Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Boon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Boon. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 sierpnia 2023

Streszczenie książki Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records cz.8. Alternatywne nazwy rozważane w miejsce Joy Division

 


Książka Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records, wydana została przez wydawnictwo Virgin Books w roku 1996. W moim posiadaniu jest wznowienie z roku 2002.
 
Streszczenie pierwszego rozdziału pojawiło się TUTAJ, drugiego TUTAJ, fragment trzeciego TUTAJ, kolejny TUTAJ a ostatni fragment rozdziału trzeciego pt. The Wythenshave Connection (TUTAJ). Streszczenie rozdziału czwartego pt. From Safety To Where? o dzieciństwie i młodości członków grupy opisaliśmy TUTAJ. Kolejny post TUTAJ dotyczył debiutów the Dammned i the Clash, oraz rozmowy miedzy Ianem Curtisem a Pete Shelly z Buzzcocks.
 
Dzisiejsza część poświęcona jest scenie punk Manchesteru, na której wyłania się wiele ciekawych zespołów w tym Stiff Kittens - jeden z pierwszych zespołów Iana Curtisa
 
Jednak najważniejszym zespołem punk w tamtym czasie pozostaje the Buzzcocks, a jest tak nie tylko z powodu ciekawych piosenek, odstających stylistycznie od typowego punka, ale też dzięki wydanemu przez nich singlowi Spiral Scratch, którego realizatorem jest Martin Zero Hannett. Nagrane wtedy piosenki Breakdown, Time's Up, Boredom i Friends of Mine stają się klasykami punka.
 

Wyróżniają się znakomitymi wokalami Devoto. Zdaniem autora, Spiral Scratch wyróżniał się nie tylko faktem, że to jedna z najważniejszych płyt punka, ale też tym, że w zasadzie to próba odejścia od punk rocka w kierunku muzyki bardziej tanecznej. Tutaj na uwagę zwraca pionierski sposób pracy Hannetta, który już wtedy nagrywał każdy instrument osobno a później to miksował. 
 

Płytę pakowano ręcznie w okładki w domu Richarda Boona w Salford, a okładka zawierała zrobione przez niego Polaroidem zdjęcie zespołu. Całe przedsięwzięcie było pierwszym dokonaniem nowej wytwórni Boona the Hormones (pisaliśmy o niej TUTAJ) i obrazem postkultury DIY. Singla miał w swojej kolekcji Ian Curtis z Joy Division, stał koło jego płyt Led Zeppelin, czy singli reggae. Zespół był dla niego ważny, ale nie tylko oni, ważny był też Martin Hannett - najważniejszy producent wszechczasów, i nie tylko producent bo również animator. 
 
Ten prowadził wtedy z Susannah O'Hara biuro Music Force, usytuowane w sercu Manchesteru w bloku na Oxford Road. Wewnątrz panował nieporządek. Papierosy były poukładane w piramidy przy popielniczkach, na podłodze walały się puszki piwa, a w środku siedział Hannett rozmawiając zwykle przez telefon i paląc papierosa, lub coś innego. Pod biurem była siedziba New Manchester Review, publikującego recenzje z koncertów Buzzcocks czy Slaughter and the Dogs, w gazecie pisał między innymi Paul Morley
 
W tamtym czasie do wartościowych kapel należeli the Fall, i zdaniem Middlesa, zespół stworzył podwaliny punkowego nurtu trash, reprezentowanego przez takie kapele jak GBH czy Discharge. Ciekawe były też problemy poruszane przez the Fall w tekstach, np. choroby psychiczne.
 

W tamtym czasie w Sounds pojawiały się artykuły o interesujących młodych wykonawcach sceny UK, między innymi Jon Savage pisał o Siouxsie Siouxs, the Slits, John Coper Clarke'u, the Worst. Ci ostatni uważani byli za klasycznych reprezentantów sceny punk Manchesteru. Zasłynęli koncertem podczas którego zaatakowali swojego młodego, 16-letniego wówczas basistę Dave'a. Przyszpilili go do podłogi o obcięli mu włosy, tak że powstały kolce. Wszystko oczywiście było inscenizacją, ale wzbudziło aplauz np. Morleya
 
Następny podrozdział opisuje środowisko dziennikarzy muzycznych miasta. Tutaj najciekawszy jest fragment, w którym opisano konflikt między Morleyem a zespołem the Drones. Ci ostatni zasłynęli niezbyt wygórowanymi rymami piosenek, a Morley ich lansował. Do konfliktu doszło podczas wywiadu między dziennikarzem a Gusem Gangrene, gitarzystą zespołu.
 

Dziennikarz zapytał czy słyszeli o nowym odkryciu Richarda Boona - obiecującej grupie Stiff Kittens. Wtedy gitarzysta odpowiedział że chodzili za nim, żeby być ich supportem, ale ich spławili, bo nic nie umieli. Padł komentarz, że dzisiejsze kapele punkowe chcą występować po pięciu minutach prób. Jakimś cudem nie zdenerwował swoim przytykiem zaczepiającego go Iana Curtisa. Ten skomentował to później: 
 
Myślałem że będę mógł łatwo sobie schlebić. Byłem naiwny. Naiwny i groźny. Nie miałem wtedy poczucia czym jest wartość zespołu. Nie wiedziałem, czy jakiś zespół jest dobry czy nie, a oni byli na scenie i występowali. Myślałem że to nie jest niczym trudnym. Nasze kawałki nie brzmiały źle na próbach, a ja cały czas pisałem teksty. Robiłem małe notatki tu i tam. Zapisywałem bity z programów TV, wszystko co mnie poruszało. Uczyłem się i uczyłem jak pisać, myślę że w o wiele bardziej zaawansowany sposób niż the Drones i im podobni. Patrząc na nich zrozumiałem że Johny Rotten był zjawiskiem jednorazowym... i że to nie byłoby dla nas trudne. 
 
Nazwa Stiff Kittens wzięła się od pomysłu Richarda Boona, rozważano też Gdansk i Pogrom
 
Jak widać książka przynosi wiele nieznanych dotąd faktów. Ciekawym jest ostatni fragment o nazwie Gdansk. Stawia to bowiem pod znakiem zapytania twierdzenie, że nazwa Warsaw wzięła się od piosenki Bowiego z albumu Low. Bowie bowiem o Gdansku nigdy nie śpiewał. 
 
C.D.N. 
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Zachowanie Curtisa to nie była gra, i było to przerażające - najnowsza książka Jona Savage'a o Joy Division - This Searing Light, the Sun and Everything Else, Joy Division the Oral History, nasza recenzja cz.6

 
Ostatnio skupiamy się na najnowszej książce Jona Savagea o Joy Division. Poddajemy jej treść analizie i jak dotychczas omówiliśmy rozdziały: piąty (TUTAJ), czwarty (TUTAJ), trzeci (TUTAJ), drugi (TUTAJ) i pierwszy (TUTAJ).

Dzisiaj kolej na rozdział szósty, który zatytułowany jest: Czerwiec - Grudzień 1978.

Rozpoczyna go wypowiedź Richarda Boona, który wspomina, jak Tony Wilson starał się organizować koncerty Factory w klubie PSV (Passenger Service Vehicle Club) - przeznaczonym dla kierowców i konduktorów w Moss Side, która ulokowana była na styku różnych subkultur. Była też dzielnicą dość niebezpieczną z powodu zbrodni i narkotyków. 

Tony Wilson wspomina swoje programy telewizyjne, Granada Reports i główny, czyli So It Goes. W październiku 1977 nagrali wersję The Passenger, którą Iggy Pop zaprezentował w Apollo, a redakcja Granady postanowiła usunąć niecenzuralne słowo z jej środka, na co Wilson silnie zaprotestował. Doprowadziło to do konfliktu z redakcją i zakończyło współpracę nad So It Goes. Ale Wilson nie poddawał się, marzył żeby robić coś w obszarze muzyki. 

Skontaktował się z Alanem Erasmusem, którego nazywa swoim starym przyjacielem, a ten uczynił go współmanagerem the Durutti Column. Tak zaczęli wspólne działania, które trwały 14 lat... 

Szukali klubu  na występy, zaczęli od Rafters bo tam gra każdy. Erasmus znał jakiś klub w Hulme. Ich filozofia opierała się na tym, żeby znaleźć klub, który ma kiepską publikę w czwartkowe i piątkowe wieczory i po prostu go wynajmować. Jeśli uda się przyciągnąć publikę koncertami wszyscy są zadowoleni, bo właściciel zwiększa obroty z baru. Myśleli o nowym klubie, i kiedy tak spacerowali po Manchesterze zobaczyli napis: Zamknięcie fabryki. Erasmus powiedział: nazwijmy klub Fabryka, i niech będzie otwarty, nie zamknięty

Następnie Wilson opisuje jak doszło do jego spotkania z Peterem Savillem, było to na koncercie Patti Smith. Saville wyglądał nieco jak Brian Ferry i zaoferował wykonywania prac graficznych. Okazało się, że było to z zazdrości, bo jego kolega Malcolm Garett zajmował się grafiką dla the Buzzcocks. 3 dni później spotkali się w restauracji telewizji Granada, i jak to Peter, nie przyniósł żadnej swojej pracy tylko książkę Jana Tschicholda, którą pół godziny oglądali. Po czym Saville został równorzędnym założycielem Factory

Sam Saville wspomina, że Tony zawsze był na czasie, mimo że prowadził program w TV był pozaestablishmentowy. Potwierdza, że zazdrościł koledze projektowania dla the Buzzcocks i cały czas zaczepiał Richarda Boona i pytał,czy ten nie ma pod opieką jakiejś nowej kapeli. I to Boon doradził mu kontakt z Wilsonem, kiedy dowiedział się że ten otwiera nowy klub. Spotkał się z Wilsonem i przyniósł kilka książek ze sobą, najbardziej interesował go wtedy manifest Jana Tschicholda - Die Neue Typographie. Powiedział, że chciałby robić coś w tym stylu. Tony odpowiedział, że będzie miał do zrobienia poster. Sam też zrobił jeden, z dwoma kowbojami w kanionie, rozmawiającymi po francusku o reifikacji, i choć Savilleowi wtedy nie spodobał się, obecnie ma o nim inne zdanie.  

Wilson wspomina, jak był w mieszkaniu artysty i zobaczył czarno żółte paski, które ten układał na podłodze. Nie było to zbyt w stylu punk, ale Wilson był zdania, że najlepiej pracuje mu się z mądrzejszymi od siebie, dlatego nie ingerował w twórczość ani Saville'a ani muzyków, mawiał: rób co chcesz, bowiem albo możesz to zrobić, albo nie

Następnie Peter Saville w dość długiej wypowiedzi wyjaśnia zasady stylu postmodernistycznego. W skrócie można powiedzieć, że styl ten definiuje jako oddziaływanie między neoklasycyzmem a wyższą technologią. Jego zdaniem Factory idealnie do tego pasowało. Na drzwiach pracowni w collegeu sztuki, którego bardzo pożądał od miesięcy, to znak o użyciu zatyczek ochronnych do uszu. Kiedy Tony powiedział, że chce najbliższą noc w klubie nazwać Factory, artysta pomyślał, że pożyczy sobie wspomniany znak. Tak powstał pierwszy poster Factory - FAC 1 (pisaliśmy o nim TUTAJ). 
Poster zatem zawiera industrialny znak lat 70-tych w kombinacji z prostą, idealistyczną modernistyczną typografią. Zawierał daty i  nazwę eventu (Factory). Artysta był przekonany, że 99.9 % mieszkańców Manchesteru zignoruje ten poster, ale był zainteresowany tym 0.1 % które dostrzeże nowy przekaz wizualny. 

Dalsza część książki zawiera wspomnienie pierwszego koncertu Factory. Richard Kirk z Cabaret Voltaire nie pamięta czy grali pierwszej czy drugiej nocy, ale pamięta jak grali z Joy Division. Przypominali mu the Doors ale takie z Manchesteru nie z LA lat 70-tych. Wspomina wspólne zainteresowania jakie dzielił z Ianem Curtisem: Ballard, Burroughs, ale i muzyczne, czyli Velvet Underground, the Stooges czy Kraftwerk. Muzyka Joy Division była industrialna, dystopijna i ponura. Podobna do muzyki Cabaret Voltaire

Malcolm Whitehead wspomina jedno ze spotkań z Robem Grettonem, kiedy ten był managerem the Panik i poprosił go o nagranie koncertu zespołu w Electric Circus. Niestety było ciemno i film się nie udał. Próbował nad nim pracować żeby poprawić jakość, kiedy zadzwonił Gretton i oświadczył, że już nie jest managerem the Panik, tylko Joy Division, i zaprosił go na ich koncert. Tak więc Whitehead poszedł do Russel Club gdzie występowali. Publiki nie było, to były początki, ale występ był oszałamiający. Pamięta go ale nie w głowie, tylko w żołądku, jako siłę, moc, zobaczył to czego zawsze oczekiwał od zespołów. Po koncercie czuł się jak wysuszony.. Oświadczył wtedy Grettonowi że ich sfilmuje. Nie myślał o zespole w kategoriach hitu sprzedaży płyt, myślał że staną się zjawiskiem kulturowo masowym, bo byli przytłaczający. 

Iain Gray również wspomina metamorfozę Iana Curtisa, obserwował ich pierwszy występ w Russel Club zza sceny i byli oszołamiający. Nie rozumiał, jak ten sam Ian Curtis może przynosić czekoladki żonie, a tutaj był całkowicie inspirujący i hipnotyzujący. Był niemal jak mesjasz. Najdziwniejszą rzeczą było, że znałem Iana. To zwykle dewaluuje wielkość gwiazdy, jeśli ją znasz, ale patrzyłem na niego i byłem całkowicie zdumiony. Do dziś kiedy to wspominam czuję się dziwnie. To było całkowicie brytyjskie, to było całkowicie jego własne, to nie była gra i było to również przerażające.   

Przytoczone zostają recenzje koncertów zespołu z 1978 roku. Obok recenzji Paula Morleya pojawia się tekst Micka Middlesa z Sounds z 16.09.1978 roku. Zaczęli od Exercise One który pokazał wielki postęp zespołu przez ostatni rok. To bardzo mroczna i wnikliwa  piosenka z zabójczą linią basu. Zespół przeszedł przez występ przenosząc tłum ze średnio zainteresowanego do hucznego.  

Malcolm Whitehead wspomina, że miejsca w których grali Joy Division szybko się zapełniały. Mieli tą magiczną moc, jak gdyby byli stworzeni do grania razem. Nie było słychać o czym śpiewa Curtis bo grali głośno. Często widział jak Ian przed występem wypijał kilka piw, chodziło o rozładowanie emocji przed wyjściem na scenę. Ian zawsze do występu podchodził z pełnym zaangażowaniem. 

Następnie Bernard Sumner opisuje historię powstania She's Lost Control. Jest to historia dobrze znana, mówi też o swoich inspiracjach ze strony dziadków. Opowiada też o zainteresowaniu Iana osobami chorymi umysłowo. Wspomina kiedy raz dzwonił do żony z hotelu i musiał zapłacić aż 10 GBP za rozmowę, nie zdając sobie sprawy, że telefony w hotelach są tak kosztowne. Poprosił żeby Rob się dołożył, ale ten był człowiekiem typu: spierdalaj, płać sobie sam, wtedy Ian wyładował na nim swoją frustrację. Innym razem kiedy był na niego zły w pokoju prób, położył mu na głowie kosz od papieru i przesuwał góra, dół jak oszalały, co wszyscy uznali za bardzo zabawne. Ian potrafił przemieniać się z miłego i grzecznego w kompletnie szalonego, zwłaszcza gdy był wkurzony - stawał się wtedy wybuchowy. Nie zażywał narkotyków i nie był pod ich wpływem podczas koncertów, w trans wprawiała go muzyka.
Następnie pojawiają się wspomnienia ich występu w Granada Reports, 20.09.1978 roku (pisaliśmy o nim TUTAJ). Sumner wspomina, że nie wolno im było niczego dotykać, nawet swoich instrumentów z powodu zasad panujących w studio. Tony Wilson opowiada, skąd za zespołem jadące auta (opisywaliśmy historię zaczerpnięcia tła z filmu World in Action o CIA TUTAJ). Autorem pomysłu był David Lidiment

Bob Dickinson wspomina koncert w klubie Kelly's w Manchesterze. Zobaczył zespół po przerwie, zwróciło uwagę że zmienili styl ubioru (warto zobaczyć TUTAJ) przestali nosić kurtki ze skóry i ciężkie buty, a zaczęli krawaty i ciemne koszule, wyglądali jak Niemcy, sprawiali wrażenie poważnych. W ich muzyce pobrzmiewały klimaty II Wojny, roztaczali je w ciemnym, depresyjnym Manchesterze

Bernard Sumner opowiada o pierwszym ataku epilepsji - relacja jest zgodna z tą z filmu dokumentalnego o zespole (warto wspomnieć, że scena jest inaczej opisana w książce Deborah Curtis). Po tym pojawiła się diagnoza epilepsji...                                  
Kolejne rozdziały książki zostaną streszczone już wkrótce. Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 9 czerwca 2019

Virgin Records na 9 Lever Street: historia Iana Curtisa i muzycznej skrzynki kontaktowej Manchesteru

Zanim powstało Joy Division Ian Curtis próbował swoich sił z innym zespołem, o którym pisaliśmy jakiś czas temu TUTAJ. Tamten tekst jednak nie opisywał wszystkich okoliczności. Sporą rolę w powstaniu takiego a nie innego kształtu środowiska muzycznego Manchesteru odegrał sklep muzyczny niewielkiej wytwórni Virgin Records na 9 Lever Street. Kierownikiem i głównym sprzedawcą w Virgin, jak potocznie nazywano sklep, był od 1975 r. John „Webbo” Webster, który pamiętał, iż Ian Curtis, który często bywał u niego kiedyś go zaskoczył informacją: „Utworzyłem zespół!” TUTAJ. Związek Iana Curtisa ze sklepem Virgin wziął się prawdopodobnie również ze znajomości z jednym z zatrudnionych tam pomocników. Był nim Mark Reeder, ten sam, który kilka lat potem zorganizował koncert Joy Division w Berlinie (TUTAJ).  Ale oddajmy mu głos: 

„Poznałem Iana, kiedy ten pracował w Rare Records. Wszyscy w tym sklepie byli elitarni: mieli brody i długie włosy, tweedowe kurtki i wszyscy myśleli, że są kimś więcej. Zawsze, gdy ich widziałem, byłem pewien, że gdybym kiedykolwiek pracował w sklepie z płytami, to nie chciałbym nigdy być taki jak oni. Całkowicie bezużyteczny, obojętny na ludzi wchodzących do sklepu. Jeśli pomyliłeś się w nazwie czy wymowie tytułu utworu, wyśmiewany byłeś na śmierć
 
Ian nie był taki. Zawsze próbował sprzedać mi płyty reggae. To było około 1974 roku. Ian był całkowicie zaangażowany w muzykę reggae. Wróć: Był najmłodszym [sprzedawcą] w sklepie, był jedynym, z którym dało się porozmawiać. Rozmawialiśmy o wszelkiego rodzaju rzeczach i zazwyczaj tematy przechodziły od muzyki do historii i wojny. Był zafascynowany wojną.
 
Zacząłem pracować w Virgin Records, kiedy miałem 14 lat. Początkowo pracowałem w niepełnym wymiarze godzin, ale dostawałem za to pieniądze. Potrzebowali kogoś, kto będzie przyjmował płyty w weekendy, podczas gdy wszyscy będą w sklepie. Po prostu pomagałem. To było w latach 70-tych. To były prawdziwe hipisowskie dni: dużo długich włosów i innych rzeczy. (…) Virgin był miejscem, gdzie ludzie po prostu lubili naprawdę spędzać czas. Przez to śmierdziało tam kadzidłem, aby ukryć zapach marihuany. Dysponowali bardziej rockowa muzyką niż disco. W 1973 r. odnieśli ogromny sukces dzięki Tubular Bells, a potem pojawili się Tangerine Dream, i to były płyty, które wprowadziły Virgin na mapę i sprawiły, że sklep Virgin w Manchesterze był wyjątkowy. Wszystkie inne sklepy płytowe były bardziej elitarne.
 Ian przychodził do Virgin, kiedy zaczął pracować w Manchesterze i po prostu kręcił się, narzekając na różne rzeczy. Powiedział: „W Virgin możesz poczuć zapach narkotyków”. Powiedziałem mu, że dlatego palimy kadzidło, żeby to ukryć, ale on myślał, że to zapach narkotyków. Zawsze żartował, był bardzo zabawny, pokazywał różne sztuczki i tak dalej” TUTAJ.
Przypomnijmy, że Virgin była tą wytwórnią (i sklepem) która wydała a potem rozprowadziła pierwszą płytę The Buzzcocks z singlem Spiral Scratch wyprodukowanym przez Martina Hannetta tuż przed  Bożym Narodzeniem w 1976 roku (TUTAJ). Richard Boon nie miał pieniędzy, by wydać więcej kopii, więc Jon Webster pożyczył mu 600 funtów, które miał ze sprzedaży biletów autokarowych na koncert Status Quo. Webster, który zapamiętał końcówkę lat 70. jako najlepszy okres w swoim życiu, zauważył, że taki sklep płytami, jakim był Virgin, mógł się stać katalizatorem procesu rozpowszechniania się muzyki punk. Według niego tak było dlatego, że „nie było dystrybucji, prawie żadne sklepy nie miały takich płyt. Kiedy rozdaliśmy ulotki dotyczące wszystkich naszych punkowych singli w Electric Circus, byliśmy zalewani ludźmi z całej północy”.

Nic zatem dziwnego, że sklep Virgin służył również jako swoista skrzynka kontaktowa, był miejscem, w którym powstawały zespoły punkowe. Dlatego Bernard Summner i Peter Hook kiedy postanowili znaleźć wokalistę, umieścili anons w sklepie Virgin. Odpowiedział na niego Ian Curtis, i tak wszystko się zaczęło…
Acha. Jeszcze jedno. Richard Branson, założyciel Virgin Records, obecnie jest sir Richardem Bransonem i jednym z najbogatszych ludzi na ziemi (jego majątek wyceniany jest na ok 5,1 mld dolarów). Zaczynał od hodowli i sprzedaży papużek falistych oraz choinek, prowadził pismo dla studentów, w końcu założył sieć sklepów muzycznych i wytwórnię płytową, które przekształcił w wiodącą markę na świecie. Ostatnio zainwestował w linie lotnicze i turystyczne loty kosmiczne. 
Wiedzieliście o tym? Zapewne nie - dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

sobota, 25 maja 2019

Shadowplayers: Fakty i mity o Factory Records - cz.5

Od jakiegoś czasu omawiamy na naszym blogu dzieło dokumentalne Jamesa Nice'a Shadowplayers, czyli fakty i mity o wytwórni Factory Records

Tak też w części pierwszej (TUTAJ) omówione zostały początki powstania klubu i tworzenie stajni zespołów Factory. Część druga to historia tworzenia pierwszej płyty promującej zespoły wytwórni a więc A Factory  Sample (TUTAJ). Z kolei część trzecia (TUTAJ) przedstawiała personalia wytwórni. W części czwartej (TUTAJ) streściliśmy wypowiedzi legend tamtych czasów wspominających realizację kultowej dziś płyty, chodzi oczywiście o album Unknown Pleasures zespołu Joy Division (FAC 10), nagrany w maju 1979 roku a zrealizowany przez samego Martina Hannetta (o którym pisaliśmy wielokrotnie  TUTAJ).

Dziś kolejna część, poświęcona właśnie jemu, legendarnemu producentowi i jednemu ze współtwórców potęgi Factory Records, a jednocześnie twórcy Manchester Sound.
Howard Devoto wspomina swoje pierwsze spotkanie z Martinem Hannettem, kiedy to nagrywał on pierwszy singiel the Buzzcocks - Spiral Scratch. Był on jedyną osobą w Manchesterze która nazywała siebie producentem nagrań. Podkreśla również, że zawsze wspominał Tony Wilsonowi, iż Hannett to największy producent.

Lindsay Reade, pierwsza żona Tony Wilsona określa Martina Hannetta dwoma słowami - zabawny i zdolny. Miał poczucie humoru, ale do pracy w studio podchodził bardzo poważnie - był zawsze bardzo na niej skupiony.
Richard Boon zwraca uwagę, że Hannett uwielbiał gadżety, i jeśli tylko pojawiało się coś nowego - natychmiast polecał to kapelom.
 
Wally van Middendrop (z Minny Pops) wspomina jak Hannett nagrywał z nimi oraz z the Names, ale jego rola była raczej nadzorcza nad całością, palił jointy i czuwał nad wszystkim, krążąc między dwoma studiami Strawberry. Dopiero po nagraniu dźwięku, zaczynał przejmować główną rolę i miksować to po swojemu.
 
The Names z kolei wspominają jak Mark grał na gitarze, a Hannett trzymał go i trząsł nim podczas gry. Podkreślają, że często po zremiksowaniu nagrań, to co słyszeli dramatycznie rozbiegało się z tym czego oczekiwali, ale podkreślają, że Hannett miał wizję brzmienia zespołu.
 

Peter Hook  wspomina pobyty w studio do piątej nad ranem i chłód klimatyzacji. Z kolei Alan Hempsall (z Crispy Ambulance) podkreśla dbałość Hannetta o efekty specjalne.


Wilson z kolei uważa że Hannett rzeczywiście był geniuszem. 

Jednym z kilku, którzy pozostawili nam swoją spuściznę. A my dzisiaj możemy się nią delektować. Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 1 maja 2019

Shadowplayers: Fakty i mity o Factory Records - cz.4 - Debiut Joy Division, płyta Unknown Pleasures - FAC 10, maj 1979 - zrealizowana przez Martina Hannetta


Od jakiegoś czasu omawiamy na naszym blogu dzieło dokumentalne Jamesa Nice'a Shadowplayers, czyli fakty i mity o wytwórni Factory Records

Tak też w części pierwszej (TUTAJ) omówione zostały początki powstania klubu i tworzenie stajni zespołów Factory. Część druga to historia tworzenia pierwszej płyty promującej zespoły wytwórni a więc A Factory  Sample (TUTAJ). Z kolei część trzecia (TUTAJ) przedstawiała personalia wytwórni. 

Dzisiaj część czwarta, w której legendy tamtych czasów wspominają realizację kultowej dziś płyty, chodzi oczywiście o album Unknown Pleasures zespołu Joy Division (FAC 10), nagrany w maju 1979 roku a zrealizowany przez samego Martina Hannetta (o którym pisaliśmy wielokrotnie  TUTAJ).


Na początku  tej części Tony Wilson wspomina, jak Rob Gretton, menadżer Joy Division namawiał go do wydania płyty. Motywacja miała charakter finansowy, chodziło o zarobienie i zwrot kosztów (które Wilson pożyczył od matki) poniesionych na realizację Factory Sample (TUTAJ) FAC 2. Wilson podkreśla jak był naiwny, płyta miała kosztować 10 K GBP a na prawdę kosztowała 20 K (wydaje mi się że w filmie Joy Division Wilson mówił o 25 K). Postanowili też podzielić się zyskami 50/50, co było zdaniem dziennikarza najbardziej hojnym dealem w historii muzyki.


Zdaniem Petera Hooka - basisty Joy Division, ten deal był wynikiem kooperacji między Tonym i Robem. Zdaniem muzyka miałby on sens, gdyby był zawarty po realizacji projektu, a nie przed. 

Peter Saville podkreśla fakt, że Rob był swoistego rodzaju abstrakcyjnym menadżerem, a jego metodą działania było coś na kształt psychodelicznego terroru, psychodelicznej polityki która działała. 

Peter Hook nazywa Grettona wprost - tyranem. Następnie wspomnienia skupiają się wokół osoby Martina Hannetta. Peter Saville podkreśla jego skupienie w pracy nad wykonaniem produktu.  

Peter Hook z kolei nazywa Hannetta katalizatorem, nigdy nie udawał nikogo innego kim był. Kazał im powtarzać wszystko wiele razy, bez wyjaśniania dlaczego to robią. Miał swoje własne oczekiwania, i nigdy nie wiedzieli jaki one są. Zdaniem Hooka Martin zbyt zmiękczył brzmienie zespołu. 

Saville wspomina jak Stephen Morris, perkusista zespołu przyniósł szkic okładki - obraz pulsara CP 1917. Zespół go polubił i zdecydował, że  chcą to na okładce płyty. Dokładnie tak samo było ze zdjęciem ze środka płyty - przynieśli je jako zdjęcie wycięte z gazety. Nie wiedzieli wtedy kto jest jego autorem, również Saville, odkryli to później.

Artysta zadawał sobie i muzykom wtedy pytania - czy chcecie nazwę na okładce? To było ryzykowne nie umieszczać nazwy zespołu czy trackisty (swoją drogą Saville lekko dramatyzuje, pierwsi z takim numerem byli the Beatles i ich Revolver). 

Hook z kolei jest zdania, że ludzie kupują ich płyty z powodu fantastycznych okładek...

Richard Boon zwraca uwagę, że nie tylko samo wydanie płyty było aktem ogromnej odwagi, ale i podjęcie się stworzenia niezależnego kanału dystrybucji (coś o tym wie, bo sam miał wcześniej własną wytwórnię o której pisaliśmy TUTAJ).

Jak podkreśla Tony Wilson, najpierw wytłoczono 10 K, zostały one rozprowadzone wśród dystrybutorów, 5 K zostało przechowanych w jego garażu. Sprzedawali je po 5 GBP za sztukę. I tak oto powstała legenda.

Nie byłoby jej jednak bez Martina Hannetta. I to jemu właśnie poświęcony będzie kolejny odcinek Shadowplayers

Chcecie go poznać? Czytajcie nas - codziennie nowy wpis. Tego nie znajdziecie w mainstreamie.              

czwartek, 21 marca 2019

Hormony, winyle i bibliotekarz - czyli o historii pierwszej wytwórni płytowej Manchesteru

Przeciętnemu fanowi zespołów lat 80. wydaje się, że przed Factory Records nie było nic. A tymczasem wytwórnia Tony'ego Wilsona nie była jedyna. Wcześniejszy był projekt Jamesa Richarda Boona, menagera Buzzcocks (o zespole pisaliśmy TUTAJ). 

Boon, rocznik 1952 był przyjacielem Howarda Devoto, razem chodzili do Grammar School w Leeds, więc niejako z automatu został kierownikiem jego zespołu. Ale Boon nie tylko organizował występy dla grupy, napisał dla nich także kilka tekstów pod pseudonimem Alan Dial. W 1976 r. aby umożliwić zespołowi wydanie debiutanckiej EP-ki Spiral Scratch (zrealizowanej zresztą przez samego Martina Hannetta) Richard Boon pożyczył od przyjaciół i rodziny 600 funtów i założył wytwórnię New Hormones. Nazwa pochodziła od odkrytego w tym samym roku nowego hormonu trzustkowego, o którym było głośno w prasie brytyjskiej. 

Płyta szybko się sprzedała, więc jeszcze w tym samym roku wytwórnia wypuściła kolorowy, drukowany na dobrym papierze fanzin The Secret Public, stworzonym przez dziennikarza muzycznego Jona Savage'a i grafika / konceptualistę Lindera Sterlinga oraz zajęła się wydawaniem płyt innych artystów.
Regularnie wypuszczane krążki pojawiały się z logo New Hormones od 1979 do 1982 roku. Wśród nich były takie zespoły jak: Biting Tongues, Diagram Brothers, Dislocation Dance, Ludus z Eric Random i Gods Gift

Boon rozpoczął katalogowanie wypuszczanych publikacji. Używał symbolu ORG i cyfr. Litery były aluzją do orgonu, teorii opracowanej przez psychiatrę Wilhelma Reicha, lecz sam pomysł prawdopodobnie zainspirował Tony'ego Wilsona do nadawania numerów katalogowych wszystkim produktom Factory Records.

Wytwórnia The Hormones była ambitnym zamierzeniem i szkoda, że w zasadzie o niej zapomniano (a przynajmniej nie wspomina się jej tak często jak to ma miejsce z Factory Records). Za projekty graficzne pierwszych płyt Buzzcocks odpowiadał grafik Malcolm Garrett, który studiował z Peterem Savillem w Manchester Polytechnic i projektował potem okładki dla takich zespołów jak Simple Minds i Duran Duran.
Jednak pomimo wydania dobrych płyt wytwórnia Boon’a nigdy nie odniosła takiego sukcesu, na który zasługiwała. New Hormones, często pozbawione pieniędzy, działały w zrujnowanym biurze w dawnym magazynie przy 50 Newton Street, do którego Boon zaprosił Cath Carroll i Liz Naylor wydawców fanzinu City Fun (pisaliśmy o nim TUTAJ).

Innymi korzystającymi z hojnego wsparcia Boona byli Alan Wise, samozwańczy doktor teologii i Nigele Baguely, którzy zajmowali się promocją wielu koncertów nowej fali i rocka artystycznego, występujący pod szyldem Wise Moves. 

Alan Wise, jedna z tych niezwykłych i nieco zapomnianych postaci Manchesteru, zmarł we śnie w 2016 r. trzy miesiące po tragicznej śmierci swojej córki Natashy, która cierpiała na depresję i popełniła samobójstwo skacząc z mostu. Świat muzyczny orzekł wtedy, że pękło mu serce... Równie smutny był kres wytwórni The Hormones, która w 1982 r. z powodu braku pieniędzy, po odejściu Pete Wrighta, po prostu zaprzestała działalności.

W dwadzieścia pięć lat później Factory Records zrosła się z historią Manchesteru w jedno, podczas gdy New Hormones, pomimo swojej istotnej roli dla powstania ruchu post-punk, została praktycznie zapomniana. 

Tymczasem była to nie tylko pierwsza wytwórnia płytowa w Manchesterze, lecz pierwsza tego typu wytwórnia w Wielkiej Brytanii. Zainspirowała pokolenie punkowych i post-punkowych muzyków zarówno do tworzenia własnej muzyki, jak i wydawania jej we własnych, zakładanych do tego celu, niezależnych wytwórniach. Tak narodził się styl indie-rock i inne gatunki wywodzące się w wielkiego ruchu post-punk.
 
A Richard Boon?  Dawno temu opuścił Manchester i biznes muzyczny. Jest bibliotekarzem, najfajniejszym bibliotekarzem na świecie, jak sam o sobie pisze TUTAJ

Pracuje w bibliotece publicznej w Stoke Newington pod Londynem i wydaje się jednak całkowicie z tego zadowolony. Przekonuje, że jego rola bibliotekarza jest taka sama, jak zarządzanie Buzzcocksami: obie polegają na zamianie ludzi w towar, bo według Boon'a punk polegał na otwieraniu drzwi, które wcześniej były zamknięte. Obecnie organizuje coroczny Festiwal Literacki w tym mieście TUTAJ i zamierza kiedyś wydać wspomnienia. 

Budynek przy 50 Newton Street stoi nadal. Mieści się w nim hotel i schronisko młodzieżowe. A Richard Boon przeszedł do historii jeszcze z jednego powodu - to on nagrał na kamerze VHS, koncerty Joy Division i Buzzcocks, które miały miejsce w weekend 27-28 października 1979 r. w Apollo Theatre w Manchesterze i które potem wyszły na kilku bootlegach. 

Ale to już zupełnie inna historia…


Chcecie ją poznać? Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.