wtorek, 5 lutego 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Ga, Ga, chwała bohaterom, czy Piotr Szulkin przewidział samounicestwienie dzisiejszych Niemiec?

Twórczość Piotra Szulkina gościła na naszym blogu już kilkakrotnie, kiedy opisywaliśmy  Wojnę Światów (TUTAJ) i znakomity O-bi, O-ba (TUTAJ). Tak się niefortunnie złożyło, że wielki reżyser zmarł w ubiegłym roku, zatem na kolejne dzieła mistrza liczyć już nie możemy...
Dziś piszemy o Ga, Ga - chwała bohaterom, filmie z 1985 roku. Dziele, które jak każde dzieło Szulkina, ma drugie dno. Dzisiaj po latach to drugie dno ukazuje się nam wyjątkowo wyraziście, i kiedy prawie wszyscy zapomnieli już o filmie genialnego reżysera, warto na nim  ponownie skupić uwagę. 

Akcja filmu rozgrywa się w XXI wieku, kiedy to z Ziemi wysyłani są więźniowie w kosmos, celem badania co dzieje się na innych planetach. 

Tak też główny bohater Scope (w tej roli Daniel Olbrychski)  wyrusza w specjalnym statku na planetę Australia - 458. I od początku zwraca uwagę fakt, który chyba mało kto zauważa. Scope w pojeździe ma do wyboru postać, za pomocą której będzie porozumiewał się z komputerem pokładowym. Wybiera  kobietę, a ta po prezentacji zabiera się, jak to określa, za same przyjemności, zajmując się relaksem kosmonauty.
Śpiewa wtedy pieśń niemiecką o miłości zaczynającą się od wersu: Die Liebe is Schon, mało tego w całym filmie Szulkin wykorzystuje muzykę  takich niemieckich kompozytorów jak Offenbach czy Wagner. 

Po wylądowaniu na planecie Scope dostaje przydzielonego mu opiekuna (Chudy - w tej roli Jerzy Stuhr), którego celem jest nie tylko zaspokojenie wszelkich potrzeb astronauty, ale przede wszystkim - dopilnowanie żeby ten dokonał mordu, lub jakiegokolwiek innego spektakularnego czynu karalnego. Od samego początku podsuwają mu okazję, a pierwszą z nich jest nieletnia prostytutka Once (Katarzyna Figura).

Poza niemieckim w filmie pojawia się wątek, nazwijmy go, religijny. 

Pierwszy raz kiedy Scope ma dokonać wyboru klucza od mieszkania w hotelu, a gospodyni (Bożena Dykiel) sugeruje wybór klucza lewego lub prawego, lekko mieszając się i nazywając Scope'a żartownisiem, kiedy ten wskazuje na klucz środkowy.
W hotelu bohater ogląda audycję w TV i zaczyna coraz bardziej poznawać perwersję mieszkańców planety na którą przybył. Podobnie podczas rozmów z Chudym, czy wizycie na miejscu kaźni, która ma przekonać go do idei...   I znowu pojawia się wątek religijny, bowiem pale, na jeden z których zostanie po dokonaniu zbrodni nabity Scope, są trzy, ale środkowy jest już zarezerwowany... 

Na miejscu ceremonii nie braknie, też motywu niemieckiego, bowiem w tle widoczny jest napis: Ordnung Muss Sein, a nad nim drugi - Dura lex, sed lex.
Czyż nie należy tutaj dopatrywać się aluzji do Niemiec, a dokładnie wizji w kierunku której ewoluują Niemcy w kolejnym stuleciu? 

Wizji państwa o głupim prawie, państwa, które gotowe jest poświęcić życie swoich obywateli tylko po to, aby jednocześnie zaspokoić ich chore żądze? Aby tylko ludzie mieli igrzyska, bo z chlebem na Australii 458 bywa różnie...
W tle rozgrywa się historia miłosna, a kluczową tutaj zdaje się być rozmowa z sutenerem Alem (opiekunem nieletniej Once). Al uświadamia widzom, że żąda nierządu i w zasadzie na każdej planecie jest tak samo...  Na Australii 458 panują proste zasady: zbrodnia, nagroda i kara. Przy czym w przypadku bohatera, będącego projekcją perwersji mieszkańców planety, wszystko jest większe, bardziej wyraziste do tego stopnia, że każdy, nawet Al mu zazdrości..

Czy Scope zdoła zdobyć pieniądze na wykupienie Once? 

Czy bohater uniknie kary nabicia na pal?

Film Piotra Szulkina pokazuje do jakiej dewiacji doprowadzić może chora ideologia. Czy sytuacja która ma dzisiaj miejsce w Niemczech, gdzie trwa samounicestwienie w imię chorej idei, nie przypomina sytuacji na Australii 458?  

Czy Szulkin znając psychikę Niemców, o których Friedrich Nietzsche pisał że śmierdzą piwem i kiepską kiełbasą, próbował tym filmem nas przed czymś ostrzec? 

Obyśmy tylko jako sąsiedzi Niemiec mieli tyle szczęścia i sprytu ile miał w filmie główny bohater Scope.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Isolations News 22: Zniżka na nową książkę Jona Savage'a o Joy Division, legendarny fanzin polecany przez Petera Hooka i Tony Wilsona zostanie ponownie wydany, Sisters of Mercy w Polsce, festiwal Nova Rock a na nim the Cure, Throwing Muses nagrywają nowy album

Wkrótce opublikowany zostanie bardzo interesujący materiał dla  wszystkich fanów Manchester sound. Postanowiono wydać kolekcję fanzinów, które zarówno Peter Hook - basista Joy Division, jak i współzałożyciel Factory Records - Tony Wilson, uznali jednogłośnie za kultowe. 

Tak też opublikowane zostaną zbiory fanzinu Freaky Dancing dokumentującego historię klubu Hacienda, jak i wydarzenia sceny muzycznej miasta. Wydane zostanie 11 numerów fanzinu, początkowo rozprowadzanego za darmo, a później sprzedawanego w Manchesterze. 

Fanzin prowadzony był przez fanów muzyki z Manchesteru, Paul Gill i Ste Pickford po pracy w czasie wolnym, kopiowany w piątki popołudniami a rozprowadzany wieczorem. Tony Wilson określił go jako najważniejszy kawał dziennikarskiej roboty, jaką miał okazję czytać przez ostatnie 20 lat. Gdyby Wilson żył dzisiaj to na pewno by zmienił zdanie i tak powiedziałby o nas. 

Więcej na ten temat TUTAJ.

Legenda chłodnych brzmień Sisters of Mercy (TUTAJ) wraca do Polski na dwa koncerty 6 i 7.10.2019 - we Wrocławiu i Krakowie. Zespół od dawna nie nagrywa nowego materiału, a na temat ich koncertów w obecnej formie zdania są podzielone. 

Zatem jeśli oczekujecie tego co było w latach 80. lepiej obejrzyjcie sobie ich obecne gigi na YT. Jak to ktoś mądrze powiedział: każdy rok to 365 rozczarowań. Uważajcie, żeby w październiku nie podbić tego rachunku o kolejne. Bilety do kupienia TUTAJ.

Skoro o koncertach mowa, od 14 do 16.06.2019 w Nickelsdorf w Austrii odbędzie się Nova Festival. Jak widać na powyższym plakacie mamy pomieszanie gatunkowe. Z interesujących nas zespołów wystąpią the Cure (TUTAJ), Smashing Pumpkins (TUTAJ) i New Model Army. Bilety dostępne są TUTAJ.

Z niecierpliwością czekamy na pojawienie się książki najbardziej znanego dziennikarza zajmującego się Joy Division, jakim jest Jon Savage. Tymczasem Amazon oferuję preskrypcję po bardzo atrakcyjnej cenie, książkę bowiem można wraz z kosztami przesyłki, nabyć za niecałe 100 PLN. My już zaprenumerowaliśmy, i na pewno dzieło opiszemy u nas. Preskrypcja z gwarancją niezmienionej ceny (14 GBP, czyli ze zniżką 34% bowiem oryginalna cena to 21.35 GBP) możliwa jest TUTAJ.  


Legendarna wokalistka, legendarny zespół i legendarna wytwórnia... Inaczej nie można nazwać Kristin Hersh z zespołu Throwing Muses (TUTAJ) z wytwórni 4AD (TUTAJ). Wokalistka i gitarzystka poinformowała właśnie na Twitterze, że grupa nagrywa nowy album pod tytułem Strange Angels. Tylko tyle, ale i aż tyle. Czekamy zatem na dzieło na miarę University, czy Limbo. Co najmniej.
Czytajcie nas, codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 3 lutego 2019

Gdynia 1988 - 2018: Nasza relacja z koncertu i wywiad z Michałem Miegoniem giarzystą Kiev Office i Made in Poland

W piątek 25.01.2019 roku w Muzeum Miasta Gdynia miał miejsce pierwszy koncert promujący wydanie płyty Gdynia 1988 - 2018. Płyta jest swoistego rodzaju mostem łączącym kultowy już dziś album Gdynia (o którym napiszemy w dziale Z mojej płytoteki) z twórcami współczesnej sceny alternatywnej miasta. Na albumie znaleźli się tacy wykonawcy jak: drewnofromlas, Nowa Ziemia, Kiev Office, Molto Delay feat. The Pau, Michael Warren feat. Soon, Królestwo, Lastryko, Leśne Zwierzęta feat. William Malcolm, Tranq oraz Band A. Mówiąc krótko młodzi grają starych, a które wersje przypadną słuchaczom bardziej do gustu pokaże czas. Poniżej trailer wydawnictwa, a o samej płycie więcej można przeczytać TUTAJ i TUTAJ.

Promocji płyty towarzyszyć będą kolejne koncerty, następny już 22.02.2019:

Zacznijmy od naszej skromnej fotorelacji z pierwszego koncertu, na którym wystąpili Band A i Kiev Office.











Osobą, która pojawia się zarówno w projekcie Kiev Office (choć jest też muzykiem dwóch innych zespołów, The Shipyard i Made in Poland - ta ostatnia  to kapela dziś kultowa dla polskiej chłodnej fali TUTAJ), a zawodowo będącą specjalistą do spraw promocji Muzeum Miasta Gdyni, jest Michał Miegoń (TUTAJ). 

Poniżej nasz wywiad z Michałem (dziękujemy za poświęcony czas), który opowiada więcej o swojej muzycznej działalności, fascynacjach, i planach, ale też i o płycie Gdynia 1988 - 2018. Zapraszamy.

Kiev Office, The Shipyard, Made in Poland,czy to wszystkie grupy z jakimi masz do czynienia, czy też są jeszcze jakieś, o których nie wiemy? 

Od zawsze ciągnęło mnie do grania w wielu zespołach. Ta nadaktywność może teraz jest już mniejsza, ostatnie miesiące poświęciłem przede wszystkim graniu w Kiev Office (szykujemy nowy materiał) ale jednak jest coś we mnie, co cały czas powoduje głód grania z ludźmi. Oprócz tego grywam muzykę dark-ambientową z Fuego Del Mar (debiutancka płyta w tym roku), The Shipyard nie powiedział ostatniego słowa ale nie mogę zapeszać. Made in Poland, z racji dystansu nas dzielącego (perkusista Artur Hajdasz mieszka w Wielkiej Brytanii) jest w obecnej formie raczej zespołem studyjnym. 


Ponadto, że grasz na gitarze, to czy komponujesz w tych grupach również muzykę?

W Kiev Office staramy się tworzyć muzykę wspólnie, jestem zaś całkowicie odpowiedzialny za teksty. Mogę przynieść jakiś szkielet melodii, albo nawet stworzyć ją w komputerze, bo oczywiście są teraz takie możliwości, ale jeśli zespół jest bandą połączonych ze sobą ludzi z misją przekazania czegoś wartościowego – a pusta muzyka i słowa nas nie interesują – najważniejszym jest stworzyć wspólny przekaz.

Jakbyś ocenił obszary stylistyczne w których się poruszasz wraz z tymi zespołami?

To jest pytanie z jednej stronie łatwe, z drugiej skomplikowane z powodu obecnych łatek i bardzo zróżnicowanych określeń na muzykę. Nie raz określano np. The Shipyard zespołem zimno-falowym, nowo-falowym, post-punkowym… tak samo Kiev Office. Dla mnie jednak to po prostu Rock. Możesz nazwać to Rockiem Alternatywnym, albo inaczej, ale jesteśmy zakorzenieni w tej stylistyce, tylko podajemy ją po swojemu. Nie mogę tego jednak powiedzieć o Made in Poland, w którego ponownej aktywacji ostatnio uczestniczyłem. To zdecydowanie zimna fala. Taka, która zalewa falochrony nocą i przewraca rybackie łodzie ;)
Czy w Trójmieście jest twoim zdaniem jakakolwiek "scena muzyczna", która skupia pewne kręgi grup grających konkretne odmiany rocka, lub ogólnie muzyki?

Scena zdecydowanie istnieje, Trójmiasto jest pod tym względem wyjątkowe. Wielu muzyków występuje w sporej ilości projektów, spotyka się na nowych dźwiękowych polach. Widoczna jest symbioza i chęć współpracy. Jest też nieco takich mniejszych scen, skupionych np. niezależnych wytwórni typu Music Is The Weapon (Gdynia) czy Nasiono Records albo Zoharum Records (Gdańsk). Pewien problem w idealnym funkcjonowaniu sceny polega na ograniczonej ilości miejsc gdzie można prezentować swoje dźwięki, np. klubu do 100 osób (nie mówię o potężnych salach koncertowych). Czas odbija też pewne zmiany na ilości subkultur, będącymi odbiorcami grania niezależnego. Coraz bardziej zunifikowana publiczność urodzona po 2000 roku wydaje się być odbiorcami bardziej internetowymi niż gotowymi na kontakt z żywym graniem. Jednak mimo tego, definitywnie wciąż istnieje Trójmiejska Scena Muzyczna i mam nadzieję, że póki w kolejnych pokoleniach jest chęć grania oryginalnych i autorskich numerów to przed nią jest świetlana przyszłość.

Jak to się stało,że wkroczyłeś w szeregi dość uznanej już kapeli Made in Poland?(widziałem was na żywo i przyznam, że nie żałuję. Nie było tam kombinowania, albo ulepszania tego co jest już sprawdzone i dobre w tym zespole. Czysty chłodny przekaz, a przy tym bardzo dobrze zaprezentowany na żywo.

Made in Poland słuchałem jako nastolatek z przegrywanych kaset, później z mp3 z różnych źródeł – chodzi o koncert m.in. z Jarocina. Bardzo uderzył mnie wówczas tekstowy przekaz formacji, w mocny sposób pokazujący zniewolenie jednostki w systemie poprzedniego ustroju, choć teksty można dopasować do każdej sytuacji. Muzyka, mimo iż nawiązywała z jednej strony do Joy Division, z drugiej do Killing Joke (chyba nawet bardziej) broni się do dziś. Spełnieniem marzeń z tamtych lat było zaproszenie do składu przez Piotra Pawłowskiego (założyciel The Shipyard, gdzie też gram) by aktywować tamten skład. Nie zmienialiśmy przekazu ani muzyki, brzmienie może jest współcześniejsze bo i sprzęt obecnie jest lepszy. Ale baza została. Ta muzyka się nie zestarzeje i nie ma co w niej ulepszać. Warto dodać, że album Kult, w którym nagraniu i koncertach uczestniczyłem to nowe wersje utworów, które z wielu przyczyn (m.in. cenzorskiej opresji) nie mogły być wówczas zarejestrowane.
 
Grając na gitarze w Made in Poland robisz dobrą robotę,a w związku z tym wiążesz z tą kapelą dalsze plany, czy też nie chcesz wybiegać tak daleko w przyszłość?

W minionych dwóch latach zagraliśmy dzięki sprzyjającym wiatrom kilka konkretnych występów przed wydaniem płyty, ale co dalej – nie wypowiadam się bo po prostu nie wiem. Artur Hajdasz (perkusista i współzałożyciel grupy) mieszka w Wielkiej Brytanii co jest też pewną barierą twórczą jeśli chodzi o żywą interakcje. Jakby nie było, jestem bardzo dumny że dołożyłem cegiełkę do twórczości tej ważnej dla mnie grupy.

Jakieś nowe dźwięki są obecnie nagrywane w studio? Jeśli tak to powiedz proszę coś o tym.

Obecnie planujemy nagrać coś nowego z Kiev Office, trochę mieliśmy przetasowań składowo - muzycznych, ale wzmocniły one chęć twórczą i w tym roku mamy nadzieję nagrać album, tym razem inspirowany lokalnym folklorem. Kaszuby, lokalne legendy i ogólnie pojęty krajowy folklor zderzony z nowofalowym graniem jest drogą, którą powoli wydeptujemy. Mamy już gotowy nowy singiel pt. Król Popiel. Czy tą drogę wydeptamy? Oby trzciny i chwasty nie było zbyt wysokie!
 
Jakie masz ogólnie plany na przyszłość związane z muzyką? Czy może ukrywasz jakieś inne talenty, o których chciałbyś powiedzieć naszym czytelnikom?

Jeśli chodzi o muzykę mam plany zdecydowanie długofalowe, nie wyobrażam sobie życia bez solidnego walnięcia w gitarę czy bas. Samo Kiev Office, mam nadzieję, będzie grało tyle samo lat co chociażby No Means No, które supportowaliśmy kilka lat temu w klubie Parlament w Gdańsku. Chciałbym być hałasować również na stare lata. Zajmuje się też produkcją muzyczną, jednak ostatnimi latami rzadziej, raczej przy okazji czegoś, przy czym naprawdę mogę się bardziej rozwinąć. Poza graniem zaś zajmuje się historią, przede wszystkim dziejami Gdyni w której się urodziłem i w której mieszkam. Tropię w miejskich podwórkach dawne oficyny, resztki wiejskich zabudowań ukrytych w Śródmieściu, stare kamienice, tajemnice Festung Gotenhafen z czasów II Wojny Światowej (setki metrów tuneli, chociażby pod dzielnicą Działki Leśne).
 
Powiedz proszę kilka słów o zespołach, które wywarły istotny wpływ na twoja twórczość.Ogólnie jakie nurty kształtowały twoje gusta, pasje, i kierunki muzyczne...

Dorastałem w pełnym muzyki domu, rodzice słuchali zarówno Simple Minds i Dead Can Dance i jestem bardzo wdzięczny za ówczesną muzyczną edukacje, która zaplusowała w przyszłości. Około dwunastego roku życia zacząłem sam świadomie wsiąkać w muzykę, z czasem chyba najbardziej jednak bliska stała mi się estetyka lat 80-tych, wymieszana z bezkompromisową muzyką późniejszej dekady. Obok New Order (TUTAJ) i OMD (TUTAJ) lubiłem hałas Sonic Youth czy Swans (TUTAJ), nie było problemem posłuchać Mike Oldfield’a (TUTAJ) po Killing Joke (TUTAJ). I tak zostało do dziś. Wychowałem się na telewizji Viva Zwei, to była połowa lat 90-tych, więc bliska jest mi także niemiecka scena niezależna, m.in. zespoły takie jak Surrogat, Tocotronic czy elektroniczne Mouse On Mars.
 
Chciałbyś pozostać gdzieś na uboczu i grać dla tej świadomej grupy osób, czy też nie ma to dla Ciebie większego znaczenia?

Jeden z pierwszych utworów Kiev Office, które napisałem nosił tytuł Uciekł w niszę. Jestem za tworzeniem takiej niszy, w której zarówno twórca jak i odbiorca mogą poczuć wspólną energię. Z takich nisz powstało wiele prężnych scen muzycznych. Jestem jak najbardziej za świadomym odbiorcą, to lepsze, niż tłum przypadkowych osób. Natomiast, nauczony doświadczeniem, wiem że prawdziwym wyzwaniem jest przekonanie do siebie właśnie często nieprzygotowanego na takie granie tłumu osób. To zdarzyło się nam wielokrotnie na większych koncertach w wielu różnych miejscach, ale zawsze staraliśmy się wyjść obronną tarczą i chyba w 98 % przypadków się nam udało. Nikt nie jest idealny więc nie powiem że w 100 procentach : )

Byłem niedawno na koncercie Kiev Office (25.1.2019), gdzie graliście w ramach wydanej obecnie płyty nawiązującej do "Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej"...z drugiej połowy lat 80-tych. Koncert był bardzo udany i warto zobaczyć was na scenie. Wiem,że jesteś "motorem napędowym" wyżej wymienionego krążka, więc poproszę o kilka słów na ten  temat. Kto tam występuje, w jakim celu  płyta została stworzona i ogólnie to co chciałbyś na temat tego wydarzenia powiedzieć. 


Jest to hołd dla zespołów, które współtworzyły Trójmiejską Scenę Alternatywną lat 80-tych. Po Prostu, Unrra, Apteka, Pancerne Rowery, Bielizna i inne formacje dyktowały wówczas nowe trendy. Ich granie, mimo iż zakorzenione w Punk-Rocku, Nowej Fali czy Post-Punku miało swoisty morski sznyt, obfitowało w improwizacje, poszukiwania czegoś nowego, jakiejś świeżej formy wyrazu. To był prawdziwy powiew wolności w realiach PRL-u. Płyta Gdynia 1988-2018, która została wydana z inicjatywy Muzeum Miasta Gdyni, jest nawiązaniem do legendarnej płyty winylowej Gdynia, na której trzydzieści lat temu objawiły się wyżej wymienione formacje. Obecnie, mimo iż żyjemy w zupełnie innych czasach, pełnych możliwości technicznych, które niesie ze sobą internet i dystrybucja muzyki w sieci, zespoły z Trójmiasta też poszukują. I też mają w sobie masę świeżości. Nagrały one nowe interpretacje utworów z płyty Gdynia, przenosząc tamte kompozycje w realia XXI wieku. To klamra pomiędzy tradycją a współczesnością. Jako współproducent płyty mam nadzieję, że album przyniesie sporo pozytywnych wrażeń słuchaczom i pokaże coś innego, nowego – tak samo jak płyta Gdynia z 1988 roku. Płytę można nabyć m.in. pod adresem sklep.muzeumgdynia.pl
 
Warto dodać, że już od 28.06.2019 roku w Muzeum Miasta Gdyni będzie można podziwiać wystawę pt. Przekaz, której wraz z Anną Śliwą jestem współkuratorem, poświęconą właśnie zjawisku Trójmiejskiej Sceny Alternatywnej. Będzie się działo!

U nas również, jak zawsze - dlatego czytajcie nas, codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 2 lutego 2019

Nieznany przedostatni wywiad Iana Curtisa z Joy Division z fanzinu The Story So Far


Niedawno na FB pojawiły się fotokopie stron fanzinu The Story So Far z grudnia 1979 r., na których jest wywiad z Ianem Curtisem przeprowadzony w dniach 10 lub 11 listopada 1979 w The Rainbow Theatre w Londynie (TUTAJ). Jest to jeden z ostatnich wywiadów z liderem Joy Division, z racji opublikowania w niszowym wydawnictwie, w zasadzie nieznany. Nosi tytuł: Joy Division zespół na nowy wiek (Joy Division, a band for the new age). Dlatego postanowiliśmy zamieścić owe fotokopie u siebie, wraz z transkrypcją wywiadu i tłumaczeniem na język polski:

Why does everyone say our music is gloomy end doony?" asks Ian. We're sitting in the dressing room of Londons Rainbow Theatre, and some ill- informed pseudo - rock journalist has just managed to incur the wrath of Joy Division by coming out with the usual pathetic misconception. The band decide to adjourn and the guilty party is left pondering her mistake
 
I only mention this event in the hope of at least partially dispelling the myth which threatens to engulf Joy Division.

 
The band were forned in Manchester in early 1977. Yet another band inspired to do something musical by John Lydon and his Gerry Troubadours. The frenetic, almost heavy-metal, chord thrashings prevalent on their "Ideal for Living" E.P. have mellowed and matured into some of the most haunting melodies this side of surrealism. According to Ian their unique style evolved simply through the process of becoming more proficient on their instruments. Stephen Morris is technically one of the best British drummers in the business. Peter Hook's cloned Bass drives the songs along with the kind of urgency usually associated with a careering ambulance. On top of this Bernard Dickin lays down a tight guitar pattern, often with a flanges to achieve an interesting sound through his battered Vox combo… Occasionally Bernard will switch to synthesizer. He is the groups resident Technocrat. He built his synthesizer from a kit. At the moment Iah is trying to come to terns with the Guitar, on which he immaculately plays a single chord during "Love Will Tear Us Apart" For me, this is one of their strongest live bombers. Bernard's synthesizer signal is split into 4 and phased, creating a piercing yet rich melody. A very nice stage sound.
 

There seems no point in dwelling on Joy Divisions History. Listen to it's back-catalogue, it speaks for itself.
 

I asked the Band how they to do 2 tracks for Bob Last's compilation album 'Earcom 2'.
 

Ian - "We've known Bob for a long time and we knew that he was going to do this single on Past, we'd also played a few dates on the Rezillos’ last tour, so it really came about through that. We had a couple of tracks left over from the album and it was an outlet for them. Really, it would have taken Factory Records a long time to get them out. We night as well release everything rather than save it."
 

- But doesn't that mean that yo're inevitadly going to skimp on quality?
 

Ian - "Well if the test pressing isn't up to standard, it just wont go out.'
 

Stephen- "We did 15 tracks for an album and subsequently selected 10 for inclusion on it, so the others were finished but there was nothing to do with them."
 

The album is, of course "Unknown Pleasures", an album displaying abundant song-writting ability and deep perception. Just listen to the lyrics of "New Dawn Fades" or feel the atmosphere inherent in "I Remember Nothing". It's no wonder that the album's first pressing was soon sold out.
 

I ask them how heavily they intend to rely on synthesizers in future.
 

Ian - "If we think that the keyboards fit in, we'll use them. There's no conscious decision to write a song featuring synthesizer."
 

- So how about a full time keyboard player?
 

Ian - "I don't think so.... it would have to be someone who couldn't really play, so that could learn to play like us."
 

Infact, Joy Division have just recorded a single for the French "Sordid. Sentimentale” lable. It features Bernards synthesizer on a very moody song called "Armosphere". According to their manager and hairdresser, Rob Gretton ("It's going into the realms of stupidity, in my opinion!"- Stephen Morris) It's probably one of the best things they've put on vinyl.
 

Rob has hopes of getting the bend into the studio coon to cut the second album, but before that, they have dates in Holland, Belgium Germany and tentively, America. People are beginning to take notice.
 

The Ayatollah of Factory Records, Tony "Whizz-Kid" Wilson, seems keen to get them on a British College Tour. He thinks the intellectuals will love them. This may not be for sometime though, since they have just completedan exhausting British tout as special guests of the Buzzcocks. Audience reactions were mixed, but never hostile. On the last night of the tour, they perpetrated an act which showed them to be rather loss solemn and intense than others might have us believe. I trust that the Buzzcocka found the White Mice good company on she return track to Manchester!
 

The band have suffered from too much Hot and Cold publicity in the past. It's time that they were acknowledged as doing in the vanguard of British new age bands.
 

Perhaps for the commercially-minded hypocrites of the "Pop" press, Joy Division are indeed emotionally a scapegoat.
 
Tłumaczenie: 


Dlaczego wszyscy mówią, że nasza muzyka jest ponura i dołująca? pyta Ian. Siedzimy w garderobie Londons Rainbow Theatre, a jakiś niedoinformowany pseudo-rockowy dziennikarz właśnie wkurzył Joy Division, wychodząc z tą typową żałosną tezą. Zespół zdecydowanie odrzuca takie coś, a winny powinien rozważyć swój błąd.
 
Wspominam o tym wydarzeniu z nadzieją, że przynajmniej częściowo rozwiałem mit, który otacza Joy Division.
 
Zespół został założony w Manchesterze na początku 1977 roku. Była to kolejna grupa, która została zainspirowana do zrobienia czegoś muzycznego przez Johna Lydona i jego Gerry Troubadours. Szalone, niemal ciężkie, metalowe akordy, które dominują w ich epce An Ideal for Living” zmiękczyły się i dojrzały w jednej z najbardziej nostalgicznych melodii po tej stronie surrealizmu. Według Iana ich unikalny styl ewoluował po prostu dzięki procesowi doskonalenia umiejętności gry na instrumentach. Stephen Morris jest technicznie jednym z najlepszych brytyjskich perkusistów w branży. Sklonowany przez Petera Hooka bass nakręca piosenki w sposób przypominający pośpiech z jakim mknie ambulans.  Na tym Bernard Dickin tworzy zbity rytm gitarowy, często z naddatkami, aby uzyskać interesujący dźwięk ze swojej poobijanej kombinacji Vox ... Od czasu do czasu Bernard przechodzi na syntezator. Przynależy on do grup Technocratów. Zbudował swój syntezator z części. Ian próbuje dojść do nich ze swoją Gitarą, na której nieskazitelnie gra pojedynczy akord podczas Love Will Tear Us Apart. Dla mnie jest to jeden z ich najsilniejszych, granych na żywo bombowców. Dźwięk syntezatora Bernarda jest podzielony na 4 i stopniowo, tworzy przenikliwą bogatą melodię. To jest bardzo fajny efekt sceniczny.
Wydaje się, że nie ma sensu zajmować się historią Joy Division. Posłuchaj ich nagrań, mówią same za siebie.
 
Zapytałem zespół o wykonanie 2 utworów do albumu kompilacji Boba Lasta Earcom 2.
 
Ian - Od dawna znamy Boba i wiedzieliśmy, że zamierzał nagrać tego singla dawno, graliśmy razem także kilka razy podczas ostatniej trasy koncertowej Rezillos, więc w końcu doszło do tego. Mieliśmy kilka utworów, które pozostały z albumu i był to punkt wyjścia. Tak naprawdę Factory Records zajęłoby to dużo czasu, aby je wydać.
 
Ale czy to nie oznacza, że nieuchronnie ucierpi jakość?
 
Ian - No cóż, jeśli próbny test nie wyjdzie dobrze, to po prostu nie wydamy.
 
Stephen - Zrobiliśmy 15 utworów na album, a następnie wybraliśmy 10 do umieszczenia na nim, więc z innymi ni było co zrobić.

Ten album to jest, oczywiście, Unknown Pleasures, album do kórego napisania trzeba było zdolności i głębokiej wrażliwości. Wystarczy posłuchać słów New Dawn Fades lub poczuć klimat związany z I Remember Nothing. Nic dziwnego, że pierwsze wydanie płyty zostało szybko wyprzedane.
 
Pytam ich, jak bardzo zamierzają polegać na syntezatorach w przyszłości.
 
Ian - Jeśli uznamy, że jest miejsce na klawisze, użyjemy ich. Nie podjęliśmy rozmyślnej decyzji, aby napisać piosenkę z syntezatorem.
 
- A co powiesz na pełnoetatowego klawiszowica?
 
Ian - Nie sądzę... musiałby to być ktoś, kto naprawdę nie potrafiłby grać, żeby nauczyć się grać tak jak my.
 
W rzeczywistości, Joy Division nagrało właśnie singiel dla francuskiego wydawnictwa Sordid Sentimentale (pisaliśmy o kulisach powstawania tego albumu TUTAJ), w którym Bernard używa syntezatora w bardzo nastrojowej piosence Atmosphere. Zgodnie ze zdaniem ich menadżera i stylisty fryzur, Roba Grettona (To zakrawa na głupotę, moim zdaniem! - Stephen Morris) To prawdopodobnie jedna z najlepszych rzeczy, które puścili na winylu.
 
Rob ma nadzieję, że uda mu się wkrótce wstawić zespół do jakiegoś studia, aby zrobić drugi album, ale wcześniej mieli występy w Holandii, Belgii, Niemczech i prawdopodobnie będą mieli w Ameryce. Ludzie zaczynają ich zauważać.

Ayatollah z Factory Records, Tony "Łebski" Wilson, wydaje się być chętny, by zabrać ich na British College Tour. Myśli, że intelektualiści pokochają ich. To może odbyć się za jakiś czas, ponieważ właśnie skończyli wyczerpujące występy jako brytyjski suport i specjalni goście Buzzcocks. Reakcje odbiorców były mieszane, ale nigdy wrogie. Ostatniej nocy na trasie, popełnili postępek, który udowodnił, że są bardziej wielcy i poważni, niż inni mogą nam wmówić. Ufam, że Buzzcocks znaleźli się w dobrym towarzystwie podczas  powrotu do Manchesteru!

Zespół w przeszłości cierpiał z powodu niestałej publiki. Nadszedł czas, by zostali uznani za awangardę brytyjskich zespołów nowych czasów.

Być może dla komercyjnie myślących hipokrytów z prasy Pop, Joy Division są naprawdę emocjonalnym kozłem ofiarnym.

Niedługo więcej ciekawych materiałów z fanzinów, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 1 lutego 2019

Kobieta jedząca robaki, ludzka głowa w słoiku i zabijanie komunistów, Jim Ludtke: wielki animator muzycznych gier wideo

Kiedy pojawiły się w sprzedaży pierwsze konsole do gier komputerowych, traktowano je jak drogie zabawki. Jednak, gdy w latach 80-tych na Zachodzie ludzie zaczęli zaopatrywać się w komputery osobiste, stało się coraz bardziej jasne, że gry nie muszą być tylko rozrywką, a mogą stać się czymś znacznie poważniejszym. 

Już w 1982 r. jeden z pierwszych wielkich projektantów gier, Chris Crawford, uznał w swojej książce The Art of Computer Game Design gry wideo za nową formę ekspresji artystycznej. Ta opinia coraz mocniej trafiała do przekonania użytkowników gier i ich twórców. Na tej nowej fali - zachwytu nad nowym medium - w 1994 r. najdziwniejszy zespół muzyczny świata, The Residents, wydał swój album Gingerbread Man, w którym po raz pierwszy pojawiła się grafika komputerowa. Do płyty dodano bonus w postaci interaktywnej części CD-ROM-u, a kolejne wydawnictwa zespołu stały się już pełnoprawnymi grami.


Dzieła Residents publikowane na CD-ROM-ach były zaprojektowane i zanimowane przez grafika Jima Ludtke. Działał on na fali twórczości związanej z grami wideo, która nastąpiła po zamontowaniu w komputerach domowych czytników płyt CD. Po wielkim sukcesie gry Myst, w której grafika i walory dźwiękowe podniosły poziom opowiadanej historii, nową technologią zainteresowali się twórcy, którzy dotąd nie mieli wiele wspólnego z komputerami. Jednym z najciekawszych produktów, które pojawiły się wtedy były gry, wydane właśnie The Residents: Freak Show i Bad Day on the Midway. Obie już na pierwszy rzut oka robią wrażenie. Mają surrealistyczną oprawę graficzną właśnie autorstwa Jima Ludtke i zamiast stawiać przed graczem zagadki typowe dla gier przygodowych, skupiają się głównie na wciągnięciu widza w opowieść.

We Freak Show trafiamy do namiotu, w którym upiorny mistrz ceremonii przedstawia nam gromadkę dziwadeł, których obwozi po kraju - człowieka-kreta, kobietę jedzącą robaki i ludzką głowę w słoiku z formaliną. Mocne wrażenia czekają jednak na tych graczy, którzy ukradkiem zajrzą poza namiot i wejdą do przyczep, w których trupa mieszka. To wyprawa w przeszłość i w głąb psychiki przerażająco samotnych ludzi odrzuconych przez społeczeństwo i zesłanych do cyrkowego namiotu.
Bad Day on the Midway to z kolei wirtualny spacer po zrujnowanym wesołym miasteczku, w którego surrealistycznych atrakcjach (od gabinetu tortur psychicznych, przez występy kobiety zmieniającej się stopniowo w drzewo, po strzelnicę, w której celuje się do komunistów) widać odbicie marzeń i fobii sfrustrowanej amerykańskiej prowincji.


W Bad Day on the Midway wyraźnie daje się zauważyć wypływ twórczości Davida Lyncha - a więc nic dziwnego, że Lynch planował stworzyć serial oparty na grze. Niestety, ostatecznie nic z tego nie wyszło. Firma Inscape, która wydała grę, wyprodukowała w tym czasie także inną: The Dark Eye. Była to interaktywna adaptacja opowiadań Edgara Allana Poe'a w konwencji animacji lalkowej. W każdym z opowiadań (Beczka Amontillado, Serce oskarżycielem i Berenice) zmienia się punkt widzenia uczestnika gry, raz patrzy on na akcję oczami oprawcy, a kiedy indziej ofiary. Towarzyszy temu równie niezwykła oprawa graficzna, nad którą pracowali znani rysownicy komiksów a w rolę speakera przyjął sam William S. Burroughs (TUTAJ). Ale wróćmy do prac Jimiego Ludtke:


Podobnie jak grupa Residents zachował daleko posuniętą anonimowość. Niewiele o nim wiadomo, nie znaleźliśmy w sieci jakiegokolwiek jego biogramu, nawet milczy o nim wścibska wikipedia. Wiadomo tylko, że mieszkał w Los Angeles z żoną Sharon i dwoma walijskimi terierami. Mieszkał, ponieważ zmarł w 2008 r., o czym na swoim blogu wspomniał jego przyjaciel TUTAJ. 

Był grafikiem komputerowym który, od połowy lat siedemdziesiątych, stale zdobywał nagrody i wyróżnienia za pracę dla swoich wybitnych klientów. Rozpoczął karierę jako ilustrator w Playboy Magazine gdy był jeszcze studentem w Chicago Academy of Fine Art. Potem pracował dla największych koncernów amerykańskich: Sony, Newsweeka, Macworld, MacUser, Digital Equipment Corporation, Canona, Nintendo, AT & T, The New York Times i Macromedia, a także wielu innych. Jego klientami byli Nabisco, Nintendo, MTV, Time Warner New Media i The Voyager Company. 

Jako lider w dziedzinie obrazowania komputerowego, Jim często był proszony o prezentację swojej pracy. W takiej roli wystąpił na konferencji Macworld "Images and Tools" oraz na sponsorowanej przez Apple  konferencji AIGA "More". Miał swoje studio pracy w San Francesco a pracował z użyciem programu Macromind 3D.
Jego animacje zostały już uznane, jedna z nich została pokazana na wystawach w Museum of Modern Art w Nowym Jorku i w Nicograph w Tokio, a prace ilustracyjne zostały zaprezentowane w galerii Bunkamura w Tokio oraz w pokazie grupowym w San Francisco sponsorowanym przez Adobe. Zdobył wyróżnienia First Place Animation w konkursach MacMorld Magazine MacMasters w 1991 i 1992 roku, a także zdobył nagrodę Pantone Color Award w 1991 roku.
The Residents, których obraz jest w dużej mierze zasługą Jima Ludtke przyjęli zasadę wyrażającą się w następującej sentencji:

Mówi się, że jedną rzeczą, której nigdy nie zapomnimy, jest płeć:
The Residents są bez płci.
Następną najbardziej pamiętną cechą jest twarz,
The Residents są bez twarzy.
Trzecią rzeczą, którą pamiętamy, jest osobowość.
The Residents nie mają osobowości.

 

Tymczasem prace Jima Ludtke dały muzykom, twarz, osobowość i określiły ich płeć. Nawet, jeśli sami tego nie chcieli.

Muzycy uhonorowali wielkiego artystę na swojej płycie Commercial Album, o której pisaliśmy TUTAJ. Przypomnijmy, że płyta zawiera aż 40 piosenek, do których nakręcono teledyski, a jeden z nich zadedykowali Jimowi Ludtke, bo został przez niego stworzony a przez nich jedynie animowany. Na końcu teledysku umieszczono zdjęcie artysty celem upamiętnienia. 


I tym sposobem wielki grafik pozostał już na zawsze związany z historią jednego z największych zespołów światowej awangardy.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 31 stycznia 2019

Odcisk woskowy domu Iana Curtisa, legendarnego wokalisty Joy Division

Trwa upamiętnianie wokalisty Joy Division Iana Curtisa. Po znakomitej sztuce i komiksie Martina Gormana, które opisywaliśmy TUTAJ, serii koncertów Petera Hooka and the Light (w tym i w Polsce - TUTAJ), gdzie Ianowi dedykuje się piosenki, czy wykupieniu domu po zmarłym wokaliście przez Hadara Goldmana (TUTAJ), który chce tam urządzić muzeum, Peter Hook postanowił wyprzedać swoje pamiątki, w tym maszynopisy tekstów Curtisa (TUTAJ). 

Ale to nie wszystko. Ostatnio Richard Turley przeprowadził wywiad (TUTAJ) ze Scottem Kingiem, brytyjskim artystą, który urodził się w 1969 roku w Gole a obecnie mieszka i pracuje w Londynie. w 1992 roku ukończył studia jako projektant graficzny w Hull College of Art. Artysta ma na koncie trzy prestiżowe nagrody a jego prace wystawiane są na wielu ważnych światowych wystawach, choćby w UK, Niemczech czy Włoszech. 

Zatem czegoż takiego dokonał tym razem ten utalentowany artysta? 

Postanowił on wykonać w skali 1:1 odcisk domu przy 77 Barton Street w Macclesfield. Odcisk woskowy na papierze, tak aby każdy mógł zobaczyć jak wygląda dom, w którym powstawały teksty największych hitów Joy Division i dom w którym 18.05.1980 roku Ian Curtis popełnił samobójstwo. 

W wywiadzie pada kilka ciekawych pytań. Artysta przyznaje, że pomysł sporządzenia kopii domu Iana Curtisa narodził się w jego głowie bardzo dawno, tak dawno że nawet sam nie jest w stanie określić kiedy. Nie chciał jednak niepokoić rodziny wokalisty. W końcu, po latach, postanowił to zrobić i próbował skontaktować się listownie z wdową po Ianie, ale nie otrzymał odpowiedzi. 

Finalnie jednak, wspólnie z ekipą,  zrobili to i byli zaskoczeni, jak wielu turystów przybywało oglądać dom podczas tych dwóch dni kiedy pracowali.
Zdjęcie pochodzi ze strony (TUTAJ). 

Spotkali fanów z Niemiec, Włoch czy Francji. Artysta opisuje w wywiadzie, jak w czasie koledżu wykonywał prace o zespole, który od dawna go inspirował.  Dalsza część wywiadu skupia się wokół opisu odczuć artysty podczas pracy i refleksji i tym jak wielki wpływ na dzisiejszą sztukę mają Joy Division i ich muzyka.
Zdjęcie pochodzi ze strony: TUTAJ 

Dzieło zostało zamówione przez Niemców, dokładnie przez dom wystawowy Deichtorhallen Hamburg w Hamburgu, i kuratora Maxa Dax. Obejrzeć będzie go można od 1.03.2019 do 11.08.2019 roku. Strona domu aukcyjnego znajduje się TUTAJ. Niestety nie ma na niej jeszcze programu na marzec...

W związku z wywiadem można zadać kilka pytań. Ciekawi nas kto wyraził zgodę na zrobienie odcisku - wszakże właścicielem domu jest obecnie Hadar Goldman. Ciekawe czy artysta dowiedział się jaki jest stan prac nad muzeum Iana Curtisa, i czy dostał klucze do wewnątrz - proszę zwrócić uwagę, że na zdjęciu pracującej ekipy pali się światło w przedpokoju... Szkoda że przy okazji, nie zrobiono odcisku chodnika wkoło domu. Niemniej samo dzieło wzbudza nasz zachwyt i szacunek. 

Kto wie, może za jakiś czas odwiedzimy wystawę i opiszemy tutaj nasze wrażenia? 

Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.