niedziela, 1 marca 2020

Kraftwerk we Free Trade Hall w Manchesterze: czy na koncercie był Ian Curtis z Joy Division?

Kraftwerk, o którym pisaliśmy wielokrotnie TUTAJ, po raz pierwszy przyjechał do Wielkiej Brytanii we wrześniu 1975 roku. Kwartet koncertował przez trzy tygodnie promując swój album Autobahn (jedną z ulubionych płyt Iana Curtisa). Najpierw 11 września zagrał w przestronnym Empire Theatre w Liverpoolu, gdzie większość z 2400 miejsc pozostała pusta... Prawdopodobnie dlatego, że magazyn muzyczny Record Mirror dał wzmiankę bez nazwy zespołu zachęcając do przyjścia na pokaz nowości Krautrock. Tych, zatem, którzy poszli na koncert zszokowała pustka na widowni oraz... wygląd muzyków. John Hawkins z zespołu reggae / punk Activity Minimal Merseyside, jeden z trzystu widzów, tak po latach opisywał swoje odczucia: pierwszą niespodzianką było dla mnie foyer. Była tam bardzo duża, zawieszona nad posadzką, na tekturowym pasku fotografia muzyka z krótkimi, schludnymi włosami. Myślę, że prawdopodobnie to zdjęcie trafiło na okładkę Trans-Europe Express. Wszystkie zespoły, które ja i moi koledzy związani z Kraftwerkiem widzieli, wyglądały jak typowi hippisi - Tangerine Dream, Pink Floyd, Genesis Peter Gabriel i tak dalej. I myślałem, że oni [Kraftwerk] też powinni być progresywnym, długowłosym zespołem. W końcu singiel Autobahn miał dwadzieścia minut. A kiedy weszli na scenę, naprawdę wyglądali jak biznesmeni. Kolejną niespodzianką było to, że widownia była praktycznie pusta. Tam była bardzo dziwna atmosfera, ponieważ Emipre Theatre był ogromny i prawie pusty przez co wydawał się jeszcze większy. To musiało być dziwne dla zespołu. Rozpoznałem twarze ze stadionu. (...) tak więc w zasadzie zgromadzili się tam wtedy bywalcy stadionu w pustym teatrze.



Kilka dni później, 14 września, Kraftwerk zagrał w dużej hali Free Trade Hall w Manchesterze (niestety, nie ma zdjęć z tego występu, lecz są z innych z tego samym roku). Tim Lyons, piosenkarz zespołu The Things, pamiętał, że na koncercie także było bardzo mało ludzi, jeszcze mniej niż w Liverpoolu. A mimo to, mimo stosunkowo niewielkiej frekwencji, zespół stał się znany i rozpoznawalny. Popularność w Wielkiej Brytanii niewątpliwie zawdzięczał Davidowi Bowiemu, który zafascynowany elektronicznym brzmieniem Autobahn, zaprosił Kraftwerk w roli suportu na swoją trasę koncertową po Ameryce i Europie w następnym roku, czyli w 1976.

  
Ian Curtis także był zagorzałym fanem dyskografii Kraftwerk. Według jego żony, Deborah, stało się tak przez Davida Bowiego, jednak chyba nie tylko przez niego, bo jak wytłumaczyć narzucony przez Curtisa zwyczaj puszczania Trans Europe Express przed wejściem Joy Division na scenę?


Według wspomnień Petera Hooka taśma z tym utworem była odtwarzana przez system nagłośnienia sceny, aby wszyscy mogli ją usłyszeć. Po raz pierwszy miało to miejsce w klubie Pips w Manchesterze 25 stycznia 1978 r. (o koncercie więcej TUTAJ). Ian o mało co nie został wyrzucony wtedy przez ochroniarzy zanim zespół wyszedł na scenę, bo stłukł szklankę z piwem i kopnął szkło rozsypane na parkiecie (wspomnieliśmy o tym TUTAJ). Wybór rozpoczęcia koncertu utworem Krafwerku był doskonałym pomysłem, bo była to znakomita uwertura do chłodnych piosenek Joy Division.

 


Niewątpliwie to elektronicznemu brzmieniu niemieckiego zespołu zawdzięczamy użycie w Decades i Atmosphere charakterystycznego syntezatora Arp Omni II.
 
Natomiast należy zadać sobie pytanie, czy Ian Curtis widział koncert Kratftwerku w Free Trade Hall w Manchesterze? Brak informacji na ten temat, nie oznacza, że na nim nie był, choć także nie dowodzi, że był. Choć skoro tak cenił jego nagrania, to może chciał zobaczyć występ na żywo? Chyba nigdy się o tym nie dowiemy…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 29 lutego 2020

Z mojej płytoteki: The 69 Eyes - Blessed Be, gotyk bez słabych momentów

Blessed Be to piąty album fińskiego bandu the 69 Eyes i można powiedzieć, że nie tylko piąty ale i na piątkę... Nawet jeśli ktoś nie lubi koktajlu z Sisters of Mercy (pisaliśmy o nich TUTAJ), Type O Negative (TUTAJ) i HIM (ich  wokalista występuje w  kilku utworach) to jedno przyznać trzeba - to płyta która w zasadzie nie ma słabych momentów. Mało jest takich albumów gdzie nic, mówiąc kolokwialnie nie siada, od początku jest równo, na tym samym wysokim poziomie i niemalże idealnie. To taka płyta. Mamy tutaj kolekcję hitów, bardzo rytmicznych, melodyjnych i chwilami nostalgicznych. Czy trzeba więcej? Nie dziwi zatem, że album stał się hitem na fińskiej liście przebojów i pokrył się w 2000 roku złotem.

Jedziemy zatem. Zaczyna się tak jak powinno, od Framed in Blood, czyli od trzęsienia Ziemi. 

Dasz mi klucz do imperium szczęścia
Daj mi materię rozwiązania
Wszyscy szukają różnicy
Wszyscy szukają wyzwolenia
Daj mi kolejny powód do życia

Po nim znakomity Gothic Girl - można śmiało stwierdzić, że to piosenka nadająca się na hymn gotów... Nieco makabryczna, bo o dziewczynie kochającej deszcz, taniec na grobach, ciemne okulary o zmierzchu i pogańskie rytuały... Niezłym podsumowaniem tej piosenki, ale i nawiązaniem do innych jest oficjalny teledysk:



Kolejny utwór, the Chair (przy wsparciu wspomnianego Ville Valo z HIM), czyli Krzesło - to już ostra jazda... Pozwolę sobie przytoczyć tylko fragment:

Kick the chair right down under me
Leave me hanging alone in misery
Kick the chair right down under me
Leave me hanging alone in misery 


mam nadzieję, że fanom Joy Division nie trzeba tłumaczyć o czym, i o kim jest ta piosenka... I jeśli na chwilkę zwolniliśmy tempo, to tylko na krótko, bo kolejna to megahit i jeden z moich ulubionych utworów na albumie... 



Brandon Lee, bo o nim mowa, jest hołdem dla syna Brucea Lee, zmarłego tragicznie podczas kręcenia filmu Kruk... Być może stąd obrazek na krążku i drugiej stronie okładki... 


Velvet Touch jeśli miałbym wskazać słabszy moment (choć to na prawdę trudne) tego albumu, to jest to właśnie teraz, niemniej ta piosenka o rozmowie z duchem też jest całkiem dobra. Sleeping with Lions to nostalgiczna ballada, pełna przenośni:

Marzenie o ciszy
W delikatności deszczu
Sen z lwami
W świątyni cierpienia 

Angel on My Shoulder (ponownie z wokalem Ville Valo) to piosenka o aniele, który wraca do Nieba. Być może chodzi o śmierć bliskiej osoby. Po nim Stolen Season, kolejny znakomity moment tego albumu. 

Przecież twoje łzy
Nie są moje
Ciągle płynę po nich aż do końca czasów
Wszystkie twoje obawy
Wciąż krwawią
Z głębi twego serca do morza
Ale ty jesteś tym
W co wierzysz
Przychodzącym deszczem lub blaskiem w swoim ogrodzie płaczu
Nadal trwasz
Szukając
Celebracji wieczoru

Przecież twoje łzy nie są moje
Nie obchodzi mnie, czy umrę
Tak długo, jak mogę mieć cię przy sobie
Wszystko co zapomniane przeminęło
Aby zaśpiewać tę samotną piosenkę
Wszystko dzieje się bez żadnego powodu
Miłość to stracony sezon




Do końca pozostały już tylko trzy utwory: Wages of Sin, Graveland i 30. Pierwszy ma nieco skomplikowany tekst, być może chodzi w nim o tzw. american dream. Drugi jest rozmową z Bogiem i porusza sprawę wiary. Trzeci, kończący ten album jest nieco szalony, ostrzejszy i zwariowany. Mówiąc krótko: idź na całość. 

Reasumując, nagrywając Blessed Be Finowie wznieśli się na szczyty. Mam w kolekcji jeszcze jedną ich płytę, ale niestety nie jest to już ten poziom.  The 69 Eyes ciągle istnieją więc jest nadzieja, że znowu go osiągną.


The 69 Eyes - Blessed Be, Gaga Goodies/ Poko Records 2000, realizacja nagrań: Johny Lee Michaels, tracklista: Framed in Blood, Gothic Girl, The Chair,  (feat. Ville Valo), Brandon Lee, Velvet Touch, Sleeping with Lions, Angel on My Shoulder (feat. Ville Valo), Stolen Season, Wages of Sin, Graveland, 30.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 28 lutego 2020

Debiut Clan of Xymox, i to wcale nie z 4AD: Subsequent Pleasures

Muszę przyznać, że zawsze byłem przekonany o tym, iż debiutancka płyta Clan of Xymox, posiada taki sam tytuł jak nazwa zespołu i ukazała się w 4AD (pisaliśmy o niej TUTAJ). Taki pogląd utwierdziła we mnie rozgłośnia Polskiego Radia, a dokładnie Programu Trzeciego. Ale jak mawiają, człowiek uczy się przez całe życie, i jakże zdziwiłem się, gdy zupełnym przypadkiem odkryłem, że przed doskonałym debiutem w 4AD zespół wydał własnym sumptem niskonakładowe wydawnictwo Subsequent Pleasures. 

Oryginał w limitowanej edycji 500 kopii osiąga dziś na Ebay horrendalne ceny - wraz z przesyłką 450 USD (znacznie taniej można zakupić wznowienie np. na CD).
O tym niesamowitym wydawnictwie z 1983 roku,  jedna z współzałożycielek zespołu Anka Wolberg wspomina w swoim wpisie TUTAJ. Miała wtedy 18 lat a cały minialbum nagrała z Roony Mooringsem w Holandii - ich rodzinnym kraju. Była wtedy studentką i projektantką. Okładkę opracowała ze szkiców dodając napisy, całość wykonana została techniką sitodruku, bowiem pamiętajmy że jesteśmy w epoce przedkomputerowej.

Muzycznie album jest nierówny, widać poszukiwania, ale o dziwo, jest kilka bardzo dobrych piosenek i zaczątki nowego brzmienia jakie poznaliśmy na debiucie.

Zaczyna się od Going Round, nieco przydługawego i przypominającego wczesne dokonania Depeche Mode. Po nim znakomity Moscovite Mosquito - jeden z najlepszych utworów zespołu w całej ich twórczości, lekko niedoceniony, niemniej ukazał się na składance reklamującej 4AD, Lonely is An Eyesore, którą opisaliśmy jakiś czas temu TUTAJ. Może w tym miejscu warto przypomnieć, jak Xymox brzmieli i wyglądali cztery lata później... No cóż - Ivo i jego ludzie potrafili czynić cuda: 


Stronę B otwiera Strange 9 to 9. Fajne gitary, ciekawy wokal - słychać już początki własnego, odkrywczego stylu. Czwarta piosenka Call it Weird może być uważana za zalążek kilku późniejszych piosenek zespołu, na pewno 7 Times... To drugi znakomity utwór na tym minialbumie. Całość kończy Abysmal Thoughs - będący też kopalnią pomysłów dla co najmniej kilku późniejszych utworów zespołu, żeby się o tym przekonać, warto prześledzić linię gitar.

Można zatem wszystko podsumować fragmentem tekstu z pierwszej piosenki: wszystko kręci się w kółko. 

Jako i my, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 27 lutego 2020

Niesamowite dzieła Edoardo Tresoldi: przestrzenna rzeźba, a może architektura?

Czy nie macie wrażenia, że zabytki w krajobrazie najczęściej występują w stanie ruiny? Zazwyczaj patrzymy tylko na cień tego, czym były. Ich potęgę znamionującą wielkość cywilizacji, która je stworzyła, możemy zobaczyć tylko na starych rycinach lub uruchamiając wyobraźnię, na podstawie opisu starych ksiąg.  Tak jest w przypadku Akropolu, Karnaku, naszego Krzysztoporu... ich splendor nieodwracalnie przeminął. Jedynie w powietrzu unosi się aura chwały dawnych wieków.

Lecz w ostatnich latach pojawił się projekt, kreacja, nie wiadomo nawet jak to nazwać - przestrzenna rzeźba, architektura? Włoski artysta, Edoardo Tresoldi (ur. 1987), używając siatki z drutu , od 2013 roku na nowo stwarza to, co nieobecne, przywracając na moment nieistniejącą bryłę materii. Zaczął od rzeźb sylwetek ludzkich, a potem... przekroczył wymiar czasoprzestrzeni i odwrócił strumień czasu przywracając niebyłą architekturę.  W ten sposób w 2016 roku we współpracy z włoskim Ministerstwem Kultury przeprowadził restaurację bazyliki Paleocristiana w Siponto, uzyskując unikalną zbieżność archeologii ze sztuką współczesną.
W jednym z wywiadów przedstawił wykładnię swoich działań, prezentując na podstawie rysunkowego schematu przebieg zdarzeń, w które się wpisuje miejsce przygotowane pod architekturę, na którym potem stawia się budowlę. Ta trwa aż zostaje opuszczona. Ten etap jest decydujący, bo staje się graniczny, pomiędzy tym, co materialnie istnieje a tym co przechodzi w stan genius locci, wtedy puszczone budynki stają się najpierw ruinami a potem znikają i pozostawiają po sobie ranę. I tu wkracza Tresoldi ze swoim projektem. Przywraca kształt oryginalnej architektury, ożywiając ruinę i wprowadzając ją w stan metafizyczny.
Przeźroczyste bryły oferują odbiorcy doświadczenie czasowego przenikania przeszłości do teraźniejszości.







Artysta jest doceniany, w 2017 roku Forbs umieścił go w gronie 30 najbardziej wpływowych artystów europejskich do 30 roku życia. Jego prace były prezentowane w przestrzeni publicznej całego świata, do Dubaju pod Nowy Jork, na stanowiskach archeologicznych, a także podczas festiwali sztuki i muzyki współczesnej. W 2018 r. Tresoldi zdobył Złoty Medal Architettura Italiana. 


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 26 lutego 2020

Zdjęcia Joy Division Franka Jenkinsona - tak rodził się post punk

Najbardziej znane zdjęcia Joy Division zrobili oczywiście Kevin Cummnis (TUTAJ), Anton Corbijn (TUTAJ), Philippe Carly (TUTAJ jest jego wpis dla nas) i Paul Slattery (TUTAJ). Ale nie tylko im udało się fotografować muzyków z Joy Division i innych grup undergroundowych.  W 1979 roku Frank Jenkinson przypadkowo zamieszkał na krótko ze znajomą, którą była Christine Atkinson. Jej chłopak, Big Paul Ferguson, był perkusistą w dopiero co założonym zespole The Matt Stager Band. Lecz jak to bywa, zespół szybko się rozleciał i Ferguson przeszedł do innej grupy, która przyjęła nazwę Killing Joke. Były to w zamierzchłych czasach, gdy wszyscy mieszkali w na wpół zrujnowanej dzielnicy Notting Hill Gate w Londynie, w wynajętym domu. Frank sprawił sobie aparat fotograficzny, chodził na koncerty i robił zdjęcia… I w zasadzie został fotografem rodzącej się post-punkowej sceny, w której gwiazdami stały się takie zespoły jak Joy Division, Bauhaus, The Undertones, Cabaret Voltaire , Ski Patrol Blondie, The Cure, Talking Heads, Dead Kennedys i Teardrop Express oraz oczywiście Killing Joke.

To były z perspektywy czasu – niezwykle intensywne chwile - najwięcej zdjęć Jenkinson zrobił w latach 1979-1981, utrwalił również legendarne sesje audycji radiowych Johna Peela (pisaliśmy o nich TUTAJ). Potem musiał wyprowadzić się z zajmowanego domu wraz z innymi lokatorami bo został on sprzedany, taśmy negatywów trafiły do pudełek i obrastały kurzem, aż pewnego dnia zobaczył na Facebooku profil Killing Joke a tam niektóre zdjęcia archiwalne. Przypomniał sobie wtedy o taśmach. W 2015 r. wyjął je i opublikował w książce zatytułowanej Killing Joke Picture Book 1979, gdzie za pomocą fotografii opowiada o tym, co wydarzyło się w Londynie na przełomie lat 70. i 80 (TUTAJ).



Warto wyjaśnić, że w tamtych czasach wideo nie było tak dostępne jakby się to wydawało, pozostawała więc fotografia – i to wykonywana po amatorsku, bez flesza, bez specjalistycznych obiektywów…  Zdjęcia za to były wykonywane na żywo, na gorąco, w trakcie występów. Dokładnie jak to wyglądało opisano TUTAJ.  Nas najbardziej interesują oczywiście kadry zrobione podczas występów Joy Division, koncertujących razem z Killing Joke w lutym 1980 roku w Lyceum (o samym miejscu i o koncercie tam Joy Division pisaliśmy niejednokrotnie TUTAJ). Frank Jenkinson doskonale pamiętał sam występ i w jednym z wywiadów krótko go opisał: Kto miał lepszy występ, oczywiście czy nie  był to Killing Joke? Joy Division w tym czasie nie był jeszcze wystarczająco znany, ale kolejne koncerty zostały wyprzedane bardzo szybko. Po tym występie nie udało mi się już ich zobaczyć, choć próbowałem kilka razy. Potem, kilka miesięcy później, Ian Curtis zmarł.... To było niewiarygodne. Dziwne, że Joy Division i Killing Joke mieli tak silną dokumentację fotograficzną. Podczas pokazu w Liceum (był to wiktoriański teatr z pudełkami stojącymi na bokach) udało mi się dostać na niektóre ze skrzynek i zrobić większość zdjęć z tej podwyższonej pozycji. Kiedyś można było się uciec do takich rzeczy i to robić. Teraz wszystko jest tak kontrolowane. Będę musiał ponownie obejrzeć te zdjęcia, aby pobudzić moją pamięć. Mają być w drugiej książce, którą zrobię… (LINK). Ciekawe, trafia tam jeszcze jakieś inne zdjęcia Joy Division, czy wszystkie już są znane? To się zapewne jeszcze okaże, zbliża się rocznica a w takim czasie nagle archiwa otwierają się i okazują swoje przepastne zasoby. Trzeba tylko poczekać…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 25 lutego 2020

Leonhard Sandrock: jeden z zapomnianych mistrzów

Leonhard Sandrock jest jednym z tych zapomnianych malarzy, których prace pokazane w ostatnich latach budzą podziw a jednocześnie stają się materialnymi znakami zapytania. Zmarł w wieku 78 lat 30 października 1945 r. w Berlinie, w bardzo niejasnych okolicznościach. Gdy dodamy, że w Berlinie okupowanym przez armię sowiecką, znaki zapytania mnożą się.  

Jego żona Ellen zmarła rok później, 8 grudnia 1946 r. Nie wiadomo, gdzie zostali pochowani, nie mieli dzieci… Dorota von Hülsen, która zorganizowała w 1992 r. pierwszą po wojnie wystawę obrazów Sandrock’a zbadała co stało się z jego majątkiem a głównie z zawartością jego pracowni (LINK).  Ustaliła, że około pięćdziesiąt obrazów, rysunków, litografii, rycin i szkicowników weszło w posiadanie syna bratanicy malarza, Ellen Sandrock. Poza tym latach 30. XX wieku berliński kupiec Heinrich König nabył dużą liczbę obrazów Sandrock'a, które podczas wojny przewiózł do Szprewaldu. Po reformie walutowej rodzina kupca przeprowadziła się do Rheingau i powierzyła transport obrazów Sandrock'a córce Melanie. Udało jej się przenieść je, jeden po drugim, ze strefy sowieckiej do Berlina Zachodniego. Stamtąd pocztą trafiły do Niemiec Zachodnich.
 
Sandrock był impresjonistą. I perfekcjonistą, który umiejętnie umiał zarejestrować moment, w którym przyszło mu namalować dzieło, i robił to bez pomijania najdrobniejszych szczegółów. Był zafascynowany techniką. Odwiedzał wielkie zakłady przemysłowe, huty, stocznie kopalnie węgla w zagłębiu Ruhry, w Westfalii i na Śląsku, gdzie się urodził (w Środzie Śląskiej). Najbardziej pociągały go jednak statki.  Sandrock przenosił na płótno wizerunki holowników, okrętów wojennych, barek, szkunerów i parowców, jeździł w tym celu do Holandii, do Włoch i wzdłuż niemieckiego wybrzeża. Malował w sposób typowy dla impresjonistów, mocnymi pociągnięciami pędzla, bawiąc się efektami świetlnymi, choć kształt brył był dla niego równie istotny co kolor.  Niemniej niezależnie od tego, czy tematem jego prac była produkcja stali, czy wydobycie węgla, widać na nich nieskończony zachwyt. Produkcja przemysłowa nie przygnębiała go, nie widział w niej niszczycielskiej siły, budziła raczej podziw swoją potęgą. I jeśli powodowała strach, to tylko podświadomie, stąd może ludzkie sylwetki znajdują się na obrzeżu lub jakby przypadkiem zaplątane w industrialnym wnętrzu.
 
W Polsce malarz ten także doczekał się wystawy. Zorganizowała ją w 2018 r. Fundacja im. Bolesława Biegasa w Warszawie. Pokazano na niej 40 płócien:
 

Twórczość Sandrock’a nie jest kontrowersyjna: widzimy piękne pejzaże, z zanurzonymi w krajobrazie dziełami ludzkich rąk. Ale nieskazitelność i precyzja ich odtworzenia, w zderzeniu pasmem czasu, w którym powstały budzi niepokój. Niemieckie portale zamieszczające życiorys malarza zgodnie podają jego uładzony życiorys: „urodził się w 5 marca 1867 roku w Środzie Śląskiej, zmarł 30 października 1945 roku w Berlinie. Był synem pastora o tym samym imieniu. Jego pierwszą akwarelą była lokomotywa, którą namalował w wieku 5 lat. Po ukończeniu liceum w Świdnicy w 1887 roku, rozpoczął karierę oficerską w armii pruskiej, ale musiał zrezygnować z niej w 1894 roku z powodu wypadku konnego, któremu uległ. To skłoniło go do podjęcia działań w kierunku kariery malarskiej. Studiował w Berlinie w pracowni pejzażysty i marynarza Hermanna Eschke” (LINK). Z innych źródeł dowiadujemy się, że był porucznikiem w pułku artylerii polowej w Verden i że ilustrował materiały wojskowe, dlatego gdy musiał odejść z wojska, naturalne stało się, że będzie malował (LINK). W 1894 r. przeniósł się do Berlina i szybko zakorzenił się w miejscowych strukturach artystycznych. W 1898 roku został członkiem Stowarzyszenia Artystów Berlińskich (VBK) i regularnie, przez 30 lat, brał udział w corocznej Wielkiej Berlińskiej Wystawie Sztuki. 










Kilka lat przed wstąpieniem Sandrock'a do VBK wybuchł w środowisku berlińskim konflikt, spowodowany wystawą norweskiego malarza Edwarda Muncha (1863–1944) - pisaliśmy o nim TUTAJ. Pod wpływem sił konserwatywnych, wśród których prym wiódł Anton von Werner (przewodniczący VBK), wystawa Muncha została zamknięta po siedmiu dniach od otwarcia z szacunku dla sztuki i uczciwości wobec działalności artystycznej. W proteście kilku młodych artystów pod przewodnictwem Maxa Liebermanna założyło grupę XI, dzięki którym w Berlinie w 1998 r. pojawiła się secesja... Zauważmy, był to ten sam rok, w którym Sandrock stał się członkiem konserwatywnej i zachowawczej organizacji skupiającej uznanych malarzy.


Nie wiemy, jakie były poglądy polityczne Sandrock’a, czy na przykład popierał NSDAP i teorie o nadpotędze Niemiec? Internet jest idealnie wyczyszczony z takich informacji. Ale może jest to nieistotne? Może ważniejsze jest światło, które załamuje się na morskiej fali i na mokrych żaglach, lub światło księżyca sączące się przez dym unoszący się z kominów? Tylko co można powiedzieć o walorach artystycznych obrazu ukazującego atak haubic polowych na wioskę, którego tytuł Advending Howitzer Batteries (Russia) (LINK)?
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 24 lutego 2020

Isolations News 77: Andrew Weatherall RIP, Puzzle Joy Division, Xymox z nowym singlem, Variete nagrywa, Jarocin nieznany, Katatonia, węgierski festiwal i spalona Oranżada


Puzzle z okładką najlepszego debiutu w historii muzyki, czyli Unknown Pleasures Joy Division do kupienia w sklepie TUTAJ. My przypominamy, że okładkę projektował Peter Saville, a jej historię opisaliśmy TUTAJ. Jak na Savillea przystało puzzle są innowacyjne - mają ciekawe kształty. Cóż, wiadomo Factory to innowacja.

  
Clan of Xymox opublikowali nowego singla i zapowiedzieli nową trasę (LINK). Tutaj niespodzianka, bowiem poza utworem She umieszczono na nim piosenkę Loneliness zmiksowaną przez naszego przyjaciela Antipole, który udzielił nam wywiadu (TUTAJ). 

 
Piosenka nawet niezła a co do klipu to pokazuje on, jak wiele czasu upłynęło i jak wiele zmieniło się od kiedy Xymox nagrywali dla 4AD. I od kiedy potrafili wytworzyć w swojej muzyce takie oto klimaty:

Przyszło nowe, a nowe nie oznacza wcale lepszego. Nowe jest wrogiem dobrego. 

A skoro tak, to o nowej płycie donosi legenda polskiej chłodnej fali - Variete (pisaliśmy o nich TUTAJ). Rozpoczęli nagrania do niej w Studio Mózg (LINK). Czy pod powierzchnią ciągle gra cygańska muzyka? Zobaczymy pewnie wkrótce.


Skoro Variete to Jarocin, a skoro Jarocin to opublikowano dotąd nie udostępniane zdjęcia z koncertów tam z lat 1986 lub 1987 (LINK). My tam byliśmy, 1984, Dezertera, Variete, Ivo Partizan  i Republikę (i innych) widzieliśmy, o czym nawet napisaliśmy (TUTAJ). W miasteczku namiotowym też mieszkaliśmy i jabola z plastikowych kubeczków piliśmy.

   
Jeśli mowa o festiwalach to na węgierskim w dniach od 19 do 22 sierpnia (LINK) wystąpią znane nam zespoły: Linea Aspera (warto zerknąć TUTAJ), z którego wokalistką Zoe Zanias przeprowadziliśmy wywiad TUTAJ (o której projektach pisaliśmy też TUTAJ), oraz Actors (o których pisaliśmy TUTAJ) i She Past Away o których pisaliśmy TUTAJ, zanim stało się to modne.

Skoro o koncertach to Katatonia promując swoje tournee w tym roku oferuje serię ubrań ze swoim logo: koszulki i bluzy - oczywiście jest to limitowana edycja (LINK).

My Katatonię lubimy (pisaliśmy o nich TUTAJ), i pomyśleć że w zasadzie tworzą taką muzę przez przypadek, jakim była choroba wokalisty. Koszulka nawet taka sobie gdyby nie te obciachowe autografy. Kwestia gustu a o nim się ponoć nie dyskutuje.
Za to w guście jakiegoś podpalacza był sprzęt muzyków z zespołu Oranżada. W nocy z 17/18 lutego  w Otwocku (w Muzeum Ziemi Otwockiej), z niewyjaśnionych jak dotąd przyczyn, spłonęło pomieszczenie, w którym od 10 lat muzycy zespołu go przechowywali (szacunkowa  wartość to ponad 80 tys. zł). 



Stracili to, co mozolnie kompletowali od 25 lat. Normalnie koniec świata... W internecie trwa zbiórka na zakup instrumentów (LINK). Mimo faktu, ze to nie muzyka z naszego targetu warto pomóc.
A jeśli smutne wiadomości, to na koniec smutniejsza. 17.02.2020 zmarł Andrew Weatherall - muzyk, DJ i wydawca. W hołdzie nieżyjącemu i jego remiksom, które zrobił dla Factory Records, i z okazji 70. urodzin Tonyego Wilsona, zespół The Funk Assassin promuje krótki utwór (TUTAJ).   

Andrew teraz już ma czas żeby pogadać z Tonym, Ianem, Martinem i wielu innymi którzy stworzyli najlepszą wytwórnię muzyczną w dziejach UK. Tylko pozazdrościć. 

A my wracamy jutro z nowym postem, jak codziennie, dlatego czytajcie nas - tego nie znajdziecie w mainstreamie.