Refleksje po przeczytaniu książki. Zabierałem się za nią kilka razy, bowiem początek jest dość zniechęcający, pojawiają się nazwiska, których po części nie znałem. Ale im dłużej czyta się książkę Tomasza Lady, tym bardziej wciąga ona czytelnika.
Z życiorysu autora zamieszczonego TUTAJ, dowiadujemy się, że pisał dla Życia Warszawy, Faktu i innych redakcji, ale też dla prasy muzycznej np. Tylko Rocka i Bruma. Książka z 2022 roku w mojej ocenie spełnia dwa cele. Pierwszy to ostrzeżenie, czym kończą się narkotyki. To ślepa uliczka, zaczyna się zwykle od jointa z marihuany, a kończy śmiercią. Zazwyczaj w samotności i co jest najstraszniejsze, nie wiadomo w jaki sposób, bo po etapie marihuany pojawia się heroina, kompot, człowiek kończy jak nazywał ich Skandal z Dezertera (jeden z opisanych bohaterów) jako narciarz. Najpierw z grupą innych wychudzonych i włóczących się po centrach miast ćpunów, a później już samotnie, bo wszyscy dawni przyjaciele rozpływają się jak we mgle (to też cytat ze Skandala).
Pierwszy z trzech bohaterów książki to Janusz Rołt - legendarny perkusista projektów m.in. Brygada Kryzys, Armia, Lech Janerka. Geniusz perkusji, którego heroina sprowadziła na margines życia. Dzięki książce możemy poznać wiele szczegółów dotyczących kultowych dziś albumów, jak choćby Czarnej Płyty Brygady Kryzys. Chyba najbardziej zabawny fragment, pokazujący z kim muzykom przyszło nad nią pracować, dotyczy wspomnienia, kiedy po nagraniu albumu Rołt oświadczył że nie jest zadowolony ze swojej gry, i może zagrać lepiej. Okazało się, że jest leworęczny a perkusja była ustawiona dla muzyka praworęcznego...
Nie będę pisał streszczenia, szkoda obdzierać książki ze smakowitych kąsków, rozmówcy przytaczają fakty pokazujące kolejne fazy wzlotów i upadków genialnego perkusisty, w końcu AIDS (od strzykawek) i samobójcza śmierć.
Zdjęcie: se.pl
Drugim bohaterem jest Dariusz Hajn (Skandal) z Dezertera. I mamy podobny scenariusz, z tym że śmierć jest nie przez samobójstwo, tylko ... I tutaj częsta sytuacja spotykająca ludzi uzależnionych. Jak zmarł? Tego nie wie nikt... Podobnie było z Jimem Morrisonem, zresztą jest tutaj więcej podobieństw, nawet fizyczne.
Smutna historia, ale co ciekawe, niektóre z wypowiedzi są sprzeczne, czyli ktoś kłamie, co do faktu odejścia Skandala z Dezertera. Niemniej panowie jednak finalnie się pojednali bo Skandal zaśpiewał gościnnie w piosence Szwindel już po jego rozstaniu się z zespołem:
Droga była podobna, przeszedł na buddyzm, coraz więcej brał, haszysz, heroina, LSD, amfetamina. Finalnie: narciarz i śmierć. Nawet nie wiemy do końca jak, szkoda, że jego żona odmówiła autorowi wypowiedzi.
Zdjęcie: Wikipedia
Ostatni z bohaterów to Robert Sadowski (pseudonim Sadek), gitarzysta grup Madame, Deuter, Immanuel, Houk, Kobonq... Człowiek, który miał ogromny, wręcz niewyobrażalny wpływ na rodzimy underground. Kiedy usłyszał gitarę Jarosława Lacha z Aya RL postanowił kupić taką samą. Wtedy wszystko się zaczęło.
Miał w karierze okres fascynacji the Doors, kiedy grał w projekcie The Lizards Day. Poznajemy jak wielkim talentem gitarowym był Sadek, ale też dowiadujemy się jakim potrafił być tytanem pracy.
Ciekawym jest też opis błyskotliwej kariery zespołu Houk i przyczyn jego rozpadu (podziw dla autora za opublikowanie niektórych wypowiedzi... jak to pozory potrafią mylić...).
I znowu pojawia się heroina, ucieczki w miasto, opuszczanie prób. Ale przy okazji poznajemy historię zespołu Kobonq, problemy ze znalezieniem wydawcy ich muzyki, przełomowej wycieczki Sadka do Wiednia, rozpadu i próbach reaktywacji zespołu.
I jest jak zwykle, heroina, ulica, picie, AIDS, śmierć - tym razem na zawał.
Autor w wywiadzie opublikowanym TUTAJ zawarł credo, czym jest jego książka. Kilka osób nie chciało ze mną rozmawiać, bo uznało, że „piszę o narkomanach”. Owszem, ci faceci mieli problem z heroiną, ale dopóki nie usłyszałem tego tekstu, nie myślałem o nich w takich kategoriach. Uznałem po prostu, że piszę o twórczych ludziach, którzy poszukując swojego miejsca w sztuce i życiu, weszli zbyt głęboko w używki i skończyli tragicznie. Nigdy jednak nie byli dla mnie po prostu narkomanami. Teraz też tak o nich nie myślę.
I to jest najważniejszy, drugi cel książki Zagrani na śmierć. Upamiętnienie wybitnych muzyków bez których oblicze polskiego undergroundu nie byłoby dziś takie samo.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Czasem ma się wrażenie, że niektóre grafiki są niedoskonałym odbiciem jakiegoś równoległego świata. Takiego, którym rządzą kompletnie inne prawa fizyki, o ile coś takiego jak fizyka tam istnieje. O jakie grafiki nam chodzi? O zestawy symboli, emblematów lub alegorii powiązanych z alchemią, kabałą, masonerią i innymi tajnymi stowarzyszeniami (tajnymi w cudzysłowie, bo gdyby były naprawdę tajne, nic byśmy o nich nie wiedzieli a skoro cokolwiek wiemy, to znaczy że nie są one tajne). Właśnie takie motywy znajdują się na grafikach artysty mieszkającego w Tucson w Arizonie.
Daniel Martin Diaz (ur. 1967 r.), bo to o nim dzisiaj mowa, na pożółkłym papierze maluje tuszem i ołówkiem rysunki ludzi, a w zasadzie anatomiczne organy, szkielety, rozmaite motywy symboliczne otaczając je wykresami i liczbami, przez co wyglądają niczym poważne diagramy naukowe. Ale tak nie jest, bo często to, co niby jest płucami zmienia się w roślinę, a jelita stają się smoczym cielskiem. Ciągłe nawiązywanie do elementów wanitatywnych (czaszki, ćmy, nietoperze itp.) i ezoterycznych, zdradza zainteresowanie filozofią egzystencjalną a może nawet dekadencją.
Daniel Martin Diaz próbuje wyjaśnić to co robi, co chyba nie idzie mu łatwo. Zauważa, że Sztuka jest odzwierciedleniem nas samych, historii ludzkości i dążenia do zrozumienia świata fizycznego i metafizycznego. Gdy staramy się zrozumieć nasze miejsce we wszechświecie, sztuka może być ważną częścią dialogu, który prowadzimy ze sobą i z innymi. W mojej pracy staram się odkrywać tajemnice za pomocą zagadkowych obrazów i niecodziennych technik, które nadają im głęboki sens na takim poziomie, którego słowa w żaden sposób nie mogą wyjaśnić. Istnieje podstawowa dychotomia pomiędzy potęgą technologii a naszym kwantowym połączeniem z Wszechświatem. Przez to nasze korzystanie lub niewłaściwe użycie technologii może trwale zmienić przyszłość ludzkości, dlatego musimy sobie zadać pytanie, jaka jest nasza osobista odpowiedzialność za nasz wpływ na świat i na siebie nawzajem? Moja twórczość więc jest próbą uchwycenia złożoności i piękna podstawowych mechanizmów świata, które łączą się poprzez nasze emocje.
Aby lepiej zrozumieć to, co chce nam przekazać, sięgnęliśmy do wywiadu z nim TUTAJ. Wyjaśnia, że nigdy by nie zajął się sztuką, gdyby nie zobaczył prac Joela Petera Witkina, surrealistów lat dwudziestych i flamandzkich prymitywistów. Dzieła te zmieniły jego życie. Zajął się sztuką, która według niego polega na poszukiwaniu brutalności prawdy. Pytany dalej jak rozumie to wyrażenie, ową brutalność prawdy opowiada o swoich fascynacjach malarstwem Hieronima Boscha (LINK) oraz o ulubionych filmach, którymi są: Piękny Umysł (Beautiful Mind), Portret Doriana Greya i Eraserhead (opisaliśmy go TUTAJ). Czy to odkryło nam jakim artystą jest Diaz? Trudno orzec, może muzyka otworzy przed nami świat jego emocji, bo malarz jest liderem zespołu Blind Divine, który tak naprawdę jest duetem - jego oraz piosenkarki Pauli Catherine Valencia. Para wydała do tej pory trzy albumy: Slow in Obeying An Order (2012), Queen Of Venom (2008), Desire To Destroy (2006). Muzyka którą tworzą klasyfikowana jest jako ambient, trip hop, shoegazing. I doskonale koreluje z rysunkami Diaza.
Artysta w każdym razie odniósł sukces. Jego prace są wystawiane na całym świecie i publikowane w poczytnych pismach: w LA Times, NY Times, Juxtapoz, High Fructose i Low Rider Magazine oraz w książkach o sztuce. Diaz projektował ponadto grafikę na zlecenie instytucji publicznych i zdobył wiele nagród.
W świecie muzyki metafora barwa muzyki jest szeroko stosowana do opisywania cech dźwięku, takich jak jakość tonu, wysokość i charakter. Barwę dźwięku można opisać jako mieszankę częstotliwości, w tym podstawowej tonacji, która tworzy to, co słyszymy, gdy muzyka jest grana przez konkretny instrument czy zespół. Chociaż opinia, że określenie barwa wywołuje różne skojarzenia kolorystyczne, to pomysł aby za jej pomocą opisać muzykę nie jest nowy.
Od dłuższego już czasu prowadzi się rozmaite badania nad powiązaniem kolorów z dźwiękami i to wyłącznie na podstawie efektów otrzymanych za pomocą instrumentów muzycznych a także oceny poziomu wyszkolenia muzyka. Jedne z nich polegały na eksperymentalnego przyporządkowania koloru z koła barw do poszczególnego dźwięku, co przyczyniło się do powstania popularnej bazy wiedzy o muzyce i sposobu funkcjonowania ludzkiego mózgu, wskazując na możliwą, choć nie do końca zdefiniowaną korelację między barwą muzyczną a skojarzeniem kolorystycznym.
Opierając się na uzyskanych wynikach, naukowe uzasadnienie i percepcyjne podstawy dalszego używania metafory barwa muzyki zostały wstępnie podtrzymane przez indywidualne doświadczenia. Według tego co ustalono, tylko jedna na 3000 osób słysząc dźwięki ma jednocześnie wizję koloru. Osoby te nazwano chromestetami, a zjawisko chromestezją. Jego mechanizm tłumaczy się wywoływaniem przez dźwięki lub współbrzmienia wrażenia widma barw. Takimi muzyczno-kolorystycznymi estetami, których nazywa się także symestetykami byli na przykład Nikołaj Rimski-Korsakow, Salomon Szereszewski, Vladimir Nabokov, Wassily Kandinsky, Paul Klee, Franciszek Liszt, Olivier Messiaen, a współcześnie Billie Eilish, John Mayer, Aphex Twin, Tori Amos, Billy Joel, Eddie van Halen i Stevie Wonder. Przyczyny takiego stanu rzeczy jednak nadal nie są znane, przypuszcza się, że wywołują je dodatkowe połączenia nerwowe w mózgu.
Idąc dalej, warto zauważyć, że niektóre gatunki muzyczne nierozerwalnie kojarzą się nam z określonymi kolorami. Rock i ciężka muzyka metalowa najczęściej z czernią, reggae z czerwienią, zielenią lub żółcią, muzyka klasyczna z błękitem itd. Także fani określonych gatunków muzyki preferują również określone barwy, co może potwierdzać istnienie związku między ulubionym kolorem a ulubioną muzyką. I tak zauważono, że wśród miłośników muzyki popularnej, najczęściej preferowanym kolorem okazuje się przydymiony róż. Nieco ciemniejszą i bardziej nasyconą wersję tej barwy preferują punkowcy - dla 13% z nich ulubionym kolorem jest fiolet, kolor raczej rzadko wskazywany był jako ulubiony przez zwolenników innych gatunków muzycznych. Osoby słuchające muzyki elektronicznej najbardziej lubią kolor turkusowy.
A czy ulubiona muzyka ma wpływ na to, jak się ubieramy? Z znów z prowadzonych badań wynika, że ponad połowa osób (54%) lubiących hip-hop nosi się w kolorze blue-jeans, miłośnicy rocka wybierają oczywiście czarne elementy stroju - aż 43% zwolenników ostrej i cięższej muzyki zakłada czarne koszulki. Nieco bardziej kolorowi są słuchacze reggae - w szafie co piątego z nich (21%) znajdziemy zielone ubrania (tweedowa zieleń). Energetyczne, wpadające w czerwień kolory odzieży wybierają zwolennicy muzyki elektronicznej. Wprawdzie pewne określone kolory odzieży łączą się trwale z gatunkiem muzycznym (trudno wyobrazić sobie fana heavy metalu w różowych spodniach), ale tak naprawdę to nasza psychika dyktuje nam zarówno to czego słuchamy, jak i to jaki kolor odzieży preferujemy. I jest to zależność wzajemna. Odczuwany nastrój wpływa zarówno na kolor ubioru jak i na wybór preferowanej muzyki.
Kolor mówi o naszych tęsknotach i chwilowych nastrojach, ale także o głęboko ukrytych w podświadomości potrzebach psychicznych. Nic zatem dziwnego, że tło naszego bloga jest czarne…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Muzyka określana jako gothic występuje w różnorodnych formach i można opisać na wiele sposobów. Zwykle określa się ją, jako tę, której melodię można określić mianem mrocznej, posępnej, przygnębiającej a teksty z nią powiązane cechuje wprost chorobliwa obsesja śmierci, lecz taki opis świadczy raczej o powierzchowności krytyka. Muzyka gotycka, dla tych, którzy chcą jej słuchać, a nie tylko słyszeć fizyczne dźwięki jest pełna pasji, mistycyzmu i tajemniczości, grozy, czasem euforii. I istnieje wiele gatunków i podgatunków muzyki gotyckiej. Wprawdzie wszystkie mają mroczny charakter, lecz różnią się między sobą.
Oczywiście mają one wspólny mianownik, od którego pochodzą. Z jednej strony jest to gothic rock, powstały w latach 60. gdy jeszcze nikomu nie śniła się ta nazwa, a z drugiej strony ich źródłem są klasyczne nurty literackie, takie jak romantyzm, czy powieść gotycka oraz filozoficzny egzystencjalizm i nihilizm.
Może warto, dla uporządkowania tego co wiemy a czego nie, podać podstawowe informacje o źródłach terminu gotyk a także jego cechach.
Otóż nazwa gotyk została po raz pierwszy użyta w połączeniu ze średniowiecznym stylem wzniosłej i konstruktywistycznej architektury, który powstał we Francji około XII wieku. Dopiero w epoce romantyzmu pod koniec XVIII wieku słowo to zostało zastosowane do literatury. Pierwsza wzmianka o literaturze gotyckiej pojawiła się w książce The Castle of Otranto (Zamczysko Otranto), angielskiego pisarza Horacea Walpolea, opublikowanej w 1764 roku. Walpole w podtytule użył epitetu A Gothic Story. Miał to być żart, sugerujący pradawne pochodzenie historii opisanej w powieści, jakby nie była ona fikcją a miała jakieś realne, lecz bardzo dawne podstawy. Z tym, że u Walpolea gotyk oznaczał tyle co barbarzyński lub pochodzący z ciemnego średniowiecza i faktycznie niektórzy czytelnicy uwierzyli, że jego opowieść była zaczerpnięta z życia. W każdym razie to ta książka, w której trup ścielił się gęsto a na końcu sprawiedliwości staje się zadość, rozpoczęła gatunek powieści, oznaczony nazwiskami wybitnych autorów, wśród nich byli: Edgar Allan Poe, Emily Brontë, Mary Shelley i Ann Radcliffe. Z tej to literatury zrodził się romantyzm, posługujący się stałym zestawem środków wyrazu, które sobie zaraz wymienimy:
1. Tajemnica i strach
Są to dwa najważniejsze, wręcz kluczowe elementy gotyckiej prozy. Opowieści tak skonstruowano, aby wciągały, budząc grozę, a wyjaśnienie fabuły nie było jednoznaczne a przynajmniej aby nie było naukowo wyjaśnione. Tak jest na przykład w książce Ann Radcliffe z 1794 r., The Mysteries of Udolpho (Tajemnice zamku Udolpho), której główną bohaterką jest Emily St. Aubert, osierocone dziecko, następnie okrutnie uwięzione w zamku i otrute. Utwór zawierał dziwne, przerażające wydarzenia i emanował atmosferą pełną tajemniczości, która określiła ten gatunek na kolejne lata.
2. Wróżby i klątwy
Jednym z narzędzi literackich było przewidywanie i determinacja przyszłych wydarzeń, często poprzez wizje, znaki i klątwy. Bywa, że tragedie powoduje pech: coś nagle spada na bohatera lub w ciemności czai się na niego nieokreślona postać. Edgar Allan Poe wykorzystuje ten element w swoim opowiadaniu The Black Cat (Czarny kot) opublikowanym w 1843 roku.
3. Atmosfera i miejsce
Aby narzucić strach czytelnikom, autorzy swoje opowieści osadzali w odpowiedniej scenerii, takiej jak ciemny las, niebezpieczne góry, złowieszcze warunki klimatyczne, mgły i burze. Średniowieczne zamki, ruiny, odgrywały równie istotną rolę. Dość wspomnieć, że pisarka Mary Shelley umieszczała swoje fabuły w złowieszczych miejscach: na cmentarzach, w ponurych zamkach, a nawet stworzyła potwora, będącego kompilacją pochodnych średniowiecznego zamku i cmentarza, aby swoją powieść tym mocniej otoczyć aurą tajemniczości (chodzi tu o Frankensteina z 1818 roku).
4. Zjawiska nadprzyrodzone i paranormalne
Wiele wątków literatury gotyckiej opisuje koszmary, duchy i wampiry, takie jak ta z gotyckiej fantazji Dracula autorstwa Brama Stokera z 1897 roku. Ale oczywiście historii o duchach i przerażających zjawach, wilkołakach i upiorach jest dużo więcej.
5. Romans
Ponieważ literatura gotycka jest pochodną czy raczej leży u genezy literatury romantycznej, ma z nią wiele wspólnego. I tak kanwą wielu powieści gotyckich jest gorący romans, który jednak często prowadzi do smutku i tragedii. Nie stronił od tego nawet Charles Dickens, wystarczy gdy przywołamy jego Wielkie Nadzieje, Małą Dorrit czy Nicholasa Nickleby.
6. Złoczyńca
Podobnie jak w przypadku innych gatunków literackich, kryminaliści odgrywają kluczową rolę w literaturze gotyckiej. W tradycyjnych powieściach gotyckich złoczyńcy są początkowo sympatyczni, lecz z biegiem akcji ujawniają swoją prawdziwą naturę. Szczególnym pomysłem jest opowieść o dr Jekyll i Mr Hyde Stevensona, o jednej postaci lecz złożonej z jasnej i ciemnej strony ludzkiej natury.
7. Emocjonalne cierpienie
Często pisarze gotyccy używają środków zapewniających wysokie emocje. Piszą wtedy przesadnym stylem, a wszystko aby przekazać czy wręcz narzucić czytelnikom niepokój posunięty aż do paniki. Czasem jest to opis uczuć ocierający się o stany psychozy.
8. Koszmary
Koszmary są szczególnie ważnym motywem w literaturze gotyckiej. Sny pozwalają autorom lepiej pokazać emocje swoich bohaterów w bardziej bezpośrednim i przerażającym stanie. I zapowiadają ich tragiczny koniec.
9. Antybohater
Bywa, że bohater przybiera postać antybohatera, ułomnego, o trudnym charakterze i przerażającej przeszłości. Szczególnie celował w tym Victor Hugo, wystarczy tylko rzucić dwa tytuły: Notre-Dame de Paris (Dzwonnik z Notre Dame), L'homme qui rit (Człowiek śmiechu).
10. Kobieta w opałach
Dzieła gotyckie często przedstawiają kobietę, która cierpi. Powody jej udręk są oczywiście przewidywane: jest uwięziona przez złego szlachcica w jego zamku lub prześladowania przez okrutnych krewnych. A wszystko po to, aby czytelnik poczuł bezsilność i przygnębienie.
Opisane powyżej to tylko ramy, podstawowe i ogólne elementy cechujące literaturę nurtu gotyckiego. Na ile zostały przeniesione w świat gotyckiego rocka? Być może w większej mierze, niżby ktokolwiek sądził. Większość tekstów oscyluje wokół śmierci, dziwnych wydarzeń, nieszczęśliwej miłości i ma miejsce w ponurej rzeczywistości... Czy to oznacza, że EA Poe, gdyby żył w naszych czasach byłby frontmenem zespołu rockowego i ubrany na czarno śpiewał o nieszczęśliwym życiu? Czemu nie, świat zmienia się lecz ludzie pozostają tacy sami...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Miejsca wymienione w piosenkach lub zamieszczone na okładkach płyt zyskują status mityczny. Przyciągają fanów i turystów, często na zawsze określając charakter miasta (lub dzielnicy). Muzyka sama w sobie może wydawać się ulotna, ale jej produkcja, dystrybucja i konsumpcja, jak najbardziej zależą od czynników materialnych. Bo aby w ogóle zaistniały potrzebne są studia nagraniowe, sale koncertowe, sklepy muzyczne, sceny itp.
Jak wiadomo muzyka popularna stanowi ważny składnik kreatywnego folkloru, którego obecność zaznaczana jest w przewodnikach turystycznych oraz w mediach. Dziedzictwo muzyki popularnej przyczyniło się zresztą do powstania nowych miejsc pielgrzymek. Tak jest w przypadku zrekonstruowanego klubu Cavern w Liverpoolu, gdzie Beatlesi rozpoczęli karierę. Również w ofertach (np. Europejskiej Stolicy Kultury) dzielnice, z których wywodzą się słynne zespoły lub konkretne, lokalne sceny muzyczne, zajmują poczesne miejsce. Zauważa się coraz więcej projektów rewitalizacji lub konserwacji obiektów zaznaczonych w pamięci fanów, takim jest np.: elektrownia Battersea na brzegu Tamizy w Londynie, przedstawiona na okładce albumu Pink Floyd (Animals) w 1977 r.
Powstają również realizacje z udziałem znanych zespołów, dość tu wymienić budowę U2 Tower w dublińskiej dzielnicy doków (LINK).
Nazwy niektórych miast są hasłem otwierającym skojarzenia z określonym rodzajem muzyki. I tak tradycyjny jazz związany jest z Nowym Orleanem, miejski blues z Chicago, country z Nashville , brzmienie Motown z Detroit, tango z Buenos Aires, hip-hop z Nowym Jorkiem, grunge z Seattle a wspomniany Liverpool z Beatlesami. Dlatego pora może, aby również Great Manchester zauważył potencjał tkwiący w niedawnej historii lat 70. i 80. XX wieku, gdy powstały i rozwijały się tamtejsze zespoły fali punk i post-punk: Buzzcocks, Joy Division, The Smiths i The Fall (o znaczeniu miasta pisaliśmy wielokrotnie TUTAJ). Ten okres łatwo wyznaczyć w przestrzeni miasta: symboliczny początek przypada na rok 1976 i dwa koncerty Sex Pistols w Lesser Free Trade Hall w dniach 4 czerwca i 20 lipca (pisaliśmy o tym TUTAJ). Na pierwszym koncercie było nie więcej niż 40 osób, na drugim o wiele więcej. Wśród nich było jednak wielu późniejszych członków grup muzycznych: dwóch członków Buzzcocks (którzy zorganizowali pierwszy koncert), Morrissey, wokalista The Smiths, późniejsi muzycy z Joy Division, dziennikarz i twórca NME Rob Morley, technik realizator dźwięku, producent i muzyk Martin Hannett wraz z Tony Wilsonem, z którym założyli Factory Records (o tej wytworni więcej TUTAJ).
Obecność takich słuchaczy może potwierdzić istnienie twórczego środowiska. Końcem może być zamknięcie klubu Hacienda (FAC 51) w 1997 roku. Sytuację ułatwia to, że wszystkie wymienione zespoły (a także liczne niewymienione) zostały sfotografowane i to nie tylko podczas występów lecz także pozując na architektury miejskiej: przed fabrykami, ceglanymi domami, na brukowanych ulicach.
Wpływ Manchesteru i jego postindustrialnego krajobrazu jest podkreślany przez samych artystów i wychwytywany w ich utworach. Nawet efekty muzyczne w nich (dźwięk wind, dzwonków elektrycznych, maszyn) wiązał się z wszechobecnym hałasem urządzeń przemysłowych, z pociągami, alarmami, maszynami fabrycznymi. Dodatkowo, wokaliści zespołów często używali akcentu rodzimego, identyfikując się z tym co nazywa się Mancunians. Dlatego aż się prosi utworzyć park kulturowy z trasą turystyczną na terenie miasta Manchester i po jego okolicy (po ważnych budynkach dla fanów Manchester Sound, o których pisaliśmy TUTAJ).
Od dawna na naszym blogu apelujemy do władz Manchesteru, aby poważnie podeszły do spuścizny kulturowej ery punk i post-punkowej. Lecz na próżno. W ostatnich latach zniknęło wiele kultowych budynków. I następne ulegają anihilacji. Otwarcie muzeum w jednym miejscu i organizacja festiwalu muzycznego nie załatwia sprawy. Fani może pójdą do muzeum i na koncert (lub nie) lecz przede wszystkim zawsze będą chcieli zobaczyć te miejsca, które związane są z ich ukochanymi artystami. Liverpool to wie, lecz Manchester nadal jest Madchesterem…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Nazwa zespołu jest bardzo ważna. To z nią identyfikują się fani, a z czasem to ona zastępuje w publicznej świadomości nazwiska muzyków. Wybór nazwy jest trudny, wystarczy gdy przypomnimy historię Joy Division, którzy wcześniej występowali jako Warsaw (LINK). Wiemy, że nazwa ta długo się nie utrzymała. Muzycy nie chcieli, aby mylono ich z innym zespołem punkowym z Londynu, o nazwie Warsaw Pakt. Nazwa Joy Division pochodzi z powieści zatytułowanej Dom lalek autorstwa żydowskiego pisarza Yehiela Feinera, który był więźniem niemieckiego w obozu koncentracyjnego Auschwitz, pisaliśmy o tym TUTAJ. Z tej historii płynie wniosek – nazwę trzeba nadawać rozważnie.
Warren Zanes, dyrektor wykonawczy Fundacji Rock and Roll Forever Stevena Van Zandta, a wcześniej wiceprezes ds. edukacji i programów publicznych w Rock and Roll Hall FameandMuseum w Cleveland sformułował nawet pakiet zasad, którymi dany zespół powinien się kierować szukając swojego miana: (LINK ; LINK):
1. Zasada śmiechu: - Jeżeli twoja propozycja spowoduje spazmy śmiechu u reszty zespołu, lepiej ją sobie odpuść. Nazwa powinna być czymś więcej, niż tylko żartem słownym. Nikt nie powinien wiedzieć o tym lepiej, niż zespół Brady Bunch Lawnmower Massacre (Masakra kosiarką do trawy w (serialu telewizyjnym) Brady Bunch), który nie odniósł światowego sukcesu LINK.
2. Zasada 24 godzin: Ostateczna decyzja, co do nazwy zespołu, powinna być podjęta po upływie co najmniej 24 godzin od spożycia ostatniej dawki alkoholu, narkotyków lub innych środków odurzających. Bo zdarza się że urok świetnej nazwy podczas imprezy znika rano niczym Kopciuszek, zostawiając nie drobny pantofelek lecz potężny ból głowy.
Zanes przy tym zauważa, że jeśli nie jesteś w stanie zachować trzeźwości przez 24 godziny, niewłaściwa nazwa nie jest największym z twoich problemów.
3. Proste rebusy nie sprawdzają się: Crazy George, czy Insomnia in Ontario mogą brzmieć zabawnie, a nawet dobrze wyglądać w pismach muzycznych, ale widzowie zmęczą się nimi szybciej, niż się spodziewasz.
4. Nazwy hermetyczne czyli zrozumiałe dla wąskiej grupy fanów lub tylko dla samych muzyków, to zły kierunek: za nazwą Professor Morrison's Lollipop (lizak profesora Morrisona) kryje się zapewne pasjonująca historia - tyle, że nikt nie wie o co w niej chodzi. Jeżeli przez większą część trasy koncertowej wyjaśniacie dziennikarzom znaczenie nazwy swojego zespołu, powinniście poważnie zastanowić się nad jej zmianą.
5. Strzeż się przesadnych nazw, czyli przegięć: Jeden z alternatywnych zespołów lat 90. nosił nazwę The Dancing French Liberals of '48: - Słowo dancing – taniec – sugerowało, że dają muzykę przyjemną, dyskotekową. Tymczasem grupa, stworzona w celu zbiórki funduszów na śledztwo w sprawie morderstwa piosenkarki Mii Zapaty, specjalizowała się we ostrej, buntowniczej muzyce:
6. Poczytaj książkę, obejrzyj film... a przynajmniej popatrz na okładki. Literatura jest pełna genialnych nazw dla zespołów muzycznych.
Zanes proponuje przejrzeć listę bestsellerów New York Timesa, gdzie na przykład w oczy rzucił mu się tytuł książki Running with scissors (Biegając z nożyczkami), będącej autobiografią Augustyna Borroughsa, według niego znakomity na afisz rockowego zespołu (LINK).
7. Obsceniczna nazwa zapewni ci przychylność rówieśników, ale pozbawi szans przebicia się w muzycznym biznesie. Oczywiście, fani docenią bezkompromisowość (wszyscy trzej)...
Wydaje się, że najlepiej sprawdzają się nazwy proste, dźwięczne, czasem nawet jednowyrazowe: np.: Yes, Rush, Doors, Cure [a u nas: Dezerter czy Republika]. Dłuższe trzeba dobrze przemyśleć, w czym może pomoże powyższy spis rad. Dłuższe niosą za sobą ryzyko. Jako przykład Zanes podaje And You Will Know Us By the Trail of the Dead (poznacie nas po szlaku umarłych), czy Cute is What We Aim For (słodcy - tacy chcemy być) albo Someone Still Loves You Boris Yeltsin (ktoś cię wciąż kocha, Borysie Jelcynie), które mogłyby stać się tytułami komedii, a może nawet powieści, jednak zdecydowanie nie nadają się na nazwy zespołów, bo są za długie i zbyt pretensjonalne.
Tyle znawca, lecz może reguły są po to, by je łamać?
Reasumując: the Buzzcoks mieli chujową nazwę, a Joy Division już na zawsze będzie brzmiało jak the Velevet Underground.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Zauważyliście już, że sztuka prezentowana u nas – poezja, malarstwo i przede wszystkim muzyka – często wywołuje uczucie nostalgii, a gdy zajrzycie w słowa kluczowe (popularne tagi) odkryjecie, że postów zabarwionych nostalgią znajdziecie u nas naprawdę sporo. Aby być dokładnym ponad 60. Lecz czym jest nostalgia?
Termin ten u starożytnych Greków oznaczał uczucie tęsknoty za domem, a wywodził się z ze słowa nostos, oznaczając właśnie powrót do domu. Homer użył tego wyrażenia w swojej epopei Odyseja przy opisie emocji Odyseusza, który po wojnie wracał do Itaki. I w tym znaczeniu nostalgia używana była aż do czasów współczesnych.
Nostalgię za krajem odczuwali Polacy, którzy musieli opuścić kraj po upadku kolejnych powstań narodowych (Mickiewicz, Norwid, Szopen i inni), na nostalgię chorowali także polscy zesłańcy na Syberię a potem wszyscy, którzy nie mogli wrócić do ojczyzny po 1945 r…. Lecz od niedawna znaczenie to uległo modyfikacji i słowem nostalgia określa się stan człowieka związany z dokonywaną retrospekcją. A przecież rozpamiętywanie tego, co było, nie zawsze kojarzy się ze smutkiem, bo przeszłość skrywa w sobie także przyjemności, które odżywają gdy się je wspomina. Dlatego nostalgia to obecnie nie tylko smutek lub choroba, ale także przyjemność pamiętania, choć czasem ta przyjemność łączy się z bólem straty.
Niewątpliwie jest to uczucie twórcze, dlatego obrazy powodujące u widzów nostalgię są używane często w literaturze - w poezji i w powieściach - oraz w plastyce, aby wywołać uczucie smutku lub przyjemności, jakiej doświadcza bohater, gdy przypomina sobie swoją przeszłość. Może to być pamięć o przeżytym wzniosłym wydarzeniu (zwycięstwie, miłości lub przyjaźni), nie tylko o porażce czy stracie. W ten sposób czytelnicy czy słuchacze dzieła mogą odczuć to samo, co ich twórca, czyli dzielić z nim cień bólu lub odrobinę miłości (TUTAJ).
Nostalgia ma zatem więcej niż jedną funkcję do spełnienia, nie tylko odpowiada za zmiany nastroju od smutku do przyjemności, lecz zwiększa szacunek do samego siebie i eliminuje uprzedzenia do tego co było. Nostalgia zatem nie jest depresją. Podstawowa różnica między nimi polega na tym, że depresja jest stanem rezygnacji, podczas gdy nostalgia nie. Kiedy czujemy się przygnębieni, nie mamy motywacji do czegokolwiek, nic nam się nie chce robić, nie jesteśmy w stanie wykonać nawet najprostszego zadania i nie widzimy żadnej drogi wyjścia. Jest to stan dojmującego pesymizmu, w którym dominuje ból. Natomiast nostalgia nie jest nastrojem aż tak wyniszczającym, lecz raczej przyjemną refleksją i kontemplacją rzeczy, które kochamy i za którymi tęsknimy. Nostalgii zawsze towarzyszy nadzieja, która osładza tęsknotę za tym, co straciliśmy. Taka pogłębiona refleksja jest czymś, czego nawet czasem pragniemy i co nas cieszy…
Konkludując, nostalgia zatem jest emocją, która prowadzi nas do zwycięstwa nad niszczycielskimi siłami czasu. W ten sposób ponownie odzyskujemy, wydawałoby się na zawsze stracone miejsca i chwile, a przeżycie z tym związane pozwala nam zamknąć trudny rozdział i iść naprzód. Odzyskiwanie utraconych godzin i miejsc, aktywowanie pamięci i przeżywanie nostalgii pozwala nam rozmyślać o przeszłości, co pozwala nam iść dalej, iść naprzód.
Uczucie to będzie nam więc stale towarzyszyć, tak samo jak muzyka, bo żaden rodzaj sztuki tak nie buduje naszych emocji co ona. Według Arystofanesa z Tarentu, muzyka jest sztuką naśladowania ludzkich emocji. Pitagoras poszedł dalej i upatrywał w muzyce obraz całego universum, całej rzeczywistości z racji jej budowy opartej na liczbowych proporcjach. Potem znalazło to odbicie w teorii Boecjusza, który muzykę, będącą dziełem człowieka (musica instrumentalis) uważał za obraz harmonii duszy ludzkiej (musica humana), a tę z kolei za zwierciadło harmonii kosmicznej (musica mundana), co przyjęła kultura europejska za pośrednictwem średniowiecza i przeniosła dalej (pisaliśmy nieco tym przy okazji opisu dzieła Hieronima BoschaTUTAJ)… Może pamiętacie zresztą pierwszy rozdział Silmarillion J.R. Tolkiena?
Jeśli więc chcecie poznać siebie i świat, który nas otacza, czytajcie nas (codziennie)… i słuchajcie muzyki, którą wam prezentujemy.
Wyobrażacie sobie świat, w którym nigdy nie było Beatlesów? To niemożliwe? Niemniej wyobraźnia ludzka nie zna granic i 28 czerwca nastąpi światowa premiera filmu Yesterday opowiadającego historię piosenkarza Jack’a Malik’a (w tej roli Himesh Patel), który pewnego dnia zostaje potrącony przez autobus.
Kiedy odzyskuje przytomność przekonuje się, że trafił do równoległego świata, w którym nikt nie słyszał o Beatlesach. Postanawia to wykorzystać, oczywiście z sukcesem, i z nieznanego nikomu tekściarza i muzyka staje się światową sławą. Film został wyreżyserowany przez Danny’ego Boyle’a a autorem scenariusza jest Richard Curtis. Oto zwiastun filmu:
Sam pomysł wykorzystania nieznajomości hitów Beatlesów nie jest nowy, podobny motyw znalazł się wcześniej w sitcomie BBCGoodnight Sweetheart (TUTAJ), nakręconym według scenariusza Jacka Bartha, w którym bohater przeniósł się w czasie do Londynu lat 40. i wykonywał tam piosenki Beatlesów.
Tegoroczny film jeszcze się nie pojawił na ekranach a już znalazł się pisarz, który twierdzi, że scenariusz, według którego został nakręcony, jest plagiatem. W 2013 r. Nick Milligan opublikował swoją debiutancką powieść Enormity, która opisała perypetie pechowego piosenkarza o imieniu Jack. Po tym, gdy nie powiodło mu się w branży muzycznej, został astronautą i wyruszył w podróż kosmiczną. Jego rakieta rozbiła się na planecie bliźniaczo podobnej do ziemi, ale z drobnymi różnicami: nikt tam nie znał hitów The Beatles, Neila Younga, Leonarda Cohena czy Boba Dylana. Jack więc skorzystał z okazji, zaśpiewał utwory Beatles i stał się sławny…
Nie nam rozstrzygać czy pomysł na film jest oryginalny, czy nie, znacznie ciekawszy jest postawiony problem, a mianowicie – co by się stało, czego by na dzisiaj zabrakło, gdyby nie było utworów the Beatles? Okazuje się że stracilibyśmy całkiem sporo:
Przede wszystkim mogłoby nie byłoby audycji Johna Peela, którego dyskografię opisujemy od dłuższego czasu (TUTAJ). Ten legendarny brytyjski DJ dostał się do amerykańskiego radia właśnie jako Korespondent Beatlesów po tym, jak zadzwonił do stacji, aby poprawić prezentera popełniającego rażące go pomyłki w audycji na temat Liverpoolu.
Nie byłoby może także teledysków (wyobrażacie sobie świat bez teledysków? chyba się nie da). W 1984 r. MTV uznało Richarda Lestera, reżysera filmu A Hard Day's Night i Help! z the Beatles, za prekursora i twórcę nowej formy muzycznej jaką jest teledysk. Do jej powstania przyczyniły się właśnie produkcje filmowe tego zespołu.
Muzycy the Beatles zapoczątkowali również organizację koncertów w miejscach dotąd nie kojarzących się z występami: na stadionach i na dachach. Występ zespołu na Shea Stadium w Nowym Jorku w 1965 roku był pierwszym tego rodzaju. The Beatles już wtedy byli tak popularni, że wszystkie 55 600 biletów sprzedano w 17 minut. Ich ostatni koncert z kolei grany był na dachu siedziby firmy Apple Records na Savile Row HQ w Londynie. Pomysł stał się kultowy i wielokrotnie potem był wykorzystywany przez inne grupy, m.in. przez U2, którzy na dachu centrali BBC w Los Angeles w 2009 roku nagrali teledysk do utworu Where The Streets Have No Name.
The Beatles w zasadzie jako pierwsi sami pisali swoje piosenki. Przed nimi muzycy wykonywali utwory napisane przez profesjonalnych kompozytorów i tekściarzy zajmujących się tylko tego rodzaju twórczością. A Hard Day's Night z 1964 roku był pierwszym (i jedynym) albumem Beatlesów składającym się całkowicie z piosenek Lennona i McCartneya. To także im zawdzięczamy uznanie albumu wraz z okładką za dzieło sztuki. Przed the Beatles album pop był zestawem najnowszych przebojów i różnego rodzaju gadgetów. Ale oni spojrzeli na płytę inaczej. Ich albumy miały rozpoznawalną stylistykę i spójny pomysł, począwszy od Rubber Soul z 1965 roku. Szczytowym osiągnięciem był w tej mierze był pierwszy album koncepcyjny za jaki uznano Sgt Peppers' Lonely Hearts Club Band. Na nim z kolei wzorowały się kolejne pokolenia muzyków. O wpływie tym mówił w naszym wywiadzie Dave Clarke z Blue in Heaven (TUTAJ). Wreszcie Beatlesom zawdzięczamy zastosowanie w jednym utworze różnych efektów i gatunków muzycznych. Dzięki nim popowe piosenki zostały wzbogacone awangardowymi efektami dźwiękowymi, wśród których znalazły się motywy elektroniczne, muzyka klasyczna, folk, instrumenty indyjskie i niemal każdy istniejący gatunek muzyczny.
Lecz zbierając wszystko, co tylko przychodzi na myśl gdy usłyszymy nazwę the Beatles należy zauważyć, że bez nich, bez całej tej beatlesomanii, nie byłoby rewolucji obyczajowej lat 60-tych, długich fryzur, kultu muzycznych supergwiazd, usankcjonowania buntu młodych, a także… nie byłoby się od czego odciąć w latach następnych. Odrzucenie w latach 80 pompatyczności, która otaczała tradycję Beatlesów, pozwoliła na skonsolidowanie się ruchów jawnie undergroundowych, wśród których najliczniejsze i najbardziej nośne były te określone nazwą punk, a potem post-punk.
Gdyby nie było Beatlesów, czy mogliby zaistnieć Sex Pistols a potem Joy Division, the Cure, the Smiths, Siekiera itd., itp… czyli bez Beatlesów nie mielibyśmy czym się zajmować, i to też jest kolosalny wkład tego zespołu w dzieje muzyki.
Cemeteries - od samego początku jest dziwnie i jakoś zupełnie nostalgicznie. Patrząc na profil na FB (TUTAJ) można sobie wyobrazić wywiad z nimi w taki sposób:
- Wasze fascynacje muzyczne?
Pat Moon, Seismograph, Teen Daze, Ballet, Foxes in Fiction, Mister Lies,
Arrange, Happy Trendy, MPSO, RL Kelly, Youth Lagoon, Cavema
- O czym są wasze piosenki?
O życiu i śmierci...
- Kto tak na prawdę tworzy Cemeteries?
Kyle J. Reigle i prawie każdy, kto nie został jeszcze skremowany
- Skąd jesteście, gdzie obecnie mieszkacie i dla jakiej wytwórni nagrywacie?
Buffalo (NY), Portland (OR), BMI
- Jakieś credo waszej muzyki?
Cielec pojawił się po to, by zakończyć żywot ludzkości...
Barrow, ich debiut, zaczyna się jak za najlepszych czasów 4AD, tak jakby This Mortal Coil nagrali kolejny album..
Procession, bo taki ma tytuł pierwszy utwór, ma nastrój jest bardzo mroczny i podczas szumu morskich fal następuje dość płynne przejście do drugiej piosenki Nightjar, gdzie po krótkim instrumentalnym wstępie wyłania się wokal. Jest posępny, nieco jak za dawnych dobrych czasów Radiohead.. Piosenka jest dość długa i zaskakuje rytmicznymi wstawkami, tak jakby ktoś nie chciał żeby słuchacz zasnął.. Tutaj nic nas nie zaskoczy, prawie do końca będziemy wybudzani.
Luna (Moon of Claiming) zaczyna się pięknym wstępem na pianinie po czym wchodzi orkiestra. Jest bardziej melodyjnie, piosenka mogłaby być przebojem... Ale, ale, ale pieprzony mainstream nie lubi takiej muzyki, zamiast tego wciska nam w uszy gówno w stylu Rihanny, czy jej rodzimej wersji w postaci córki grabarza...
Can You Hear Them Sing? to najlepsza piosenka na płycie... Piękno tego utworu wręcz oszołamia. A do tego ten tekst, jakże prosty ale i przez to niesamowicie nostalgiczny. Pali się drzewo w kominku, jest lato, choć w sercach lód... A oni znowu śpiewają...
Feel the summer cold Burn the wood again It will warm our thoughts As we circle it circle it
They will clean the ash Pour the water in Gather cult and mass The days are long again long again
Oh, can you hear her name? Oh, can you hear them sing? Cicada Howl znakomity syntezatorowy wstęp i pogłos na perkusji czynią ten utwór całkiem niepowtarzalnym... I znowu ta nostalgia wokalu. I Will Run From You jest nieco radośniejszy, ale tylko w warstwie muzycznej, bowiem tekst już takim nie jest...
Campsides she would stalk In the fog and the red lights, the fog and the red lights Harsh moans drifted out with my voice
from the radio, my voice from the radio I know you said it's killing june You swore that you will be home soon Soft ground, claiming moon She loomed through the lost towns Her hair up and window down I roamed through the night and found her hiding in a dark home It's halls burnt, windows broke I know you said I shouldn't hide Your teeth were sharp, my eyes were wide I know you once, I swear i tried Your jaw unlocked, my vocals cried: "I will run from you
Empty Camps zaczyna się płynnie po poprzedniej piosence. To jeden z żywszych utworów na płycie. Sodus natomiast jakoś specjalnie nie zaskakuje, na tle innych piosenek z płyty, którą kończy bardzo nostalgiczny Our False Fire on Shore. Bardzo smutny i majestatyczny - idealnie nadaje się na zakończenie debiutu. Tak jakby muzycy chcieli nam powiedzieć: wrócimy.
I wrócili, ale to będzie już inna historia.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Cemeteries, Barrow, Snowbeast Records 2015, Written and recorded by Kyle J. Reigle, Mastered by Warren Hildebrand, Tracklist: Procession, Nightjar, Luna (Moon of Claiming), Can You Hear Them Sing? Cicada Howl, I Will Run From You, Empty Camps, Sodus, Our False Fire on Shore
Ci, którzy mieli okazję być w słynnym klubie Paradiso w Amsterdamie pewnie zdziwili się widząc ponad sceną wyrytą w kamieniu sentencję: Soli deo gloria (Chwała Jedynemu Bogu). Miejsce to bowiem kojarzy się od wielu lat z całonocnymi imprezami i koncertami rockowymi, do których jak ulał raczej pasuje inne hasło: Sex, narkotyki i rock and roll.
Nobliwy budynek wzniesiony z cegły, z okazałym wejściem pod łukiem portalu, zwieńczony dekoracją naśladującą formą gzyms arkadkowy, wygląda na ratusz bądź kościół. I rzeczywiście, takie skojarzenie jest właściwe. Zanim rozgościły się w tych murach w latach 60. ubiegłego wieku młodzieżowe kontrkultury z pokolenia Flower Power a Pink Floyd rozpoczął nowy okres historii Amsterdamu, było to miejsce spotkań jednego z odłamów protestanckiego kościoła chrześcijańskiego - Vrije Gemeente - złożonego w 1800 roku w Niemczech przez filozofów i teologów FC Baur’a i Bruno Bauer’a. Obaj uczeni pozostawali pod wpływem Hegla, wielkiego niemieckiego filozofa, którego nauka wywarła ogromny wpływ na kolejne stulecia, przyczyniając się m.in. do powstania filozofii Nietzschego a potem odciskając piętno na filozofii marksistowskiej i totalitaryzmach XX wieku.
Utworzony przez niemieckich myślicieli obrał sobie za cel naukowe, krytyczne przebadanie Pisma Świętego, w czym znalazł zwolenników poza granicami kraju. Gdy w 1883 r. w Amsterdamie trwały przygotowania do Światowych Targów, Vrije Gemeente było już głównym ruchem w Holandii, a liczbę jego członków liczono w tysiące. Palącą potrzebą stała się zatem budowa siedziby dla nich. Nowy gmach zlokalizowano na placu przy Weteringschans, ulicy z nazwą nadaną w 1872 roku od przebiegającego w tym miejscu cieku wodnego Wetering. Drogę tę wykreślono na miejscu murów miejskich zlikwidowanych w latach 50. XIX w. Projekt budynku wykonał Gerlof Bartholomeus Salm, autor również innych wybitnych budowli w Amsterdamie, wśród których wymienia się Grand Hotel Krasnapolsky, monumentalny Wintertuin (Winter Garden) oraz Artis Bibliotheek.
Po drugiej wojnie światowej wiele się zmieniło. Liczba członków ruchu Vrije Gemeente (VG) dramatycznie się zmniejszyła, kościół opustoszał, a Amsterdam tętnił już innym rytmem. Miasto było pełne amerykańskich robotników, weteranów wojny w Wietnamie, studentów protestujących i domagających się większej demokracji. Opuszczony kościół protestancki, który planowano wyburzyć by wznieść na jego miejscu hotel, w marcu 1968 roku został zajęty przez kontrkultury młodzieżowe, które wkrótce oficjalnie zmieniły budynek w ośrodek kultury młodzieżowej i nazwały go Paradiso. Niecałe dwa miesiące później Pink Floyd w nim wystąpił, w tym samym miejscu, gdzie zaledwie trzy lata wcześniej holenderscy kaznodzieje głosili Ewangelię.
Nowi lokatorzy pozostawili wiele elementów pierwotnych: za stołami mikserskimi w głównej sali na ścianie wisi tablica pamiątkowa ku czci PH Hugenholtz jr. przewodniczącego VG w latach 1834-1911, za barem wmurowana jest podobna z nazwiskiem jego następcy, HG van Wijngaardena. Każdy wchodzący do budynku nadal widzi napis De Vrije Gemeente wykuty w kamiennym portalu nad głównym wejściem. Sale leżące po obu stronach głównego wejścia, które niegdyś używane były jako klasy do nauki religii, są teraz szatnią i recepcją. Nawa główna także jest doskonale zachowana. Pozostawiono w niej żeliwne filary i empory z drewnianą balustradą. Jedynie okna są obecnie stale zaciemnione, podczas gdy pierwotnie zapewniały wnętrzu słoneczne światło.
W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, Paradiso stało się świątynią muzyki pop, a scena w nim jest znana na całym świecie z koncertów wielu legend: Iana Curtisa i Joy Division, Prince'a, Davida Bowiego, Amy Whinehouse, Nirvany… w zasadzie szybciej da się wymienić tych, którzy tu nie wystąpili niż listę wszystkich gwiazd które można było zobaczyć w klubie.
Budynek mieszczący widownię na 1500 widzów zapewnia niemal intymną atmosferę. Oprócz głównej sali koncertowej znajdują się tu także dwie mniejsze sceny klubowe, na piętrze i w piwnicy. Wprawdzie w pierwszych kilku latach jego otwarciu Paradiso było synonimem improwizacji i nieprofesjonalności. Kiedy Pink Floyd wystąpił w maju 1968 roku, nie działał mikrofon i zespół musiał dać koncert instrumentalny bez wokalu. O tym i innych takich wpadkach można przeczytać na uruchomionej stronie internetowej TUTAJ gdzie artyści wspominają swoje koncerty. Jednak to przeszłość i dzisiaj, o czym zapewniają organizatorzy, wszystko działa perfekcyjnie.
Na początku lat 80. Paradiso stało się głównym ośrodkiem muzyki elektronicznej, organizując regularne wieczory klubowe, które były znane w całej Holandii. Te pokazy pomogły w stworzeniu holenderskiej odmiany muzyki house, a wielu DJ-ów zyskało sobie sławę grając w głównej sali. Oczywiście oprócz nich występowały tu młodzieżowe zespoły punkowe, a wśród nich znalazł się także Joy Division, o czym pisaliśmy TUTAJ.
Dzisiaj klub znacznie poszerzył swoją ofertę, oprócz imprez muzycznych oferuje wykłady, występy taneczne i pokazy mody. Niemniej nadal pozostaje on jednym z głównych ośrodków kulturalnych, gdzie można posłuchać dobrej muzyki i miejscem, które przyciąga od 50 lat młodzież, widzów i artystów z Amsterdamu, Holandii, Europy i reszty świata. Dlatego w ostatnim czasie rozpoczęto realizację programów Paradiso Amsterdam i Sonic Acts, na które miasto otrzymało dofinansowanie z Komisji Europejskiej, z projektu Kreatywna Europa.
Co się dzieje w Paradiso i jakie są plany informuje na bieżąco strona internetowa TUTAJ.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis. Tego nie znajdziecie w maistreamie.