Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonardo da Vinci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leonardo da Vinci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 września 2024

Nowe tajemnice Mona Lisy

Mona Lisa Leonarda da Vinci jest obrazem, który cały czas dostarcza nowych informacji. Mimo, że wydaje się że wiemy już o nim wszystko, co i rusz ktoś dostarcza dowody na rozwikłanie kolejnej, związanej z nim tajemnicy.  Dzisiaj zajmiemy się dwoma aspektami, które w ostatnim czasie stały się czołowymi newsami uznanych czasopism i portali poświęconych sztuce. 


Pierwszy dotyczy krajobrazu za Giocondą. Od dawna szukana odpowiedź na pytanie, czy pejzaż w tle przedstawia prawdziwe miejsce, być może znalazł ostateczną odpowiedź. Ann Pizzorusso, geolog i historyk sztuki twierdzi, że tło obrazu przedstawia Lecco, małe miasteczko w regionie Lombardii w północnych Włoszech. Swoje wnioski sformułowała na podstawie badań  formacji skalnych i innych cech obrazu. Ukazany zbiornik według niej to Jezioro Garlate, utworzone przez rzekę Adda na południe od Lecco, a most przedstawiony tuż nad lewym ramieniem modelki to XIV-wieczny Azzone Visconti. Podobno Leonardo był kilkakrotnie w Lecco a swoim uczniom zalecał dokładne przedstawianie natury. Mimo widocznych podobieństw dowodzących prawdziwości jej tezy, wielu historyków sztuki twierdzi, że widok za plecami modelki jest wyimaginowanym i wyidealizowanym efektem wyobraźni malarza.


I w ten sposób doszliśmy do drugiego zagadnienia. Kim jest Mona Lisa? Ten z kolei problem wraca regularnie jak bumerang. Ostatnio znów powstała teoria, że jak tradycyjnie przyjęto, portret nie przedstawia Lisy Gherardini, żony florenckiego kupca jedwabiu Francesco del Giocondo, ale Izabelę Aragońską, córkę następcy tronu Neapolu Alfonsa II i Marii Ippolity, żonę Gian Galeazzo Sforza, księcia Bari i Mediolanu. Dlatego księżniczka w 1488 r., która przeniosła się do Mediolanu, poznała Leonarda da Vinci


Już Robert Payne, który napisał biografię Leonarda da Vinci w 1978 r. zasugerował, że Izabela Aragońska jest Moną Lisą. Zdał z tego sprawę gdy zobaczył jej rysunkowy portret wykonany w  Mediolanie, gdy miała niewiele ponad dwadzieścia lat, obecnie znajdujący się w Hyde Collection w Glen Falls w Nowym Jorku.
 

Zagadkowy wyraz twarzy Mony Lisy jest łączony z opisem stanu ducha Izabeli, który księżna określiła w jednym z listów z 1500 r. podpisując się jako samotna w nieszczęściu.  A to dlatego, że po śmierci męża w 1494 roku, która prawdopodobnie została spowodowana zatruciem arszenikiem dokonanym przez krewniaka, Ludovico „Moro” Sforza, księcia Mediolanu, życie księżny stało się bardzo trudne.
 

Księstwo jej ojca został zajęte przez armię Karola VIII króla Francji, którzy uzurpowali sobie prawo do tronu Neapolu, wydziedziczając i więżąc jej syna Francesco. Młoda księżna, w ciąży, popadła w głęboką depresję, z której wyszła dopiero na początku następnego roku, kiedy porzuciwszy dwór w Pawii, przeniosła się do Mediolanu. Kilka lat później nie mogąc znieść intryg Ludovica wróciła do Neapolu a następnie do Bari. W 1512 roku na księżne spadło kolejne nieszczęście, jej pierworodny syn Francesco spadł z konia i zmarł…  Jednak Izabela nie poddawała się, w 1518 roku jej córka Bona Maria stała się królową Polski (portret Bony poniżej). Księżna nawet planowała podróż do naszego kraju, po tym, gdy urodził się jej wnuk, ale zdrowie jej już na to nie pozwoliło. Zmarła w 1524 roku…

A zatem Mona Lisa według niedawnych badań Maike Vogt-Lüerssen (LINK)  to księżna - wdowa, a jej uśmiech wynika ze smutku, jaki był wówczas jej udziałem. Portret jest więc hołdem złożonym Izabeli Aragońskiej i jej wyidealizowanym przedstawieniem. Malarz i księżna przyjaźnili się, istniała między nimi głęboka więź, co wyjaśnia przywiązanie artysty do obrazu.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 2 maja 2024

Umiejętności muzyczne Leonardo da Vinci, czyli o drugiej twarzy Mona Lisy

Niedawno, przy opisie ukrytego we fresku Leonardo da Vinci (1452-1519) zapisu requiem wspomnieliśmy, że wielki włoski, renesansowy malarz, rzeźbiarz, wynalazca, architekt, matematyk, astronom, inżynier, anatom, geolog, kartograf, botanik i pisarz był także znakomitym muzykiem (LINK). Z notatek jego współczesnych, a przede wszystkim jego biografa Giorgio Vasariego wiemy, że nie tylko świetnie grał na flecie i lirze, ale także śpiewał bosko bez żadnego przygotowania.


Lira da braccio na której grywał Leonardo była instrumentem bardzo podobnym do dzisiejszych skrzypiec, modnym w ówczesnych kręgach intelektualnych. Było w dobrym tonie popisywać się umiejętnościami improwizacyjnymi na tym instrumencie. Używali go poeci i humaniści tacy jak Angelo Poliziano, Marsilio Ficino i Pico della Mirandola. Umiejętności muzyczne Leonardo stały się powodem, dla którego został życzliwie przyjęty przez księcia Mediolanu Lodovico il Moro. Jak to relacjonuje Vasari: Leonardo eskortowanego do Mediolanu, poprzedzała wielka fama, tak więc został przedstawiony księciu jako ten który umiał grać na lutni, instrumencie, który książę bardzo cenił. Przywiózł on z sobą instrument, który własnoręcznie wykonał, nowy i dziwny przedmiot, zrobiony głównie ze srebra, w formie czaszki konia. W użyciu instrument był silniejszy, a brzmienie miał dźwięczniejsze niż inne, przez co przewyższał muzyków, którzy tam odbywali konkurs muzyczny. Był bowiem Leonardo jednym z najlepszych improwizatorów swoich czasów.

Pierwszy nauczyciel malarstwa Leonarda da Vinci we Florencji, Andrea del Verrocchio, był także muzykiem, podobnie jak wielu innych malarzy tamtego okresu. Można sobie wyobrazić atmosferę panującą w takim warsztacie, z Botticellim, Perugino, Ghirlandaio, Lorenzo di Credim przy pracy… Tworzyli obrazy a w przerwach śpiewali i grali. Muzyka cały czas była obecna w ich życiu, Vasari opowiedział nawet o okolicznościach malowania samej La Giocondy: Wraz z Moną Lisą (która była niezwykle piękna) Leonardo wpadł na pomysł zapraszania śpiewaków, muzyków i klaunów, aby występowali podczas pozowania, aby wprowadzić ją w wesoły nastrój i wyeliminować rys melancholii, jaki malarstwo często nadaje portretom; na tym był uśmiech tak przyjemny, że wydawał się raczej boski niż ludzki; ci, którzy to widzieli, byli zdumieni, bo wydawało się, że obraz żyje.

Sam Da Vinci w traktacie o malarstwie chwalił pracę malarza, stwierdzając, że twórczość ta jest znacznie bardziej uprzywilejowana niż rzeźbienie, a wszystko dlatego, że malując może słuchać muzyki: [Malarz] siada przed swoim obrazem, bardzo swobodnie: dobrze ubrany, trzyma lekki pędzel, nakłada przyjemne kolory, ubrany tak, jak mu się podoba; jego mieszkanie jest czyste i wypełnione pięknymi obrazami, a w swojej pracy często może towarzyszyć mu muzyka lub lektura różnorodnej literatury pięknej, której może słuchać z wielką przyjemnością, bo nie przeszkadzają mu uderzenia młotków rzeźbiarza lub jakikolwiek inny taki hałas.

Ale Leonardo nie byłby sobą gdyby tylko słuchał lub wykonywał utwory muzyczne - opracował projekt nowego instrumentu, który nazwał viola organista. Można opisać go na podstawie zachowanych rysunków genialnego malarza jako skrzyżowanie klawesynu i wiolonczeli. Współcześnie, od 2009 roku, po pięciu latach badań, udało się odtworzyć ten instrument właśnie na podstawie XV-wiecznych projektów artysty. Do tego czasu instrument ten istniał jedynie na kartach Codex Atlanticus (1478) jego autorstwa. Do powstania tego urządzenia głównie przyczynił się Sławomir Zubrzycki, polski kompozytor i pianista. Instrument pierwszy raz został pokazany na wystawie Discovery Times Square Exposition Leonardo da Vinci's Workshop w Nowym Jorku. I zadziwił swoim dźwiękiem 

Niestety, kompozycje da Vinci (poza 40 sekundowym utworem z Ostatniej Wieczerzy) nie zachowały się. Artysta improwizował i po jego repertuarze nie zachował się żaden ślad… Niemniej muzykolodzy podjęli próbę stworzenia ścieżki dźwiękowej, która przypominałaby brzmienie z czasów Leonarda. W efekcie powstała płyta Shaping the Invisible złożona z utworów współczesnych artyście (LINK). Leczy czy tego słuchał malarz, niestety nigdy się nie dowiemy.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

wtorek, 23 kwietnia 2024

Ukryte treści na fresku Ostatnia Wieczerza Leonarda Da Vinci

Ostatnia wieczerza to drugi po Mona Lisie najbardziej znany obraz namalowany przez Leonarda Da Vinci. Na temat tego dzieła powstała masa książek a ostatnio także filmów. Ilość interpretacji z tym związana poraża, w zasadzie znaleziono na nim niemal wszystko, od UFO po dowody na tajne życie Jezusa Chrystusa


Wzbudzające sensacje malowidło to właściwie wykonany w latach 1494–1498 fresk zdobiący ścianę refektarza, czyli jadalni, w klasztoru franciszkanów przy kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie we Włoszech. Obraz jest ogromny – ma wymiary 4,6 na 8,8 metra. Tytuł Ostatnia wieczerza, opisuje dokładnie kluczowy moment przekazani za pośrednictwem ewangelicznej narracji św. Jana (13:21),  jak to podczas ostatniego posiłku, jaki Jezus spożył z 12 apostołami, zanim został aresztowany i ukrzyżowany ci dowiadują się, że jeden z nich jest zdrajcą. Leonardo pokazał szok odczuwany przez naśladowców Chrystusa kiedy o tym słyszą.


I gdy wydawało się, że o fresku napisano już wszystko, w 2007 roku muzyk i technik komputerowy Giovanni Maria Pala ogłosił, że odkrył zaszyfrowaną na obrazie, ukrytą partyturę uroczystego hymnu, brzmiącą niczym żałobny utwór. Zauważył mianowicie, że chleb i ręce Apostołów to nuty, które gdy doda się do nich pięciolinię i zacznie czytać, zgodnie z manierą Leonarda z prawej do lewej, układają się muzykę. Co więcej, sposób usadzenia w trzyosobowe grupy Apostołowie są wskazówką, że kompozycję trzeba grać w metrum 3 / 4.


Ale to nie wszystko: Pala zauważył, że na obrusie, przy nutach można dopatrzeć się dziwnych symboli – podobnych do starożytnego pisma klinowego. Zbadane przez księdza Luigiego Orlando, biblistę na Papieskim Uniwersytecie Antonianum w Rzymie, pismo klinowe okazało się podobne do sentencji napisanej w starożytnym języku hebrajskim: bo nezer usbi, co oznacza z Nim poświęcenie i chwała.

Odkrycie Pali może być całkiem prawdopodobne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Leonardo był utalentowanym muzykiem, grał na lirze, projektował różne instrumenty i pisał zagadki muzyczne, które czytano od prawej do lewej (takie zaszyfrowane zapisy nutowe nie są czymś nowym, o innym, autorstwa Hieronima Boscha pisaliśmy TUTAJ). Co z tego wynika? Otóż te rewelacje ukazują malarza zupełnie różnego od przypinanych mu fikcyjnych cech osobowości. Leonardo nie był heretykiem, jak niektórzy uważają. Był głęboko i autentycznie wierzącym w Boga człowiekiem…

Zainteresowanych okryciem G.M. Pali odsyłamy do jego książki: La Musica Celata, która potwierdza, że życie przynosi rozwiązania znacznie ciekawsze od najbardziej zawiłej fikcji.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Isolations News 278. Reaktywacja Yes? Fish się żegna, Gallagher i Squire nowy album, John Foxx - książka, Frank Farian RIP, Marr wściekły, Grace Jones w Stockport, oblana Mona Lisa, stypendia Abbey Road Studios, transplantacje włosów, muszle pustelników, rewolucja w krawiectwie i twój pies woli elektryka


Manchester, jak zawsze na początku. Tutaj Liam Gallagher z Oasis i John Squire ze Stone Roses podzielili się szczegółami na temat swojego debiutanckiego, wspólnego albumu. Nowe wydawnictwo, zatytułowane po prostu Liam Gallagher & John Squire, ukaże się 1 marca. Na zachętę dostępny jest singiel z tej płyty Mars to Liverpool, który gra powyżej.


Za to Lennon Gallagher (syn frontmana Oasis Liama Gallaghera) udostępnił nowy utwór zatytułowany Liquify, nagrany przez jego zespół Automotion. Lennon a jednak nie Lennon...


Jeszcze Manchester - David Haslam zapowiedział wydanie nowej książki: Strawberry and the Big Apple: Grace Jones in Stockport, 1980, która ukaże się 11 kwietnia. Jest to ósma książka z cyklu Art Decades. Opowie o Grace Jones, która odwiedziła Stockport w 1980 roku, aby spotkać się z A Certain Ratio w celu nawiązania współpracy. Przedsprzedaż TUTAJ.


Były gitarzysta The Smiths, Johnny Marr, zareagował wściekłością na wieść o tym, że muzykę zespołu odtwarzano podczas wiecu Donalda Trumpa. Informację o tym na platformie X skomentował radą, aby zamknąc to g...no natychmiast (LINK). Morrissey się jednak nie mylił w stosunku co do Marra...

 

Jeśli pojawiła się polityka, trudno nie wspomnieć o naszym ukochanym rządzie i mocnych filarach intelektualnych na których się opiera. Niemcy zawsze mieli kiepskie poczucie humoru, o tym pisał już sam Nietzsche, dodatkowo śmierdzą piwem i kiełbasą (to też Nietzsche)... 

Co może uratować umierającą blondynkę?
- Transplantacja włosów.

Skoro wkroczyliśmy w obszary poczucia humoru Niemców... 
Ten portal też sprzyja rządowi. I jak tu się nie dziwić, że Wyborcza jest na skraju bankructwa...

Z drugiej strony żeby pies wolał elektryka...

Dwie blondynki patrzą na księżyc.
– Myślisz, że tam jest życie? – zastanawia się jedna.
– Pewnie, przecież pali się światło!

 

Skoro pojawiły się nasze czworonogi - właściciele psów we włoskiej prowincji Bolzano są zmuszeni dostarczyć próbkę DNA swoich zwierząt do miejskiego laboratorium weterynaryjnego. Po co? Kupa ich psa znaleziona na miejskim trawniku zostanie poddana analizie, po czym właściciel psa będzie namierzony i ukarany grzywną w wysokości od 50 do 500 euro (wysokość kwoty dobierana będzie na podstawie rangi miejsca czy od wielkości kupy?). Bo zamiast pozostawić psi ekskrement na trawniku, gdzie rozłoży się w przeciągu kilku tygodni, powinien go włożyć w foliową torebkę, w której zostanie zachowany dla przyszłych pokoleń... (LINK).

Brunetka, kupując od blondynki psa, pyta:

– Czy ten pies ma drzewo genealogiczne?
– Nie, załatwia się przy każdym drzewie.

Od pewnego czasu UK, mimo że nie jest już w Unii Europejskiej, chce ciągle jej dorównywać poziomem idiotyzmów. Abbey Road Studios ogłosiło nabór kandydatów do programu stypendialnego wyrównywania szans na rok 2024. Stypendium pokryje czesne i koszty utrzymania dwóch studentów ze środowisk wykluczonych społecznie, którzy będą mogli dzięki temu odbyć roczny kurs Advanced Diploma in Music Production and Sound Engineering. Preferowane jest pochodzenie czarne, azjatyckie lub mniejszości etniczne, a także kobiety i osoby z gospodarstw domowych o niskich dochodach. Laureaci będą mogli odbyć także roczny staż w Abbey Road Studios. Zgłoszenia można składać do 15 marca TUTAJ.

Inne brytyjskie wynalazki. Od 27 stycznia w Wielkiej Brytanii w Bristolu działa pierwsza usługa sprawdzenia posiadanych narkotyków pod kątem ich zanieczyszczenia substancjami trującymi. Punkt ma działać w jedną sobotę miesiąca, inicjatywa ta powstała poprzez współdziałanie organizacji charytatywnej The Loop , Bristol Drugs Project (BDP) i Rady Miasta w Bristolu (LINK).

Pijani kierowcy przejeżdżają znak stop bez zatrzymywania.
Kierowcy po narkotykach zatrzymują się i czekają aż będzie zielony.


Skoro wylądowaliśmy w UK - Fish zapowiedział ostatnią trasę koncertową po której przejdzie na emeryturę. Wystartuje w październiku i zagra w Polsce aż cztery razy. Bilety na koncerty trafią do sprzedaży 2 lutego, wszystkie szczegóły, w tym linki do biletów, będą tego dnia dostępne na jego stronie internetowej (LINK).


Inny news o progrocku. Jon Anderson  powiedział, że jest otwarty na ponowne spotkanie ze swoimi byłymi  kolegami z zespołu Yes: Stevem Howe i Rickiem Wakemanem. W nowym wywiadzie dla Mojo piosenkarz powiedział, że nadal uważa się za część swojego starego zespołu, mimo że opuścił Yes w 2008 roku. Tymczasem na początku zeszłego tygodnia Wakeman ogłosił że ruszy w swoją ostatnią solową trasę koncertową, podczas której będzie wykonywał nową muzykę opartą na utworach Yes (LINK).


Za to John Foxx zapowiedział wydanie nowej książki - o swoich pracach plastycznych: rysunku, fotografii, malarstwa, grafiki, rzeźby i kolażu. Powstała we współpracy z uznanym grafikiem Jonathanem Barnbrookiem i ma liczyć 224 strony. Electricity And Ghosts, bo taki tytuł nosi, będzie dostępne w 2 wersjach, z których jedna, specjalna, opatrzona zostanie autografem autora i oferowana w specjalnej obwolucie z niepowtarzalnym nadrukiem graficznym. W przedsprzedaży jest ze zniżką (LINK).


Z kolei ostatnia książka Neila Pearta Silver Surfers jest już gotowa do publikacji. Opowiada o obsesji muzyka na punkcie samochodów sportowych z lat sześćdziesiątych. Silver Surfers, której premiera odbędzie się 7 maja za pośrednictwem Insight Editions, można już zamawiać w przedsprzedaży na stronie internetowej Rush. 96-stronicowa książka zawiera także przedmowę napisaną przez wdowę po perkusiście, Carrie Nuttall-Peart (LINK).


Skoro mówimy o tych których już nie ma z nami - Naomi Watts powiedziała, że nigdy nie pogodziła się z tragiczną śmiercią ojca. Peter Watts, inżynier dźwięku w Pink Floyd, zmarł w wieku 31 lat w wyniku przedawkowania heroiny, kiedy Naomi miała siedem lat. Watts, która jest pisarką promuje obecnie nową serię antologii FX Feud: Bette and Joan, która koncentruje się na różnych słynnych waśniach np.: Bette Davis i Joan Crawford, a także tarciach między Trumanem Capote i elitami Nowego Jorku (LINK).

W wieku 82 lat zmarł niemiecki producent muzyczny Frank Farian – założyciel zespołu disco Boney M. powstałego w 1976 roku. Grupa ma na swoim koncie szereg hitowych singli, w tym Daddy Cool, Rasputin i Rivers of Babylon. Farian założył także duet Milli Vanilli. Artysta urodził się jako Franz Reuther w 1941 roku w Kirn w południowo-zachodnich Niemczech. Z wykształcenia był kucharzem, lecz jednocześnie rozwijał karierę muzyczną – najpierw jako piosenkarz, a następnie producent. Współpracował z takimi artystami jak Meat Loaf i Stevie Wonder i podobno sprzedał około 800 milionów płyt (LINK).

Ten news wiąże się z dwoma powyżej, Bobby pięknie tańczył bo zwykle był na koce...

Dyskoteka. Jakaś para tańczy mocno zbliżona do siebie... Jeden taniec, drugi. W końcu panna mówi:
- A Ty co? Blenda-med używasz?
- No jasne... A co, zęby białe?
- Eee nie... Jajka twarde.


W temacie wapnia i zwierząt. Kraby pustelniki na całym świecie, które używają porzuconych muszli dla ochrony swoich ciał, coraz częściej wybierają zamiast naturalnych muszli odpadki z tworzyw sztucznych. Podobno naukowcy byli załamani tym odkryciem, widząc, w jakim stopniu zwierzęta te chętnie żyją pośród śmieci. Dla nas interesujące jest to, że problem wprowadzili do nauki polscy badacze (LINK), (LINK). Zauważyli oni na przykład, że lżejsze, plastikowe muszle mogą nawet pomóc przetrwać mniejszym i słabszym krabom, ponieważ są łatwiejsze do przenoszenia. I łatwiejsze do zdobycia. W rezultacie 80% skorupiaków spaceruje po dnie morza z nakrętką od napojów lub obsadką żarówki na grzbiecie.

Poszedł ślimak do łazienki i zabrał muszlę.


Skorupiak ma muszlę a my ubranie. Nadeszła rewolucja w krawiectwie. Robert Spangle, żołnierz piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych, praktykant na Savile Row i fotograf dokumentujący wszystko, od stylu ulicznego Pitti Uomo po wojnę na Ukrainie,  oficjalnie ogłosił  innowację w modzie męskiej poprzez garnitur STRO. Jest to w zasadzie kombinezon, w którym przewidziano miejsce dla trzech przedmiotów, bo według Spangle tylko te są używane w obecnym czasie: portfela kluczy i telefonu. Garnitur zatem zapewnia szybki do nich dostęp dzięki dwóm kieszeniom umieszczonym wewnątrz poły dwurzędowej marynarki. Krawcowa Sartoria Caracciolo, która blisko współpracowała ze Spangle nad udoskonaleniem projektu, jest na razie jego wyłącznym producentem. Kombinezon STRO kosztuje 2800 dolarów gdy jest szyty na miarę lub 2600 dolarów gdy kupuje się produkt masowy. Jest także wersja jednorzędowa, za odpowiednio 2000 i 1800 dolarów. Podobno już są chętni (LINK).

Pielęgniarze sprowadzają po schodach gościa w kaftanie. Solidnie skrępowany, krzyczy, że to pomyłka i jedyna wolną częścią ciała, brodą,wskazuje żonę stojąca w drzwiach.

- To ją mieliście zabrać... Pomyłka...
- Ależ proszę się uspokoić! Idziemy! To zupełnie normalne kupić odkurzacz na raty.
- Ale nie takie raty! Nie na trzydzieści lat...


Skoro o wariatach news dosłownie sprzed chwili. Francuscy aktywiści ekologiczni oblali niezidentyfikowaną substancją obraz Mona Lisa namalowany przez Leonarda da Vinci (LINK).

Mój śp. dziadek by powiedział: na 20 lat do kamieniołomów...


Teraz o innym dziele sztuki. Odnaleziony niedawno obraz Gustava Klimta, Portret Fräulein Lieser, który zaginął prawie sto lat temu podobno wiosną trafi na sprzedaż do wiedeńskiego domu aukcyjnego im Kinsky, szacowana cena to 54 miliony dolarów. Klimt prawdopodobnie zaczął malować portret w 1917 roku, zaledwie rok przed śmiercią.  Co działo się z nim po 1925 roku jest tajemnicą. Podobno w latach 60. XX wieku został sprzedany, a obecny właściciel go odziedziczył (LINK).
 

Kiedy powstaje ten post jest pora obiadowa. Warto więc na koniec napisać coś o jedzeniu. Co jedli ludzie na zachodnim wybrzeżu Skandynawii 10 000 lat temu? Otóż dzięki odnalezieniu czegoś co można uznać za prototyp gumy do życia, czyli rodzaju żywicy, zbadano przylepione do niej resztki jedzenia i ich DNA. Na tej podstawie stwierdzono, że pradziejowy nastolatek jadł mięso jelenia, pstrągi i orzechy laskowe. A poza tym cierpiał na choroby przyzębia (LINK).

Mięso i to zwierząt? Dobrze że chociaż nieludzkich... 

Kowalski mówi do żony:
- Kochanie, wyglądasz tak, że najchętniej bym Cię zjadł.
- To co cię powstrzymuje??
- Cholesterol...  
 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 11 stycznia 2024

Ile warta jest kopia (?) Salvator Mundi ?

Ile może być warta kopia? Kopie Mony Lisy, najsłynniejszego obrazu na świecie szybko sprzedają się na aukcjach za spore pieniądze (o kilku obrazach z Mona Lisą oraz o obrazie Salvator Mundi pisaliśmy TUTAJ). Jednak po tym, gdy kopia innego, domniemanego dzieła Leonarda da Vinci, czyli Salvator Mundi, została sprzedana 28 listopada ubiegłego roku podczas internetowej wyprzedaży Old Masters zorganizowanej przez Christie's Paris, za ponad 1 milion euro, trzeba uznać, że wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu jest związane z Leonardem, jest warte mnóstwo pieniędzy. 

Zlicytowany teraz obraz zawsze uważany był za kopię, ale wykonaną prawie sto lat po oryginale. Dlatego zakładano, że jest wart góra 10 000–15 000 euro. Ale przypomnijmy, że w 2017 roku Christie's sprzedał obraz Salvator Mundi za 450 milionów dolarów. Obecnie ma on pewnie jeszcze większą wartość. Ale cena kopii była wielką niespodzianką – obraz należał do kolekcjonera i handlarza dziełami sztuki Raymonda Hekkinga, który kupił go za równowartość 5 euro na południu Francji i aż do swojej śmierci w 1977 r. był przekonany, że ma oryginał.

Na pierwszy rzut oka zdjęcie paryskiego malowidła nie potwierdzało wartości dzieła. Obraz o wymiarach 63,2 x 51 cm, wykonany na desce topolowej, był opisany w notatkach katalogowych domu aukcyjnego jako szkoła włoska, [około] 1600 roku, według Leonarda da Vinci. Zdjęcie ujawniło poza tym znaczne uszkodzenia warstwy malarskiej, odsłaniające grunt, twarz Chrystusa była nie tyle namalowana co jakby przemalowana. Zauważono także inną różnicę: otóż rękaw szaty przy błogosławiącej dłoni Chrystusa różni się od obrazu saudyjskiego i niemal wszystkich znanych kopii, gdzie widać było tylko luźno zwisający kawałek materiału. Zamiast tego na kopii mamy coś, co wygląda jak mankiet koszuli zapinany na guzik. Podobne rozwiązanie znane jest z zaginionego obecnie rysunku, który nazywany był Worsley /Yarborough Salvator Mundi i przechowywany był w zbiorach Royal Collection Trust na zamku w Windsor. W zasadzie był to szkic draperii wykonany czerwoną kredą z detalami ukazującymi rękawy z mankietami.


Martin Clayton, szef działu rycin i rysunków w Windsorze zasugerował nawet, że mogły istnieć dwie oryginalne wersje Salvatora Mundi. Jego wnioski, oparte na skrupulatnych badaniach kompozycji i techniki powiązanych z przedstawieniem rysunków przygotowawczych draperii Leonarda zostały zaprezentowane na konferencji zorganizowanej przez profesora Franka Zöllnera w Lipsku, poświęconej tylko temu dziełu i mającej na celu rozwiać kontrowersje wokół obrazu narosłe po sprzedaży Salvator Mundi księciu Mohammedowi bin Salman. Zauważył wtedy, że w spuściźnie Leonarda pozostały dwa rysunki studyjne określone przez jego asystenta Francesco Melziego numerami 214 i 218, i datowane na około 1508-1510. 


Clayton zwrócił uwagę na liczne, malowane warianty kompozycji Salvatora Mundi,: z których najważniejsza jest wersja znajdująca się wcześniej w zbiorach Worsley i Yarborough, a ostatnio widziana na aukcji w Reims w 1962 r.; druga wersja opisywana jako tzw. wersja Ganay, wystawiana w Luwrze na wystawie Leonardo da Vinci w latach 2019-20 (na tej wystawie, na której nie pojawiła się wersja saudyjska).


I teraz niektórzy zastanawiają się, czy obraz zlicytowany niedawno na aukcji Christie’s nie jest być może kolejną wersją tego samego tego samego tematu wykonaną przez Leonarda? Nie wiadomo na razie co sądzić o tym obrazie. Trudno jednak uwierzyć, że obraz Ganay’a pochodził z pracowni Leonarda. Mógł przecież zostać wykonany przez artystę lub artystów, którzy znaleźli rysunki i karykatury w pracowni Leonarda po jego śmierci. Na ich podstawie sporządzili kopie oryginalnego Salvatora Mundi Leonarda… Alternatywnie, obraz jest dziełem samego Leonardo da Vinci
 

Obraz nie został przebadany, nie wykonano żadnych przy nim ekspertyz związanych z ustaleniem użytych pigmentów czy innych tego typu analiz. Tak więc po drugiej Monie Lisie mamy kolejny obraz budzący mocne namiętności i spory wśród specjalistów. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 9 grudnia 2023

Isleworth Mona Lisa: Prawdopodobnie wczesna wersja Mony Lisy?

Znane dzieła sztuki zawsze przyciągają różnych maści fałszerzy, czy innych amatorów łatwego zarobku. Ilość domniemanych prac Leonardo da Vinci jest spora, o uznanie niektórych toczą od lat boje eksperci, o jednym takim obrazie pisaliśmy TUTAJ a dzisiaj opowiemy o kolejnym. Jest to ni mniej ni więcej tylko prawdopodobnie wczesna wersja Mony Lisy, nazywana Isleworth Mona Lisa, wystawiona obecnie w galerii Promotrice delle Belle Arti w Turynie.

Czym jest ten obraz? Jest to portret kobiety upozowanej i fizycznie bardzo podobnej do Mony Lisy wystawianej w Luwrze, różniący się od niej nieco tłem oraz wyrazem twarzy, podobno młodszej i znacznie szczęśliwszej od słynnego oryginału. Wiemy o nim stosunkowo niewiele. Pierwsza pewna informacja pochodzi z 1778 roku. Wtedy został zakupiony przez rodzinę  Montacute i sprowadzony do ich siedziby w Anglii. W 1913 roku odkupił go  od nich marszand Hugh Blakera z Isleworth w zachodnim Londynie i od jego posiadłości druga Mona Lisa nosi swoją nazwę.


Kiedy Blaker i członkowie jego rodziny zmarli, w 1947 roku obraz został sprzedany amerykańskiemu kolekcjonerowi Henry’emu Pulitzerowi, który większość swojego życia poświęcił próbom udowodnienia, że jest to dzieło da Vinci. Napisał nawet książkę na temat swoich ustaleń. Kiedy zmarł jego spadkobierca przekazał obraz konsorcjum anonimowych osób, które przez 40 lat trzymały go w skarbcu szwajcarskiego banku. Po latach osoby te założyły Fundację Mona Lisy (LINK). Teraz dzieło zostało wydobyte na światło dzienne i pokazane światu jako pierwsza Mona Lisa.

Co można potwierdzić lub wykluczyć? Na pewno można prześledzić historię obrazu do połowy XIX wieku, dokładnie do 1856 roku, kiedy Hugh Blaker zobaczył obraz zatytułowany La Joconde na wystawie sztuki w mieście Yeovil i kupił je dwa lata później. Cofając się w głąb czasu, podobno odnaleziono dokument stwierdzający, że młody szlachcic z Somerset, James Marwood z Montacute Hall, był właścicielem obrazu Leonarda znanego jako La Joconde, który prawdopodobnie kupił podczas podróży po Włoszech około 1778 roku. Ale od kogo go kupił i gdzie – tego nie ustalono. Niemniej Fundacja, do której należy sporna Mona Lisa przytacza bliżej nieudokumentowaną informację jakoby florencki kupiec Francesco del Giocondo zamówił z 1503 roku Mona Lisę z Isleworth, a Giuliano de' Medici, patron Leonarda, kilka lat później obraz wiszący w Luwrze. Jednak inne elementy budzą wątpliwości. Na przykład technika i podobrazie.  Eksperci zauważają, że portret z Isleworth jest wykonany na płótnie. Chociaż Leonardo od czasu do czasu malował na płótnie, ogólną zasadą było, że znaczna większość a przynajmniej obrazy uznane za zakończone zostały wykonane na drewnie.  Jednak Fundacja powołuje się także na inwentarz majątku z 1525 r. sporządzony przez służącego Leonarda, w którym odnotowano Monę Lisę nadal znajdującą się w kolekcji artysty – mimo że od 1517 roku Mona Lisa była już częścią francuskiej kolekcji dzieł sztuki królewskiej. I jeszcze sposób malowania. Tak zwana pierwsza Mona Lisa nie została namalowana techniką sfumato, czyli wykorzystującej nakładanie warstw w celu uzyskania płynnych przejść między kolorami i tonami, tak jak to miał w zwyczaju Leonardo.
 

Jak możemy zauważyć, wątpliwości i niedomówień jest sporo. Może aby się ich pozbyć należałoby osobiście obejrzeć obraz? Dzieło w Luwrze widziane na reprodukcjach nie robi specjalnego wrażenia. Trzeba je zobaczyć w muzeum, aby zrozumieć na czym polega jego fenomen i dlaczego oddziałuje na kolejnych malarzy od tylu stuleci (jak choćby TUTAJ).  
 

Pierwszą Mona Lisę można oglądać – jak zaznaczyliśmy na wstępie - w Promotrice delle Belle Arti w Turynie do 26 maja 2024 roku…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 8 lipca 2023

Rozwiązano zagadkę kuli w Salvator Mundi Leonardo da Vinci: Jezus jest Zbawicielem Kosmosu

W ostatnią sobotę opisaliśmy najdroższy obraz świata, czyli Salvator Mundi przypisywany Leonardo da Vinci (LINK). Wiąże się z nim jeszcze jedna tajemnica, którą odkryli informatycy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine. Stworzyli oni wirtualną kopię obrazu, aby przeanalizować detal jakim jest kula trzymana przez Chrystusa w lewej ręce. To głównie przez nią niektórzy eksperci powątpiewali w autorstwo Leonarda. Bo kula na obrazie nie załamuje według nich światła realistycznie, w odróżnieniu od kul na późniejszych kopiach dzieła. I nie jest to sprawa obojętna, bo jak zauważył Michael Daley, dyrektor ArtWatch UK, jest mało prawdopodobne, aby Leonardo, który wiedział wszystko o optyce, tak po prostu postanowił nie zawracać sobie tym głowy





Naukowcy z Irvine, czyli Marco Zhanhang Liang, Michael T. Goodrich i Shuang Zhao opublikowali niedawno artykuł (TUTAJ), w którym przeanalizowali kulę przy pomocy wielu programów do trójwymiarowego modelowania i animacji a następnie zsyntetyzowali sposób, w jaki kule z różnych materiałów odbijałyby postać Chrystusa. Z wykonanych zadań wysnuli następujący wniosek: Gdyby kula ziemska była litą bryłą, zachowywałaby się jak wypukła soczewka, odwracająca i powiększająca wszystko, co znajduje się za nią, a tego na obrazie nie ma. Jednak rendering kuli na obrazie może nadal być bardzo precyzyjny - jeśli przedstawiona szklana kula jest pusta. To wyjaśniałoby minimalne zniekształcenie sposobu, w jaki namalowana jest szata Chrystusa widziana przez nią. Pusta kula nie powoduje zniekształceń. Co więcej, po zbadaniu, jak światło załamuje się w różnych typach kul, informatycy oszacowali, że kula w Salvator Mundi ma promień 6,8 cm i znajduje się 25 cm przed figurą Jezusa. Grubość jej ścianek, biorąc pod uwagę te proporcje, nie przekracza więc 1,3 milimetra. Cienie obrazu sugerują ponadto zastosowany przez malarza sposób oświetlenia: pada z góry i jest rozproszone. Leonardo był zafascynowany sposobem, w jaki szkło reaguje na światło, prowadził nawet zeszyty, w których zapisywał diagramy dotyczące optyki. Dlatego wiedział w jaki sposób światło załamuje się na szklanej kuli i bez problemu umiał ją namalować i to z ogromną dokładnością.

To jednak jeszcze nie koniec sekretów związanych z Salvatorem Mundi i znajdującym się na nim przedmiotem. Trudne do zinterpretowania są również białe kropki, które da Vinci umieścił na kuli. Eksperci niedawno odkryli, że ich rozmieszczenie idealnie odwzorowuje położenie na niebie trzech najjaśniejszych gwiazd z konstelacji Oriona. Można zauważyć również, że wzmianki o Orionie pojawiają się z niezrozumiałych powodów nawet w Starym Testamencie: On stwarza gwiazdy: Niedźwiedzicę, Oriona, Plejady i konstelacje nieba południowego – możemy przeczytać w Księdze Hioba (Hi 9,9). W księdze Amosa także je wymieniono: Ten, co uczynił Plejady i Oriona przemienia ciemności w poranek, a dzień w noc zaciemnia, Ten, który wzywa wody morskie i rozlewa je po powierzchni ziemi - Pan jest imię Jego (Am 5,8) , a w końcu Izajasz: Bo gwiazdy niebieskie i Orion nie będą jaśniały swym. światłem, słońce się zaćmi od samego wschodu, i swoim blaskiem księżyc nie zaświeci (Iż 13,10).

Co to może oznaczać?  Badacze po dłuższych analizach są zgodni - Leonardo na obrazie pokazuje, że Jezus jest również Zbawicielem Kosmosu, a nie tylko Ziemi. Ikonograficznie więc trzy kropki na kuli odnoszą się więc do kosmosu i gwiazd, które w starożytnej kosmologii Ptolemeusza osadzone były w nieruchomej, krystalicznej oraz eterycznej kuli niebieskiej z Ziemią w centrum wszechświata. Widzimy zatem, jak ważne są szczegóły. I gdzie mogą zaprowadzić dociekliwych badaczy.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 1 lipca 2023

Tajemnicza historia Salvator Mundi Leonarda da Vinci (?)

Dwa lata temu (jak ten czas leci!) w poniedziałkowych newsach wspomnieliśmy o obrazie Salvator Mundi, który przypisywany jest Leonardo da Vinci (LINK). Dzieło znane jest poza tym głównie z rekordowej sumy, jaką zapłacił za nie ostatni nabywca, czyli 450 milionów dolarów, co czyni je najdroższym obrazem świata, ale także z długiej i obfitującej w nagłe zwroty akcji historii.


Nawet co do daty jego powstania wśród ekspertów istnieją spory. Przez jednych datowane jest na koniec lat 90. XV wieku, podczas gdy inni twierdzą, że zostało ukończone po 1500 roku. Istnieje także teoria sugerująca, że obraz był zamówiony dla króla Francji Ludwika XII i jego małżonki, Anny Bretońskiej, prawdopodobnie wkrótce po potyczkach o Mediolan i Genuę. Ale to tylko hipoteza, a z rzeczy pewnych wiemy, że obraz przywiozła do Anglii w 1625 roku francuska księżniczka Henrietta Maria, która poślubiła króla Anglii Karola I, znanego kolekcjonera sztuki. W 1650 grawer Wenceslaus Hollar wykonał według niego rysunek, który pozostał w królewskiej kolekcji.


Rok później obraz stał się własnością Karola II i był wymieniany w inwentarzu królewskim pod numerem 311 jako Leonard de Vinci. Przez całe panowanie Jakuba II, następcy Karola II, czyli od 1685 obraz prawdopodobnie pozostawał w Whitehall. Następnie przeszedł na własność Katarzyny Sedley, hrabiny Dorchester i kochanki Jakuba II, po czym… tajemniczo zniknął aż do końca XVIII wieku, podobno wrócił do jednego z klasztorów w Nantes. W następnych latach przechodził z rąk do rąk, uznawany za dzieło Bernardino Luiniego, naśladowcy da Vinci. W tym czasie obraz doznał wielu ingerencji, w tym przemalowania twarzy i włosów Chrystusa.  W 1958 roku obraz wystawił na sprzedaż w domu aukcyjnym Sotheby’s sir Francis Cook, właściciel znanej kolekcji. Wyceniono go na 45 funtów (!). Szczęśliwymi nabywcami stali się Warren i Minnie Kuntz, para z Nowego Orleanu. Po śmierci pani Kuntz drogą spadku wraz z resztą majątku przeszedł na własność jej siostrzeńca, Basila Clovisa Hendry'ego. Gdy ten zmarł w 2004 roku we wstępnej ocenie obraz został opisany jako Portret głowy Chrystusa ze szkoły europejskiej (XIX wiek) i oszacowany na zaledwie 750 dolarów. Dopiero w 2005 roku los Salvator Mundi diametralnie zmienił się. Obraz trafił do St. Charles Gallery, małego domu aukcyjnego w Nowym Orleanie. Nowy właściciel, marszand Robert Simon, dostrzegł w nim to coś i zasięgnął opinii Dianne Modestini, kierownika zespołu zajmującego się konserwacją malarstwa na jednej z uczelni w Nowym Yorku (dokładnie pilotującej Kress Program na Paintings Conservation w the Conservation Center of the Insitute of Fine Arts), która podjęła się konserwacji dzieła.



Od tego czasu otwiera się nowy rozdział w historii słynnego obrazu. Modestini rozpoczęła szeroko zakrojony proces badań i sporządziła dokładną dokumentację fotograficzną. A stan obrazu, zanim trafił w jej ręce był bardzo zły - wielokrotnie przemalowywany, a także poddawany bardzo agresywnym sposobom czyszczenia, utracił oryginalne warstwy malatury w okolicy twarzy Chrystusa. Konserwacja stała się więc okazją do ustalenia autentyczności z udziałem wielu specjalistów i ekspertów, w tym renomowanych instytucji, takich jak Metropolitan Museum of Art oraz innych muzeów i galerii w Stanach Zjednoczonych i Europie. Obraz przeszedł wiele badań wędrując wielokrotnie między rozmaitymi ośrodkami.

Warto zauważyć, że przedstawienia Jezusa w sposób odmienny, niż zwyczajowo, czyli prawie bez zarostu. Taki wizerunek Chrystusa charakterystyczny był dla sztuki wczesnochrześcijańskiej, w której ukazywano Zbawiciela w taki sam sposób jak Apolla. Zmiana nastąpiła w okresie panowania cesarza Konstantyna, pod wpływem Veraikonu, czyli chusty św. Weroniki. Odtąd zaczęto malować Chrystusa z falującymi, kręconymi włosami opadającymi na ramiona, z przedziałkiem pośrodku i z obfitą brodą. Ale w okresie renesansu, pod wpływem rzeźb starożytnych znów pojawiły się obrazy Chrystusa wzorowane na wizerunkach Apolla. W taki sposób przedstawił Zbawiciela Michał Anioł w Sądzie Ostatecznym w kaplicy Sykstyńskiej o czym pisaliśmy TUTAJ.



Renowacja Salvatora Mundi została zakończona w 2011 roku i obraz ponownie wszedł na rynek sztuki. W 2013 roku kupił go Yves Bouvier podczas aukcji Sotheby's Private Sales za 75 milionów dolarów aby trzy lata później sprzedać go rosyjskiemu oligarsze Dmitrijowi Rybołowlewowi za 127,5 miliona dolarów. W 2017 roku Rybolovlev sprzedał obraz za pośrednictwem Christie's za rekordową kwotę 450 milionów dolarów. Nabywca najpierw był anonimowy, jego personalia podał dopiero dziennikarz New York Timesa, David Kirkpatrick:  był nim książę Bader bin Abdullah bin Mohammed bin Farhan al-Saud, występujący w imieniu księcia Mohammeda bin Salmana z Arabii Saudyjskiej. Miejsce ostatecznego pobytu obrazu stało się przedmiotem spekulacji, wstępne doniesienia wskazywały, że został wystawiony w Luwrze w Abu Zabi, co jednak okazało się nieprawdą.

W grudniu 2019 r. Luwr w Paryżu przygotował tajną broszurę zatytułowaną Léonard de Vinci: Le Salvator Mundi, zawierającą wyniki szczegółowych badań. Książeczka opublikowana w Wydawnictwie Hazana autorstwa Vincenta Delieuvina, Myriam Eveno i Elisabeth Ravaud z laboratorium Luwru (C2RMF) bardzo krótko była do nabycia w księgarni w Luwrze, po czym została usunięta z półek. We wstępie dyrektor Luwru, Jean-luc Martinez uznał obraz za dzieło Leonardo (LINK). Wydawnictwo było reakcją Muzeum na skandal, jaki wydarzył się podczas odchodów 500 lecia urodzin genialnego artysty, oraz na film, który został wyemitowany w telewizji francuskiej. Według niego właściciel obrazu, następca tronu Arabii Saudyjskiej, Mohammed Bin Salman (MBS), który kupił obraz przez pełnomocnika od Christie's New York w listopadzie 2017 r., nalegał, aby oznaczyć go jako 100% Leonardo i umieścić obok Mony Lisy. Kiedy prezydent Macron odrzucił te warunki, MBS odmówił wypożyczenia obrazu. Macron miał działać rzekomo z inicjatywy dyrekcji Luwru, która wątpiła w autentyczność dzieła. Czy jednak wycofanie broszury ostatecznie nie potwierdza konkluzji zawartych w filmie? Bo nadal są eksperci, którzy skłaniają się ku tezie, iż obraz powstał w warsztacie Leonarda i podczas gruntownej renowacji przydano mu pewne cechy, których wcześniej mógł nie posiadać. Mimo kontrowersji większość ekspertów jest przekonanych o jego autentyczności i wyraża chęć wykonania dalszych analiz.




Ale gdzie teraz jest obraz? To pozostaje tajemnicą, podobno MBS trzyma go w specjalnym pomieszczeniu na prywatnym jachcie Serene. I ma tam pozostać do czasu, gdy ukończy budowę muzeum poświęconemu tylko temu jednemu dziełu.  

Skąd jednak tyle kontrowersji pomimo tylu badań? Otóż problemem są luki w roweniencji czyli historii pochodzenia i istnienia dzieła, od momentu powstania aż do tej chwili. Ma to ogromne znaczenie dla ustanowienia i potwierdzenia autentyczności. Idealna historia proweniencji zawiera udokumentowane nazwiska wszystkich poprzednich właścicieli oraz daty posiadania przez nich dzieła sztuki od momentu jego wytworzenia. Jeśli praca została otrzymana w spadku lub w darze, zakupiona na aukcji lub w galerii, znajdowała się w muzeum, uczestniczyła w wystawach, to dla proweniencji bardzo ważne są dokumenty, które będą to potwierdzać. Ich brak albo dłuższe okresy niewiedzy odnośnie losów dzieła działają na jego niekorzyść. Historia Salvator Mundi jest długa, rozciąga się od wytworzenia obrazu przez wielkiego mistrza Leonarda da Vinci do współczesności. I białe plamy w ciągu dziejów obrazu będą zawsze kłaść się cieniem na jego autentyczności…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 1 września 2022

Mona Lisa jakiej nie znacie

Wiemy kim są The Beatles. Wiemy także kim Pink Floyd. Jedna i druga formacja to już legendy. Muzycy pierwszej spowodowali tzw. beatlemanię, której oznaką było histeryczne zachowanie nastoletnich fanek. Czy jakieś inne zjawisko może się z tym równać? Otóż tak. Takim Beatlesem w dziejach sztuki jest Mona Lisa Leonardo da Vinci. Żadne dzieło nie budzi tylu emocji, z żadnym nie wiąże się tyle opowieści, żadne w końcu tak nie inspirowało, jak to niewielkie, w gruncie rzeczy płótno, o rozmiarach 77 cm na 53 cm.   

Przedstawia ono według najbardziej przypuszczalnych ustaleń Lisę Gherardini, żonę bogatego florenckiego kupca Francesco del Giocondo, choć niektórzy przeczą temu podając, że malarz wykonał portret anonimowej damy. 

Faktem jest, że tworzył go bardzo długo, bo aż 16 lat, od 1503 do 1519 roku, co według zwolenników jest dowodem na anonimizację modelki.  W każdym razie w 2019 roku minęło pięćset lat od namalowania dzieła, czyli pół tysiąca lat, aby uzmysłowić mocniej jaki jest to szmat czasu. Zaistniał na długo przed kalendarzem gregoriańskim, zanim rozpoczął się Sobór Trydencki, przed rzezią św. Bartłomieja we Francji, za to w tym samym czasie gdy Magellan opływał kulę ziemską, Cortez podbijał państwo Azteków, Luter ogłosił w Wittenberdze swoje tezy a do Polski przybyła królowa Bona…  


Mona Lisa jest dobrym obrazem. Dobrym w tym sensie, że namalowanym z wielką biegłością: Ukazuje młodą kobietę na tle krajobrazu, o miękkich rysach twarzy, z umiejętnie stosowanym sfumato, za pomocą którego Leonardo dowiódł znajomości anatomii i zręczności w subtelnym korzystaniu z efektów światłocienia. Ale czy to wystarczy, aby płótno osiągnęło status najsłynniejszego obrazu świata? Na taki tytuł zapracowały raczej rozmaite zbiegi okoliczności i meandry zdarzeń. Jednym z nich było przeniesienie płótna do Francji, dokąd przybyło wraz z Leonardem, który po secco do Roma w 1527 skorzystał z gościny Franciszka I. Król polubił obraz i ostatecznie umieścił go w Luwrze, gdzie pozostał już na zawsze. Tam przetrwał trudny czas rewolucji francuskiej, potem wojny Napoleona aż nadszedł wiek XIX. W epoce romantyzmu im bardziej mitologizowano geniusz Leonardo da Vinci, tym mocniej doszukiwano się w Giocondzie tajemniczości, w rezultacie stała się femme fatale, uwodzicielką owianą tajemnicą o zagadkowym uśmiechu.




Spirala popularności zaczęła się jednak nakręcać po kradzieży obrazu w sierpniu 1911 r. Związany z tym rozgłos zwrócił na niego uwagę opinii publicznej całego świata. Opisy dziennikarzy sprawiły, że przed pustą ścianą w Luwrze zaczęli gromadzić się ludzie po to tylko aby gapić się na pustą ścianę…. I dywagować. Po wielu spekulacjach i po dwóch latach obraz został odnaleziony na terenie Włoch. Sprawcę kradzieży spektakularnie aresztowano i skazano a Mona Lisa triumfalnie powróciła do Francji. To wydarzenie spowodował masowe upowszechnienie wizerunku dzieła, którego reprodukcje kolportowano na cały świat. I wtedy obraz znów zaistniał w kolejny sposób, jako bohater cudzej twórczości. W 1919 roku – w 400. Lecie powstania - Marcel Duchamp na pocztówce narysował na twarzy damy brodę i wąsy, a na dole dodał akronim LHOOQ (mający przywołać wulgarną frazę po francusku), co wywołało spory skandal. W efekcie inni artyści uznali, że przetwarzanie znanego portretu przyciągnie uwagę publiczności. Jednym z nich był Andy Warhol. I tak przez dziesięciolecia, wraz z rozwojem technologii, obraz nieustannie powielano, czasem przetwarzano, aż twarz na nim stała jedną z najbardziej znanych na świecie, nawet dla tych, którzy mało interesowali się sztuką.




Kolejnym wydarzeniem znów przyciągającym uwagę były podróże Mony Lisy do Stanów Zjednoczonych w 1963 i do Japonii w 1974. Portret dotarł do Stanów Zjednoczonych w kabinie pierwszej klasy na liniowcu oceanicznym i został wystawiony w Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie gdzie dziennie przychodziło około 40 000 osób. Kilkanaście lat później portret w Japonii witały już potężne witały tłumy. Co więcej, ponieważ podróże stały się coraz bardziej przystępne, coraz więcej osób mogło odwiedzić Paryż i osobiście złożyć hołd dziełu. Mona Lisa doczekała się   także milionów reprodukcji używanych w reklamie i środkach masowego przekazu co sprawiło, że Mona Lisa jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów wszechczasów.. Obraz był także obszernie prezentowany w dziełach literackich i filmowych. 

Obecnie wisi za kuloodpornym szkłem w Luwrze wystawiona każdego dnia na spojrzenia tysięcy przepychających się widzów, Jest już częścią popkultury. 



Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.