Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hieronymus Bosch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hieronymus Bosch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2024

Głupich jest liczba nieskończona, czyli o formach głupoty i pewnej wystawie

Stare, rzymskie przysłowie stultorum plena sunt omnia  tłumaczy się jako głupich nie sieją co oznacza tyle, że głupich jest wszędzie pełno. Ta mądrość współbrzmi z myślą z biblijnej Księgi Koheleta 1:15 Głupich jest liczba nieskończona (stultorum infinitus est numerus). Ten wers św. Tomasz z Akwinu w różnych swoich dziełach przywołuje dziewiętnaście razy podkreślając stosunkowo niewielką liczbę osób mądrych w przeciwieństwie do niezliczonej rzeszy głupców.  U Tomasza pojawiają się aż dwadzieścia trzy formy głupoty! Lekarstwem na nią są uczynki miłosierne, które wytrącają człowieka z marazmu, zadufania, pychy, tępoty i egoizmu. 


W naszych czasach, w których znalazłoby się więcej niż 23 formy głupoty trudno szukać poważnych analiz na temat tego zalewającego nas zjawiska. Być może dlatego wczoraj w Luwrze otwarto wystawę Figures du fou. From the Middle Ages to the Romantics  (Postacie głupca od średniowiecza do romantyzmu). Na ekspozycji przypomniano błazna – urzędową postać uosabiającą głupotę – której zadaniem było rozśmieszanie władców i dworzan i która jako jedyna mówiła królowi nawet najbardziej bolesne prawdy. 


Błazen kojarzy się nam głównie ze średniowieczem. Epokę tę  określa się teraz jako ciemną i ponurą. W obiegu publicznym jest  uznana za przeciwstawną do Oświecenia. Ale jest to szkodliwy stereotyp. Bo średniowiecze – które trwało przecież tysiąc lat - było okresem pełnym fantazji, w którym jakże często ludzie oddawali się zabawie.  Był to również czas fantazji i z pewnością żartobliwego humoru.

Wystawa ukazuje więc głupca w zachodniej sztuce i kulturze od końca średniowiecza aż po wiek XIX, gdy rodziły się początki socjologii i psychologii.  Poprzez zebrane dzieła sztuki jej twórcy próbują  zanalizować znaczenie tej postaci. Głupiec rozśmieszał, ale także wywracał do góry nogami istniejący porządek rzeczy, obnażał to, co prawdziwe, zdzierając – czasem nawet brutalnie – pozór mądrości, czy potęgi.  Błazen więc nie raz ostrzegał przed skutkami złych postępków lub potępiał wynikające z nich grzechy. Dokładniej o znaczeniu błazna pisaliśmy kiedyś w poście o znaczeniu symboli na okładkach Marillion (LINK). 

Błaznów, głupotę i remedium na nią pokazał Hieronymus Bosch, malując wiejską scenę z chirurgiem, który lejkiem wlewa mądrość do głowy głupca.
 

Na innym jego obrazie mamy koncert w jaju (pisaliśmy o nim TUTAJ), który wykonują osoby reprezentujące prawie wszystkie warstwy społeczne, a wśród nich jest także głupiec z lejkiem na głowie…
 

Na wystawie jest zresztą znacznie więcej dzieł, zgromadzono ich ponad 300! Wystawa ukazuje złożoność symboliki błazna w średniowieczu i zniknięcie tej tematyki wraz z przyjściem oświecenia, po czym jego powrót w XIX w., kiedy artyści zaczęli utożsamiać się z wyobcowanym szaleńcem, żyjącym na marginesie, którego społeczeństwo uważa za głupca. Wśród wielu obrazów znajduje się także polski akcent – jest nim Stańczyk Jana Matejki, dzieło wybitne,  zarówno w warstwie malarskiej jak i znaczeniowej. Czy pamiętamy, że pełny tytuł obrazu Matejki brzmi Stańczyk podczas balu na dworze królowej Bony w obliczu utraty Smoleńska?
 

Ciekawym zbiegiem okoliczności nowy film Todda Philippsa - Joker: Folie a Deux - ukazał się mniej więcej w tym samym czasie, co wystawa w Luwrze, chociaż jej otwarcie jest efektem ponad dziesięciu lat pracy.  Mimo to Luwr postanowił nie przegapić takiej okazji na promocję i nawiązał współpracę z Warner Bros Pictures przy krótkim klipie promującym oba przedsięwzięcia. Lady Gaga, która gra w filmie Joker, pojawia się w klipie, gdy wędruje nocą po korytarzach Luwru maluje uśmiech czerwoną szminką na szkle chroniącym Monę Lisę… Obraz Matejki pojawił się też na okładce jej najnowszego albumu... Przypadek? 


Wystawę w Luwrze na 93 Rue de Rivoli można oglądać do 3 lutego 2025 r. Bilety na nią są TUTAJ.
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 9 września 2023

Czy Hieronymus Bosch i Francisco Goya zażywali peyotl?

Peyotl (Lophophora williamsii) to mały, bezkolcowy kaktus, który rośnie na pustyniach Meksyku i amerykańskiego Południowego Zachodu. Zawiera szereg alkaloidów, w tym meskaliny, które po spożyciu powodują psychodeliczne wizje. W rezultacie człowiek pod wpływem tego środka może odczuwać i postrzegać świat inny niż jest, przez co zmienia się jego świadomość a nawet sposób myślenia, odczuwania, postrzegania i woli. W kulturach Ameryki Środkowej używano więc tej rośliny podczas plemiennych praktyk religijnych, a roślinie okazywano cześć traktując ją niczym bóstwu. 



Pierwsi europejscy odkrywcy i chrześcijańscy misjonarze po przybyciu do Nowego Świata  byli przerażeni tymi praktykami i swoistym religijnym pejotyzmem - ceremonialne picie wywaru z kaktusa w celu uzyskania duchowego upojenia wydawał się im bluźnierczą parodią Eucharystii… Dlatego podejmowali próby stłumienia pejotyzmu, które zakończyły się niepowodzeniem, a narkotyk dość szybko został przeniesiony na kontynent europejski, najpierw jako substancja poszerzająca świadomość. Alkaloidy pejotlu z kaktusa wyizolowano jednak dopiero w 1897 r., a pozyskiwanie meskaliny zsyntetyzowano jeszcze później, w 1919 roku. Osobą, która postanowiła naukowo przyjrzeć się substancji był na przykład profesor Will-Erich Peuckert (1895-1969) z Uniwersytetu w Getyndze, który odkrył w XVI-wiecznej książce przepis na środek pobudzający zwany witches' pomatum, sporządził go i przetestował na kilku osobach. Wszyscy po dwudziestogodzinnym głębokim śnie podobno opowiedzieli tę samą historię; wszyscy marzyli o lataniu, o orgiach w towarzystwie szatańskich stworzeń, o wizytach w zaświatach. Czy nie brzmi to znajomo? Czy czegoś nam nie przypomina? Ależ oczywiście, że tak, opis ten przywodzi na myśl średniowieczne obrazy wizji piekła lub kuszenia św. Antoniego, z których najbardziej znane są autorstwa Matthiasa Grünewalda i Hieronymusa Boscha, o którym pisaliśmy TUTAJ.


Sugerowanie, że Bosch mógł użyć środków halucynogennych, aby dotrzeć do zwykle niedostępnego obszaru osobowości, nie umniejsza wartości jego pracy. Narkotyki zazwyczaj osłabiają zdolności twórcze, ale mogą je również stymulować (jak wpływały na artystów w tym muzyków pisaliśmy TUTAJ). Oczywiście geneza przestawień Boscha jest do dzisiaj przedmiotem sporów i większość historyków sztuki uważa, że  ich źródłem jest choroba spowodowana zatruciem sporyszem, grzybem pasożytującym na kłosach zbóż. 


Ta infekcja grzybicza w epoce renesansu była potocznie nazywana Ogniem św. Antoniego, co wskazuje na szukanie związków z halucynacjami jakie miały na pustyni dotknąć świętego pustelnika. W 1938 roku szwajcarski chemik Albert Hoffman przypadkowo zsyntetyzował ze sporysza po raz pierwszy lek - LSD-25 - z tego samego gatunku grzyba, który wywoływał zatrucia, nic zatem dziwnego, że przedstawienia św. Antoniego na obrazach mistrzów renesansu ukazują ogromny wpływ, jaki na w historii sztuki miały te patogeniczne grzyby. A objawy choroby po spożyciu sporyszu są naprawdę groźne. Jak wyglądały wieki temu w czasach Boscha pokazała ostatnia znana poważna epidemia, która miała miejsce we francuskiej wiosce Pont-Saint-Espirit w 1951 r., której przebieg udokumentowano w British Medical Journal, gdzie opisano takie objawy jak: nudności, depresja, pobudzenie, bezsenność, delirium obejmujące wzrost samokrytyki i stany samooskarżania się oraz  halucynacje, zmuszające ludzi do desperackich czynów. Niektórzy badacze więc posunęli się w swoich teoriach bardzo daleko, sugerując, że obrazy kalek i zniekształconych ciał autorstwa Boscha mogły być pod wpływem obserwacji niektórych jego rodaków poważnie dotkniętych zatruciem sporyszem.

Krótkie ale interesujące omówienie tego zagadnienia znajduje się także tutaj:


Innym artystą, który tworzył przerażające wizje na ścianach swojego domu był Francisco José de Goya y Lucientes zwany Goya (1746-1828). Zapadł on na nieustaloną do dziś chorobę, która całkowicie zmieniła jego życie. Biografowie nawet dzielą malarską karierę Goi na dwa okresy: przed chorobą i po niej. Pierwszą charakteryzuje radość i światło, drugą groza i przerażające wizje. W rzeczywistości, także we wczesnym okresie, niektóre z tych postaci zaczęły się pojawiać, a później okazało się, że przybierały formę jego koszmarów. Linia podziału między tymi dwoma okresami prawdopodobnie była związana z jego chorobą, na którą zapadł w 1792 roku w Sewilli. Jej objawy były od razu bardzo poważne, zaczął cierpieć na bóle i zawroty głowy, szumy uszne, utratę słuchu, a także problemy ze wzrokiem, wreszcie niedowład prawej ręki. Następnie popadł w stan depresji połączony z halucynacjami, majaczeniem i stopniową utratą wagi. W kwietniu 1793 roku gdy malarz  powrócił do Madrytu, był skrajnie głuchy i takim stanie zdrowia pozostał do końca życia…
 

Wielokrotnie badacze zastanawiali się nad przyczynami tej ciężkiej choroby: podawali różne diagnozy, mógł to być  skutek zatrucia rtęcią przyjmowaną jako lek na kiłę, albo zatrucie ołowiem. Być może artysta sam wyjaśnił swój stan malując intrygujący obrazem którym jest autoportret z lekarzem podającym mu lekarstwo. W tle widać jakieś mary, nie wiemy czy prawdziwe czy wywołane podanym lekiem. Bo uważa się, że w taki sposób wówczas leczono ołowicę, racząc chorych alkaloidami (LINK).

 


Zauważył to Stanisław Witkiewicz (Witkacy), który w czasie swych narkotycznych seansów odnotował Goya musiał znać peyotl  (LINK).


Witkacy dokładnie wiedział o czym pisze. Zainteresował się meksykańskim kaktusem w latach 20. XX w. i dzięki znajomościom w Towarzystwie Metapsychicznym  w 1928 roku otrzymał suszone kawałki tej rośliny. Od tego czasu, przez jakieś 2–3 lata eksperymentował nieregularnie z bliższymi znajomymi, zwłaszcza pod opieką dra Białynickiego czy z udziałem psychologa Stefana Szumana, badając wpływ peyotlu, a później jego syntetycznej odmiany – meskaliny firmy Merck, na twórczość. Narkotyk ten umożliwiał bowiem zachowanie kontaktu z rzeczywistością i opisywanie halucynacji w trakcie ich występowania, a również ich rysowanie i zapamiętywanie. Swoje wrażenia, wizje i rozczarowania Witkacy opisał m.in. w książce o narkotykach. Wtedy narkotyki były uważane za środek taki jak kawa. W wojsku carskim były w niemal powszechnym użytku, traktowane jak lekarstwo lub stymulant, zatem dr Białynicki miał doświadczenie, a Witkacy – zaufanie do jego praktyki. Demoniczny portret doktora Biruli został więc wykonany przez malarza po przyjęciu dawki meskaliny. Jego sygnatura brzmi: (T.B+d) / NΠ 2r +cof, czyli jest to portret w typie B (realistycznym) + d z niewielkimi spotęgowaniami formy w stylu pod wpływem, malowany w drugim roku niepicia alkoholu (), po kawie…

Podobno spożywanie kaktusa nie szkodzi. Nawet dzisiaj można go kupić w Internecie. Podobno… Czy poszerzenie świadomości za pomocą zewnętrznych środków chemicznych nie jest groźne? I czy faktycznie nie powoduje żadnych skutków ubocznych? Kultury Indian nie przetrwały, a i wizje malarskie opisanych artystów także nie zachęcają do eksperymentowania… 
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 3 czerwca 2023

Uwierz w smoka

Smokowie rodzą się w Etiopijej, części świata Afryki, którzy są okrutni, jadowici, bystrzy, śmiali i natarczywi; wzrost abo wielkość ich w sobie, gdy jako ma być dorośnie, do podziwienia jest na łokci dwadzieścia, ma na sobie kudły kędzierzawe, żyje ścierwem różnym, gdy im już w którym miejscu nie stanie pożywienia, w dalszy kraj wędrują i pomykają się, dlatego z miejsca na miejsce przez różne wody, rzeki, jeziora płyną, łeb swój do góry jako wąż podniosszy. Powyższy cytat pochodzi z ósmego rozdziału księgi dedykowanej królowi Janowi III Sobieskiemu  i wydanej w 1689 roku przez Jakuba Kazimierza Hauera. A zatem nasi czytelnicy już wiedzą o czym będzie dzisiejszy post: O smokach, o stworzeniach, które jeszcze parę wieków temu, według powszechnie panującej opinii, jak najbardziej istniały i tylko dlatego nie spotykało się ich na co dzień, bo z powodu znacznej ilości smokobójców stały się gatunkiem prawie wymarłym.

Smoki, jeśli wierzyć legendom, towarzyszyły ludziom od najdawniejszych czasów. Nawet ich nazwa w rozmaitych językach trafiła za pośrednictwem łaciny od słowa draco, pochodzącego z kolei od greckiego ????? ([drakan] – [bystrooki]). Przykładem jest tu angielski dragon. Ale już w języku niemieckim smok to worm (nazywany też [wurm]), zaś w słowiańskim żmij, a także smok, który jest słowem ogólnosłowiańskim: w czeskim jest to zmok, w słowackim zmok/zmak, w staro-cerkiewno-słowiańskim smok? itd.

 

Smoki występują w wielu mitologiach starożytnego świata, począwszy od Mezopotamii poprzez Grecję, Rzym, kulturę celtycką i nordycką... Zazwyczaj były strażnikami skarbów, podobnie jak gryfy i przypisywano im mądrość, siłę oraz długowieczność. Czujny smok stał na straży złotego runa z polecenia boga Aresa, inny pilnował wyroczni Apolla w Delfach, jeszcze inny strzegł sadu Hesperyd, a ostatniego zabił Kadmos, brat Europy, po czym zasiał zęby bestii w ziemi. Wyrosła z nich armia wojowników…



W średniowieczu smoki miały jednoznacznie negatywne znaczenie. Były alegorią samego szatana, który pod postacią węża zwiódł w raju Adama, a w Apokalipsie św. Jana znów zagraża całej ludzkości Obraz apokaliptycznego smoka barwy ognia, mającego siedem głów i dziesięć rogów […] i ogon jego zmiata trzecią część gwiazd niebieskich (Ap 12, 3–4) jest bardzo sugestywny, nic dziwnego więc, że w opowieściach smoki porywały, gwałciły oraz ogólnie mówiąc: siały spustoszenie. Francuski mnich Fulko z Chartres, który żył do 1127 roku tak je opisał:: Smoki charakteryzują się długimi, wstrętnymi pyskami, ostrymi zębami i ognistym językiem, uszy mają podobne do rogów, kark jest długi a ciało jaszczurcze. Dwie nogi są podobne do orlich pazurów, a skrzydła mają jak nietoperze. Smoki mieszkają w Indiach i w Etiopii, gdzie stale jest lato. Są to największe zwierzęta na świecie.




Skąd ten opis?  Są dzisiaj tacy badacze, którzy twierdzą, że smoki były pojedynczymi egzemplarzami wymarłych gadów kopalnych czyli dinozaurów (LINK). Ale wystarczy iż motyw smoka dość często przewija się w Biblii. Jeremiasz smokiem nazywa króla babilońskiego Nabuchodonozora (Jr 51, 34), Ezechiel natomiast twierdzi, że to faraon jest smokiem, który znajduje się na morzu świata (Ez. 32, 2). Strach przed potworem mieszał się więc z szacunkiem. Europejskich władców także porównywano do smoków, pomimo, że w XII-wiecznych europejskich bestiariuszach smok, jak przypominamy, oznacza szatana  stając się przez to przeciwnikiem rycerza i świętych. Dlatego też jest rzeczą oczywistą, że w symbolice pieczęci władców chrześcijańskich pojawia się obraz smoka pokonanego przez rycerza. W Polsce po raz pierwszy symbolika ta trafiła na pieczęć księcia Przemysława I (1247–1250), a potem Bolesława kaliskiego, Władysława I opolskiego, Przemysława II, Henryka IV głogowsko-żagańskiego, Kazimierza inowrocławskiego, Kaźka szczecińskiego, Bolesława Pobożnego i Kazimierza Kondradowica. Jest również na monetach Mieszka kaliskiego, Władysława Laskonogiego (lub Władysława Odonica) i Mieszka III.

Świętość utożsamiano więc ze zwycięstwem nad starodawnym wężem – szatanem. Stało się to przede wszystkim udziałem Maryi Niepokalanej. Innym zwycięzcą smoka był Archanioł Michał a także św. Jerzy (w rzeczywistości męczennik) i św. Małgorzata, dziewica i męczennica. Sztuka romańska a potem gotycka sięgała często po motyw smoka zdobiąc nim kapitele kolumn, podstawy świeczników lub księgi. I zawsze znaczenie tego typu obrazów było takie  samo: przedstawiano klęskę szatana i triumf Chrystusa. Taką wymowę ma Sąd Ostateczny Hansa Memlinga (1430–1494) oraz nie mniej znany Sąd Ostateczny Hieronymusa Boscha (1450–1516) i nowożytne dzieła m.in. Jacopa Tintoretta (1518–1594) czy Petera Paula Rubensa (1577–1640), na których św. Jerzy wymierza sprawiedliwość unicestwiając bestię.




Równolegle, w kulturze dworskiej występowały liczne wizerunki smoków znanych z legend, celowali w tym przede wszystkim Celtowie ze swoimi opowieściami o królu Arturze, a także o smokach strzegących skarbów. Utarło się nawet mniemanie, że zasięg mitologii celtyckiej sięga dotąd, gdzie zachowały się wzmianki o smokach. Tym sposobem Norman Davis, brytyjski historyk, uznał iż dowodem na celtycką genezę Krakowa w Polsce jest bajka o smoku wawelskim.

Co z tego zachowało się do naszych czasów, poza dziełami sztuki? Historie o potworze z Loch Ness, motywy filmowe w stylu Bruce Lee „wejście smoka”, czy w Wiedźminie oraz dobroduszne gady w reklamach. Nie można nie zauważyć swoistego odwrócenia pojęć. Dziś w dobie relatywizmu moralnego, liberalizmu, filozofii political correct, a także ruchów ekologicznych budzące grozę smoki stały się przyjacielskie i poczciwe, a smokobójcy przekształcili się w krwiożerczych oszołomów. Niemały wpływ na te wyobrażenia mają oczywiście religie i kultura Dalekiego Wschodu. Nic więc dziwnego, że Karol Gustaw Jung stwierdził: Europa jest matką smoków, które pożarły całą ziemię.

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 13 września 2022

Grafiki Daniela Martina Diaza: Niedoskonałe odbicie równoległego świata niczym z obrazów Hieronymusa Boscha

Czasem ma się wrażenie, że niektóre grafiki są niedoskonałym odbiciem jakiegoś równoległego świata. Takiego, którym rządzą kompletnie inne prawa fizyki, o ile coś takiego jak fizyka tam istnieje. O jakie grafiki nam chodzi? O zestawy symboli, emblematów lub alegorii powiązanych z alchemią, kabałą, masonerią i innymi tajnymi stowarzyszeniami (tajnymi w cudzysłowie, bo gdyby były naprawdę tajne, nic byśmy o nich nie wiedzieli a skoro cokolwiek wiemy, to znaczy że nie są one tajne).  Właśnie takie motywy znajdują się na grafikach artysty mieszkającego w Tucson w Arizonie.




Daniel Martin Diaz (ur. 1967 r.), bo to o nim dzisiaj mowa, na pożółkłym papierze maluje tuszem i ołówkiem rysunki ludzi, a w zasadzie anatomiczne organy, szkielety, rozmaite motywy symboliczne otaczając je wykresami i liczbami, przez co wyglądają niczym poważne diagramy naukowe. Ale tak nie jest, bo często to, co niby jest płucami zmienia się w roślinę, a jelita stają się smoczym cielskiem. Ciągłe nawiązywanie do elementów wanitatywnych (czaszki, ćmy, nietoperze itp.) i ezoterycznych, zdradza zainteresowanie filozofią egzystencjalną a może nawet dekadencją. 







Daniel Martin Diaz próbuje wyjaśnić to co robi, co chyba nie idzie mu łatwo. Zauważa, że Sztuka jest odzwierciedleniem nas samych, historii ludzkości i dążenia do zrozumienia świata fizycznego i metafizycznego. Gdy staramy się zrozumieć nasze miejsce we wszechświecie, sztuka może być ważną częścią dialogu, który prowadzimy ze sobą i z innymi. W mojej pracy staram się odkrywać tajemnice za pomocą zagadkowych obrazów i niecodziennych technik, które nadają im głęboki sens na takim poziomie, którego słowa w żaden sposób nie mogą wyjaśnić. Istnieje podstawowa dychotomia pomiędzy potęgą technologii a naszym kwantowym połączeniem z Wszechświatem. Przez to nasze korzystanie lub niewłaściwe użycie technologii może trwale zmienić przyszłość ludzkości, dlatego musimy sobie zadać pytanie, jaka jest nasza osobista odpowiedzialność za nasz wpływ na świat i na siebie nawzajem? Moja twórczość więc jest próbą uchwycenia złożoności i piękna podstawowych mechanizmów świata, które łączą się poprzez nasze emocje.






Aby lepiej zrozumieć to, co chce nam przekazać, sięgnęliśmy do wywiadu z nim TUTAJ. Wyjaśnia, że nigdy by nie zajął się sztuką, gdyby nie zobaczył prac Joela Petera Witkina, surrealistów lat dwudziestych i flamandzkich prymitywistów. Dzieła te zmieniły jego życie. Zajął się sztuką, która według niego polega na poszukiwaniu brutalności prawdy. Pytany dalej jak rozumie to wyrażenie, ową brutalność prawdy opowiada o swoich fascynacjach malarstwem Hieronima Boscha (LINK) oraz o ulubionych filmach, którymi są: Piękny Umysł (Beautiful Mind), Portret Doriana Greya i Eraserhead (opisaliśmy go TUTAJ). Czy to odkryło nam jakim artystą jest Diaz? Trudno orzec, może muzyka otworzy przed nami świat jego emocji, bo malarz jest liderem zespołu Blind Divine, który tak naprawdę jest duetem - jego oraz piosenkarki Pauli Catherine Valencia. Para wydała do tej pory trzy albumy: Slow in Obeying An Order (2012), Queen Of Venom (2008),  Desire To Destroy (2006). Muzyka którą tworzą klasyfikowana jest jako ambient, trip hop, shoegazing. I doskonale koreluje z rysunkami Diaza

Artysta w każdym razie odniósł sukces. Jego prace są wystawiane na całym świecie i publikowane w poczytnych pismach: w LA Times, NY Times, Juxtapoz, High Fructose i Low Rider Magazine oraz w książkach o sztuce. Diaz projektował ponadto grafikę na zlecenie instytucji publicznych i zdobył wiele nagród. 

Polecamy jego stronę internetową TUTAJ.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 8 lutego 2022

Sean Andrew Murray: stwory zrodzone w wyobraźni Hieronimusa Boscha

Sean Andrew Murray, o przydomku Muttonhead ur. 1977 r.), jest tzw. artystą koncepcyjnym. Wykonuje ilustracje do komiksów, gier wideo i książek, współpracując z Big Huge Games/38 Studios, zdobywając fanów grafikami do Dungeons and Dragons Online, wydawanymi przez Turbine oraz do Lord of the Rings Online.  Jego więc obrazki są, o czym nie należy zapominać, komentarzem do opowieści. Ale oczywiście nie ujmuje to ich wartości. Wręcz przeciwnie. Ilustracje są przecież wehikułem, który zabiera czytelnika do innego świata.


Kilka lat temu napisał i wydał własną opowieść, która zdobyła spora popularność. Jest to Gateway: The Book of Wizards, opisujące dzieje gigantycznego miasta - większego niż jakiekolwiek inne na ziemi, bo zbudowane za pomocą magii. Nie tylko ją sam stworzył, ale również sfinansował w ramach kampanii Kickstarter, którą rozpoczął w 2012 roku. Próbuję wykreować własne produkty, moje własne wytwory, takie, które mnie najbardziej pasjonują - skomentował ten fakt Murray w jednym z wywiadów - Kiedy rysuję w szkicowniku lub rysuję dla siebie, tak naprawdę rysuję dla tego świata (LINK). Powiedział tak, jakby rzeczywiście znalazł drzwi do równoległego świata, pełnego steampunkowych wnętrz, (o nurcie stempunkowym pisaliśmy TUTAJ). Ale do takiego świata, w którym rządzi magia. Gdzie przechadzają się stwory zrodzone w wyobraźni Hieronimusa Boscha, do której przejście znalazł Muttonhead. W dodatku klimat obrazków, w których wszystko dzieje się, jest zanurzony w ciepłym blasku zmierzchu i oświetlony płomieniem zaczarowanej lampy narzucających widzowi niezwykłą atmosferę…






Murray pracuje w klasycznej technice: najpierw wykonuje tuszem szkic, kontury, które potem wypełnia kolorem. Nie używa nagminnie technik cyfrowych, co zaskakuje w dzisiejszych czasach, w których wielu artystów idzie na łatwiznę.





Artysta jest absolwentem Syracuse University, w 2009 roku wykładał na wydziale ilustracji w Maryland Institute College of Art (MICA) wziął także udział w sympozjum o komunikacji wizualnej Uniwersytetu Syracuse. Od czasu do czasu prowadzi również 6-tygodniowe intensywne seminaria online na temat budowania świata przez artystów koncepcyjnych i ilustratorów.





Jest żonaty z Kathleen, którą poznał na studiach. Oboje mieszkają w Kingston z synem i dwoma kotami. Jego marzeniem jest zwiedzić Europę Wschodnią - zwłaszcza Rumunię, Finlandię, Polskę itd. oraz Azję - Wietnam, Kambodże (Ankhor Wat), Chiny, Japonię, Koreę…. Na razie jednak jemu musi wystarczyć wyobraźnia i… może nasz blog, który - co muszą przyznać nasi czytelnicy - jest niezwykle inspirujący.

Plastyk jest obecny w mediach społecznościowych (LINKLINK,  LINK) ma również własną stronę, prowadzi blog: TUTAJ

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.