostaniecie, ale jakby co są/były (*) do nabycia TUTAJ.

(*) niepotrzebne skreślić 

Późny okres twórczości Zdzisława Beksińskiego - spotkanie z Wiesławem Banachem - dyrektorem Muzeum Historycznego w Sanoku, odbędzie się w Służewskim Domu Kultury z okazji upamiętnienia 90. urodzin wybitnego artysty, o którym pisaliśmy TUTAJ. 23.02.2019 - sobota, godzina 17:00. 

Więcej TUTAJ. 
Antyradio daje ciała - inaczej tego się nie da nazwać. W artykule TUTAJ  jakiś ekspert napisał o Joy Division - cytujemy: Mamy rok 1976 i paczkę chłopaków z Salford. 

Tony Wilson był z Salford, Martin Hannett również, nawet Peter Hook był z Salford i  Bernard Dicken, Albrecht vel Sumner też - o ile wiecie o kim piszemy, ale na miłość boską, 1/2 Joy Division nie! 

Ale za to Kopernik była kobietą. 

Nie cierpimy tzw. tribute band, ale raz zrobimy wyjątek. Bowiem rocznica jest wyjątkowa, 30.05.2019  Joy Division undercover zagra koncert w 40. rocznicę nagrania kultowej płyty - najważniejszego debiutu w historii muzyki, płyty Unknown Pleasures. 

Co, gdzie kiedy, oraz bilety - TUTAJ. 

Nie dajcie się nabrać, że ktoś może niemalże idealnie naśladować Iana Curtisa. To tak jak Thomsonic i Adodis nigdy nie będzie Thompsonem i Adidasem, a Orlex Rolexem.  
 
Muzeum które otwiera wystawę z odlewem woskowym domu Iana Curtisa przy 77 Barton Street w Macclesfield (pisaliśmy o tym TUTAJ), publikuje zapowiedź wystawy (TUTAJ). 

Dodatkowo na Instagramie można zobaczyć film z tworzenia odlewu - polecamy (TUTAJ). 

Czytajcie nas  - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.  

niedziela, 10 lutego 2019

Nav: Okruchy - opowiadanie science - fiction ilustrowane płytą Postcards from Patmos zespołu the Residents


Mike Butterworth, właściciel księgarni w Manchesterze wspomina, że Ian Curtis, który był stałym bywalcem księgarni, czytał skopiowany New Words - magazyn promujący literaturę science fiction.  Zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by  od dzisiaj na blogu poza tym co było dotychczas, pojawiały się opowiadania science fiction pisanie specjalnie dla nas. Autora znamy od dość dawna i zawsze bardzo podobały nam się Jego dzieła. Postanowił wyjść z cienia i będzie publikował. Zatem przenieśmy się do zupełnie innego ze światów... Przed Wami Nav. w opowiadaniu Okruchy, które pozwoliliśmy sobie zilustrować muzyką the Residents i ich niesamowitą płytą Postcards from Patmos.

    Grube, ciężkie warstwy chmur o burożółtym zabarwieniu powoli przesuwały się po ogromnym globie, mieszając się z eliptycznymi burzami i ciemnymi pasami, podczas gdy nieoświetlona półkula tonęła w mroku, pozbawiona szczegółów, tak wyraźnych i ostrych tam, gdzie gwiazda rzucała swoje żółtawe światło. Te promienie, które zdołały się przedrzeć przez skorupę obłoków, więzły pod nią bez możliwości odwrotu, lecz większość, odbita i rozproszona, uchodziła w przestrzeń. Jedna z takich fotonowych wiązek napotkała na swojej drodze w nicość lśniącą, twardą powłokę metalicznego ciała.

    Sunąc w doskonałej ciszy przez międzyplanetarną próżnię, sonda powoli zbliżała się do powierzchni planety, zasnutej grubymi chmurami niby ochronną zbroją. Z wolna, łagodnie, zaczęła tracić prędkość, podróżując po zacieśniającej się spirali, bliżej i bliżej celu. Wreszcie szła już z minimalną możliwą chyżością, drobny manewr obrócił lekko jej połyskujący korpus i opływowy kształt począł wkraczać w najwyższe, niezwykle rozrzedzone warstwy planetarnej atmosfery, regulując pęd pomocniczymi silnikami. Była coraz niżej, gazowa opoka stawiała bierny opór, z początku łagodny, lecz z każdą chwilą coraz bardziej zdecydowany, ostry, dziki, jakby miliony lotnych ton celowo napierały na sondę, by zgnieść ją jak łupinę, osłony termiczne nagrzewały się i żarzyły, wyły wewnętrzne dysze chłodzące, huczały silniki, zmuszone do wytężonej pracy. Wreszcie nastał koniec i napęd lądowniczy milcząco przejął kontrolę nad pojazdem kosmicznym, który łagodnie osiadł na jałowym gruncie.


    Przez pewien czas sonda stała bezczynnie, jakby próbując otrząsnąć się z pomanewrowego szoku i tylko wysokie zawodzenie wiatru rozcinało okoliczną ciszę. Zagłuszone przez wicher, z mechanicznym odgłosem otwarły się sprawnie automatyczne drzwi, a z powstałego otworu wysunęła się pochylnia, pewna i mocna, dotykając samym końcem obcej ziemi. Po niej zaś leniwie stoczył się niewielki łazik na groteskowo dużych względem swych rozmiarów kołach i począł badawczo kursować wokół podstawy sondy, podczas gdy w jej wnętrzu czujniki, wysuwające się jeden po drugim zza pancernej pokrywy, analizowały skład atmosfery i przekazywały dane do komputerów. Przygniatające ciśnienie, kwas siarkowy, tlenek i dwutlenek węgla, środowisko niezwykle trudne. Temperatura znacznie powyżej przewidywanej przez pokładowe systemy. Fakty powoli a nieprzerwanie gromadziły się w bankach pamięci.


    Tymczasem łazik oddalił się już na znaczny dystans, szybko pokonując nierówny, gorący teren, lawirując zręcznie między większymi skałami, a po mniejszych, często ostrych odłamkach przejeżdżając bez szwanku dzięki swym kołom, elastycznym i wytrzymałym. Jego antenka krążyła wokół własnej osi, badając najbliższe otoczenie falami radarowymi i utrzymując stały kontakt z sondą, do której łazik słał nieprzerwaną transmisję. Co kilka chwil przystawał, raz na pustym, twardym gruncie łagodnego wzniesienia, którego zabarwienie wahało się, od buroczerwonawego po szary o lekkim odcieniu żółci, to znów przy rozmaitych rozmiarów kamieniach, aby nawiercić je i pobrać próbkę, na miejscu przetwarzaną i analizowaną. Odnajdywał granity, bazalty, piryty i magnetyty, krzem, aluminium, żelazo, siarkę, ślady tytanu i potasu, wyraźna była obecność kwasu siarkowego, pochodzącego najpewniej z atmosfery. Do zachodu słońca - tego obcego słońca, które ledwie przebijało się przez szczelną osłonę chmur, aby oświetlić powierzchnię swoim bladym, żółtawym blaskiem - łazik jeździł niestrudzenie, wykonując swe badawcze obowiązki, aż zaplanowana procedura nakazała mu odwrót, zawrócił więc, aby przetransportować swe cenne próbki i wolno wtoczył się na pochylnię, ledwie widoczny w ostatnich promieniach zachodzącej gwiazdy.


    Upłynęła niecała godzina i z przepastnych trzewi sondy, w całkowitej już niemal ciemności, rozświetlanej jedynie wschodzącą powoli, niezwykle zniekształconą, ogromną tarczą naturalnego satelity, zaczął się wyłaniać prawdziwy mechaniczny potwór. Była to wielka, mobilna platforma, której lwią część stanowił własny silnik atomowy, dostarczający jej energii niezbędnej do rozruchu tak wielkiej masy, oraz pokaźnych rozmiarów, teleskopowe wiertło z najtwardszych materiałów, zamocowane na masywnym, dużym, ruchomym ramieniu. Ociężała ta maszyneria ruszyła naprzód, miażdżąc co drobniejsze skalne okruchy, aż zatrzymała swe stalowe cielsko na niewielkim skrawku w miarę równego podłoża i wirującym wiertłem zadała ziemi planety głęboką ranę. Rozkruszony u wejścia otworu grunt ulatywał na wszystkie strony, machina warczała wściekle, przebijając się przez kolejne warstwy, od wierzchniego, chropowatego gruntu, nadżartego kwasowym deszczem, po kolejne, coraz niższe, kopalne pokłady podłoża i skał, a jednocześnie wyrastające z ramienia chwytaki pobierały drobne próbki z każdej warstwy, przekazując je natychmiast do przebadania bogatemu asortymentowi urządzeń analitycznych. Wreszcie maszyna dotarła do końca swego zasięgu, wiertło wycofało się, zaś do otwartego w ten sposób powierzchniowego skaleczenia wprowadzone zostało inne, zakończone wysoce czułą aparaturą, która bardzo powoli, miarowo opuszczało się w głąb otworu, dokładnie sondując podziemie w promieniu wieluset metrów, by wychwycić każdy znak obiektu ukształtowanego inaczej, niż kamienne formacje, co powstały naturalnie. Badania trwały wiele godzin, przynosząc rozliczne rezultaty. W warstwach dosyć niskich trwały w wiecznym spoczynku duże, różnokształtne szkielety, przywodzące na myśl szczątki gadów, zaś w wyższych porcjach badanych ziem wypierały je kośćce coraz mniejsze, bardziej jednorodne. Dosyć wysoko tkwiły pojedyncze pozostałości istot o większych niż wszystkie pozostałe czaszkach, być może kiedyś rozumnych, towarzyszyły im zaś drobne, czworonożne szkieleciki w dużych ilościach. Wyżej nie było już nic. 


    Monstrualna platforma z trudem wjechała na powrót do rozległego wnętrza sondy, a za nią wsunęła się pochylnia i zamknęły z głośnym hurgotem automatyczne drzwi. Gwiazda stała już w najwyższym punkcie, rzucając wokół blade światło, gdy ze szczytu kosmicznego pojazdu wystrzelony został nieduży pocisk, który wzniósł się na wielką wysokość, rozpostarł metalowe skrzydła i pomknął żwawo, tnąc gęste powietrze jak nóż masło, podążając w stronę wschodu. Mały samolocik pokonywał kolejne metry i kilometry, bezustannie bombardując powierzchnię pod nim falami radiowymi szerokiego zasięgu, uzyskując, jeden za drugim, radiolokacyjne obrazy wzniesień, pagórków, głazów, równin, wgłębień, wąwozów, wybrzuszeń i kraterów. Długo trwał jego lot, aż zmienił nagle kurs i zanurkował ostro, gdyż niezawodne czujniki dały mu znać o wykryciu formy terenu odbiegającej od znanych schematów. Zawisł więc nad celem w powietrzu i uruchomił cyfrową kamerę, skrytą za osłoną pancernego szkła. Wznosił się nad sporą, burą górką, na zboczach której spoczywały tysiące drobnych kamyków, gniecionych ciśnieniem, prażonych gorącem i przeżeranych przez padający gęsto deszcz kwasu siarkowego, którego krople bezsilnie rozpryskiwały się na korpusie samolotu i tłukły z wielką mocą o podłoże. Na szczycie wzniesienia, niewyraźna w oku kamery, majaczyła ciemna, niekształtna konstrukcja dużych rozmiarów. Nieregularna masa, zrujnowana i metodycznie niszczona przez zabójcze warunki planety, stanowiła jedynie żałosny zewłok dawnego megalitu, nędzne, wypalone resztki, które swą nieosobową pamięcią mogły jedynie wspominać dawne epoki ogromu, splendoru i chwały. Inne czarne odłamy walały się u podstaw pozostałości, a odległe, rozmazane, mroczne kształty zalegały w oddali, przesłaniane przez strugi kwasowej ulewy, miotanej potężnym wichrem.


    Pośród ciemnej nocy sonda niestrudzenie trwała, opierając się szalejącej burzy, na tle nieba upiornie rozjaśnionego przez groteskowo zniekształconą, ogromną księżycową tarczę. Była gotowa do odlotu. Wszelkie pojazdy spoczywały w jej mrocznych wnętrzach, umocowane solidnie w swych lukach, aparatura badawcza schowała się z powrotem wewnątrz jej metalowego ciała, a wszelkie zgromadzone dane, bezcenne terabajty, nagrane na setki mikrodysków, leżały szczelnie i bezpiecznie zamknięte w pancernej szkatule. Reaktor atomowy od godziny pozostawał na jałowym rozruchu, gotów w każdym momencie rozpocząć manewr startu. I chwila ta nadeszła. Rozdzierający ryk przeszył otoczenie, wylot silnika zapłonął białym światłem, skałami targnął wstrząs i sonda poczęła odrywać się od gruntu, walcząc z grawitacją planety i pokonując ją, szybko wznosiła się, opuszczając niegościnną atmosferę i już za sobą zostawiła ostatnie chmury i rozcinające je mrowie piorunów. Wystrzeliwując z atmosferycznej skorupy, stanowiła jedynie niezmiernie mały punkcik na tle plamy masywnego sztormu, ale oddalała się, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie, gdy ogromny dotąd dysk planety był już zaledwie świetlistą kropką, napęd jądrowy ustąpił anihilacyjnemu i sonda, kierowana komputerem sterującym, rozpędzała się tysiąckroć prędzej, do swej maksymalnej chyżości, będąc kosmicznym pociskiem, co chce się mierzyć z fotonami.


    Niemal tak szybko, jak światło, opuszczała obcy system planetarny, by ruszyć w kierunku międzygwiazdowej próżni, a u kresu swej podróży osiągnąć jedną z miriad otaczających ją gwiazd, ledwie widoczną żółtą plamkę. Przez wiele lat przemierzała ogromne połacie przestrzeni, przechodząc przez niezwykle rozrzedzone gazowe obłoki, niemal już nieodróżnialne od próżni, pokonując lata świetlne, a automatyczne teleskopy, sprzężone z głównym komputerem, kazały jej omijać jedynie ciemne, gęste gazowo-pyłowe chmury, skrywające rodzące się gwiazdy, gdyż tam czekałby ją straszny koniec. Gwiazda, do której zmierzała, wolno lecz stale przybierała na jasności, a gdy, po latach lotu, była już dużym, płomiennym dyskiem, sonda zwolniła, zaś komputer sterujący skierował ją w stronę trzeciej planety. Sunęła więc dalej, choć teraz już leniwie, gdyby porównać tę prędkość z jej poprzednim pędem, aż była już blisko powierzchni i rozpoczęła zautomatyzowane procedury, zacieśniając orbitalną spiralę, by gotować się do lądowania. Powoli i delikatnie weszła w niezbyt gęstą, przejrzystą atmosferę i obniżała lot, lekko tylko żarzyły się termiczne powłoki, chłodzenie pracowało cicho i sprawnie. Powierzchnia zbliżała się. Wygasł napęd atomowy i pomocnicze silniczki weszły płynnie w rytm działania, korygując wysokość i szybkość, pewnie sprowadzając sondę w dół. Ucichł wreszcie ich cichy syk, wygasł ostatni zielony płomień wydobywający się z dysz i lądowanie dobiegło końca. Wśród wszechogarniającej szarości, w płowym słonecznym świetle, sonda stała na stopionych skałach pokrywających lądowisko, naprzeciw strzaskanej w kawały wieży kontrolnej, pośrodku promiennego pogorzeliska.



The Residents: Postcards from Patmos, Ralph America/Santa Dog Records 2008, produkcja: the Residents,  tracklista:  The Winged Serpent Repents to the Father, Soulless Flies Visit the Graves of Ancestors, Cold Metal Strikes a Soldier's Bible, Stained Hands Pass the Silverware, I Wish the Remote Could Control Me, Fabrics Drape the Unseen God, There Is Power in the Chord, Silk From Spiders, Green Feathers & The Blood of Circumcision, Knees Bent, Toes Painted Orange  

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 9 lutego 2019

Nasz wywiad z Jackiem "Żabą" Żędzianem - organizatorem festiwalu Rock na Bagnie

Festiwal Rock na Bagnie, czyli lipcowy wypad na mokradła, piękne Podlasie i spora dawka Punk Rocka!, czyli kilka chwil z Jackiem "Żabą" Żędzianem, organizatorem i twarzą imprezy!!!

Co zadecydowało, że wybrałeś akurat dobór kapel z gatunku punk rock na festiwal Rock na Bagnie? Czy oby nie wywodzisz się z jakiejś starej miejskiej załogi punx lat 80.? Czy też moje odczucia są całkowicie nie trafione a powody takiej a nie innej formy składu wykonawców kryją za sobą jakąś inną przyczynę?

- Tak, to prawda. Z punk rockiem zetknąłem się już jako dziesięciolatek w 1979r. i od tamtej pory ta muzyka zaczęła powoli drążyć moją osobowość. Nie stało się to z dnia na dzień, raczej był to dłuższy proces . Ogólnie już jako dzieciak interesowałem się coraz bardziej napływającym wówczas do naszego kraju rockiem i słuchałem wszystkiego co było wtedy u nas nowe: SEX PISTOLS, THE DAMNED, UK SUBS.. i jednocześnie SAXON, AC/DC, BLACK SABBATH plus cała fala rodzącego się wówczas rocka w Polsce. Zaraz potem zaczęły do mnie docierać takie kapele jak: JOY DIVISION, BAUHAUS, SEX GANG CHILDREN, X MAL DEUTSCHLAND a jednocześnie  wczesne zespoły hardcore z USA, którymi w pewnym okresie przeżywałem dość dużą fascynację: BAD BRAINS, MINOR THREAT, BLACK FLAG, 7 SECONDS… Jakoś tak  pod koniec 1983r. zaraziłem punkiem kilku kolegów i już wtedy zostaliśmy 100% punkową załogą :). W drugiej połowie lat 80. zaczęliśmy pierwsze próby założenia zespołu, wydawania kaset, czy też pojawiły się wówczas plany wydawania fanzinea, co się w końcu ziściło jako Prowincjal Underground, jednak już dopiero gdy zelżała cenzura i pojawił się swobodny dostęp do punktów ksero, czyli na początku lat 90. W lutym, albo kwietniu, 1990 r. zorganizowałem pierwszy koncert i od tamtej pory organizuję  je do dziś z różną częstotliwością, ale  bez żadnego roku przerwy, czyli zawsze był to przynajmniej jeden, a najczęściej kilka, koncertów rocznie. Przez te wszystkie lata organizując koncerty, wydając fanzina i samemu grając w m.in. takich zespołach jak WS999 i Tomahawk nawiązałem ogromnie dużo znajomości, więc gdy pojawiła się propozycja abym zorganizował duży festiwal od razu je wykorzystałem, dzięki czemu na pierwszej edycji w 2010r. zagrało aż 56 kapel. A że były to znajomości głównie z kręgu moich zainteresowań i dotychczasowej działalności to nieuchronnym było, że na festiwalu będzie dominował punk rock :).
Ilu masz ludzi do pomocy w tym przedsięwzięciu i kto jest odpowiedzialny za typowanie zespołów mających tam właśnie wystąpić? Który to już festiwal z rzędu, oraz jaką widzisz różnicę gdy zaczynałeś tworzyć to wydarzenie, a dniem dzisiejszym?
 
- Od początku istnienia festiwalu pomaga mi Waldek „Łysy” Tomaszuk, ale on działa tylko w trakcie odbywania się imprezy, ma tam wyznaczone swoje zadanie i jest mu z tym dobrze :). Wcześniej byli to też Piotr Znaniecki i Paweł Pogorzelski. Paweł zresztą w pewien sposób do dziś jest związany z festiwalem. Jednak to mi przypadło z racji doświadczenia pracować przy festiwalu cały rok i scalać wszystkie działania. W odpowiednim czasie w trakcie przygotowań dołączają kolejne osoby. Od 2013r. są to ludzie związani z Fundacją na rzecz Rozwoju Powiatu Monieckiego:  Ania Porębska, która jako prezes fundacji zajmuje się wieloma sprawami technicznymi i biurowymi, Sebastian Kulikowski, Krzysztof Falkowski, Michał Chmielewski, Karol Grądzki, Błażej Buńkowski, Łukasz Wejda, Sławek Moczydłowski, oraz osoby spoza Moniek: Kordian Michalski bez którego oprawa graficzna imprezy byłaby uboga, Darek Kantor, Piotr „Rodzyn” Krawczyk z Bad Look Records, znani w kręgach rocka dziennikarze Leszek Gnoiński i Grzegorz Witkowski… Zawsze boję się, że przy tym wymienianiu nazwisk mogę o kimś zapomnieć , więc w razie czego przepraszam za swoje gapiostwo :). Pomoc tych osób jest nie oceniona. Mamy też wspaniałą ekipę Stage Team, która jako doświadczona grupa ludzi bywająca na koncertach i festiwalach pomaga firmie ochroniarskiej w ogarnianiu okolicy sceny podczas koncertów i załogę przesympatycznych, oraz pracowitych wolontariuszy. Muszę też wspomnieć o  ekipie filmowców z Entivi, która skrupulatnie filmuje i archiwizuje wszystkie koncerty. W tym roku odbędzie się IX edycja festiwalu, udało się przez te lata wypracować niesamowitą ekipę z którą można konie kraść :). Jestem wdzięczny tym osobom za to co robią, bo gdy przypomnę  ile kilometrów podczas pierwszych edycji z Waldkiem pokonywaliśmy nawet z samym donoszeniem wody zespołom na scenę,  to z miejsca robię się zmęczony :). Wówczas wiele rzeczy robiliśmy we dwójkę, no, czasem w czwórkę i był to okrutny wysiłek.   Teraz grupa organizatorów jest znacznie większa i każdy w niej zna swoją działkę, wie w którym momencie dołączyć się ze swoją pomocą.



Czy są kapele, które odmówiły pojawienia się na tej imprezie, lub takie, na które nie było Was stać?
 
- Tak, niewiele, ale były takie zespoły które odmówiły zagrania na festiwalu, lub specjalnie postawiły zaporowe warunki, abym nie mógł ich zaprosić, gdyż zabrakło im odwagi powiedzieć mi prosto w oczy nie, nie pasuje mi wasza impreza. Nie wiem dlaczego to robią, ale podejrzewam, że jest to spowodowane dawaniem wiary w plotki, które niektórzy ludzie rozsiewają na nasz temat. Nie martwię się jednak tym, bo tych kapel było tyle, że na palcach jednej ręki można je policzyć, a zgłoszenia od chętnych zespołów liczę w setkach.  Oczywiście, są też zespoły na które na razie nas nie stać. Takie np. Social Distortion to jeszcze pewnie długo nie będę mógł zaprosić na Bagno :).  Często też od ludzi pojawiają się prośby o Cock Sparrer czy Stiff Little Fingers,  jednak to też są drogie zespoły, jak na polskie realia.
 

Jak radzicie sobie z utrzymaniem porządku podczas trwania tego wydarzenia? Czy ogólnie towarzystwo zachowuje się w miarę spokojnie, czy też często ochrona musi interweniować?
 
- Radzimy sobie doskonale dzięki zaangażowaniu ludzi o których wspomniałem wcześniej, dzięki wolontariuszom i Stage Teamowi a także dzięki pomocy osób zarządzających Goniądzem. Impreza ogólnie przebiega spokojnie. Ochrona czasem wręcz narzeka, że nie ma roboty :). I niech tak pozostanie. Mam nadzieję, że jakieś zamieszki na rockowych festiwalach to już przeszłość.


Dlaczego akurat Goniądz i jak zapatrują się na to wszystko okoliczni mieszkańcy?

- Pierwsze dwa lata to była Strękowa Góra, też na Podlasiu. Jednak w pewnym momencie nastał tam nieprzychylny nam wójt, więc zostaliśmy zmuszeniu poszukiwać nowego miejsca. W międzyczasie odwiedziłem kilka miejscowości spotykając się z ich mieszkańcami i rozmawiając o zorganizowaniu festiwalu na ich terenie. Czasem nawet spotykałem się z wrogością mieszkańców, w jednej wsi o mało mnie nie zlinczowano za pomysł zburzenia ich spokoju dwa dni w roku :). W pewnym momencie od dobrego znajomego lokalnego samorządowca padła propozycja, że jednak powinienem festiwal organizować w okolicy Moniek, gdzie mieszkam. W ten sposób został nawiązany kontakt ze starostą monieckim, który następnie przedstawił mnie Ani Porębskiej – prezesowi Fundacji na rzecz Rozwoju Powiatu Monieckiego i to Fundacja od 2013r. jest formalnym organizatorem festiwalu.  W poszukiwaniu miejsca na festiwal trafiliśmy do burmistrza Goniądza, który wyszedł z propozycją wykorzystania  sceny na plaży w jego miejscowości. Ówczesny burmistrz – Tadeusz Kulikowski miał wiele obaw, jednak zaryzykował, pomimo straszenia przez jego oponentów,  że po festiwalu w miejscu miasteczka zostaną tylko zgliszcza i zgwałcone kobiety :).  Ku zdziwieniu przeciwników imprezy, na pierwszą edycję do Goniądza przyjechało około 2000 dziwnie wyglądających ludzi i… wyjechało, pozostawiając miasteczko takim jakie zastali. Bogatsze jednak o gotówkę pozostawioną w miejscowych agroturystykach i  sklepikach, gdzie towar został wykupiony do ostatniej konserwy :).  Okazało  się, że jednak była to trafiona decyzja i każdy kolejny zarządca miasteczkiem chce z nami współpracować. Większość mieszkańców też już  nie wyobraża sobie Goniądza bez festiwalu.  Festiwal obecnie bardziej łączy niż dzieli a liczba jego przeciwników maleje i ja to uważam za ogromny sukces.
 

Jakie zespoły wywarły na Ciebie wpływ w przeszłości ,że dzisiaj mamy właśnie imprezę o charakterze punk rock festiwalu?

- Bez Sex Pistols usłyszanego 40 lat temu by tego nie było. Po nich poszło mi dalej w zainteresowania pojawiającą się wtedy nową muzyką. Interesuje mnie punk rock jako całość, ze wszystkimi jego falami i odnogami, także wszystkimi odmianami new wawe i wszystkimi gatunkami których nie byłoby bez punk rocka. Miałem to szczęście obserwować prawie od początku docieranie tej muzyki do Polski i jej rozwój, więc właściwie wywarła ona na mnie wpływ jako szerokie zjawisko a nie poszczególne kapele. Dlatego też punk może widzę nieco szerzej niż  ci, którzy poznali go w późniejszym okresie.
 

Macie bardzo tanie bilety, karnety na waszą imprezę. Przy takich kapelach jak Anti-Nowhere League , GBH, czy Outcast, oraz wielu innych, to aż zadziwiająco śmieszne ceny!! Jak udało się Tobie tego dokonać?

- To m.in. dzięki dotacjom z samorządów za współpracę z którymi nieraz glanują mnie punkowi ortodoksi udaje się utrzymać niskie ceny. Także rozważny dobór zespołów nad którym pracuję miesiącami i skrzętnie przygotowywane plany budżetowe.  Te kwoty dotacji z samorządów nie są jakieś ogromne, ale jednak mają wpływ na ceny. Uważam, że skoro wszyscy płacimy podatki to też się nam coś za to należy. Jeśli nie weźmiemy tych pieniędzy to pójdą one i tak na inne imprezy kulturalne typu festyny z disco polo, czy akademie ku czci, więc dlaczego z tego nie korzystać i dzięki temu robić imprezę na wysokim poziomie z niskimi cenami karnetów?  Czasem udaje się też znaleźć sponsorów, ale o nich z każdym rokiem trudniej. Poza tym, nikomu z nas nie zależy na tym, aby zarabiać kokosy na tym festiwalu.



Wiadomo, że czasami polskie zespoły biorą więcej za granie niż te z poza kraju, choć to nie standard i bywa różnie. Jak byś to nam wytłumaczył, na swój sposób jako ktoś, kto ogarnia tak wiele kapel w jednym czasie? 

 - Być może jest to spowodowane tym, że te zagraniczne znane kapele koncertują często po całym świecie więc dzięki stałemu koncertowaniu mają większe możliwości utrzymania się z grania. Polskie praktycznie poza krajem nie są znane (chyba, że mówimy o Vaderze czy paru innych wyjątkach sceny metalowej lub jazzu) więc mają ograniczone pole manewru tylko do swojego kraju. A jeśli się zdarzy czasem wypad za granicę to im tam nikt nie zapłaci nic poza zwrotami kosztów podróży i czasem może niewielką gażą, więc aby się jakoś utrzymać próbują w kraju grać za takie same stawki jak ci z zachodu. Tak to widzę. Są też jednak i polskie zespoły, które postępują mądrzej, gdyż biorą mniejsze stawki i grają za nie bardzo dużo koncertów, co na pewno wymaga więcej wysiłku ale i też pozwala im utrzymywać się z grania. Jest to podobna opcja jak w przypadku wielu bardziej znanych kapel zagranicznych, tylko na mniejszą skalę, bo krajową.  Gdyby nie dość duże dodatkowe koszty związane z przelotami, to nieraz można by zrobić potężny skład samych zagranicznych dobrych kapel za podobne pieniądze. 
 

Wymień proszę pięć najlepszych zespołów punk z Polski i pięć z zagranicy, które w dzisiejszych czasach zasługują na głębszą uwagę Twoim zdaniem. Te które pulsują w twojej głowie i jakoś nie chcą się z niej ewakuować? Czy może po pięć to za dużo?
 
-  A muszę? Nie chcę wymieniać tylko po pięć zespołów bo jest ich bardzo dużo i ktoś mógłby poczuć się pokrzywdzony. Dociera do mnie bardzo dużo muzyki wielu fajnych młodych kapel. Żałuję, że nie jestem w stanie wszystkich, którzy mi się podobają, zaprosić na festiwal.


Kto właściwie przyjeżdża do Was na koncerty? Jaka dzisiaj jest proporcja, punx, skins, oraz ogólnie ludzi żądnych muzyki, oraz w jakim wieku jest towarzystwo?
 
- Na nasz festiwal przyjeżdżają chyba wszyscy: punki, skini, metale i zwykli chleba zjadacze lubiący szeroko rozumiany rock. Przedział wiekowy też jest przeróżny, chociaż jest bardzo dużo ludzi w wieku 40-50 lat, jednak trafiają się i starsi, oraz bardzo duże grono młodzieży która nie popadła w disco, pop, hip hop czy inne promowane obecnie przez komercyjne media gatunki.  Przekrój jest więc ogromny bo od malutkich dzieci do osób w wieku przedemerytalnym :).
 

Bilety na imprezę można nabyć poprzez waszą stronę na facebooku,  ale także i w sieci Empik, Media Markt!!!, czy też w niektórych biurach podróży!!!. To pełna profeska i dostępność. Widać, że jesteście naprawdę dobrze zorganizowani i zależy wam, aby ludzie was odwiedzali. Czy to już taki standard od zawsze i na zawsze?

- Pierwsze dwie edycje Bagna były za darmo dzięki wsparciu Unii Europejskiej. Od 2013r. prowadzimy sprzedaż biletów za pomocą ogólnopolskich firm, które robią to przeróżnymi kanałami co stwarza naprawdę duże możliwości i łatwość dostępu do ich zakupu. Wydaje mi się to normalne, że organizatorowi powinno zależeć na jak najłatwiejszym dostępie do zakupu karnetów. Przedsprzedaż jest dla nas ważna, gdyż dzięki niej opłacamy wiele rzeczy, które trzeba opłacić przed festiwalem a jest tego sporo i są kosztowne, jak np. bukowanie lotów zespołom, praca pani księgowej, druk plakatów, opasek, koszulek itd.  Zależy nam też na tym, aby każdego było stać kupić karnet, więc zaczynamy od naprawdę niskich cen stopniowo je podnosząc, jednak i w dniu festiwalu nie są one jakieś zawrotnie wysokie. Na nasz festiwal można też otrzymać wejściówkę za przekazanie 1% podatku. Byliśmy pionierami w rozdawaniu wejściówek w zamian za 1%.
 

Czy macie w planach jakieś konkretne kapele z zagranicy na rok 2020? Może ze sceny północno amerykańskiej? Jakieś oldskulowe grupy, które tam też grają pomimo upływu lat.
 
- Ostatnio zgłoszenia napływają z całego świata, z obu Ameryk też, więc wszystko jest możliwe. Jednak nigdy nie planuję na zapas, poza tą najbliższą edycją, bo w natłoku zajęć i tak zapomnę co planowałem rok wcześniej :).



Jak wygląda sprawa "castingu" nowych, młodych, lub starych ,a nieznanych grup, chcących się zaprezentować na waszym festiwalu?

- Zazwyczaj wybieram kapele ze zgłoszeń, które do mnie napływają prawie cały rok. Czasem sam piszę do jakiejś kapeli która mnie interesuje a sama jakoś się nie zgłasza :). Od paru lat, dzięki wsparciu Radia Bunt, dla młodych zespołów organizujemy przesłuchania w Warszawie  w klubie Mechanik i Ośrodku Kultury Ochoty OKO (wcześniej też były one w Harym Pubie w Białymstoku)  na  „otwieraczy” poszczególnych dni festiwalu, gdzie też nie brakuje zgłoszeń od starych wyjadaczy. Za cały program i skład zespołów odpowiadam ja, aby w razie niepowodzenia nie było na kogo zwalić winy :) 

Czy pomimo to, że robisz z pewną grupą osób bardzo dobrą robotę, to spływa na Ciebie smutna fala bezpodstawnej krytyki? To zawsze towarzyszy ludziom, którzy coś tworzą, działają, dają z siebie wszystko, a mimo to leje się na nich kubłem wymiocin. Czy tak jest też w twoim,(Waszym) przypadku?

- Oj tak, wiele razy spływało na mnie szambo od ludzi, którzy za grosz nie rozumieją zasad działania tej imprezy. Na początku bardzo mnie to bolało, nie potrafiłem zrozumieć czemu ktoś w necie wyzywa mnie od najgorszych za coś, co robię dla frajdy nie krzywdząc tym nikogo. Często też same kapele nie potrafią zrozumieć, że nie jestem w stanie przyjąć wszystkich zespołów,  więc po dwukrotnym falstarcie zgłoszeniowym zaczynają po mnie jeździć jak po dzikiej świni. Ortodoksi nie potrafią zrozumieć, że na festiwalu są przeróżni ludzie o przeróżnych gustach i staram się każdemu z nich sprawić frajdę, lub nie rozumieją, że współpracuję z samorządem, za co obrywam cięgi.  Inni hejtują mnie za przestrzeganie przepisów o imprezach masowych, płacenie ZAiKS, czy nawet zbieranie 1% podatku. Ludzie potrafią zrobić problem z niczego i za wszystko co nie jest po ich myśli wylać gnój na kogoś, kto robi swoje. Miałem jednak czas aby się do tego przyzwyczaić, frekwencja publiczności, która przyjeżdża na festiwal pokazuje, że ci hejterzy to niewielki procent typów z klapkami na oczach i już od dawna nie biorę tego do głowy. Jednak kopiowanie moich zdjęć z facebooka, robienie z nich memów, a co gorsza przeglądanie prywatnych profilów mojej rodziny w poszukiwaniu czegoś, czym później można mnie szkalować i obrażanie mojego syna na jakimś fanpage specjalnie powołanym do tego aby poniżać ludzi coś tworzących w punk rocku uważam za totalne kurewstwo.  Dziwią mnie takie zachowania, bo ja zazwyczaj jeśli mi się coś nie podoba a nie czyni to krzywdy drugiemu człowiekowi przechodzę obok tego obojętnie.        

Czy wasza impreza ma się trzymać jak najdalej od polityki jakiejkolwiek? Oczywiście życie to polityka, codzienność przypomina nam o tym, ale czy na takich imprezach powinna ona występować? Jak uważasz?

- Każdy z nas ma jakieś poglądy polityczne w niektórych punktach zbliżone lub odległe od siebie, jednak obserwując jak polityka dzieli ludzi, często nawet sobie bliskich, postanowiliśmy, że będziemy trzymać się od niej z daleka. To jest przykre jak ludzie dają łatwo podzielić się politykom.  Jedyne na co reagujemy to nawoływanie lub czynienie zła drugiemu człowiekowi lub naturze. Na to naszej zgody nie ma! Żadne skrajności u nas nie przejdą. A poglądy… każdy ma swoje i dopóki nie czyni lub nie namawia do czynienia zła nic nam do tego. Może to w obecnych czasach zabrzmi naiwnie, ale powinniśmy rozmawiać a nie dzielić się między sobą lub, co gorsze, zwalczać. 

Muzyka sama w sobie jest życiem i mocą, jaka by ona nie była. Czy myślisz, że w dzisiejszym czasie punk rock niesie za sobą jakąś rewoltę, bunt, nieprzystosowanie, czy też już wszystko co miał wywalczyć to przeszłość, a dzisiaj, to po prostu konkretny dźwięk ,moc i na tym koniec?


- Punk dla mnie oznacza indywidualizm, oznacza to, że każdy może w każdej chwili wyjść na scenę i zaśpiewać o czymś co go wkurwia lub dotyczy w każdy inny sposób, więc tematów  do poruszania w tekstach nie zabraknie nigdy, przez co  punk może mieć stale rację bytu. Zresztą ja punk widzę nie tylko w muzyce, wszędzie tam gdzie dzieje się coś nowego, ciekawego, gdzie ludzie wyrażają siebie w jakiś sposób albo wyrażają swój sprzeciw, jest jakiś pierwiastek punka. Może obecnie muzycznie nie jest to styl bardzo mocno popularny, ale też i tak naprawdę, poza chwilowymi modami jak chociażby ta z początku lat 90 na punko polo,  chyba nigdy specjalnie mocno popularny nie był. I dobrze,  bo dzięki temu mam przeświadczenie, że obecnie są w nim te osoby, które być powinny.    

Czy ty również za młodu jeździłeś na podobne festiwale? Jeśli tak to jaką widzisz dzisiaj różnicę w ich organizacji, atmosferze i ogólnym odbiorze uczestników.

- Tak, bywałem w Jarocinie i na Róbrege i to te festiwale miały na mnie wpływ jako organizatora. Różnica pomiędzy tamtymi festami a obecnymi jest ogromna i leży przede wszystkim w jakości  sprzętu i dźwięku, też w kontekście oświetlenia sceny, oraz w sprzęcie używanym przez zespoły. Obecnie to jest nie do porównania. Te bajery którymi dysponują kapele i firmy nagłośnieniowe to przy latach 80. odległe jest o lata świetlne. Także ludzie zajmujący się nagłośnieniem wiedzą co robią, ochrona wie co to pogo i nie traktuje tego jako coś agresywnego. Także sprawność techniczna kapel... Rzadko się teraz zdarzają zespoły nie umiejące trzymać gitar. Każdy wymiata jak potrafi najlepiej w swoim gatunku, przez co mam poważne trudności z wyborem zespołów i.. nieraz to powtarzałem – to, że jakiegoś zespołu nie biorę na festiwal nie oznacza że jest słaby, po prostu nieraz wynika to z braku miejsc czy chęci pomieszania w lineup gatunków, aby było dosyć różnorodnie. Bardzo rzadko odstawiam kapelę na bok bo jest słaba technicznie. 

Punk rock nie umarł, są powody by robić takie imprezy jak Twoja (Wasza), więc co chciałbyś powiedzieć dla młodszego pokolenia, które chce słuchać takiej muzyki i wciąż przyjeżdżać na "Rock na Bagnie"?

 
- No nie umarł i szybko nie umrze. Zapowiedzi jego śmierci słyszę od kiedy pamiętam :).  Jedynie co, to może się on zmieniać i ewoluować, co miało miejsce nieraz na przestrzeni tych lat jego istnienia.  Pamiętajcie młodzieży – punk to indywidualizm i różnorodność, nie kopiowanie czyjegoś wyglądu czy poglądów. To Ty i Twoja własna osobowość jesteście najważniejsi. Nikogo nie kopiujcie na siłę, bądźcie sobą na przekór tego co mówią o Was inni, macie jedno życie i to Wy macie być z niego zadowoleni.  

Dziękujemy za odpowiedź na te kilkanaście pytań, które mają przybliżyć Twój punkt widzenia dotyczący punk rocka w naszym kraju, oraz sposobu na zorganizowanie imprezy jak "Rock na Bagnie", która to z roku na rok poczyna sobie coraz lepiej.
 

- Również bardzo dziękuję za zainteresowanie. Pozdrawiam i zapraszam wszystkich czytelników Isolations na Rock na Bagnie do Goniądza w dniach 5-6 lipca 2019r.

Więcej o festiwalu i sklep: TUTAJ, TUTAJ oraz TUTAJ. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.