Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Art Deco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Art Deco. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2023

Obrazy Roberta LaDuke'a: mroczne, humorystyczne Art Deco

Obrazy Roberta LaDuke'a (ur. 1961 r.) to połączenie wspomnień, snów i codzienności.  Urodzony w Holyoke w stanie Massachusetts (USA) artysta maluje w klimacie lat 30-40 poprzedniego wieku, przedstawiając różne pojazdy w stylistyce tamtych czasów, w modnym wówczas Art Deco. Konsekwentne używa jasnych, ostrych kolorów, płaskich plam i zadziwiających skrótów perspektywicznych.  Ale jest w tych pracach element, który je wyróżnia. Jest nim dziwny bezruch, cisza, w jakiej dzieją się zaaranżowane, nieprawdopodobne sytuacje, nawet katastrofy. 













Pomimo pogodnej aury, tych kolorów, widzimy spadające z nieba samoloty i samochody, albo inne pojazdy zmierzające do nieuniknionego kataklizmu. Jednak wcale nie powoduje to u widza smutku, nikomu nie przeszkadza to co dzieje się na obrazie, zupełnie jakby dotyczyło to innej płaszczyzny rzeczywistości. 

Podobno tematyka prac bierze się u artysty z jego dzieciństwa, z rodzinnych wypraw kamperem po Ameryce. A on sam tak komentuje swoją twórczość: Lubię tworzyć narracje o rozmaitym znaczeniu. Wyobrażam sobie, że pewnie u genezy tych moich rysunkowych ilustracji jest coś mrocznego, jakiś mroczny, ale humorystyczny rys. Chociaż realizm często dominuje wizualnie w moich pracach, w rzeczywistości stanowi jedynie konstrukcję do metaforycznych odniesień. I faktycznie, na obrazach Roberta dzieje się sporo. Każde płótno opowiada swoją historię, zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z komiksem. Wydaje się, że coś się zaraz wydarzy. Wszystko jest w mobilnym bezruchu i wszystko jest nieprzewidywalne. Pociągi pędzą po torach, samochody ścigają się, samolot leci w przepaść, wszystko zmienia się…

Kontakt z artystą można nawiązać przez profile w mediach społecznościowych TUTAJTUTAJ i TUTAJ.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 6 stycznia 2022

John McCrady: Klasyczna sztuka z domieszką maniery art-deco

John McCrady urodził się w 1911 roku na plebanii w Grace Episcopal Church w stanie Missisipi. Jego ojciec był księdzem anglikańskim, więc John całe dzieciństwo spędził na przeprowadzkach pomiędzy wiejskimi plebaniami rozsianymi po Luizjanie i Mississipi, dopóki ostatecznie nie osiadł w Oxfordzie (lecz nie tym w Anglii a w Missisipi) gdzie jego ojciec otrzymał nominację na rektora i profesora tamtejszego uniwersytetu. Także John wstąpił na tę uczelnię po krótkotrwałym epizodzie pracy w charakterze majtka na południowoamerykańskim parowcu i ukończył ją w 1932… W lecie tego samego roku  brał udział w kursach organizowanych przez Pennsylvania Academy of Fine Arts i zaczął uczęszczać zajęcia w New Orleans Art School, gdzie za namową Mary Brasso, także studentki tej uczelni i swojej późniejszej żony, namalował Portret Murzyna, który zgłosił na konkurs prac studenckich w Nowym Jorku. I wygrał stypendium dzięki któremu mógł kontynuować naukę. 


Kolejne lata były okresem pracy nad własnym stylem. Rejestrował codzienne życie ludności murzyńskiej i ta tematyka została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków. Po serii pochlebnych recenzji zaczął otrzymywać zlecenia rządowe na wykonanie murali i plakatów. Wkrótce zdobył kolejne stypendium, tym razem imienia znanego kolekcjonera, Johna Simona Guggenheima. W 1942 Roku wraz z żoną otworzył szkołę artystyczną na Bourbon Street w Nowym Orleanie, gdzie do swojej śmierci w 1968 roku uczył, szkolił i ogólnie  wywierał wpływ na młodych artystów z Południa. 



Napisaliśmy, że cieszył się akceptacją publiczności, choć nie zawsze. W 1946 roku namalował cykl murali w restauracji Delmonico’s w Nowym Orleanie, w następstwie czego komunistyczna gazeta The Daily Worker dokonała przeglądu jego prac i potępiła niedawną wystawę jego obrazów w Nowym Jorku jako rażący przykład rasowego szowinizmu




Malarz po czymś takim przez chwilę przestał w ogóle tworzyć, a gdy wrócił do uprawiania sztuki zmienił nieco tematykę swoich obrazów, preferując nieszkodliwe scenki z życia codziennego i zaprzestając tematyki społecznej.






Niedługo przed śmiercią podjął się ambitnego zlecenia. Wykonał wystrój kościoła, przy którym się urodził, można więc uznać, że w jego przypadku historia zatoczyła koło. Wykonał freski ukazujące Ustanowienie Eucharystii oraz projekt Wniebowstąpienia, lecz samo malowidło zostało zrealizowane już po jego śmierci przez jego ucznia, Alana Flattmanna, którego zatrudniła w tym celu wdowa po malarzu. Co jest interesujące, postacie Apostołów były wzorowane na konkretnych postaciach, na mieszkańcach parafii… W ten sposób i oni przeszli do historii.



Malarstwo McCradyego jest przykładem realistycznego, klasycznego podejścia do sztuki. Zamiast modnych w połowie wieku abstrakcji artysta stał się kontynuatorem stylistyki akademickiej, choć z domieszką maniery art-deco, co widać w zastosowaniu charakterystycznych  konturów  i mocnej, kontrastowej kolorystyce. Także przyjęta tematyka ukazująca sytuacje zaczerpnięte z codziennego życia na Południu, choć czasem z domieszką nierealistycznych elementów, przemawiają jednak za uznaniem John McCrady za artystę art-deco choć on sam do końca nie zdawał sobie z tego sprawę...



Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 28 lipca 2021

Streamline moderne, czyli odmiana art deco - o historii Luxtorpedy

Gdyby kazano nam wyobrazić sobie pojazd przyszłości, większość z nas miałby wizję konstrukcji o opływowych kształtach, zbliżonych do pocisku czy cygara. Skąd taka pewność? Bo właśnie takie skojarzenie niemal wdrukowali nam w świadomość futurolodzy, których fascynacja aerodynamicznymi wynalazkami sięga lat 30. ubiegłego wieku. Wtedy to powstał styl określony mianem streamline moderne, będący odmianą art deco. Moda ta dotknęła głównie wzornictwo przemysłowe a także… w architekturę. Od nazwy stylu ukuto nawet termin Streamliner oznaczający pojazd w kształcie, który zapewniał najmniejszy opór powietrza oraz nowoczesny budynek z wprowadzonymi nowinkami typu elektryczność. W rezultacie nowoczesne pojazdy stały się szybkie, smukłe, cylindryczne, a budynki pozbawione kątów prostych, zastąpionych krzywiznami ze wstawkami z betonu i szkła zamiast dekoracji.


Trzeba przyznać, że nawet z naszego, współczesnego punktu widzenia, rezultaty tamtych działań były imponujące i również obecnie budzą szacunek i uznanie. Dowodem na to jest historia polskiego składu dużych prędkości, czyli tzw. Luxtorpedy, która miała połączyć największe miasta w Polsce i zapewnić pasażerom punktualny oraz szybki transport. I tak też się stało. Mimo zniszczeń spowodowanych I wojną światową i 123 letnim okresem braku państwowości, a przez to eksploatacją kraju przez zaborów, rekord ustanowiony przez Luxtorpedę w 1936 r. na trasie Kraków - Zakopane nadal nie został pobity. Przed ponad 80 lat czas podróży trwał 2 godz. i 18 min, a teraz od 3,5 godzin do 4. Ale przedwojenna maszyna mogła rozwinąć szybkość do 150 k/h, co teraz może nie jest takim wyjątkowym osiągnięciem (w porównaniu np.: do japońskich kolei) lecz mimo wszystko imponującym (LINK).

Warto wymienić nazwisko twórcy polskiego superszybkiego parowozu: był nim Kazimierz Zembrzuski (1905-1981), który pracował w Fabryce Lokomotyw w Chrzanowie - Fablok. Skonstruowana przez niego i jego zespół aerodynamiczna sylwetka parowozu oznaczonego Pm36-1 wzbudziła zachwyt na paryskiej wystawie światowej roku 1937. Pojazd nazwany żartobliwie la belle polonaise wrócił do kraju ze złotym medalem, a zakład Fablok otrzymał wyróżnienie (Diplôme d’Honneur). Trzeba tu zauważyć, że nagrodzony i jeżdżący po torach pociąg składał się z lokomotywy połączonej konstrukcyjnie z jednym wagonem, którym mogły podróżować max 42 osoby. Oprócz wygodnych przedziałów miały one do dyspozycji bar, w którym wieczorami organizowano dancingi…


Niestety, dalszą pracę konstruktorów przerwała wojna. W 1939 jeden z parowozów składowany w Poznaniu przejęli Niemcy. W 1941 okupanci zmienili jego oznaczenie z Pm36-1 na 18 601. Mniej więcej w tym samym czasie pojazd przebudowali na parowóz hamulcowy i zdjęli z niego otulinę, przez co pociąg stracił swój opływowy wygląd. Po 1945 roku został prawdopodobnie zarekwirowany przez Sowietów. Podobno ciągnął wagony w rejonie Królewca, aż do 1952 roku, gdy został zezłomowany na terenie obecnej Białorusi. Inna, zdezelowana wersja Luxtorpedy transportowała po wojnie pracowników kopalni Siersza w Trzebini, zanim ostatecznie nie została w 1954 roku pocięta na złom. Co stało się z kilkoma innymi, nie wiadomo. Prawdopodobnie zostały zniszczone podczas działań wojennych. Przetrwała za to legenda i choć nie zachował się żaden egzemplarz aerodynamicznej, steamliner Pm36-1, można podziwiać jej cyfrową rekonstrukcję, a efekt modelowania 3D jest niezwykły: 


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.