Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock industrialny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock industrialny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 listopada 2020

Z mojej płytoteki: Nine Inch Nails i ich Pretty Hate Machine, czy to naprawdę początek industralu?


To był początek lat 90-tych, gdy w jednej z polskich gazet muzycznych natrafiłem na wywiad z Trentem Raznorem i artykuł o jego projekcie Nine Inch Nails. Sprawa wydawała się ciekawa bowiem czytając wywiad od razu zadałem sobie pytanie jaką muzykę tworzy gość, który kupił dom gdzie sekta Mansona zamordowała pierwszą żonę Romana Polańskiego, w dodatku gdy ta była w ciąży. Raznor opowiadał w wywiadzie jak z drzwi do których pukał Manson zrobił sobie stojak do klawiszy... No i ta nazwa... 

Później poznałem omawiany dziś album, który wielu krytyków zalicza do pierwszej płyty nurtu industrialnego. Sami na naszym blogu opisywaliśmy dwa zespoły - Throbbing Gristle i the Tights (TUTAJ) które w zasadzie uważane są za pierwsze kładące podwaliny pod industrial i to jeszcze pod koniec lat 70-tych. 

Niemniej tak się uważa i projekt NIN, który w zasadzie jest projektem jednoosobowym, a jedynie w trasy Raznor dobiera sobie muzyków, uchodzi dziś za jeden z największych w historii industrialu


Zatem omawiamy dziś album autor nagrał sam, wszystko napisał i zaśpiewał.



Wydawnictwo otwiera Head Like a Hole - nie ukrywam, że nie należy do moich ulubionych utworów, a dalsze kompozycje pokazują że artystę stać na więcej niż tylko łupanie. Przejdźmy zatem do Terrible Lies utwór opisujący zmaganie się człowieka, który traci wiarę w Boga. Doświadczenia życiowe, smutek świata i zderzenie ze startą bliskiej osoby powodują, że bohater utworu mimo iż bardzo chce, traci wiarę.


Po niej Down in It, utwór powiedzmy też średni i odbiegający poziomem od reszty. Czego nie można powiedzieć o Sanctified, piosence wyróżniającej się i posiadającej zupełnie niesamowity klimat. Opowiada ona o uzależnieniu od kobiety, miłości takiej do granic.

Niebo to tylko plotka, którą ona rozprasza 

Kiedy prowadzi mnie przez najpiękniejsze zakątki piekła

Wciąż marzę o jej ustach, nigdy nie powinienem był ich całować

Ona dobrze wie, czemu nie mogę się oprzeć

Po tym doskonałym utworze Raznor wciąga nas jeszcze głębiej w otchłań mroku, przychodzi bowiem pora na Something I Can Never Have - wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia...

Wciąż przypominam sobie smak twoich łez

Echo twojego głosu, jest jak dzwonienie w moich uszach

Moje ulubione sny o tobie wciąż wyrzucają mnie na brzeg

Drapię się po głowie, i nie chcę już spać


Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Mam tylko jedną rzecz

I zaczynam się bać


Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Po prostu czegoś chcę

Chcę tylko czegoś, czego nigdy nie będę mieć


Zawsze byłaś tym, która pokazywała mi jak

To czego nie mogłem robić wtedy, mogę zrobić teraz.

To powoli mnie rozdziera

Szary byłby kolorem, gdybym miał serce


Chodź i powiedz mi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Mam tylko jedną rzecz

I zaczynam się bać


Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Po prostu czegoś chcę

Chcę tylko czegoś, czego nigdy nie będę mieć


W tym miejscu to taki wstyd

Chociaż teraz wszystko wygląda inaczej

Wiem, że to wciąż to samo

Gdziekolwiek spojrzę, jesteś wszystkim, co widzę

To tylko zanikające, pieprzone wspomnienie tego, kim byłem


Chodź i powiedz mi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Mam tylko jedną rzecz

I zaczynam się bać


Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Sprawiasz, że to wszystko odchodzi

Po prostu czegoś chcę

Chcę tylko czegoś, czego nigdy nie będę mieć

Chcę tylko czegoś, czego nigdy nie będę mieć

Tak studenci szkoły filmowej w Toronto zilustrowali historię w o której śpiewa Raznor:


Po nim Kinda I Want To - utwór o walce wewnętrznej między dobrem a złem a następnie wielki hit, o ile nawet nie największy hit tej płyty, i jeden z największych hitów NINSin. Wydaje się, że chodzi w nim o bunt przeciwko Bogu. O grzech i karę za niego. Tak to wyglądało live na Woodstock w 1994 roku. 


Do końca pozostały nam trzy piosenki: That's What I Get, The Only Time, Ringfinger. Pierwsza opowiada o miłosnym rozczarowaniu, druga jest bardzo zakręcona i opowiada o nowych doznaniach a ostatnia - będąca kolejnym genialnym wręcz utworem, to idealne zakończenie tego albumu.



Cóż, ostatnio tak ciężko pracuję

Pracuję rękami, tak że aż krwawią

Gdybym był dwa razy takim mężczyzną, jakim mógłbym być,

Nadal byłbym połową tego, co potrzebujesz

Wciąż mnie prowadzisz, a ja podążam

Wszystko, o co poprosisz, wiesz, że zrobię

Proszę was o ten jeden akt poświęcenia


Palec serdeczny

Obietnica wyryta w kamieniu

Głębiej niż morze

Palec serdeczny

Odetnij mięso i kości

I zaoferuj mi to


Cóż, właśnie mnie tu przybiliście

Wiszę jak Jezus na tym krzyżu

Po prostu umieram za twoje grzechy

Pomagając w sprawie


Owiń oczy bandażami

Wyznania, które przejrzałem

Dostaję wszystko, czego chcę

Kiedy stanę się częścią ciebie


Palec serdeczny

Obietnica wyryta w kamieniu

Głębiej niż morze

Palec serdeczny

Ciało i kość diabła

Zrób coś dla mnie

Po tym znakomitym debiucie NIN zabrali nas jeszcze wiele razy do swojej krainy klimatycznego industrialu. Jeden z albumów jaki nastał później, Fragile, opisaliśmy już wcześniej TUTAJ. Do kilku z nich na pewno jeszcze wrócimy, bo te nowe...

No nic, mimo że są mówiąc krótko - słabe, zespół został w tym roku wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame. Zatem już na zawsze zapisany złotymi zgłoskami w historii muzyki.    

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Nine Inch Nails, Pretty Hate Machine, TVT 1989, tracklista: Head Like a Hole, Terrible Lies, Down in It, Sanctified, Something I Can Never Have, Kinda I Want To, Sin, That's What I Get, The Only Time, Ringfinger. 
      

piątek, 3 lipca 2020

Tą płytę warto znać: Falarek Band - Falarek, pionierzy polskiego grunge, industrialu i postrocka


... Jeszcze na początku lat 90-tych zacząłeś niezobowiązująco grać z Falarkiem. Kiedy ten zespół stał się dla Ciebie priorytetowy? 

W momencie kiedy zobaczyłem, jak wiele mi daje śpiewanie bez gitary. Duża zmiana, pierwszy raz zacząłem pisać teksty bardziej osobiste. Miało to pewnie związek ze zmianami w moim życiu. Grając z Kryzysem, Brygadą, Izraelem, miałem świadomość akcji zbiorowej, te zespoły były głosem całego naszego środowiska. Falarek grał muzykę mało popularną, to nie był band szerokośrodowiskowy. Tu mogłem mówić we własnym imieniu. Zaczęło się bez napięcia. Gramy i eksperymentujemy dla przyjemności. Nazwa nieistotna. Skoro grali Fala - Piotrek Falkowski i Arek Antonowicz, można było się nazwać Falarek. Potem, gdy nas pytali o nazwę, wymyślaliśmy różne banialuki, na przykład, ze to nazwisko czeskiego poety.


Nazwa była wyzywająca, bo sugerowała, że to zespól Fali, więc inaczej niż zazwyczaj w rock'n'rollu liderem jest perkusista. 

Fala ma takie ambicje - i słusznie, bo jest bardzo zdolny, ale w praktyce to był nasz zespół i tyle. On zaczynał w SStilu, ale to prehistoria, z Houkiem szedł jak burza. Zespół zaczął Fala, gitarzysta Robert Sadowski wymyślił logo  i większość muzyki, a w pewnym momencie doszło do tego, że Robert Malejonek wziął do grania innych ludzi. W związku z tym pojawiło się dużo żalu i pretensji do Darka. Było to już po powrocie Houka z targów w Cannes, gdzie bardzo się spodobali. Wrócili stamtąd w glorii i przez chwilę byli Beatlesami... Falarek zaczął się od pomysłu, że fajnie by było coś nagrać. Próby zaczęły się gdzieś w 1993 roku, w Remoncie i nowym klubie Kotły. Specyfika składu polegała na tym, że na basie grał zupełny amator, Arek Antonowicz, który dzięki temu, że nie był skażony żadnym bluesem, czy rock'n'rollem, wymyślał zupełnie abstrakcyjne linie. Do tego w składzie byli starzy znajomi: Smok na gitarze i Samik - Piotrek Subotkiewicz - na klawiszach. Tradycją stało się, że pierwsza połowa każdej próby upływała na kłótniach między Arkiem a Falą.

Wspomniałeś, że dla Falarka po raz pierwszy zacząłeś pisać bardziej osobiste teksty. Które z nich uważasz za najważniejsze? 

Sztandorowy tekst Falarka to Cresse, jeden z pierwszych które napisałem. Bardzo osobisty, powiązany z religią, ale na dziecięcej płaszczyźnie, pozostającej w podświadomości i piętnującej na całe życie. Zaczęło się od skojarzeń z upośledzonym wizerunkiem religii, jaki wyniosłem z dzieciństwa. Przypomniałem sobie jak mnie karcono, gdy robiłem znak krzyża lewą ręką. Inna rzecz, że w ogóle nie rozumiałem modlitwy, to było takie klepanie. Skończyło się koszmarnym snem, w którym błąkałem się po cmentarzu w ciemną noc, nagle z grobów odczepiają się krzyże i zaczynają mnie gonić... 

Crosses to utwór niemalże schizofreniczny, gdy go pisałem wyobrażałem sobie jak wygląda rozdwojenie jaźni, a potem dopiero, przeżyłem je na własnej skórze. Naprawdę słyszałem głosy z lewej strony, tak jak zdarza się to schizofrenikom. 

Jakie teksty pisane dla Falarka wspominasz jeszcze jako szczególnie ważne?

Na pewno 67 mil, to był tekst z pogranicza śmierci i Freex, jako przeciwieństwo, manifestacja uciech życia spontanicznego i środowiskowego, radości bycia wolnym człowiekiem. 

... W Falarku chcieliśmy grać jeszcze bardziej po amerykańsku, W Crosses jest wstawka niczym z van Halens. Kompozycja Fali. Mieliśmy też utwór Red Light, odwołujący się do reggae i nowej fali, ale zespół nie chciał grać w takim stylu, ciągnęło go do cięższego grania. ...

Chcieliśmy propagować w Falarku brudne nagrywanie. Zarzucaliśmy mainstreamowi, szczególnie w Polsce, że stara się oszukiwać w nagraniach, w tym sensie żeby wszystko wyczyścić, pokazać muzyków lepszymi, niż są w rzeczywistości. 

Gdy w 1997 roku ukazał się wasz jedyny album, Falarek, oprócz miażdżącego wątku hardcorowego przyniósł też sporo transu i brzmień psychodelicznym. To czyniło Was w Polsce pionierami nadchodzącej wówczas fali postrocka. Słychać to przede wszystkim w takich utworach jak 67 mil, albo Jeż. 

O postrocku w ogóle nie wiedzieliśmy. Granie transu wywodziło się jeszcze z Izraela - mieliśmy utwory, które celowo nie miały żadnych zmian harmonicznych, od początku wchodziła sekwencja trzy razy h-moll, raz e-moll, po to, aby na tej bazie uzyskać powtarzalność.

... W Falarku lecieliśmy pod włos, co wynikało z naszych historii, z tego że Fala stracił Houk, a ja zacząłem tracić grunt pod nogami. Nie twierdzę, że tak to wtedy przeżywaliśmy. Trzymaliśmy fason, ale mieliśmy świadomość, że będziemy skazani na niszowość, a w konsekwencji na niebyt. Od początku założenie było freakowskie i zespół nie miał szans na długie funkcjonowanie. Zagraliśmy kilkanaście koncertów, głównie tam, gdzie nas trochę znali. Powstało nawet kilka nagrań na drugą płytę, ale wyczerpała nam się energia, zresztą pierwsza płyta, podobnie jak Tehno Terror, przeszła bez odzewu. 

Fragmenty tekstu pochodzą z książki: Robert Brylewski, Kryzys w Babilonie, Autobiografia, Rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Literackie, 2012.


Na koniec absolutny hit - wywiad z Robertem Brylewskim z TVP 2. Artysta wspomina jak powstał zespół i odbywał pierwsze próby. Próbowali różnych eksperymentów z dźwiękiem podczas nagrywania pierwszej płyty.

Zatem pora posłuchać...



Falarek Band - Falrek, Gold Rock, 1996, producent: Robert Brylewski, trackilsta: Freex, Crosses!, Hćiwy, 67 mil, Klepsydry, Jestem jeż, Reinkarnacje, F.B., Tel:, Epicore, (utwór nie uwzględniony na okładce), Klepsydry (radio–mix)

My natomiast o polskim rocku na pewno napiszemy jeszcze i to wiele razy - dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 7 czerwca 2020

Roman Sidorov z Fatal, der Golem i Sedativ - pionier moskiewskiego mrocznego industrialu i samobójca


Takie historie zwykle są do siebie podobne, albo trafiamy przypadkiem na płytę, czy nagranie w sieci, albo ktoś proponuje żeby posłuchać. Tak i było teraz, dostałem polecankę z komentarzem, że to zespół z Rosji, czyli zupełnie egzotyczny dla świata muzyki kierunek, i że twórca popełnił samobójstwo.. 

Piosenka jaką dostałem do posłuchania jest bardzo mroczna i ciekawa, no i oczywiście jest po rosyjsku:

Pod nią na YT rzeczywiście wpis, że człowiek był i że popełnił samobójstwo. Szukam w sieci - pustka, kilka razy natykam się na wpisy o tym, że Roman Sidorov tworzył ciekawą muzykę, ale o samym artyście w zasadzie nic nie wiadomo...

Pod jednym z klipów ktoś umieścił krótką notkę: Der Golem był eksperymentalnym zespołem z Fryazino w Rosji, utworzonym w 1999 roku przez Romana Sidorova (Старуха Мха, Sedativ, Fatal) i Dmitryja Zubova (Hypnoz, Zuboff Sex Shop). Obaj muzycy nie żyją: Roman Sidorov popełnił samobójstwo w sierpniu 2003, Dmitry Zubov zmarł w październiku 2011. Der Golem nagrał dwie płyty "Zmet" w 1999 i "Дисциплина взорванных мостов" w 2000. Ich muzyka była dziwnym miksem industrialu, post-punk, post-rocka i ambient.

Czy to wszystko? No nie do końca bowiem w sieci znajduję ciekawą audycję w języku rosyjskim (TUTAJ), w której Evgenii Voronovskii wspomina Romana Sidorova. Kopalnia wiedzy o muzyku we wspomnieniach jego współpracownika, co prawda nie z okresu der Golem, ale z początków działalności muzycznej Sidorova. Ponieważ nam język na tyle, że potrafię audycję streścić, poniżej najważniejsze informacje o artyście. Tym sposobem na naszym blogu powstaje najbardziej wyczerpujący tekst o pionierze moskiewskiej muzyki industrialnej.... 

Evgenii Voronovskii (Евгений Вороновский) jest muzykiem i producentem muzycznym. Na początku audycji stwierdza, że od dłuższego czasu rośnie zainteresowanie twórczością i samą postacią Sidorova, który tworzył w wymienionych powyżej zespołach. Ich pierwsze spotkanie miało miejsce, gdy autor audycji miał 18 lat a Sidorov 24. Był to ciekawy moment 1989 roku - moment zmiany epok, najważniejszych chwil końca lat 80-tych. Czas bez internetu, czas kiedy czytali dużo literatury z drugiego obiegu, którą można było kupować w podziemiu. Również istniało wtedy podziemie muzyczne, literaturę i muzykę można było zakupić głównie na stacjach metra, czy na dworcach. Wśród sztuki drugiego obiegu znajdowały się też wydawnictwa z muzyką, którą Voronovskii określa jako ezoteryczną: Brighter than Death czy Deutsch Nepal

Posłuchajmy zatem, najpierw pierwszego: 

   
a później drugiego:


W tamtym czasie ukazywał się magazyn muzyczny o nazwie Zig Zag, skierowany na popularyzację takiej właśnie muzyki: mrocznego industrialu, i oni ten magazyn czytali.


Evgenii Voronovskii organizował wtedy koncerty w klubie metalowym, miały to być koncerty dark, electro, muzyki industrialnej, noizz, można było do niego zadzwonić i jeśli zespół taką muzykę grał - on organizował koncert. Poznał dzięki tej działalności wielu ludzi, a wśród nich był właśnie nikomu wtedy nieznany Roman Sidorov. Ten zadzwonił i niskim głosem oznajmił, że grają dark music, ale mają problem ze składem i instrumentami, i chciałby się gdzieś przytulić (takiego użył dosłownie sformułowania). Postanowili się spotkać, Voronovskii myślał, że być może z dyrektorem klubu coś się da załatwić. Spotkali się na festiwalu na którym Voronovskii organizował nagłośnienie i występował też w jednym z zespołów grając na klawiszach. Sidorov miał dziwną fryzurę, na grzywce taki charakterystyczny loczek. Wysoki, ubrany w sportową odzież, w dresy. Wręczył Voronovskiemu kasetę marki Fuji 30 minut nagrań ich zespołu. Ten zabrał ją do domu i usłyszał muzykę eksperymentalną, dość rytmiczną, z niskim wokalem Sidorova. Spodobało mu się i wtedy postanowili zacząć tworzyć razem. 

Roman zapoznał go też z innym muzykiem, spotkanie miało miejsce na stacji metra. Zaczęli nagrywać jako Fatal, minialbum, który później nazwał się Легкие Цветы.

Sesja odbyła się u niego w domu, spotkali się i mieli zaprojektowane 3 kompozycje na komputerze (w tym utwór Amsterdam).  Mieli do dyspozycji minidysk, gitarę, bas, mikrofon  i pulpit mikserski, oraz syntezator Yamaha. Ten był bardzo prymitywny, ale posiadający wiele możliwości. Odpalali dyski, programowali sekwencer i w rytmie z dysku dogrywali muzykę, a Roman śpiewał. Wszystko odbywało się na żywo. Nagrali wspomniane 3 piosenki, nie mieli tekstów więc szukali w bibliotece, gdzie znaleźli fragmenty poezji, które śpiewali. Dobierał je Roman, który tworzył z cytatów teksty. 



Mieli wiele estetycznych potyczek, Roman był byłym metalowcem, słuchał wcześniej death metalu i grindcore. Słuchali też Trickyego i Massive Attack, oraz elektroniki i gotyku. Romana fascynowały zespoły Black Tape for a Blue Girl, oraz grające industrial.

           
Trzeci członek zespołu słuchał post punk i pop, the Cure i tego typu muzyki, czyli dość dalekiej od metalu. 

W tamtym okresie Voronovskii zabierał Romana na ciekawe koncerty w Moskwie, i one robiły na Romanie duże wrażenie. Na jednym z nich sami wystąpili, grając krótki koncert z muzyką dark. Koncert Fatal się spodobał. Mieli w tamtym okresie w repertuarze 4 piosenki i dostali propozycję przygotowania demo na płytę kompilacyjną Russian Gothic Page. Niestety żaden z ich utworów nie spodobał się wydawcom, zwłaszcza jednemu ze znanych rosyjskich muzyków rocka gotyckiego i jednocześnie wydawców. Nie polubił on wokalu Sidorova. To spowodowało, że pozostała dwójka członków zespołu zaczęła zastanawiać się jak pozbyć się Sidorova z projektu. Zmienili nazwę i nawet zaczęli próby z wokalistką. To wszystko doprowadziło do rozpadu projektu i każdy z nich zajął się swoimi sprawami. Sidorov miał do nich pretensje, że wyrzucili go z Fatala jego właśni muzycy. Voronovskii odpowiadał na te zarzuty twierdząc, że nie są niczyimi muzykami, tylko wolnymi artystami. 

Po jakimś czasie postanowili z Sidorovem spróbować znowu stworzyć coś wspólnie. Spotkali się mieszkaniu Voronovskiego, gdzie nagrali kilka kompozycji pod nazwą Sacrificum Intelectus. Wykorzystali kasetę z nagraniem muzyki elektronicznej innego autora, którą przyniósł Sidorov i do niej dodali własną muzykę, a Roman śpiewał teksty ze swojego zeszytu. Nagrali kilka piosenek i na tym projekt się zakończył.  

Później ich kontakty się rozluźniły, kiedyś Roman zadzwonił do niego i zaprosił na koncert, ale się nie zrozumieli - umówili się i on czekał na nich na jednym przystanku a Roman z kolegą na drugim (wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych). Spotykali się raz po raz na koncertach np. jednego z zespołów punkowych, którego wokaliście przedstawił go Roman

Później Sidorov założył zespół der Golem i nagrał kompozycję Niet.

    
Nazwę zespołu Roman zaczerpnął z doskonale znanego dzieła Gustava Meyrinka. Jego książka była wtedy w drugim obiegu wraz z wieloma pozycjami literatury okultystycznej. W tamtym okresie pojawiły się u nich książki Crowleya. Kolekcja książek Voronovskiego stanowiła źródło inspiracji Sidorova.

Pod nazwą der Golem Roman nagrywał utwory, których nie udało im się nagrać wspólnie jako Fatal. Cały czas miał traumę i żalił się, że koledzy wyrzucili go z jego zespołu Fatal. Projekt der Golem Roman realizował w nadzorowanym przez komunistów Domu Pionierów, gdzie mimo nadzoru panowała ciekawa undergroundowa atmosfera. Spotykali się tam modnie ubrani artyści, czytający ciekawą literaturę. Sidorov z Zubovem, którzy tam nagrywali zrealizowali kultowy dziś album Zmet.

Wtedy też Sidorov uznał sprawę wyrzucenia go z Fatal za zamkniętą i po jakimś czasie zadzwonił do Voronovskiego. Powiedział, że nagrał album i przekazuje mu, żeby dostał się w odpowiednie ręce. Ten zaprosił go na spektakl, do którego muzykę skomponował i tak znowu się spotkali. Mieli już wtedy telefony komórkowe, i Sidorov poprosił go, żeby wyszli przed teatr. Tam doszło do rozmowy, Sidorov zmienił image, był ubrany w moro.


Dał mu wtedy kasetę der Golem z albumem Zmet. Było tego kilka sztuk, około 5, poprosił żeby Voronovski przekazał je w odpowiednie ręce. Co znaczyło odpowiednie? Odpowiedział żeby przekazać je znajomym i gotom. Ten posłuchał kasety następnego dnia a muzyka na niej zawarta wprawiła go w nostalgiczny nastrój, taki w jaki wprawie wielu słuchaczy, nawet doprowadziła go do płaczu... Był pierwszym słuchaczem i oczywiście przekazał kasetę znajomym z subkultury gotyckiej. Zaprosił też der Golem do występów na koncertach które organizował. W tamtym okresie widział ich na koncercie w jednym z klubów, i zrobili na nim wielkie wrażenie. Postanowił zorganizować koncert na którym wystąpili der Golem, Teatriada i Roytof. Koncert był bardzo dołujący i melancholijny.

Po tym występie der Golem przestali się pojawiać i występować, a Voronovski stracił kontakt z Sidorovem. Propagowanie muzyki der Golem Voronovski traktował jako wynagrodzenie Sidorovovi faktu wyrzucenia go z Fatal

Spotkali się kolejny raz dopiero po roku, na urodzinach znajomej. Roman siedział koło kominka, unikał rozmów, nie odpowiadał na pytania, tylko wpatrywał się w płomienie...  

Ich ostanie spotkanie miało miejsce latem 2000 roku, kiedy jeden z ich wspólnych znajomych z zespołu Sedativ zaprosił go na jakiś festiwal muzyczny. Po nim pojechali za miasto trolejbusem do stacji Akrii. Spędzili razem noc w małym miasteczku. To było ich ostatnie spotkanie. Oglądali jakiś film Lyncha, wypili po piwie. Poszli na spacer, kąpali się w jeziorze, nad którym rozbili mały namiot. Całą noc przegadali. Wcześniej Sidorov uderzył podczas kąpieli głową w skałę. Ale nic mu się stało. Uratowali go.  

Rano pojechali do domów. Tak skończyła się ich znajomość. Jakiś czas po tym poznał jego późniejszą twórczość jako Sedativ:


Roman Sidorov powiesił się 20.09.2003 roku...

Tyle udało nam się ustalić i tak krótka jest historia legendy rosyjskiego undergroundu.  

Warto jeszcze wspomnieć, że unikalne materiały o muzyku zamieszczane są na koncie na FB, poświęconym jego twórczości TUTAJ.

Wkrótce napiszemy o innych ważnych i mało znanych artystach, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.              

sobota, 16 listopada 2019

I stał się industrial i postpunk: Throbbing Gristle i The Tights


Całkiem niedawno omawialiśmy na naszym blogu znakomite wydawnictwo Cherry Red Records: Na Zewnątrz Wszystkiego - Historia Postpunka w UK w latach 1977-1981 (TUTAJ). I skoro jest już w naszym posiadaniu warto przyjrzeć się mu bardziej wnikliwie od strony muzycznej. 

Będziemy zatem w tym cyklu przedstawiać ciekawe naszym zdaniem zespoły, prezentowane w tym wydawnictwie. Zaczynamy od CD numer 1 i pozycji numer 5 i 11, czyli zespołów Throbbing Gristle i the Tights

Throbbing Gristle prezentują się doskonałym utworem United z 1978 roku! 
 
Zespół wywodzi się z awangardowej grupy performerskiej o nazwie COUM, nazywającej siebie wraki cywilizacji.  

Działalność rozpoczęli w roku 1976, i uważani są za pionierów muzyki industrial.

Debiutowali wydawnictwem zatytułowanym Second Annual Report nagranym w roku 1977. Od wtedy wydali wiele albumów, do których na pewno tutaj wrócimy. Rozpadli się w roku 1981, by później dwukrotnie się reaktywować, najpierw w 2004, a później w 2011. Działają do dzisiaj - ich oficjalna strona jest TUTAJ.


Jeśli chodzi o the Tights, to na wspomnianej płycie umieszczony jest doskonały utwór pt. China's Eternal

Z informacji zawartej we wspomnianym powyżej wydawnictwie, które naszym zdaniem uchodzi za biblię brytyjskiego postpunka, dowiadujemy się, że zespół powstał w Worcester, a w swojej karierze zrealizował zaledwie dwa single. Swoją nazwę zaczerpnęli z... trendów modowych, dokładnie z obcisłych nogawek spodni, które w tamtych latach były noszone w subkulturze punka. Inspirowali się dadaizmem, co w tamtych czasach było czymś wyprzedzającym epokę. 

Swój pierwszy singiel zrealizowali dla Cherry Red Records, podczas gdy drugi Howard Hughes z okładką Charlie Wattsa zawierał znakomity China's Eternal (faworyzowany przez Johna Peela).

Zespół rozpadł się w roku 1979, i na krótko zjednoczył w 2004.
Grupę tworzyli: Rob Banks (gitary), Barry Island (bass i klawisze), Rick Mayhew (perkusja) i Malcolm Orgee (śpiew).  

Oficjalna strona zespołu znajduje się TUTAJ.

Wkrótce wrócimy do omawiania ciekawych brzmień zawartych na płytach Na Zewnątrz Wszystkiego - Historia Postpunka w UK w latach 1977-1981. Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 18 grudnia 2018

Z mojej płytoteki: The Covenant, The Sword, and the Arm of the Lord zespołu Cabaret Voltaire, czyli psychodeliczny cyberpunkowy industrial

Dzisiaj album wyjątkowy. Zespół, który zaczynał w Factory Records, i który koncertował z Joy Division (LINK). Zespół, który w 1985 nagrał, moim zdaniem, zupełnie niesamowity album: The Covenant, The Sword, and the Arm of the Lord, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: Przymierze, Miecz i Ramię Pana. Chociaż okładka albumu nic na temat żadnej z tych trzech rzeczy  nie mówi:
Okładka zaprojektowana została przez Neville'a Brody. Artysta ten współpracował z zespołem podczas projektowania okładek ich innych płyt, poza tym jest znany w branży muzycznej ze współpracy z Depeche Mode czy Level 42. Okładka prezentowanej dziś płyty nawiązuje raczej do czegoś w rodzaju celownika, co powtórzone jest także na wewnętrznej kopercie w którą zapakowana jest płyta:
Ogólnie wątek celownika (różnych jego form) pojawia się na wszystkich obrazach z okładki. Warto wyjaśnić, że tytuł płyty bezpośrednio nawiązuje do faszystowskiej organizacji terrorystycznej, działającej w USA w latach 1971-1985. 

Na płycie mamy 10 piosenek. I tutaj narodziły się poważne kontrowersje wydawnicze, bowiem zawarto fragmenty przemówień Charlesa Mansona, oraz odgłosy delikatnie mówiąc, rozkoszy cielesnych... Numer z Mansonem powielały później inne zespoły jak choćby Paradise Lost.
Muzycznie płyta jest kompletnym odlotem. Mamy do czynienia z czymś, co śmiało można nazwać cyberpunkiem. Muzyka przeplatana jest z odgłosami miasta, wypowiedziami, dziwnymi dźwiękami i odgłosami. Kiedyś czytałem że podczas koncertów Cabaret Voltaire ludzie dostawali zawałów serca...

Niestety album nie jest dostępny w całości na YT. Ale są dostępne niektóre utwory. Jak choćby otwierający płytę L21ST, mówiący chyba wszystko o klimacie wydawnictwa: 


Po nim następuje płynne przejście do kolejnej piosenki - I want you. Niejednoznaczny tekst, komentowany dość szeroko, co zresztą podkręciła wypowiedź lidera zespołu Richarda Kirka...

Freak yourself: shake it, shake it
Close the door: shake it, shake it
What to do: shake it, shake it
Just hit the floor: shake it, shake it 

apeluje, czy może zachęca Cabaret Voltaire... Oficjalny teledysk do piosenki zdaje się być naśmiewaniem z konwencji horroru:


Po nim Hells Home - tak wykonywał go zespół w klubie Hacienda rok po wydaniu opisywanej dziś płyty:


Doskonały Kickback, to jeden z moich faworytów na tej płycie. Prosty tekst, ale przy tym bardzo ciekawe brzmienie i muzyczna warstwa eksperymentalna, pełna dziwnych dźwięków, chwilami bardzo nastrojowych:
Pierwszą stronę płyty zamyka ciekawy The Arm of the Lord

Stronę drugą otwiera piosenka, która znowu może wzbudzać kontrowersje... Zresztą posłuchajmy:

       
Natomiast największym hitem, jeśli chodzi o cały album, jest dokonały Motion Rotation:

Ile można w warstwie eksperymentalnej zrobić z dźwiękiem? Po nim Whip Blow... klimaty niczym Yello (TUTAJ), lekko psychodeliczne. 

Płytę zamyka mistrzostwo świata czyli the Web - koktajl muzyczny i jedna z najlepszych piosenek na całym albumie. 

 
Nasuwa się w tym miejscu jedna refleksja. Wiele z zespołów prezentowanych przez nas na tym blogu nie posiada profesjonalnych stron internetowych. Niektóre mają jedynie konta na FB

Czy trudno zrozumieć, że profesjonalna strona z tekstami piosenek, adresem do kontaktu, minirelacjami z występów, czy formularzem kontaktowym, może znacznie ułatwić karierę? W sumie nie ma się co dziwić, skoro nawet Cabaret Voltaire, jeden z najważniejszych zespołów muzyki eksperymentalnej takiej strony nie posiada, a odnalezienie tekstów graniczy z cudem? Nie ma ich także na wkładce płyty winylowej.

A może to specjalne okazywanie swojej undrgroundowości

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Cabaret VoltaireThe Covenant, The Sword, and the Arm of the Lord, Virgin, 1985, producent: Cabaret Voltaire. Tracklista: L21ST, I Want You, Hells Home, Kickback, The Arm of the Lord, Warm, Golden Halos, Motion Rotation, Whip Blow, The Web 

niedziela, 14 października 2018

Z mojej płytoteki: Nine Inch Nails (NIN) - Fragile


Trent Reznor - człowiek zupełnie zakręcony, o którym krążą legendy, człowiek który kupił dom  w którym Charles Manson dokonał rytualnego mordu na ciężarnej żonie Polańskiego... 

NIN - dziewięciocalowe gwoździe, nazwa mówi sama za siebie, poza tym Reznor jest muzycznym ojcem Marilyna Mansona i wielkim fanem Joy Division, o czym pisaliśmy TUTAJ.

Zatem dzisiaj jesteśmy bardzo na południe od powierzchni Ziemi i piszemy o królu industrialu, a dokładnie jego dziele Fragile z 1999 roku. Jest to trzecia płyta długogrająca NIN, moim zdaniem kończąca znakomitą epokę industrialu. Epokę rozpoczętą od Pretty Hate Machine (1989), płyty jeszcze nie do końca tak wyrobionej brzmieniowo, absolutnego dzieła  jakim było the Downward Spiral (1994) a zakończonej na Fragile właśnie. Dziele na którym NIN osiągają absolutnie mistrzostwo świata jeśli chodzi o budowanie nastroju. 

Na albumie nie ma słabych utworów, a weźmy pod uwagę że mamy tutaj dwie płyty - left i right i w sumie aż 23 piosenki! Wersja którą dysponuję to halo fourteen (NIN miało w zwyczaju wypuszczanie różnych wersji tego samego albumu). 


Płyta jest wydana w sposób absolutnie mistrzowski. Piękna kolorystyka, bogata książeczka z tekstami i kartonowa oprawa. Na prawdę jak na tamte czasy to rarytas, zresztą cenowo dość kosztowny. 

Muzycznie płyta jest dość mocna, ale to nie znaczy, że w całości. Reznor potrafi uspokoić słuchacza, choćby tak doskonałymi piosenkami jak nostalgiczna ballada industrialna La Mer - można zaryzykować chyba twierdzenie, że to najpiękniejsza ballada industrialu. 


Czy to możliwe, że człowiek tak dziwaczny jest w stanie wznieść się na wyżyny wrażliwości i skomponować tak piękną piosenkę? Proszę zwrócić uwagę na potęgowanie napięcie, po wstępie na pianinie pojawia się skromna sekcja rytmiczna, by zupełnie naturalnie, niczym w tle zaczęła odgrywać rolę pierwszoplanową elektronika. W końcu ta wycisza się i znowu pojawia się wątek na pianinie...

Doskonale pamiętam tamten czas, kiedy płytę promował teledysk We're In This Together. Teledysk, utrzymany w czarno-białej konwencji wyraźnie nawiązuje do klimatów z książek Orwella (TUTAJ). Autor przedstawia w nim wizję kataklizmu atomowego. 

Inny teledysk z tamtego okresu to Into the Void - można zobaczyć zespół w pełnej krasie. Wiele się od tamtego czasu zmieniło...

Reasumując: o ile Pretty Hate Machine jest płytą na pograniczu elektronicznego popu i industrialu, to zarówno the Downward Spiral jak i Fragile należy uznać za klasykę tego ostatniego. Każdy kto chce uważać się za znawcę stylu musi koniecznie poznać te dwie płyty. Zespół dzięki nim stał się ikoną stylu i zyskał masę naśladowców.   



Nine Inch Nails - The Fragile, Nothing Records, 1989. Producenci; Trent Reznor i Alan Moulder. Tracklista: Left: Somewhat Damaged, The Day the World Went Away, The Frail, The Wretched, We're in This Together, The Fragile, Just Like You Imagined, Even Deeper, Pilgrimage, No, You Don't, La Mer, The Great Below. Right: The Way Out is Through, Into the Void, Where is Everybody?, The Mark Has Been Made, Please, Starfuckers, Inc., Complication, I'm Looking Forward to Joining You, Finally, The Big Come Down, Underneath It All, Ripe (With Decay).  

Posłuchajmy: