Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedostosowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedostosowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Johny poszedł na wojnę, film o wojnie i niedostosowaniu, inspiracja teledysku i piosenki One zespołu Metallica


Film Daltona Trumbo z 1971 roku jest nie do końca o wojnie, mimo że tak wynika z tytułu. 

Joe (w tej roli Timothy Bottoms) jest młodym chłopakiem i ma dziewczynę, ale nadchodzi czas wojny  postanawia na nią pójść. Tak rozumie patriotyzm. Jednak jego dziewczyna, Kareen (w tej roli Kathy Fields) próbuje go od tego pomysłu odwodzić, co się jej nie udaje. I staje się najgorsze... 

Johny traci nie tylko wszystkie kończyny ale i twarz. Nie traci za to świadomości i mózgu. Jest w szpitalu, gdzie pojawiają się sprzeczne diagnozy na temat jego stanu i metod leczenia.  Jedni uważają, że jego odruch są nieświadome, inni - co jest zgodne z prawdą, że czuje, rozumie i słyszy.
Sam bohater ma problem, nie dość że nie umie określić gdzie i z kim jest, to nie potrafi też mierzyć czasu. Jednak wszystko zmienia się, kiedy zaczyna rozmawiać z Jezusem (w tej roli Donald Sutherland) i kiedy pojawia się w jego pokoju pielęgniarką z którą nawiązuje nić porozumienia i uczucia. 

Rozmowa z Jezusem, jest moim zdaniem, jedną z kluczowych w całym filmie. Chodzi o to, że Johnyego prześladują koszmary - chodzą po mim w nocy szczury. 

Jezus wyjaśnia mu, że tak na prawdę życie to sen, z tym że sny dzienne kontrolujemy my - ludzie, a sny nocne kontrolują nas. Więc chodzący po Johnym szczur musi być snem nocnym, inaczej ten dawno by go strącił...  Johny bardzo entuzjastycznie przyjmuje taką narrację, jednak po chwili refleksji oświadcza, że nie mógłby strącić szczura, bowiem jest kawałkiem mięsa które nie ma rąk... Jezus odpowiada na to, że  skoro tak, to pozostaje mu jedynie czekać na cud.... To sytuacja w której nawet wiara pozostaje bezradna...


Film jest mocno odlotowy, mamy przeplatanie fantazji z realiami, teraźniejszości ze wspomnieniami. Jest to niewątpliwie potępienie wojny, o czym świadczy choćby ostra wymiana zdań między kapelanem a kapitanem szpitala wojskowego. Jednak na pewno uwagę zwraca coś zupełnie innego. Film bowiem, porusza kilka głębszych problemów. 

Pierwszy z nich to pokazanie, jak społeczeństwo nie potrafi poradzić sobie z niedostosowaniem. Oczywiście w filmie niedostosowanie głównego bohatera przybiera charakter skrajny. Johny wie jak można mu ulżyć, chciałby występować w cyrku obwoźnym, jednak otoczenie zdaje się słuchać jedynie siebie, i za niego decyduje co będzie lepsze... Podobna sytuacja ma miejsce, kiedy główny bohater  postanawia umrzeć. Znowu inni wiedzą co jest dla niego lepsze... 

Świat pełen jest osób niedostosowanych. Zapewne nie w tak znacznym stopniu. I świat ma poważne kłopoty, żeby poradzić sobie z ludźmi w depresji, z osobami nie potrafiącymi żyć w społeczeństwie, z ludźmi w śpiączkach, letargach... W czasach fabuły filmu jednak mimo wszystkich ułomności walczono o życie głównego bohatera, nawet wbrew jego woli... Dzisiaj jest zgoła odwrotnie, czego dowodzą ostatnie przypadki z UK i Francji...

Wydaje się że film  Johny poszedł na wojnę zainspirował muzyków zespołu Little Nemo do napisania piosenki Johny bierze pistolet z doskonałej płyty chłodnofalowej pt. Dźwięki z poddasza (pisaliśmy o niej TUTAJ): 

Johny bierze pistolet

Johny jest samotny w swej wyobraźni
Kiedy jesienne kolory go ochładzają
Pamięta ten dzień
Kiedy Mary przyszła do niego i powiedziała:
"To na zawsze..."

Teraz Johny nie może zrozumieć
Dlaczego Mary nigdy nie dotknie jego dłoni... Dlaczego? Dlaczego?

Johny jest samotny w wyobraźni
Czuje jesień jest tutaj, daje mu znaki
Myśli o pociągu
Którym kiedyś chłodnym rankiem jechał w deszczu
Dlaczego tym pociągiem?

Johny jest samotny w wyobraźni
Wie że zima jest blisko
Czeka w milczeniu
I tak aby usłyszała pielęgniarka szepcze
"Chcę umrzeć" 


ISOLATIONS: Zastrzegamy sobie prawa autorskie do tłumaczenia tekstu




I na koniec warto dodać, że podczas oglądania filmu nie mogłem pozbyć się uczucia, że gdzieś to już widziałem. No tak... choć twórczość zespołu Metallica odbiega stylem od tego, prezentowanego na naszym blogu, warto odnotować, że fabuła filmu zainspirowała muzyków do napisania tekstu piosenki One, jak i nagrania teledysku, z urywkami omawianego dziś dzieła w roli głównej...

      
Tekst piosenki:

I can't remember anything/ Nic nie pamiętam
Can't tell if this is true or dream/ Nie wiem, czy to prawda, czy sen
Deep down inside I feel to scream/ Głęboko w środku krzyczę
This terrible silence stops me/ Ta straszna cisza mnie powstrzymuje
Now that the war is through with me/ Teraz, gdy wojna się dla mnie skończyła
I'm waking up, I cannot see/ Budzę się i nic nie widzę
That there is not much left of me/ N
iewiele ze mnie zostało 

Nothing is real but pain now/ Nic nie istnieje, poza bólem
Hold my breath as I wish for death/
Wstrzymuję oddech, jakbym chciał śmierci 

Oh please, God, wake me/ Proszę Boże obudź mnie
 

Back to the world that's much too real/ Powrót do świata, który jest zbyt realny
In pumps life that I must feel/
W pompach życie, które muszę poczuć

But can't look forward to reveal/ Ale nie mogę patrzeć w przyszłość
Look to the time when I'll live/ Na czas, kiedy będę żyć
Fed through the tube that sticks in me/ Karmiony przez rurkę, która we mnie się wbija 
Just like a wartime novelty/ Zupełnie jak wojenna nowość 
Tied to machines that make me be/ Związany z maszynami, które mnie tworzą
Cut this life off from me/ Odetnij mi to życie 
Hold my breath as I wish for death/ Wstrzymaj oddech, jakbym chciał śmierci 
Oh please, God, wake me/Och, Boże, obudź mnie

Now the world is gone, I'm just one/ Teraz świat zniknął, jestem sam jeden
Oh God, help me/
Boże, pomóż mi

Hold my breath as I wish for death/ Wstrzymaj oddech, chcę śmierci 
Oh please, God, help me/ Och, Boże, pomóż mi 

Darkness imprisoning me/ Ciemność mnie uwięziła
All that I see/ Wszystko co widzę
Absolute horror/ Absolutny horror 
I cannot live/ Nie mogę żyćI cannot die/ Nie mogę umrzećTrapped in myself/ Uwięziony w samym sobie
Body my holding cell/
W ciele mojej celi

Landmine has taken my sight/ Mina lądowa zabrał mój wzrok
Taken my speech/ Mowę
Taken my hearing/ Słuch
Taken my arms/ Ramiona
Taken my legs/ Nogi
Taken my soul/ Duszę
Left me with life in hell/ 
Zostawiła mnie z życiem w piekle


ISOLATIONS: Zastrzegamy sobie prawa autorskie do tłumaczenia tekstu

Każdy z nas nosi w sobie Johnyego, pytanie tylko kiedy przyjdzie pora na czas uświadamiający nam, że żyjemy w piekle. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.  

piątek, 24 maja 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Woyzeck Wernera Herzoga - film wcale nie o wojsku


Przyznam szczerze, że mam awersję do wszelkich służb mundurowych, no może poza strażakami.. Stąd też czytając kiedyś recenzję, mówiącą o tym, że film Wernera Herzoga  Woyzeck dotyka tematyki wojska, nie spieszno mi było do obejrzenia. 

Jednak okazało się, że tematyka wojskowa w filmie to zupełny margines, a chodzi, jak zwykle w filmach Herzoga, o coś zgoła innego.  Wiemy doskonale o tym po analizie jego filmów, które przedstawialiśmy u nas, takich jak: Aquirre (TUTAJ), Nosferatu Wampir  (TUTAJ),  Stroszek  (TUTAJ czy TUTAJ), i Szklane Serce (TUTAJ).   

Zatem  Franz Woyzeck rzeczywiście jest żołnierzem w XIX wiecznej niemieckiej armii. Ale poza tym, jest on dość dziwną postacią, żyje zgodnie z zasadami Biblii, choć nie do końca, nowiem posiada nieślubne dziecko. Może nie tyle nie do końca, bowiem interpretuje Pismo Święte na swój sposób, co wyznaje swojemu przełożonemu podczas wykonywania pracy...

Owo nieślubne dziecko  Franz posiada z prostytutką Marią, i tutaj zaczynają się pojawiać problemy, bowiem  Woyzeck  bardzo poważnie podchodzi do sprawy utrzymania dziecka, a Marię nazywa żoną
Wszystkie pieniądze jakie zarabia oddaje Marii i jest to nie tylko żołd, ale o dodatkowy zarobek pochodzący z eksperymentów jakim podaje go prowadzący doktor.
Ten ostatni, tworzy własną teorię i o ile  Woyzeck spełnia jej założenia, o tyle ten nagradza go kolejnymi podwyżkami...  Czy nie przypomina to eksperymentów lekarskich jakim poddawana była Sylvia Plath w Szklanym kloszu (TUTAJ)? 
Mimo, że bohater jest wycofany, chwilami nawet autystyczny, cechuje go geniusz - dowodzi tego choćby scena ze znalezionymi przez Marię kolczykami... 

Jednakże mimo tego wszystkiego, mimo wyraźnej odmienności głównego bohatera, udaje mu się dostrzec, że z Marią dzieje się coś dziwnego. Ta bowiem wpada w oko bardzo dobrze zbudowanemu doboszowi. Maria przeżywa na początku dylematy moralne ale i tak w końcu stwierdza, że jest jej wszystko jedno...
Dobosz poniża  Woyzecka  i wydaje się, że ta scena ma charakter symboliczny, tak jakby chciał pogardą zatrzeć fakt, że jego kobieta ma dziecko z innym. 

Główny bohater w końcu nie wytrzymuje i mimo tego, że jego związek z Marią jest czysto platoniczny, postanawia zemścić się za to, że pozwoliła zbliżyć się do siebie doboszowi... 

Woyzeck nie jest filmem łatwym, jak zresztą każdy film Herzoga. Pokazuje jednak jak trudny los mają ludzie niedostosowani, ale posiadający jakieś zasady moralne. 

Jak zakończy się ta cała historia? Odpowiem tylko, że widz zostanie postawiony przed wielkim dylematem... Na szczęście lekarz nas łatwo z niego wyleczy, ale czy na pewno w imieniu przysięgi Hipokratesa?

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

sobota, 5 maja 2018

Edward Munch: Moje cierpienia są częścią mojej jaźni i mojej sztuki


Dziś prezentujemy sylwetkę artysty, którego wiele dzieł, jak i droga życiowa, doskonale pasują tematycznie do naszego bloga. 

Choroba, szaleństwo i śmierć - to były trzy czarne anioły, które czuwały nad moją kołyską podsumował kiedyś swoje życie Edward Munch, którego obraz Krzyk jest równie rozpoznawalny co Mona Lisa, Leonardo da Vinci. Munch namalował tymczasem tysiące innych. Wszystkie te dzieła są swoistym pamiętnikiem, w którym jego twórcza pasja zarejestrowała osobiste tragedie, choroby i porażki. Mój strach przed życiem jest mi potrzebny, podobnie jak moja choroba - napisał kiedyś. Bez niepokoju i choroby jestem statkiem bez steru... Moje cierpienia są częścią mojej jaźni i mojej sztuki, są nie do odróżnienia ode mnie, a ich zniszczenie zniszczy moją sztukę. Tak wytyczony cel twórczości sprawił, że Munchowi przydzielono rolę wyraziciela i ilustratora psychoanalitycznych stanów współczesnego człowieka, zwłaszcza, że według niego twórca nie jest w stanie wyjaśnić rzeczywistości, lecz umie zarejestrować wpływ, jakie każde wydarzenie wywiera na jego własną wrażliwość.
 
Munch odbył studia akademickie u norweskiego malarza Christiana Krohga, który był realistą, a następnie poszedł własną drogą artystyczną. Opracował swój styl, ekspresyjny i naładowany emocjami. Zarejestrowanie formy, czy namalowanie konkretnego modela nie było dla niego najważniejsze. Znacznie istotniejsze były dla niego uczucia, które ów kształt w nim budził. Nie maluję tego, co widzę, ale to, co widziałem - wyjaśnił kiedyś. Dlatego pierwsze jego prace eksponowane na wystawach spowodowały skandal. Zarejestrował na nich i wystawiał na widok publiczny swoje bolesne przeżycia związane z przedwczesną śmiercią matki, która odeszła na gruźlicę gdy miał 5 lat oraz siostry, gdy miał 13, pokazał swoje smutne dzieciństwo przy ojcu lekarzu, emocjonalnie niedostępnym, cierpiącym na depresję psychotyczną, której efektem była m.in bigoteria. 

Studiował w Oslo a następnie w Paryżu oraz podróżował do Włoch, Niemiec i Francji, gdzie wielki wpływ na niego wywarło malarstwo Toulouse-Lautrec'a, van Gogha i Gauguina, którzy przekształcali na swoich płótnach lęki współczesnej cywilizacji na kształty plastyczne w duchu symbolizmu i ekspresjonizmu. Zbliżająca się epoka fin de siecle wzmagała społeczne lęki objawiające się dekadencją i fascynacją złem co szczególnie odbijało się w literaturze. Sztuka tego czasu chętnie zajmowała się ciemnymi stanami ponurego umysłu. Zainspirowany pracą Henrika Ibsena, Munch studiował psychoanalizę i tworzył sztukę, która próbowała rozwikłać tajemnice psychiki. Jego obrazy stawały się lustrem, w którym odbijał się stan jego emocji. Zrezygnował przy tym z wyobrażeń potworów. Posługiwał się zamiast tego niespokojną linii i rytmem dobranych plam kolorystycznych. Przez to przy pozornie banalnej tematyce jego obrazy ilustrowały nie tylko psychiczny stan malarza, ale również wywoływały u widza rozwibrowanie emocjonalne, bliskie stanowi histerii, co najpełniej osiągnął w Krzyku, jednym z najczęściej reprodukowanych i powszechnie uznanych obrazów w historii sztuki. 

Zdzisław Beksiński (o artyście i jego synu, Tomaszu pisaliśmy TUTAJ) w jednym z listów do Dmochowskiego z przekąsem nawet zauważył, że mam nadzieję, że nie spotka mnie po śmierci to samo co spotkało Muncha. Ten facet znany jest powszechnie wyłącznie z jednego dzieła, a mianowicie graficznej wersji obrazu Krzyk. Nikt nie wie, że namalował szereg fajnych obrazów, bo ta jedna, nieznośna w swej uproszczonej deformacji praca, będzie go już po wsze czasy reprezentowała. Pierwsze skojarzenie od słowa Munch to Krzyk.
 
Te inne dzieła Muncha można pogrupować w pewne cykle, bo do niektórych tematów wracał obsesyjnie po wielokroć. Należą do nich narcystyczne autoportrety. Malowane były w każdym okresie jego życia. Pierwszy autoportret namalował w wieku 18 lat, następne pokazują, w sile wieku, po przebytych chorobach (po epidemii hiszpanki, po wylewie krwi do oka) z nagimi modelkami, z których część była jego kochankami, w wieku starczym... W ostatnim Autoportrecie między zegarem a łóżkiem, który pochodzi z lat 1940-42, czyli wykonanym dwa lata przed śmiercią Muncha, możemy zobaczyć, co się stało z człowiekiem, który, jak pisał, zwlekał z tańcem życia. Stoi on sztywno wciśnięty niezgrabnie między łóżko a wiszący na ścianie zegar dziadka, jak niepotrzebny, zawadzający przestrzeń jeszcze jeden stary sprzęt. Munch był wówczas starym człowiekiem borykającym się z alkoholizmem, częściowym paraliżem i halucynacjami. Zegar bez wskazówek i liczb symbolizuje śmierć, zawsze obecną w każdym okruchu życia. Nad łóżkiem unosi się zarys młodej kobiety, portret tego, co mogło być ukazany w ramach autoportretu, czyli tego, co jest. Artysta bezradnie akceptuje swój stan, że nie może uciec od wieku, tak samo jak nie można uciec przed czasem.


Nie wierzę w sztukę, która nie jest kompulsywnym wynikiem pragnienia człowieka, aby otworzyć swoje serce powiedział kiedyś. Każdy obraz był próbą uchwycenia ludzkiej kondycji, stając się zapisem pewnego rodzaju wyciszonego, psychologicznego chaosu. Każdy obraz emanuje nihilizmem Nietzschego. Ból, rozpacz, melancholia i dramat odbijają się przez użyte plamy koloru. Wciąż jednak wydaje się, że jest nadzieja.  Omawiając inne wybrane działa Muncha nie można zapomnieć o wpływie Freuda na jego twórczość. Jest to szczególnie widoczne w Madonnie, w której widać freudowską seksualizację życia kobiety, której istota wyraża się poprzez stosunek płciowy, powodujący zapłodnienie, prokreację i śmierć. Obraz nie ma nic wspólnego z dziełem religijnym, mimo sugestywnego tytułu. Kobieta jest ułożona w seksualnie uległej pozie, tak jakby była w rzeczywistości w trakcie stosunku, czerwona aureola, podobnie jak plemniki na ramie i opływające postać a także płód w rogu obrazu nadają dziełu ostateczne znaczenie. 

Tym, co najbardziej fascynowało Muncha były silne emocje: miłość, popęd seksualny z nią związany, zazdrość, żal, opuszczenie, samotność… W jednym z jego najsłynniejszych obrazów: Wampir, widać rudowłosą kobietę, która zatapia usta w szyjce zniechęcająco wyglądającego kochanka, a jej warkocze przesuwają się nad nim niczym jadowite macki. Uważa się że artysta wyobraził na nim swoją kochankę Millie Thaulow, żonę dalekiego kuzyna i siebie. Także ją namalował w innym, zatytułowanym Rozpacz. Było to dzieło powstałe w niedokończonym cyklu nazwanym Fryz życia. W ramach serii wykonał 22 prace na wystawę w Berlinie w 1902 roku. Obrazy nosiły takie tytuły jak Melancholia, Zazdrość, Rozpacz, Niepokój i Krzyk.
 

Komplikacje w życiu znalazły swoje odbicie na jego obrazach. Związek z Larsen, kolejną kobietą zakończył się próbą samobójstwa jej i jego. Ostatecznie Larsen wyszła za mąż za innego malarza a Munch namalował obraz, na którym przedstawił siebie przybitego do krzyża. Z tego czasu pochodzą także liczne kopie Śmierci Marata Davida, w których Marat ma jego rysy twarzy.
 
Gdy Norwegia odzyskała niepodległość Munch został okrzyknięty artystą narodowym. Zakupił wówczas majątek w Ekely w Skøyen w Oslo i zajął się malowaniem pejzażów, początkowo w radosnej kolorystyce, a później coraz to bardziej ponurych barwach. Powrócił także do ulubionych zdjęć, tworząc nowe wersje niektórych obrazów z Fryzu Życia.
 
Ostatnie dwadzieścia lat życia spędził w samotności w swoim prawie samowystarczalnym majątku w Ekely. W późniejszych latach Munch wspierał finansowo członków rodziny, którzy przeżyli, i komunikował się z nimi pocztą, ale nie odwiedzał ich. Spędzał dużo czasu w samotności, dokumentując udręki i upokorzenia w swoich latach. W czasach wojny jego sztuka była przez nazistów uznana za zdegenerowaną podobnie jak dzieła Picassa , Klee , Matissa , Gauguina i wielu innych współczesnych artystów. Niemcy usunęli jego 82 dzieła z muzeów. W 1940 r. Niemcy zaatakowali Norwegię, a partia nazistowska przejęła rząd. Munch miał 76 lat. Z prawie całą kolekcją swojej sztuki na drugim piętrze swojego domu, żył w strachu przed nazistowską konfiskatą. Siedemdziesiąt jeden z obrazów wykonanych wcześniej i wywiezionych przez okupanta wróciło do Norwegii poprzez zakup przez kolekcjonerów (pozostałe jedenaście nigdy nie zostały odzyskane), w tym Krzyk i Chore dziecko. Munch zmarł w swoim domu 23 stycznia 1944 roku, około miesiąca po swoich 80. urodzinach. Jego pogrzeb zorganizowany przez nazistów zasugerował Norwegom, że miał faszystowskie poglądy. W 1946 r. miasto Oslo kupiło majątek Ekely od spadkobierców Muncha. Jego dom został zburzony w maju 1960 roku…. 


wtorek, 17 kwietnia 2018

Sylvia Plath: Szklany klosz. Geneza depresji

Powieść Szklany Klosz Sylvii Plath została napisana w roku 1963 i wydana na miesiąc przed jej samobójczą śmiercią, co ciekawsze ukazała się pod pseudonimem. Dopiero po śmierci autorki ujawniono fakt, że jest to autobiografia, dodatkowo zrobiono to wbrew jej woli [TUTAJ]. Samobójstwo Plath popełniła przez zatrucie się gazem. Swoje dzieci uratowała przed śmiercią zamykając je w dobrze wentylowanym pokoju na klucz. 

Jest bardzo wiele wątków które należy w związku z tą książką poruszyć, w Internecie można łatwo odszukać cytaty i złote myśli z niej pochodzące, a sama książka poddana była, i pewnie jeszcze nie raz będzie, wielu analizom, bowiem to klasyka literatury. Ja chciałbym skupić się na kilku wątkach które wydają mi się dość rzadko poruszane.

Po pierwsze ważne dla mnie jest obcowanie z pełnym dziełem autorki, bowiem kiedy pierwszy raz czytałem książkę, z polskiego wydania cenzura usunęła fragmenty opisujące próby samobójcze. Dlatego w ramach swoistego rewanżu, pozwolę sobie kilka z nich zacytować poniżej.

Po drugie, odnoszę takie wrażenie, że książka powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich lekarzy, zwłaszcza dla psychiatrów. Są bowiem w niej pewne wskazówki, jak nie należy obchodzić się z pacjentami. Psychiatrzy, ale ogólnie lekarze przedstawieni są w książce w negatywnym świetle. Nawet dr Nolan, ostatnia lekarka lecząca główną bohaterkę, Esther Greenwood, w końcu okazuje się grać nie fair, zapisując jej znienawidzone elektrowstrząsy.  

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy książka powinna mieć podtytuł to odpowiedź byłaby twierdząca. Pełen tytuł zatem powinien brzmieć: Szklany klosz. Geneza depresji. Moim bowiem zdaniem, powieść pokazuje stadia rozwoju choroby. Młoda dziewczyna zdobywa prestiżową nagrodę, sponsorkę i podejmuje studia. Książka z początku wydaje się lekturą typowo kobiecą, ale jest tak tylko do pewnego momentu. Bowiem bohaterka doznaje coraz to nowych rozczarowań w relacjach z rówieśniczkami, przełożonymi, damsko-męskich i ogólnie w relacjach z ludźmi. Przy okazji zostaje przytłoczona życiem wielkiego miasta, poszukuje swojego miejsca, pozostawiona zostaje sama sobie wobec życiowych wyborów. Jej ojciec nie żyje, matka jest daleko, a ona nie bardzo wie co w życiu ma robić. W końcu w swoistym akcie desperacji, porzuca szkołę i wraca do domu matki. 

I tutaj zaczyna się prawdziwa historia. W zasadzie zalążki depresji już są, teraz choroba przechodzi do głębszej fazy i jak na dłoni widać genezę powstawania stanu kompletnego załamania. Autorka postanawia być pisarką, ale nie bardzo jej to wychodzi, przyczynę upatruje w braku doświadczenia. W końcu zauważa u siebie problemy z pisaniem, nie je nie śpi i ogólnie popada w głębokie stany depresyjne. Słowo samobójstwo pojawia się po raz pierwszy kiedy autorka odkrywa fakt, że jedyne słowo pisane które do niej dociera to prasa brukowa.

Nie wiem, dlaczego dotychczas nie kupowałam takich gazet. Teraz stanowiły jedyną lekturę, jaką byłam w stanie czytać. Niewielkie kawałki tekstu pomiędzy fotografiami były tak krótkie, że zdążyłam je przeczytać, zanim litery zaczynały podskakiwać i spływać w dół. Matka abonowała tylko „Christian Science Monitor". Leżał na progu naszego domu codziennie już o piątej rano, z wyjątkiem niedziel. Dziennik ten z zasady nie donosił o samobójstwach, zbrodniach seksualnych czy wypadkach lotniczych.

Od tej chwili dziewczyna myśli głównie o tym, jak powinna ze sobą skończyć. Co ciekawe, ze strony matki czy otoczenia praktycznie brak wsparcia, szczerych rozmów, są próby ratunku polegające na dawaniu lekcji stenografii, którą to zajmuje się matka.

Bo z własnej matki niewiele miałam pożytku. Od śmierci ojca uczyła stenografii i pisania na maszynie [w żeńskim college'u Miejskim]  i w ten sposób utrzymywała całą rodzinę. Głęboko w sercu żywiła nienawiść do ojca za to, że umarł i nie zostawił ani grosza, ponieważ nie ufał agentom ubezpieczeniowym. Przez całe życie nalegała, żebym się także nauczyła stenografii po to, bym poza wyższym wykształceniem miała jakiś konkretny zawód.

Próby te jednak kończą się porażką, myśli samobójcze przechodzą powoli do fazy realizacji, pierwszą z nich jest szukanie skutecznej metody. Realizacja natomiast odbywa się od razu.

- A gdybyś ty chciał popełnić samobójstwo, to jak byś to zrobił?
Kal jakby się ucieszył z mojego pytania.
- Nieraz się nad tym zastanawiałem. Chyba palnąłbym sobie w łeb.
Byłam rozczarowana. Typowa męska odpowiedź. Co mi po takiej metodzie. Skąd wziąć rewolwer? A nawet gdyby mi się to udało, to nie miałabym pojęcia, jak to zrobić, żeby nie spudłować. Ileż to razy czytałam w gazecie o ludziach, którzy próbowali się zastrzelić i tylko uszkadzali sobie jakiś nerw, powodując paraliż, albo rozwalali sobie twarz, po czym wspaniali chirurdzy cudem ratowali im życie. Ryzyko strzelania do siebie z rewolweru wydało mi się zbyt wielkie.

Powyższy dialog ma miejsce na plaży i wtedy, krótko po nim, następuje druga próba samobójcza, dowiadujemy się także o okolicznościach pierwszej. Chronologicznie wygląda to tak:

Kilka dni przedtem próbowałam się powiesić. Kiedy matka wyruszyła rano do pracy, wyciągnęłam jedwabny sznur z jej żółtego szlafroka kąpielowego i siadłszy na łóżku wzięłam się do robienia pętli. Czynność ta zabrała dużo czasu, ponieważ nigdy mi podobne zajęcia dobrze nie szły, a już szczególnie nie miałam pojęcia, jak zrobić solidną pętlę. Potem zaczęłam szukać jakiegoś haka. Kłopot polegał na tym, że nasz dom ma zupełnie nieodpowiednie sufity do takich poczynań. Są niskie, białe, gładkie, bez belek i bez haków na lampy. ...  Przez dłuższy czas snułam się w poszukiwaniu sposobu na zamocowanie sznura, który zwisał mi z szyi jak żółty ogon koci, ale nic z tego nie wyszło. Na koniec przysiadłam na brzegu łóżka matki i zaczęłam zaciskać pętlę rękami. Ale kiedy zaczynało mi szumieć w uszach, kiedy krew uderzyła mi do głowy, ręce mi słabły i opadały, i zaraz znowu czułam się doskonale. Zorientowałam się, że moje ciało wypowiedziało mi wojnę i że ma na mnie różne sposoby. Moje ręce słabły na przykład w kluczowym momencie i w ten sposób ciało moje ratowało się raz po raz od zagłady. Gdybym mogła sobie z nim dać radę, dawno już byłoby po wszystkim. Postanowiłam więc zaskoczyć moje cielsko, mobilizując w tym celu całą, pozostałą mi jeszcze inteligencję, bo zrozumiałam, że w przeciwnym razie zostanę w tej idiotycznej pułapce na dalszych dobre pięćdziesiąt lat, a to nie miałoby żadnego sensu. Zdawałam sobie sprawę, że ludzie już się orientują, że nie mam piątej klepki, i że prędzej czy później - mimo że matka usiłuje być bardzo dyskretna - bez większego trudu przekonają ją, żeby mnie oddała do zakładu dla umysłowo chorych pod pretekstem, że tam mnie może wyleczą. Ale mój wypadek był nieuleczalny. Nabyłam w drugstorze kilka kieszonkowych wydawnictw na temat chorób umysłowych, porównałam moje symptomy z symptomami opisanymi w książkach i wszystko się zgadzało. Moja choroba nie nadawała się po prostu do leczenia. Poza brukowcami byłam w stanie czytać jedynie i wyłącznie książki z dziedziny psychopatologii. Nic więcej. Było tak, jak gdyby w umyśle moim pozostała już tylko wąska smuga inteligencji. Pewnie po to, żebym mogła się zorientować, że jest ze mną bardzo niedobrze, i sama zrobić z tym koniec. Nie udało mi się jednak powiesić i zaczęłam się zastanawiać, czy nie skapitulować i zgodzić się na leczenie, ale zaraz przypomniał mi się doktor Gordon i jego prywatna maszyna do wstrząsów. Jak mnie zamkną w szpitalu, to będą mi mogli robić elektrowstrząsy chociażby codziennie.

Proszę zwrócić uwagę na fakt stwierdzenia nieuleczalności choroby. Wspomniany dr Gordon to ratunek, na jaki decyduje się matka głównej bohaterki. Niestety to zwykły naciągacz, w dodatku aplikujący bolesne elektrowstrząsy. Ale wróćmy na plażę, bohaterka wypływa daleko od przyjaciół i stara się utopić.  

Nachyliłam głowę i dałam nurka, rękami rozgarniając wodę. Poczułam ucisk na sercu i szum w uszach. Ale po kilku sekundach morze wyrzuciło mnie na powierzchnię. Skąpany w jaskrawym słońcu świat mienił się, pełen błękitnych, zielonych i żółtych klejnotów. Otarłam sobie oczy. Dyszałam z wysiłku, ale bez trudu utrzymywałam się na powierzchni. Jeszcze kilka razy nurkowałam, ale woda wypychała mnie na powierzchnię jak korek. Szara skała drwiła sobie ze mnie. Kołysała się teraz na wodzie jak wielkie koło ratunkowe.

Znowu nic z tego nie wychodzi aż w końcu Esther postanawia użyć bardziej drastycznej metody. Zdobywa klucz do schowka z lekami i podczas gdy matka jest w pracy zostawia jej kartkę z informacją, że wybiera się na długi spacer. Schodzi do piwnicy i zażywa wszystkie leki jednocześnie. Zostaje jednak odratowana, jej twarz i wygląd ulegają pod wpływem działania leków zmianie. W wyniku agresywnego zachowania zostaje przeniesiona do kliniki prywatnej, a koszt leczenia pokrywa jej sponsorka, ta sama która fundowała studia. Tam poznaje wspomnianą dr Nolan ale i inne kobiety, w tym znajomą Joan (tak na prawdę chodzi o Asii Wevill, kobietę w której zakochał się mąż Plath, przez co rozpadło się jej małżeństwo. Nota bene Wevill popełniła samobójstwo w taki sam sposób jak Plath). Tej ostatniej udaje się próba samobójcza przez powieszenie...

W książce jest wiele innych ciekawych wątków, ja chciałbym napisać jeszcze o dwóch. Tytuł znajduje swoje wyjaśnienie. Esther jest przekonana, że jej życie to niewola: Dla człowieka siedzącego pod szklanym kloszem, znieczulonego na wszystko, zatrzymanego w rozwoju jak embrion w spirytusie, całe życie jest jednym wielkim, złym snem.... Skąd mogłam wiedzieć, czy kiedyś w przyszłości, w Europie czy gdziekolwiek - szklany klosz znowu na mnie nie spadnie, nie nakryje mnie, odkształcając moje widzenie świata.

W końcu po serii elektrowstrząsów choroba ustępuje i Esther czuje się na tyle dobrze, że zostaje wypuszczona na pogrzeb Joan. Czułam się cudownie, oczyszczona z lęku, odświeżona i zadziwiająco spokojna. Szklany klosz podniósł się, zawisł wysoko nad moją głową. Czułam na ciele ożywczy powiew łagodnego wiatru.

Książka kończy się w chwili gdy bohaterka ma stanąć przed komisją decydującą o jej wyjściu ze szpitala. To ponoć formalność. Pytaniem zasadniczym jest, czy bohaterka na prawdę lepiej się poczuła i została wyleczona, czy też był to fortel, jakiego użyła żeby wyjść na wolność i zrobić co planowała? 

Życie pokazało, że jednak to drugie.  

W notce wykorzystano fragmenty powieści Sylvii Plath Szklany Klosz w przekładzie  Miry Michałowskiej, Wyd. Literackie. 

piątek, 13 kwietnia 2018

Kinowa jazda obowiązkowa: Zagadka Kaspara Hausera czyli każdy dla siebie i Bóg przeciwko wszystkim

W pierwotnym zamiarze Wernera Herzoga tytuł miał brzmieć: Każdy dla siebie i Bóg przeciwko wszystkim. Jest to film trudny, ambitny i poddany chyba milionom analiz, bowiem uważany za jeden z najważniejszych filmów w historii kina. Jednocześnie to debiut Brunona S. naturszczyka, o którego życiu i zaangażowaniu przez Herzoga pisaliśmy wcześniej (TUTAJ). Ważne jest to, że grajek Bruno S. syn prostytutki, miał bardzo zbliżony życiorys do Kaspara, z tym, że historia Hausera zaczyna się w 1828 roku. Był przez 16 lat więziony i mało było o nim wiadomo. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

Film rozpoczyna się od scen pokazujących dość dorosłego Kaspara, więzionego w lochu i karmionego chlebem i wodą. 



Odwiedza go człowiek (w pewnym momencie nazywa siebie ojcem, później w liście stwierdza że nim jednak nie jest) który próbuje go uczyć chodzić i pisać.


Po jakimś czasie pozostawia go z gotowym listem na rynku miasteczka N. w którym dzieje się akcja filmu (oryginalny Kaspar pochodził z Norymbergi). W liście opisana jest jego historia, a list skierowany jest do wysokiego rangą wojskowego, gdzie Kaspara doprowadza jeden z mieszkańców miasteczka, z centrum pustego rynku na którym stoi nieprzystosowany do życia bohater.

    
Wojskowy i urzędnicy zajmują się Kasparem, oceniają jego stan w wszystko protokołują.  Postanawiają umieścić go w wieży dla znajd i przestępców, po czym kiedy nabywa podstawowych manier decydują, że musi na siebie zarabiać w miejscowym cyrku.



W cyrku przedstawiany jest jako dziwoląg, i w końcu stamtąd ucieka trafiając pod opiekę jednego z dobrze sytuowanych mieszkańców.


W domu podczas rozmów poznaje czym jest religia, coraz bardziej doświadcza, jakimi okrutnymi istotami potrafią być ludzie. Zostaje dotkliwie pobity i doznaje, podczas utraty świadomości, wizji ludzi idących pod górę we mgle. Na górze jest tylko śmierć. Kaspar obcuje z przyrodą, zaczyna też nieudolnie spisywać historię swojego życia. 




Jego inność jednak powoduje, że nie znajduje akceptacji. W końcu zostaje śmiertelnie raniony nożem przez nieznajomego, który wręcza mu sakiewkę z listem. Przybiega z krwawiącą raną do człowieka u którego mieszka, jednak ten zamiast udzielić mu pomocy, najpierw pyta o miejsce w którym to się stało, po czym jest tam prowadzony przez krwawiącego Kaspara. Czyta list z sakiewki. W liście jest tylko informacja, że Hauser może rozpoznać nieznajomego i poinformować skąd pochodzi, a on sam chce zaoszczędzić Hauserowi trudu i sam ma zamiar powiedzieć skąd przybył. Chce nawet ujawnić swoje nazwisko. Tego jednak finalnie nie poznajemy. Hauser na łożu śmierci proszony o wyjawienie co leży mu na sercu, opowiada przypowieść o ślepym przewodniku, który kieruje karawanę przez pustynię.


Nagle ludzie spostrzegają przed sobą góry, ale ślepy przewodnik smakuje piasku i kieruje grupę cały czas tą samą drogą. Gór nie ma a pojawia się miasto, z tym że nikt nie wie co w tym mieście ma się wydarzyć. Hauser umiera a sekcja zwłok wykazuje anomalie mózgu i wątroby.



Teraz urzędnicy będą mogli spać spokojnie, bo wszystkie niedostosowania bohatera znalazły swoją przyczynę w anomaliach budowy jego ciała.  

Kilka refleksji po obejrzeniu filmu. Można wyobrazić sobie, że film pokazuje człowieka tabula rasa fizycznie dojrzałego jednak w pełni nieświadomego, oraz proces kształtowania i zapisywania tej tablicy przez otoczenie. Przemoc, materializm, zaspokajanie potrzeb i szukanie winnych wkoło, byle tylko poza sobą. W końcu zrzucenie winy na ofiarę, na człowieka niedostosowanego, bo tak jest najwygodniej. Ile razy słyszymy opinię o ludziach np. popełniających samobójstwa, że musieli to być ludzie nienormalni, mający coś nie po kolei w głowie? Ile w tym zachowań mających na celu tylko i wyłącznie uspokajanie siebie i własnego sumienia? Bo co to właściwie zmieni?   


I najsmutniejszy w tym wszystkim jest fakt, że bez względu na to kto umrze, psy będą szczekały a karawana pójdzie dalej. Świat będzie istniał i funkcjonował, a jeden zgon w tę czy tamtą nie zatrzyma tłumu idącego pod górę, którą widział w wyobraźni Kasper Hauser. Górę życia, na szczycie której nie czeka nic innego, poza śmiercią.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Ostatnie transmisje Bruno Schleinsteina, grajacego rolę Stroszka w ulubionym filmie Iana Curtisa

Bruno Schleinstein, znany szerokiemu światu jako Bruno S. (2.06.1932 - 11.08.2010) - to aktor naturszczyk, grający w dwóch filmach  Wernera Herzoga. Jako miejsce jego urodzenia podaje się Berlin, choć nie jest to pewna informacja (TUTAJ).  Przede wszystkim, co ważne dla fanów Joy Division, grał rolę Bruno Stroszka, w ulubionym filmie Iana Curtisa (o związkach tego filmu z samobójstwem Curtisa pisałem TUTAJ). W filmie Control i 24 Hours Party People pokazane są sceny ze Stroszka, które Ian Curtis ogląda na krótko przed samobójstwem (np. scena licytacji domu na kółkach należącego do Bruno Stroszka w Wisconsin). 

Bruno S. był niechcianym dzieckiem prostytutki, bity przez matkę do nieprzytomności w wieku 3 lat popadł w stan śmierci klinicznej, co prawdopodobnie spowodowało u niego chorobę psychiczną. Z tego powodu Niemcy w czasach nazistowskich poddawali go eksperymentom medycznym. Od dzieciństwa przez 23 lata błąkał się po różnych zakładach dla psychicznie chorych, izbach dziecka, więzieniach i schroniskach dla bezdomnych. Tam nigdy nikt go nie odwiedzał, nikt go też wcześniej nie znał. Będąc bezdomnym często włamywał się do samochodów w których spał. Imał się różnych prac, m.in. był kierowcą wózków widłowych, w końcu zajął się śpiewem, grą na akordeonie i cymbałkach na placach Berlina (nigdy nie prosił o datki), mówi się, że stworzył swój styl. Nie miał przyjaciół, żył w kompletnej izolacji (TUTAJ).

Mawiał, że nie śpiewa piosenek tylko je transmituje. Jedna z nich pt. Myśli są wolne mówiła o niemożliwości odnalezienia schronienia nawet we własnych myślach. 


Wcześniej grał w dokumencie  o ulicznych grajkach: Es blies ein Jäger wohl in sein Horn z 1970 roku (film ten jest niedostępny w Internecie) i to właśnie po jego obejrzeniu Werner Herzog postanowił powierzyć mu rolę Kaspara w Zagadce Kaspara Hausera a później Bruna w Stroszku. Tak stał się kultowym aktorem.


Ale poza aktorstwem w dwóch filmach Herzoga na prawdę interesowały go poza-aktorskie obszary działalności. Poniżej krótki film pokazujący jak mieszkał, jego reakcja na film Stroszek i opowieść o jednej z grafik, bo Bruno S. aktorem został z przymusu, na prawdę czuł się artystą, komponował, grał i malował. 


W 2002 roku Miron Zownir nakręcił o nim film dokumentalny  (poniżej trailer):


Jego obrazy natomiast wystawiono na wystawie artystów outsiderów w Nowym Jorku w 2004 roku.







Poniżej film, który przedstawia autora pracującego nad swoim ostatnim obrazem. Pozostał niedokończony a bazował na piosence  Mamatschi (tłumaczenie z niemieckiego TUTAJ): 
  
Był sobie raz mały chłopczyk,
Który słodko, pięknie błagał:
"Mamusiu, podaruj mi konika
Taki konik byłby dla mnie rajem"
Ten mały mężczyzna otrzymał
Parę marcepanowych siwków
Popatrzył na nie, rozpłakał się i powiedział
"Takich koni nie chciałem"

Mamusiu, podaruj mi konika
Taki konik byłby dla mnie rajem
Mamusiu, takich koni nie chciałem

Czas mijał

Chłopiec zażyczył sobie
Od św. Mikołaja konika
Pod choinkę otrzymał to
Co sobie życzył
Na stole stały cztery konie zrobione z drzewa
Pomalowane lakierem
Popatrzył na nie, rozpłakał się i powiedział
"Takich koni nie chciałem"

Mamusiu, podaruj mi konika
Taki konik byłby dla mnie rajem
Mamusiu, takich koni nie chciałem

Minęło wiele lat
Z chłopca stał się mężczyzną
Któregoś dnia przed bramą
Zatrzymał się wspaniały zaprząg
Przed wozem stały cztery konie
Bogato zdobione i piękne
Przybyły aby zabrać jego kochaną matkę
Wtedy przypomniały mu się jego dziecięce lata

Mamusiu, podaruj mi konika
Taki konik byłby dla mnie rajem
Mamusiu, pogrzebowych koni nie chciałem 


Niedokończony obraz przedstawia karawan konny, ale konie nie posiadają głów. Autor skomentował ten fakt mówiąc, że ich głowy są już po tamtej stronie. Krótko później sam się tam znalazł.    


A to ostatni utrwalony koncert artysty, do repertuaru dołączył dzwonki (widać prawdopodobnie postępującą chorobę Parkinsona):


Zapis pochodzi z czerwca 2010, dwa miesiące później zmarł na serce. Mam swój umysł i potrafię myśleć, a moje myśli są jasne - tak mawiał. Jego prochy pochowano na Cmentarzu św. Mateusza w Berlinie 15.10.2010 roku, przy akompaniamencie małej orkiestry.






Wszystko przemija, nic nie jest trwałe. Sława, pieniądze stają się niczym w obliczu śmierci. Teraz, po tamtej stronie, Bruno Schleinstein razem z Ianem Curtisem, mają dużo czasu na dyskusje o filmie, muzyce i co ważniejsze, o przemijaniu. Niestety transmisje z tych spotkań są dla nas (jak na razie) niedostępne. 

Jak na razie.

Więcej: TUTAJ i TUTAJ

czwartek, 29 marca 2018

Kinowa Jazda Obowiązkowa: Stroszek - film, który Ian Curtis obejrzał przed samobójstwem. Czy go zainspirował?

Stroszek Wernera Herzoga, film z 1976 roku, obok płyty Idiot Iggy Popa stały się swoistego rodzaju rekwizytami dla fanów Joy Division. To po obejrzeniu tego filmu Ian Curtis w nocy z 18 na 19.05.1980 roku popełnił samobójstwo. Film jest streszczony w sieci, można go również za darmo obejrzeć (TUTAJ), trwa godzinę i czterdzieści cztery minuty. Postaram się w skrócie streścić fabułę, nawiązując  do kilku wątków, które rzucają światło wyświetlające jak ważny dla lidera Joy Division był to film. Mam nadzieję, że przynajmniej część moich przemyśleń nie pojawiła się w dotychczasowych opracowaniach o zespole. 

Po pierwsze do filmu trzeba dorosnąć. Pamiętam kiedy oglądałem go bardzo dawno, po śmierci Curtisa wydawał mi się strasznie nudny. Dziś z perspektywy nabytych doświadczeń, już takim nie jest. Uważam, że Curtis podejmując decyzję o samobójstwie w pewien sposób odwzorował zachowanie Stroszka, mało tego chyba los jaki spotkał głównego bohatera filmu Herzoga wydawał się bardzo prawdopodobny Curtisowi i stanowił projekcję tego co może czekać Joy Division po wyjeździe do USA. O problemach zdrowotnych i innych powodach samobójstwa Curtisa pisałem TUTAJ  i właśnie obawa przed problemami z koncertami w USA (zdrowie) i ruina wizerunku zespołu była jedną z przyczyn desperackiego czynu. 

Ale zacznijmy od początku. W filmie Herzoga jest wiele podobieństw Stroszka do Curtisa. Zresztą ogólnie do twórczości Joy Division. Już na początku trzask więziennych krat zza których wychodzi Bruno Stroszek jest niezwykle podobny do dźwięku windy którą Martin Hannett umieścił na Unknown Pleasures (w wywiadzie Hannett mówi, że to prawdziwa winda TUTAJ).  Stroszek jest muzykiem, w zasadzie grajkiem który grą na cymbałkach i akordeonie zarabia na życie. W końcu staje przed szansą poprawy warunków bytowych i pod namową prostytutki Evy, co do której ma poważne plany, oraz sąsiada Scheitza opuszczają Niemcy i za zarobione przez Evę pieniądze płyną do USA. 


Stroszek mimo troski o swój dobytek (mówi w rozmowie z Scheitzem: Co się stanie z tymi wszystkimi rzeczami gdy umrę?) pozbywa się nawet ulubionego zwierzęcia by zrealizować marzenia. W USA jednak, mimo znalezienia przez Evę i Stroszka pracy pojawiają się problemy (Scheitz nie pracuje, za to oddaje się swojej życiowej fascynacji magnetyzmem zwierzęcym, dokonując pomiarów przyrządem własnej konstrukcji). 

Marzenia szybko zjada koszmar szarego życia. Eva odkrywa krótko przed wizytą przedstawiciela banku, że nie stać ich na godziwe życie i wraca do prostytucji. Separuje się od Stroszka, który próbuje nawiązać z nią dialog. Typowe problemy w związku rodzą kolejne napięcia. Mimo szczerej rozmowy dochodzi do izolacji...



Stroszek odkrywa, co Eva robi po godzinach, a ta opuszcza go podążając w nieznane z kierowcami tirów. 


Wtedy wydaje się, że główny bohater podejmuje decyzję o samobójstwie. Padają z jego ust pamiętne słowa: Co ma wisieć nie utonie, a ostatnich gryzą psy. Mimo prób zarobkowych dom i telewizor, który tak kochała oglądać Eva, zostają zlicytowane. Dwóch oderwanych od rzeczywistości i zupełnie do niej nieprzystosowanych  mężczyzn przekonuje się na własnej skórze, czym jest kredyt bankowy, pozostając bez środków do życia. Dom - przyczepa w której żyli zostaje odholowany po licytacji a im pozostaje skradzione auto i nabita strzelba. 


Dokonanie częściowo nieudanego napadu powoduje, że Bruno traci przyjaciela, auto a ostatnie pieniądze wydaje na jedzenie. Tak kończą się naiwne marzenia o USA, pieniądzach, szczęściu i miłości. Czy nie ma tutaj inspiracji i ostrzeżenia, które Ian Curtis wziął bezpośrednio do siebie? A co stanie się jeśli on nie będzie mógł z powodu nasilających się problemów zdrowotnych występować? Zrujnuje marzenia kolegów i biznesu o sławie i wielkich pieniądzach... 

Stroszek jest zdesperowany, udaje się do zamkniętego wesołego miasteczka, gdzie po uaktywnieniu kilku zwierząt wykonujących pod wpływem impulsów różne sztuczki, wsiada ze strzelbą w rękach na kolejkę linową. Na plecach wagonika napis: To na prawdę ja!

Nabita broń nie uczyni cię wolnym, tak powiedziałeś -  śpiewa Curtis w New Down Fades (Gaśnie Nowy Świt). Co ciekawe samobójczy strzał (a to główna metoda samobójstw w USA, o czym pisałem TUTAJ i TUTAJ) pada, kiedy kolejka jest mniej więcej w połowie drogi na szczyt... Samobójstwo Curtisa dokonuje się w połowie drogi na światowy szczyt. Dzięki temu zarówno żona, jak i koledzy z zespołu, mają zapewnioną dożywotnią sławę i środki do życia. Po samobójstwie Stroszka kolejka ulega zablokowaniu a zwłoki jeżdżą wkoło na wyciągu. 

Stymulowany prądem kurczak nie może przestać tańczyć. Tak jak świat nie może zapomnieć o Ianie Curtisie i Joy Division...


      
P.S. Ukazało się kilka bootlegów Joy Division nawiązujących tytułami do filmu (Let the Movie Begin, czy Stroszek's Last Stand). Wątek wesołego miasteczka pojawia się też w kilku piosenkach i teledyskach - ot choćby Clan of Xymox, jest też kurczak pod koniec:

 

A poniższego zdjęcia Joy Division chyba nie trzeba specjalnie komentować? 


sobota, 17 marca 2018

Łyse manekiny, czyli o tym jak świat staje się bezpłciowy

Byłem ostatnio w dużej galerii handlowej. I w sumie nic w tym niezwykłego gdyby nie fakt, że ze zdziwieniem zauważyłem "równość płciową" a w zasadzie bezpłciową, manekinów z różnych sklepów z odzieżą. Kilka różnych sklepów, manekiny białe lub czarne, ale wszystkie bezpłciowe, łyse i płaskie. W zasadzie nie ma różnicy między kobietami a mężczyznami. Pamiętam jak kilka lat temu studiowałem podręcznik do biologii mojego dziecka, lekcja o różnicach między kobietami a mężczyznami, kształt twarzy, biodra, piersi, wzrost i tak dalej. Czyżby dzisiaj to wszystko przestało mieć znaczenie? To pierwszy etap, bowiem w sklepach są jeszcze działy męskie i damskie ale tzw. moda "unisex" staje się coraz bardziej powszechna. Znajomy opowiadał mi ostatnio, że przeprowadzał egzamin na uczelni, około 70 studentów w grupie, zdecydowana większość dziewczyn. W spódniczce 2 (słownie sztuk dwie). Reszta w spodniach...   

Świat staje się bezpłciowy. Wciskają nam, ze nie ma różnic między płciami. Indoktrynacja jest głównie prowadzona przez Internet. Młodzi ludzie są tam odmóżdżani, pozbywają się wrażliwości, stają się mniej czuli. Po prostu są indoktrynowani non stop. Młodzi dzisiaj bez Internetu "nie dają rady". Czy nie są przerażające te tłumy z telefonami na ulicach? Włażące pod koła samochodów na pasach drogowych... 

Albo inny przykład: siedzi para wiek około 17 lat, w knajpce, gra nastrojowa muzyka. Chłopak zamiast porozmawiać i patrzeć dziewczynie w oczy, patrzy w ekran telefonu. Dziewczyna robi to samo. Nie jest wykluczone, że w tym czasie porozumiewają się (i to ze sobą!) za pomocą jakiegoś komunikatora... Ta powszechność uzależnienia od Internetu jest wykorzystywana przez takie typy, jak projektanci bezpłciowych manekinów. Młodzi łatwiej dają sobą manipulować, często nie zdają sobie zupełnie z tego sprawy. Z  młodymi bardzo trudno przez to nawiązać kontakt. Jakiś rok temu słyszałem w radio wywiad z chłopakiem, wtedy 16 letnim, mieszkającym z matką. Owszem uczy się ale minimum - tyle żeby zaliczyć. Całe dnie i noce gra w gry lub serfuje po Internecie. Nie ma planów, zainteresowań. Jak umrze matka, będzie myślał, teraz konieczności nie widzi. Ciągnie go świat który odkrywa, zakazane owoce jakie znajduje w sieci. Piętro pode mną mieszka matka z synem. Chłopak całe noce przy komputerze, nie interesuje się niczym innym, nigdy nie widziałem go w towarzystwie rówieśników czy z dziewczyną. Kiedyś mieli psa to czasem go wyprowadzał. Teraz spotykam go od święta - wygląda jak zombie. Blady, niedożywiony, zapadnięte oczy...   
   
I tak oto od bezpłciowości manekinów doszliśmy do bezpłciowości człowieka, zaliczając po drodze rolę Internetu. Może ja po prostu jestem niedostosowany do dzisiejszych czasów?