Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.G. Ballard. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.G. Ballard. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2020

Niezapomniane koncerty: Peter Murphy z Bauhaus i Trent Raznor z Nine Inch Nails w Radio Boston - dream team chłodnofalowych brzmień


Czy ktoś może sobie wyobrazić dream team chłodnofalowych i mrocznych brzmień? Na pewno byliby w nim nasi dzisiejsi bohaterzy - wokalista jednego z najbardziej kultowych zespołów dołującej strony muzyki - Peter Murphy, i człowiek - orkiestra, który swoje studio nagraniowe urządził w domu, gdzie Manson zamordował ciężarną żonę Polańskiego, czyli Trent Raznor. Kiedyś czytałem w jednym z wywiadów, że keyboard postawił na drzwiach do owego domu, które wcześniej wymontował. Raznor dla przypomnienia, jest liderem kultowej industrialnej kapeli Nine Inch Nails (nazwa przypadkowa, zapewne nie ma nic wspólnego z Chrystusem) i to on stworzył takie tuzy muzyczne jak Filter czy Marilyn Manson.

Zatem ci dwaj panowie po przejściach spotykają się, dobierają sobie do zespołu Atticusa Rossa - to on z Raznorem zdobył Oskara za muzykę do filmu The Social Network i z nim gra obecnie w NIN, i Jordie Whitea (też z NIN).  23.06.2006 nagrywają minisesję dla Radia Boston. Zatem pora na tracklistę:

Zaczynają od Reptile z repertuaru NIN z kultowego albumu Downward Spiral, o którym jeszcze napiszemy... Skromna publika siedzi na podłodze, ale kto z nas by nie chciał? Byle tam być... Wersja zaśpiewana nieco spokojniej niż na albumie, ale bardzo ciekawie. 


Jako drugi wykonują cover zespołu the Normal - Warm Leatherette. I tutaj zaskoczenie - bowiem zaczynamy obracać się wkoło klimatów Joy Division. Piosenka ma tekst, który powstał pod wpływem kultowej powieści J.G. Ballarda - Kraksa (pisaliśmy o niej TUTAJ). A skoro Ballard (TUTAJ) to wiadomo - Ian Curtis, który Ballarda bardzo lubił i posiadał w swojej bibliotece jego dzieła.


Skoro była piosenka NIN to pora na utwór Murphyego - A Strange Kind of Love. Jest dobrze, nastrojowo i balladowo. 


Całość kończy się megahitem i znowu wracamy do Joy Division. Artyści jako ostatni wykonują Night Clubbing z repertuaru Iggy Popa. Co ważne, to z jego płyty Idiot, ostatniej płyty, której Ian Curtis wysłuchał przed samobójstwem (pisaliśmy o niej TUTAJ).  

Reasumując, Joy Division są w studio. Mamy Bauhaus o których Ian Curtis mówił bardzo  pozytywnie w swoim ostatnim wywiadzie niespełna 2 miesiące prze śmiercią (TUTAJ) i na których koncercie niby miał być podczas nagrywania sesji Closer, w co nie do końca wierzymy (TUTAJ). Mamy też Popa, którego twórczością Iana Curtisa zaraziła jego żona Deborah. I J.G. Ballarda - jednego z jego ulubionych pisarzy. 

Jak na trzy utwory cztery skojarzenia. To nie może być przypadek. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 8 grudnia 2019

Oddziaływania prozy J.G. Ballarda na muzykę ostatnich 40 lat


Chyba żaden pisarz nie wywarł tak wielkiego wpływu na muzykę pop, jak JG Ballard. Jego dystopijna wizja powodująca u czytelników strach przed przyszłością przez dziesięciolecia przyciągała artystów i inspirowała. 

Ballard przez lata żył spokojnie na londyńskim przedmieściu Shepperton wychowując po śmierci żony trójkę swoich dzieci i nie raz zaprzeczał, gdy wytykano mu negatywny egzystencjalizm, wyjaśniając, iż używa jedynie ekstremalnych metafor, które są ostrzeżeniem przed tym, co może się stać, ale przecież nie musi.

Jednak powieści Ballarda stały się mocnym uderzeniem w psychikę pokolenia lat 70., a powieści takie jak Kraksa (Crash), (opisaliśmy ją TUTAJ) czy Wieżowiec (High-Rise) TUTAJ), odcisnęły się w języku subkultur punk, post-punk i new wave. 


Grupy takie jak The Human League, The Comsat Angels i Ultravox wyrosły z pism Ballarda, a wielu artystów cytowało go wprost w swoich utworach. Ian Curtis w swojej bibliotece także miał książki Ballarda (TUTAJ), a o ich wpływie na Joy Division pisaliśmy TUTAJ.
 
Wymieńmy zatem kilka głośniejszych przykładów oddziaływania prozy Ballarda na muzykę ostatnich 40 lat:

Joy Division: Atrocity Exhibition (1980) o najlepszej wersji tego utworu pisaliśmy TUTAJ:


The Jesus and Mary Chain: Head On / Terminal Beach (1989):
 

The Human League/The Future: The Golden Hour of the Future (2002):
Empire of the Sun: Walking on a Dream (2008):

John Foxx:  B-Movie (Ballardian Video Neuronica) (2014):
 

Cousin Silas: Ballard Landscapes 4 (2014) (LINK).
 
U Ballarda inspiracji szukały nie tylko zespoły nurtu punk. Psychodeliczna grupa popowa Luke'a Steele'a Empire Of The Sun - wzięła swoją nazwę od najsłynniejszej książki Ballarda, powieści sięgającej do wątków autobiograficznych, do doświadczeń pisarza z lat dziecięcych ogarniętym wojną Szanghaju. Z czasem muzyków tworzących w oparciu o prozę Ballarda nazwano Ballardianami. Wśród nich byli nawet autorzy muzyki tanecznej (dubstep).

Od czasu śmierci pisarza, czyli od 2009 r. świat Ballardian rozrasta się, coraz więcej osób dostrzega, upodabnianie świata do wizji z jego opowieści, w której miasta rozpadają się, następuje rozwój technik, z którymi idzie w parze dystrofia więzi międzyludzkich, szerzą się rozmaite patologie, w tym seksualne… I paradoksalnie, strach przed tym wszystkim łączy kolejne pokolenia fanów muzyki punk.


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 20 grudnia 2018

Bauhaus, Delvaux, Ballard i nagie kobiety

Niedawno w serii Z katalogu 4AD, omówiliśmy singiel Dark Entries zespołu Bauhaus z 1980 r. (TUTAJ). Okładkę płyty zdobi fragment obrazu Paul’a Delvaux (1897-1994) Śpiąca Wenus z 1944 r. Ten sam motyw znajduje się na okładce krążka Deep Purple Purplexed z 1998 r. Jest tam kobieta ubrana w suknię z epoki fin de siècle’u, w kapeluszu, pogrążona w rozmowie ze stojącym przed nią szkieletem i gestykulująca z wdziękiem. Oboje znajdują się na dziedzińcu czy placu zabudowanym kolumnowymi portykami starożytnych budowli, gdzieś u podnóża nagich i niebieskich w świetle księżyca gór. Na obrzeżach placu klęczą rozpaczliwe, nagie postacie… Na dalszych partiach obrazu Delvaux jest pozłacane łoże, na którym śpi naga kobieta, zaś ułożenie jej ciała, przywodzi na myśl renesansowy obraz pędzla Giorgione.

U jej wezgłowia sofy stoi naga niewiasta z dramatycznie wyciągniętymi do góry rękami, niczym płaczka w żałobie. Obraz oświetla zimne światło księżyca, mimo, że jest nów. Ze wspomnień malarza wiadomo, że namalował to dzieło w Brukseli podczas II wojny światowej.  Niepokojąca erotyka, którą płótno emanuje, była podobno spowodowana strachem, jaki towarzyszył mu podczas każdego nocnego bombardowania. Jak już wspomniano, to co rzuca się głównie w oczy na obrazie - a co pominął autor okładek do płyt obu zespołów jest naga Wenus leżąca, pomiędzy szkieletem a ubraną kobietą, w niedbałej pozie na sofie o złoconych ramach i bordowym obiciem, z głową na jedwabnej poduszce. 

Lecz kim jest szkielet? I dlaczego większość widzów od razu przyjmuje, że jest to szkielet mężczyzny? A może ożywiony szkielet nie symbolizuje śmierci, ale życie? Wenus leży z przymkniętymi oczyma. Czy śni czy tylko marzy? Może marzy o uwięzieniu śmierci? A może chce umrzeć, zasnąć na zawsze i nie słyszeć lamentów nieszczęśników? 

Uśpiona Wenus każe nam myśleć o uwodzeniu śmierci, bo szkielet wydaje się być zafascynowany dziewczyną w sukni, która uosabia Młodość. W ten sposób Piękno i śmierć są konfrontowane ze sobą stojąc twarzą w twarz...  Andre Breton, zafascynowany obrazem zauważył, że Delvaux czyni ze wszechświata królestwo zawsze tej samej kobiety, która panuje na wielkich przedmieściach serca, gdzie stare młyny flandryjskie obracają perłowy naszyjnik w metalicznym świetle.
 
Surrealistyczny obraz Paul’a Delvaux jest jednym z wielu jego prac. Są na nich zawsze te same motywy – nagie kobiety, szkielety, mężczyźni w melonikach, lampy naftowe, starożytne budowle… Co one oznaczają? Do końca nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo, czy w ogóle cokolwiek oznaczają, bo może są tylko estetycznymi elementami tworzącymi ładną kompozycję.
 
Nie na każdym obrazie Delvaux kobiety są nagie.  Te z obrazu La Villa de las Sirena są ubrane. Sine na twarzy i w niebieskawych sukniach siedzą rzędem w bezruchu i myślą. Rzeźbami Skrzydlatych Syren zdobiono niegdyś nagrobki zmarłych, bo wierzono, że będą im śpiewać po wieki żałobne pieśni. Podobno, gdy dusza ulatywała z grobu przemieniała się w ptaka, na którego czyhały Skrzydlate Syreny. Do końca nie wiedziano czy po to by wzbić się w powietrze i uderzyć na żywych, czy po to by żyć dalej razem nimi w wieczności? I oto Syreny siedząc czekają na swojej wyspie. Są samotne i rozpaczliwie smutne, bo wciąż muszą powtarzać to samo - wabić żeglarzy i ich uśmiercać. Oczekują niczym szwadron na swe ofiary, nie zaznając radości i ukojenia. A może pragną być kochane? Są piękne i młode, lecz co z tego, skoro są samotne.
Na twórczość Delvaux wpłynęły prace wielu artystów: Salvatore Daliego, Giorgio Chirico, Rene Magritte (o którym pisaliśmy TUTAJ). Z kolei obrazy Delvaux odcisnęły piętno na twórczości wielu malarzy lecz nie tylko, również artystach z innych dziedzin sztuki. Na przykład zainspirowały japońską kompozytorkę Toru Takemitsu, do napisania w 1983 r. utworu symfonicznego z 1983 roku Do krańca snu (można go posłuchać TUTAJ). 

Pisarz J.G. Ballard (o którym pisaliśmy wielokrotnie TUTAJ), ulubiony pisarz Iana Curtisa  miał wręcz obsesję na punkcie obrazów Delvaux. Nawiązał do nich w wielu swoich powieściach.
W wywiadzie przeprowadzonym w 29 styczniu 1994 roku tak o nich mówił: Zawsze byłem wielkim wielbicielem belgijskiego surrealisty Paula Delvaux, a około sześć czy siedem lat temu, dzięki Empire of the Sun (Imperium Słońca), miałem trochę wolnej gotówki. Moją pierwszą myślą było kupić Delvaux, ale niestety odkryłem, że jego ceny przeniosły się do stratosfery. Wszystkie obrazy zbliżały się do miliona funtów. Wtedy przyszło mi do głowy, że zamiast kupować istniejące prace Delvaux, mógłbym zapłacić artyście za zrekonstruowanie dwóch jego obrazów, które zostały zniszczone podczas II wojny światowej, z czarno-białych fotografii, które są. I to zrobiłem. Słyszałem o amerykańskiej artystce, Brygidzie Marlin, i zapytałem ją: "Czy byłabyś gotów przyjąć zlecenie na namalowanie obrazów, na ich rekonstrukcję?" Zgodziła się, a teraz są moją największą dumą. Jeden z obrazów nosi nazwę The Violation, a drugi nazywa się The Mirror. The Violation, jak sądzę, jest moim ulubionym. To rodzaj wymarzonego krajobrazu zaludnionego przez nagie lub półnagie kobiety, które kuszą widza, zapraszając go do swojej magicznej domeny. Siedząc przed tym obrazem, czuję, że chciałbym przyjąć ich zaproszenie. Myślę, że w pewnym sensie już wszedłem w obraz i żyję z tymi wspaniałymi kobietami LINK.
Ballard mylnie sądził, że oba obrazy Delvaux zostały zniszczone. W swojej biografii The Inner Man John Baxter podał, że przynajmniej jeden z nich ocalał i został sprzedany na aukcji dzieł sztuki Christi w 1999 roku. Jego prace teraz znalazły swoje miejsce w kulturze pop, bo ich dekadencka i oniryczna aura doskonale wpisuje się w charakter muzyki post-punk i cold-wave.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 11 listopada 2018

Kinowa jazda obowiązkowa: Mad Max pod Kopułą Gromu, czyli niech żyje Ballard

Dzisiaj chcieliśmy napisać o filmie z roku 1985, czyli powstałego 4 lata po ukazaniu się książki J.G. Ballarda pt. Witaj Ameryko. Ma to znaczenie, bowiem film jest ewidentnie wzorowany na książce, co nie znaczy że jest jej ekranizacją. Ale o podobieństwach napiszemy, kiedy omówimy na tym blogu książkę jednego z ulubionych autorów Iana Curtisa z Joy Division. O Ballardzie pisaliśmy TUTAJ kilka razy i nie ulega wątpliwości, że inspirował on lidera Joy Division, o czym w najbliższej przyszłości jeszcze napiszemy. 

Tym bardziej film w reżyserii  George Millera i George Ogilvie wymaga omówienia, i koniecznie obejrzenia.  Fabuła jest, podobnie jak dzieło Ballarda, osadzona  w przyszłości, dokładnie po wojnie atomowej. Mało tego rozgrywa się w USA i na pustyni, co oczywiście nie kończy podobieństw do fabuły książki. Jesteśmy w innym świecie, bezwzględnym, gdzie nie obowiązuje prawo i normy jakie znamy. Podróżnik Max (w tej roli Mel Gibson) który jest byłym policjantem, zostaje brutalnie zaatakowany z samolotu przez chłopca i ojca  i okradziony. Szukając skradzionych rzeczy trafia do miasta pełnego dziwnych ludzi, by odzyskać wielbłądy i swoje rzeczy, jednak tutaj zostaje wplątany w intrygę.
Entity (w tej roli Tina Turner), która rządzi  miastem jest próbuje przekonać go do zabicia dziwnego człowieka, w zasadzie dwóch ludzi w jednym - Pana Bucha, który zarządza fabryką  metanu, uzyskiwanego ze świńskiego łajna. Buch ma władzę może bowiem wstrzymywać dopływ energii do miasta, co nazywa nakładaniem embarga.



Embarga bardzo upokarzają Entity, która musi poniżać się przed Buchem. Temu wszystkiemu przysłuchują się poddani. Scena w filmie ukazująca ta wydarzenie, przypomina obrazy Petera Breugela, a film wielokrotnie utrzymany jest w konwencji obrazów Hieronymusa Boscha (TUTAJ). Oczywiście urealnionych do współczesnych czasów, ale podobieństwo jest uderzające. Proszę spojrzeć:
W końcu dochodzi do sprowokowanej konfrontacji w której Max ma walczyć z Buchem. Dwóch wchodzi jeden wychodzi - takie są tutejsze zasady.

Okazuje się jednak, że dochodzi do niespodziewanego obrotu wydarzeń, przez które mimo wygranej walki Maxowi  trafia się los Gułagu. Gułagiem nazywane jest porzucenie na pustyni, bez wody i możliwości przeżycia... 
Max cudem jednak unika śmierci z wycieczenia na pustyni. Ratują go osadnicy zdający się do złudzenia przypominać Indian ze wspomnianej powieści Ballarda.
Nazywają go kapitanem Walkerem i starają się wybudzić ze śpiączki w którą popadł. Okazuje się, że w ich mniemaniu jest on bóstwem które cudem ocalało z kataklizmu atomowego, niczym biblijny Noe. Tym razem jednak arką miał być samolot. 

Kiedy jednak okazuje się że rzekomy Walker wyprowadza tubylców z błędu dochodzi do konfliktu. Cześć z nich bowiem wierzy w to, że istnieje inny świat i mimo zapewnień Maxa próbuje go odszukać. Wymykają się na pustynię, gdzie czeka ich niechybnie śmierć. Max z kilkoma tubylcami wyrusza na ratunek.

Nie obywa się bez ofiar, niemniej misja kończy się sukcesem. O ile tak można nazwać powrót do miasta, w którym Max był wcześniej...

Czy uda się przetrwać w mieście i przejąć kontrolę nad fabryką metanu? Czy unikną śmierci z rąk poddanych bezwzględnej Entity

Chyba najważniejszymi aspektami poruszanymi w filmie są władza i religia. Władza Entity, manipulowanie opinią publiczną, zagrożenia ze strony innych, to podstawowe aspekty z jakimi spotyka się widz. Religia natomiast, a w zasadzie wiara, to drugi ważny temat. Mimo rzekomej prostoty filmu, główny bohater jednak potrafi stanąć w prawdzie - mimo tego, że kłamstwo mogłoby zapewnić mu dostatni żywot wśród sekty wyznawców. To chyba najbardziej głęboki wątek filmu. 

Warto obejrzeć film Mad Max pod Kopułą Gromu,  który jest trzymającym w napięciu filmem akcji, z doskonałą obsadą aktorską. Jak wynika z powyższych spostrzeżeń inspirowany tym, co na naszym blogu lubimy najbardziej. Zatem klimat filmu na pewno spodoba się wielbicielom prozy Ballarda i mrocznych futurystycznych klimatów.     

wtorek, 1 maja 2018

J.G. Ballard, ulubiony pisarz Iana Curtisa z Joy Division: Powrót martwego astronauty - poznaj prawdę o kobietach i ich tajemnicach


Opowiadanie Powrót  w oryginale Martwy Astronauta (The Dead Astronaut) J.G. Ballard napisał w roku 1968. Mimo faktu, że to opowiadanie science-fiction to tak na prawdę jak to bywa z Ballardem, kryje w sobie bardzo aktualne przesłanie. Akcja dzieje się na Przylądku Kennedy'ego, co może być aluzją do centrum lotów Kennedy'ego na przylądku Canaveral. Bohaterami są małżeństwo Judyta i Filip. Przylądek jest natomiast miejscem gdzie lądują pozostałości wszelkiego rodzaju nieudanych lotów kosmicznych. Wkrótce ma tutaj pojawić się to co zostało po nieudanej misji Roberta Hamiltona, na tle którego Judyta ma obsesję. Z Hamiltonem łączyła ją kiedyś bardzo głęboka przyjaźń. 

Byliśmy bliskimi przyjaciółmi przez zaledwie sześć tygodni. Gwałtowna i niepohamowania namiętność Judyty do niego była jedną z tych kłopotliwych chuci, które wszystkie młode kobiety objawiają zawsze w ten sam infantylny sposób. Kiedy przyglądałem się im, jak pływają i grają razem w tenisa, bardziej czułem się zakłopotany tym, w jaki sposób najdłużej zachować ją w tej przeklętej iluzji, niż zazdrosny.

Swoją drogą przypomina mi się Na Tle Kosmicznej Otchłani Jacka Sawaszkiewicza. Ale o tym innym razem.  Rok później Hamilton zginął w wyniku zderzenia z meteorytem statku w którym wykonywał misję wojskową.

Żył jeszcze przez pięć godzin, oddychając skromnym zapasem tlenu, jaki pozostał mu w układzie zasilania kombinezonu. Z początku był opanowany, jednak w miarę jak jego czas dobiegał końca, jego słowa przemieniały się coraz bardziej w bezładną paplaninę, której jednak nigdy nie dano nam posłuchać. 

Dwunastu astronautów poniosło śmierć w wypadkach na orbicie. Ich statki pozostały tam świecąc na nocnym niebie niczym gwiazdy nowego gwiazdozbioru. 

Studium psychologiczne jakiego dokonuje w opowiadaniu Ballard ukazuje dwie strony mające wspólny, ale jakże jednocześnie sprzeczny interes. Oboje małżonkowie chcą powrotu resztek po astronaucie. On jednak tylko po to, żeby zakończyła się obsesja jego żony. Ona natomiast, aby pożegnać i pochować przyjaciela. 

Oboje wcześniej doznają ważnej życiowej próby, kobieta w wyniku poronienia traci dziecko. Wspólny interes powoduje, ze wynajmują tzw. łowców relikwii celem zebrania resztek po Robercie Hamiltonie i jego statku.

W owym czasie na Przylądku Kennedy’ego byli już łowcy relikwii, którzy przeczesywali wypaloną trawę w poszukiwaniu części tablic instrumentów pomiarowych, kombinezonów i - najcenniejszych - zmumifikowanych ciał martwych kosmonautów. Sczerniałe części obojczyków, żeber, skóry oraz innych części ciała były jedynymi w swoim rodzaju reliktami początku ery kosmicznej, równie cennymi, jak relikwie z grobów średniowiecznych świętych.

W tym samym czasie pojawia się wojsko, które z nieznanych nikomu powodów, również oczekuje na powrót pozostałości po astronaucie, co nadaje opowiadaniu dodatkowej dynamiki. 

Pozostałości po Hamiltonie mieszczą się do małego kartonika, ale okazują się być bardzo szkodliwe dla małżeństwa, tak samo jak bolesna prawda, którą odkrywa po ich powrocie Filip

Opowiadanie jest wyjątkowo  antyfeministyczne i seksistowskie, takim pewnie nazwałyby je feministki. Pokazuje do czego zdolne są kobiety i jak latami potrafią tworzyć iluzję. Pokazuje, jak potrafią bezwzględnie realizować swoje cele. Podobno za każdym szaleństwem kobiety stoi jakiś mężczyzna. 

Warto sprawdzić co tak na prawdę stało za opętaniem Judyty, jednej z głównych bohaterek Powrotu J.G. Ballarda.    

     Chou Ota - Women Watching Stars (1936)

czwartek, 26 kwietnia 2018

J.G. Ballard: Rekognicja, a może "powolne umieranie"? O drugim opowiadaniu inspirującym Iana Curtisa z Joy Division, do napisania "No Love Lost"


Rekognicja (1967), jednego z ulubionych pisarzy Iana Curtisa, J.G. Ballarda (warto zapoznać się tekstami TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) to prawdopodobnie najdziwniejsze opowiadanie autora, i do dziś trwają dyskusje co tak na prawdę Ballard miał na myśli i jakie przesłanie starał się przekazać. Myślę, że dokładna analiza kilku wątków jak i zastosowanej przez autora symboliki, może doprowadzić do jednej z interpretacji, o czym poniżej. 

Zacznijmy od czasu akcji - Ballard zaczyna opowiadanie zdaniem: 

W noc świętojańską mały cyrk zajechał do niewielkiego miasta w West Country, gdzie spędzałem urlop.  

Noc Świętojańska to nie musi być przypadek. 

Noc Kupały poświęcona jest przede wszystkim żywiołom wody i ognia, mającym oczyszczającą moc.

A więc można odebrać to jako znak, że być może nastąpi oczyszczenie, katharsis bohatera i rzeczywiście tak się właśnie opowiadanie kończy, ale o tym za chwilę.

Bohater obserwuje mały cyrk, zmierzający i lokujący się na drugoplanowym miejscu, na nieużytkach koło rzeki (pojawia się rzeka - nawiązanie do wody - żywiołu Nocy Kupały) w małym mieście. Cyrk odwiedza miejscowość mimo, iż gości właśnie w niej duże i dobrze wyposażone wesołe miasteczko na którym trwa w najlepsze zabawa. 

Autor obserwuje z mostu wjazd cyrku, skupiając swoją uwagę na kobiecie na siwym koniu. Czytelnik musi tutaj odnotować dość kluczowe zdania:

Młoda kobieta - wówczas wydało mi się, że jest młoda, ale później przekonałem się, że jej wiek był kwestią jej i mojego nastroju - przynagliła steranego ogiera i minęła mnie. Widziałem ją przy paru okazjach - raz wyglądała niemal jak dwunastoletnia dziewczynka, z miękko zarysowanym podbródkiem, dużymi oczami i zapadniętymi policzkami, a kiedy indziej jak kobieta w średnim wieku, z siwymi włosami i skórą napiętą na kanciastej czaszce. 

Te zdania są dość zastanawiające, a jeśli dodać do tego owego siwego konia (zdanie padające w opowiadaniu wcześniej):

Na czele, na siwym ogierze, jechała młoda kobieta o bladej twarzy i nagich ramionach.

który w niektórych interpretacjach (zwłaszcza siwy lub trupio biały) zapowiada zgon, mamy dość ciekawą sytuację wyjściową. Kobieta i koń mogą bowiem oznaczać śmierć i zgon, zatem może to być zapowiedzią jakiegoś zgonu w noc oczyszczenia, ale czy na prawdę bohater opowiadania zginie? Moim zdaniem tak. Niemniej zanim to następuje, zaintrygowany, kręci się wkoło tego dziwnego cyrku, pomaga nawet montować karłowi szyldy (na nich napisy: spektakularne i cuda), ale prawie nie widzi zwierząt, czuje tylko ich zapach. Ten zapach coś mu przypomina:

...zauważyłem nagły ruch w klatce pode mną. Niskie, jasnoskóre stworzenie rozkopało siano i uciekło do swojej nory. Poruszone siano - nie wiem, czy zwierzę podskoczyło ze strachu, czy w próbie odstraszenia mnie - wydało silny i mgliście znajomy zapach. Woń wisiała wokół mnie, gdy schodziłem po drabinie, przytłumiona, lekko odpychająca. Zajrzałem do budy, chcąc zobaczyć zwierzę, ale wejście zapchane było sianem.

Warto zwrócić uwagę, że autor jednak widzi coś (nie wie czy zwierzę) widzi, choć tylko przez chwilę. I znowu powtarza: 

Parę zwierząt siedziało z tyłu swoich bud, ich blade kształty rysowały się niewyraźnie w półmroku. Na myśl o zwierzętach wspomniałem specyficzny zapach, który unosił się wokół klatek, trochę przykry, ale, czego byłem pewien, dobrze mi znany. Z jakiegoś powodu byłem również przekonany, że ten znajomy zapach jest kluczem do dziwnego charakteru małego cyrku. 

Bohater tymczasem ucieka na chwilę do położonego opodal wesołego miasteczka, nachodzi go bowiem ochota przejechania się na diabelskim młynie, cały czas jednak nie opuszczają go myśli o małym cyrku karła i kobiety: 

...młoda kobieta - czy rzeczywiście młoda? - i jej karzeł byli podróżnymi z nieznanego kraju, z pustego królestwa, gdzie nic nie ma znaczenia. To ten brak zrozumiałej motywacji uznałem za niepokojący.  

Kraj gdzie nic nie ma znaczenia - kraina gdzie czas nie gra roli...

Po zamknięciu wesołego miasteczka jakieś grupki ludzi odwiedzają mały cyrk, próbują różnymi sposobami wywabiać zwierzęta, jednak te nie chcą wyjść i pokazać się. Jedynie ich zapach ulega nasileniu.   

Wtedy w cyrku pojawia się grupa marynarzy z dziewczynami. Dochodzi do finalnych wydarzeń. Zdesperowani marynarze wchodzą do jednej klatek, pokazują że nie ma w niej zwierzęcia...

Mimowolnie przeniosłem spojrzenie na młodą kobietę. Czyżby więc taki właśnie był cel tej dziwnej i wzruszającej menażerii bez zwierząt - wystawianie na pokaz samych klatek, kwintesencji uwięzienia ze wszystkimi jego zagadkami? Czy było to zoo abstrakcyjne, jakiś dziwaczny komentarz do sensu życia? Jednakże ani młoda kobieta, ani karzeł nie wydawali się na to dość subtelni i prawdopodobnie istniało mniej wydumane wyjaśnienie.

Marynarze gonią karła, w całym zamieszaniu bohater zostaje uderzony przez konia i traci przytomność: 

Koń skręcił gwałtownie tuż przy mnie. Uderzony w głowę i w ramię, ciężko upadłem na ziemię....

Pozbierałem się do kupy i pomyślałem, że pewnie gdy koń mnie ogłuszył marynarze przenieśli mnie na ławkę i zostawili, bym doszedł do siebie...

Bohater w końcu odkrywa, że jakimś cudem znalazł się na arenie owego cyrku, kobiety i karła już nie ma: 

Stanąłem na środku areny i rozglądałem się niepewnie, świadom, że mieszkańcy klatek wreszcie wyleźli z bud. Kanciaste szare sylwetki ledwo majaczyły w ciemności, ale były tak znajome jak gryzący zapach, który dochodził z klatek.

Chude postaci stały przy kratach, które chroniły je przede mną, ich blade twarze lśniły w nikłym świetle. Wreszcie poznałem zapach płynący z klatek. 

Zaskakujące zakończenie.... Autor opowiadania bowiem sam zaczyna odgrywać rolę owego bladego zwierzęcia, które widział w klatce. Uderzenie przez konia (symbol śmierci) oznacza początek agonii bohatera, początek procesu umierania w noc oczyszczenia. Zapach który czuł wcześniej to zapach ludzkości.

Ballard kończy opowiadanie zdaniem: 

Gdy odchodziłem, ścigały mnie urągliwe głosy. Młoda kobieta wstała z łóżka i spokojnie patrzyła za mną ze stopni wozu mieszkalnego.

Wesołe miasteczko w którym bohater jeździ na kole fortuny, moim zdaniem, symbolizuje życie.  Ale mimo, że ono trwa w najlepsze, pojawia się w nim śmierć. Symbolizuje ją kobieta na koniu, koń natomiast to znak zgonu, który nadchodzi. Autor nie może ocenić wieku kobiety i jak pisze, widział ją w różnych sytuacjach, czym Ballard daje do zrozumienia że śmierć może trafić się każdemu, bez względu na wiek. Na razie omija tych którzy przyszli obejrzeć cyrk jako pierwsi. Natomiast przytrafia się bohaterowi, który pomagając montować szyldy dostaje znak, że za chwilę przyjdzie jego kolej. Blade zwierzęta w klatkach, wydające charakterystyczny zapach, to po prostu umierający ludzie. Marynarze nie znaleźli ich jednak w środku, bo odeszli (czyli umarli) tak samo jak bohater opowiadania, który odchodzi w niewiadomą stronę wodzony wzrokiem przez kobietę - przez śmierć.

W tekście piosenki No Love Lost Ian Curtis nawiązuję do Człowieka Przeciążonego (TUTAJ) ale również do Rekognicji słowami: 

Through the wire screen, the eyes of those standing outside looked in /Przez zadrutowany ekran oczy tych stojących na zewnątrz i patrzących do środka
At her as into the cage of some rare creature in a zoo /Na nią jak by spoglądali do pieczary rzadkiego stworzenia w ZOO

Czytając wiele forów internetowych poświęconych interpretacji tego opowiadania znajdowałem inne jej wersje, być może ta powyżej jest błędna i tak po prostu moja rekognicja jest zbyt banalna? Warto ocenić to samemu. 


czwartek, 19 kwietnia 2018

J.G. Ballard: Człowiek przeciążony - wyłącz się i poznaj inspirację dla piosenki "No Love Lost" Joy Division

Jak wiadomo J.G. Ballard należał do ulubionych pisarzy Iana Curtisa (o bibliotece wokalisty Joy Division pisaliśmy TUTAJ). Dlatego poddajemy analizie jego twórczość omawiając Wieżowiec (TUTAJ) i Kraksę (TUTAJ). 

Człowiek Przeciążony to opowiadanie, które pochodzi ze zbioru Ogród Czasu, wydanego w 1967 roku. Całego zbioru nie da się omówić krótkim tekstem, dlatego dziś jedno z opowiadań, które tak na prawdę zawiera mało fantastyki, za to dużo elementów symbolicznych i psychologicznych. Właściwie chyba jedynym elementem fantastyczno-naukowym jest elektryczny budzik, który impulsami prądowymi razi głównego bohatera, Faulknera gdy pora wstawać.

Pierwsze zdanie opowiadania Faulkner powoli wariował przygotowuje czytelnika do wyprawy pokazującej tak na prawdę proces samounicestwienia się bohatera, od stanu powolnej izolacji do śmieci. Moim zdaniem, bohater jest w stanach depresyjnych, wykazuje bowiem od samego początku opowiadania chęć bycia samemu, niczym typowy bohater książek Nietzschego. Czeka aż żona opuści mieszkanie i uda się do pracy. 

On swoją pracę jakiś czas temu porzucił, o czym jej nie powiedział. 

Ona teraz ich utrzymuje, ale oszczędności się kończą. 

Ich mieszkanie ulokowane jest w skupisku domów  budowanych dla pracowników szpitala psychiatrycznego, choć dawno prawie wszyscy odsprzedali je innym. 

Oglądał teraz kubistyczny krajobraz, zbiorowisko przypadkowych białych kształtów pod błękitną kurtyną, na której tle kołysało się z wolna kilka strzępiastych zielonych plam.

On jest naukowcem niszczonym w swojej pracy, przez co finalnie się z niej zwalnia. 

Ona jest recepcjonistką w szpitalu. Wszystko układa się dobrze, jak długo oboje pracują. 

On teraz pławi się w samotności i w zasadzie nie myśli o nowej pracy. 

Ona, jak większość kobiet, to materialistka, jest miła jak długo nie dowie się o porzuceniu przez niego źródła dochodów. 

Bohater odkrywa w sobie talent wyłączania rzeczy wkoło siebie. Potrafi doprowadzić się do stanu zapomnienia i w ten sposób rzeczy wokół przestają funkcjonować. 

Pozbawione roli symbolu zamożności i aury sloganów reklamowych miały tak znikome prawo do rzeczywistego bytu, że bez zbytniego wysiłku umysłowego mógł je całkowicie skasować. Rezultat był podobny do działania meskaliny i innych wizjotwórczych narkotyków, pod których wpływem wgniecenia na poduszce zmieniają się w księżycowe kratery, a fałdy firanki w fale na oceanie wieczności. Przez następne tygodnie Faulkner eksperymentował ostrożnie, ćwicząc się w operowaniu wyłącznikami.      

Zwierza się kilku znajomym ze swojego talentu i wspólnie z nimi go analizuje. Być może chodzi tutaj o tracenie poczucia czasu, a może to jedynie odkrycie sposobu izolacji od otoczenia?  Wszyscy jednak twierdzą, że Faulkner powinien z tym skończyć, bo może to okazać się dla niego niebezpieczne. 

Harvey, syn sąsiadów, jest postacią symboliczną. To chyba głos zaniepokojonego świata, który nie nadąża za rzeczywistością, zdaje się przypominać o tych bardziej negatywnych aspektach upływającego czasu:

Niech pan mi powie, panie Faulkner - spytał Harvey - czy pan sobie uświadamia, że od śmierci Einsteina w 1955 roku nie było na świecie żadnego geniusza? Od Michała Anioła przez Szekspira, Newtona, Beethovena, Goethe go, Darwina, Freuda i Einsteina, zawsze żył jakiś geniusz. Teraz, po raz pierwszy od pięciuset lat, jesteśmy zdani wy łącznie na siebie.

Czy Harvey nie zdaje się nam mówić o tym, że jesteśmy jak kurczaki, ze Stroszka Wernera Herzoga? Że od wielu lat kręcimy się wkoło i w zasadzie nic nowego nie osiągnęliśmy?


Faulkner tymczasem posuwa się coraz dalej z wyłączaniem obiektów wkoło siebie. Tymczasem wraca do domu żona, która niebawem odkryła prawdę o tym, że mąż porzucił pracę. Ta rozmowa nie jest łatwa, jednak po niej, kiedy dochodzi do oglądania TV bohater wyłącza i żonę... Czy nikomu z czytelników nigdy taka myśl nie przyszła do głowy? Szczerze proszę...

Kolejnego dnia znowu spotyka Harveya z jego metafizycznymi problemami:

- Panie Faulkner, mam pewien dotkliwy problem metafizyczny. Może pan potrafi mi pomóc. Jedyną wielkością absolutną w czasoprzestrzeni jest podobno prędkość światła. A przecież każde obliczenie prędkości światła zawiera czynnik czasu, który jest subiektywnie zmienny: cóż więc zostaje? 

Opowiadanie kończy się w sposób dość  zaskakujący. Ale powiem tylko, że bohatera można uznać za osobą finalnie wyłączającą samą siebie..

Kto by tak nie chciał? 

Na koniec piosenka Joy Division jeszcze z czasów Warsaw, i jej przekład (oraz obie wersje utworu). Moim zdaniem utwór jest częściowo inspirowany powyżej omawianym opowiadaniem, ale i jeszcze co najmniej jednym (też Ballarda). W torbie Iana Curtisa znajdowała się cała masa karteczek zapisanych różnymi fragmentami piosenek, a ich inspiracja pochodziła z wielu źródeł. Kto wie, które jeszcze w tym przypadku mam na myśli?




No love lost /Bez utraty miłości 

So long sitting here /Tak długo tutaj siedzę
Didn't hear the warning /Nie słyszę ostrzeżenia
Waiting for the tape to run /Czekam aż ruszy taśma
We've been moving around in different situations /Przemieszczaliśmy się w różnych sytuacjach
Knowing that the time would come /Wiedząc że nadejdzie czas
Just to see you torn apart /W którym zobaczę cię rozdartą
Witness to your empty heart /Doświadczającą swojego pustego serca
I need it /Chcę tego
I need it /Chcę tego
I need it /Chcę tego
Through the wire screen, the eyes of those standing outside looked in /Przez zadrutowane ekran oczy tych stojących na zewnątrz i patrzących do środka
At her as into the cage of some rare creature in a zoo /Na nią jak by spoglądali do pieczary rzadkiego stworzenia w ZOO
In the hand of one of the assistants she saw the same instrument /W rękach asystentów piła ten sam przyrząd
Which they had that morning inserted deep into her body /Który mieli tego ranka werżnięty głęboko w jej ciało 
She shuddered /Ona dygotała
Instinctively /Odruchowo 
No life at all in the house of dolls /Nie ma życia w domu lalek
No love lost /Bez utraty miłości
No love lost /Bez utraty miłości
You've been seeing things /Widzisz rzeczy
In darkness, not in learning /W ciemności nie ucząc się
Hoping that the truth will pass /Mając nadzieję że prawda minie
No life underground, wasting never changing /Bez życia w podziemiu, niezmienialne marnotrawstwo 
Wishing that this day won't last /Pragnąc aby ten dzień nie minął
To never see you show your age /Nigdy nie widząc jak się starzejesz
To watch until the beauty fades /Nie patrząc jak zanika piękno
I need it /Chcę tego
I need it /Chcę tego
I need it /Chcę tego
Two-way mirror in the hall /Lustra weneckie w holu
They like to watch everything you do /Lubią patrzeć na to co robisz
Transmitters hidden in the walls /Nadajniki ukryte w ścianach
So they know everything you say is true /Wiedzą czy to co mówisz jest prawdą
Turn it on /Włącz to
Don't turn it on /Nie włączaj tego.








Wyłączmy się! Teraz! Już! Natychmiast! Zaraz!

No Love Lost written by Bernard Sumner, Ian Kevin Curtis, Peter Hook, Stephen Paul David Morris • Copyright © Universal Music Publishing Group. ISOLATIONS: Zastrzegamy sobie prawa autorskie do tłumaczenia tekstu

wtorek, 13 marca 2018

Kraksa J.G. Ballarda - co w niej urzekło Iana Curtisa z Joy Division?

Człowiek to tylko stadium przejściowe. Przyszłość przyniesie zagładę wszystkiego, co oswojone.” Ta myśl Davida Cronenberga odkrywa ukryty sens powieści Jamesa G. Ballarda Kraksa (Crash). Książka ta, od początku owiana aurą skandalu i nazwana przez wielu krytyków literackich powieścią pornograficzną, jak każda z książek Ballarda jest czymś więcej niż tylko zgrabnie opowiedzianą historyjką. Wieżowiec, o którym było wcześniej  [TUTAJ] pokazał, najogólniej mówiąc, do czego prowadzi konsumpcjonizm w świecie podzielonym na konkurujące ze sobą państwa czy klasy społeczne. A Kraksa? Tu dużo trudniej odnaleźć znajdujący się w powieści klucz, bo bohaterowie nie są sympatyczni, trudno się z nimi identyfikować, trudno stać "po ich stronie", wręcz przeciwnie. Ich motywacje budzą niechęć, a oni sami, jeśli nie obojętność, to wstręt.
 
Ale do rzeczy. Książka, i oparty na jej fabule film z 1996 r. wyreżyserowany przez D. Cronenberga, opisuje życie zblazowanego małżeństwa Jamesa i Catherine Ballardów (interesujące jest to, że główny bohater nosi to samo imię i nazwisko, co autor powieści). Związek tej pary można nazwać prawdziwie „wolnym”, bo żyją bez zobowiązań, również wobec siebie. Można raczej uznać, że po latach współżycia niewiele ich łączy. Dotknięci swoistą impotencją nie są w stanie nawet kochać się bez zewnętrznego impulsu. Podnietą są dla nich drobiazgowe relacje z wzajemnych zdrad. Jest tak do czasu, gdy James uczestniczy w wypadku samochodowym i poznaje Helen Remington, ofiarę zajścia, podczas którego ginie jej mąż. Oboje trafiają do szpitala i po wyjściu z niego jadą nowym samochodem Jamesa na miejsce wypadku, gdzie dają upust wzajemnemu pożądaniu... Helen przedstawia małżonkom Vaughana, fotografa obsesyjnie zafascynowanego kraksami, który zajmuje się inscenizowaniem głośnych wypadków samochodowych, np.: Jamesa Dean'a. Odtąd obecność w reżyserowanych stłuczkach staje się motorem napędzającym ich istnienie, powoduje ekstazę, w której śmierć łączy się z erosem. Pokiereszowane ciała ofiar wypadków samochodowych, zestawiane z pogiętą blachą wraków, stają się atrybutem seksu. W ogóle dla bohaterów książki ciało przestaje być atrakcyjne, pociąga ich w nim tylko to, co techniczne: zadrutowana, skręcona szynami chirurgicznymi blizna, skórzana odzież przypominająca tapicerkę auta i seksualny akt naśladujący samochodowe kraksy, jakby czerpiący energię z gniotących się nawzajem maszyn.

Książka szokuje obscenicznymi opisami, relacjami licznych przejawów perwersji, które budzą niesmak, jak choćby homoseksualny akt Ballarda i Vaughana. A jednak wciąga. Czyta się ją na zasadzie robienia czegoś, czego nie powinno się robić, a z czego nie można się już wycofać, bo przeważa ciekawość, co będzie dalej, do czego autor zmierza. Ballard zresztą we wstępie zdeklarował się, że jego zamiarem było właśnie napisanie "powieści pornograficznej". Chciał nie tylko zaszokować czytelnika, lecz przede wszystkim go przestraszyć. Po co? Żeby przestrzec. Podobnie jak w Wieżowcu, pisarz wciela się w rolę Kasandry i wyjaśnia we wstępie, że Kraksa nie zajmuje się jakąś pojedynczą wyimaginowaną, choćby najtragiczniejszą w skutkach katastrofą, lecz pandemonicznym kataklizmem, który co roku pozbawia życia setki tysięcy, a okalecza miliony ludzi. Czy dostrzegamy w tym wypadku samochodowym złowieszczą zapowiedź koszmarnego mariażu seksu z techniką? (…) "uczyniłem z samochodu nie tylko symbol seksu, lecz również totalną metaforę życia mężczyzny we współczesnym społeczeństwie. Polityczna rola powieści, jako takiej, jest zupełnie oddzielona od jej zawartości seksualnej, ale nadal uważałbym "Kraksę" za pierwszą powieść pornograficzną wykorzystującą technikę jako środek wyrazu”.  Kraksa była stałą lekturą Iana Curtisa, do czego aluzję można znaleźć w filmie Control, o czym [TUTAJ.] Dlaczego Ian Curtis cenił tę książkę? Lubił opisy perwersji wyzwalające emocje? A może to młodość i ciekawość powodowała jego zainteresowanie? Może zgadzał się z przesłaniem książki, bo dostrzegł tak samo jak Ballard, coraz bardziej panoszącą się technologię, jej rosnący wpływ na ludzkie uczucia? W latach 80. sekwencery, syntezatory i inne elektroniczne urządzenia zdominowały wiele nowych gatunków muzyki pop. Muzycy zawdzięczali oryginalne brzmienie technice, której nadmiar degradował człowieka do roli jeszcze jednej maszyny (np. muzycy z zespołu Kraftwerk wręcz naśladowali roboty). W dodatku apokaliptyczny świat ponurych miast pokazany przez Ballarda i w Kraksie, i w Wieżowcu niestety coraz bardziej przystawał do widoku Manchesteru czy innych angielskich miast, pogrążających się w upadku wywołanym kryzysem ekonomicznym lat 80. Czy można zatem uznać, że Kraksa to po prostu moralitet? Nie wiem. Na to pytanie każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Cóż dodać więcej, może jeszcze to, że autorem muzyki do ekranizacji D. Cronenberga jest Howard Shore. Ten sam, którego idylliczny podkład towarzyszy fabule zekranizowanej trylogii Władca Pierścieni. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Żadnego. Choć zarówno R.Tolkien jak i J.G. Ballard, każdy inaczej, a jednak podobnie, w rozwijającej się technice widzieli czające się zło, źródło chaosu i zagłady istniejącego świata...

niedziela, 4 marca 2018

Biblioteka Iana Curtisa

Curtis dużo czytał. Wraz ze swoim przyjacielem, Stephenem Morrisem, regularnie odwiedzał w Manchesterze księgarnię „House on the Borderland”, należącą do początkującego pisarza i wydawcy, Michaela Butterwortha, który zaprzyjaźnił się z Jamesem Grahamem Ballardem (wywiad z Butterworthem TUTAJ). Morris wspominał po latach, że "przychodziliśmy [tam] raz na kilka tygodni, czasem częściej. Ian kupił kopie New Worlds z drugiej ręki, wielkiego czasopisma literackiego lat 60. pod redakcją Michaela Moorcocka, promującego Burroughsa i Ballarda. Moja przyjaźń z Ianem rozpoczęła się około 1979 roku: rozmawialiśmy o Burroughs, Burroughs, Burroughs"...

W jednym z wywiadów udzielonym w styczniu 1980 r. młodemu pisarzowi i piosenkarzowi Alanowi Hempsallowi Curtis opowiedział o tym, co lubi czytać (TUTAJ).  Wymienił swoje dwie ulubione książki Burroughsa: Naked Lunch i The Wild Boys. Fascynację Burroughsem dobrze oddaje anegdota o ich spotkaniu. Zetknął się z pisarzem w Brukseli, w trakcie występu grupy w klubie Raffinerie du Plan K w październiku 1979 r. Zwrócił się wtedy do autora o bezpłatny egzemplarz książki The Third Mind i został ostro odprawiony. W wywiadzie z A. Hempsall Ian skomentował tamtą sytuację. Podobno dlatego poprosił o darmową książkę, bo miał w domu wszystkie wydania prozy Burroughsa i sądził, że uda mu się otrzymać bezpłatny egzemplarz dla stałego czytelnika. W filmie Antona Corbijna z 2007 r. "Control"  w jednej ze scen pokazano fabularyzowaną wizję półki z książkami Iana Curtisa. Wyraźnie widoczne są: Naked Lunch (Nagi Lunch) i Ah Pook Is Here Williama Burroughsa , a także książki J. G Ballarda: Crash (Kraksa) i The Atrocity Exhibition oraz Howl (Skowyt) Allena Ginsberga.


W pamiętniku "Przejmujący z oddali" Deborah Curtis zauważyła, że książki były bardzo ważne w życiu Iana, choć nigdy ich nie czytał w jej obecności. A oprócz Burroughs i Ballarda cenił Dostojewskiego, Nietzschego, Jean - Paul Sartre'a, Hermanna Hessego, Kafkę i „Photomontages of the Nazi period” Johna Heartfielda. Deborah przypomniała sobie, że w ich domu "przez większość nocy Ian szedł do niebieskiego pokoju i zamykał za sobą drzwi, żeby pisać. Robił przerwy tylko na filiżanki kawy wędzone w dymie Marlboro. Nie miałam nic przeciwko tej sytuacji: uważaliśmy to za projekt, coś, co trzeba było zrobić." Wynika z tego, że Curtis nie czytał dla relaksu, raczej używał swoich książek jako „generatorów nastrojów”. Można sobie wyobrazić jak pisał teksty - w osobnym pokoju, w nocy w zupełnej ciszy, z leżącymi wokół siebie książkami. Wygląda na to, że czytanie dla Iana było ważną częścią pracy nad tekstami dla zespołu, a nie beztroską rozrywką.
 
Zastanawiająca jest lista bestsellerów Curtisa. Wszystkie pozycje są wybitnie depresyjne, po przeczytaniu których odechciewa się wręcz żyć. Człowiek jest w nich zdehumanizowaną, nic nieznaczącą mrówką, pozbawioną uczuć i szukającą ekscytacji, znudzonym i nieszczęśliwym trybikiem w maszynie czasu, potrzebującym seksu tylko po to, aby przez chwilę poczuć jakiekolwiek emocje.
 
Było już o Wieżowcu Ballarda (TUTAJ), może więc za jakiś czas napiszę coś o kolejnej książce przeczytanej przez Iana Curtisa...

wtorek, 13 lutego 2018

Wieżowiec J.G. Ballarda - powieść z kluczem

Proza J.G. Ballarda zwykłemu śmiertelnikowi kojarzy się z filmem Spielberga p.t. Imperium Słońca. Wiedziałem, że twórczość tego pisarza była bliska wokaliście Joy Division Ianowi Curtisowi. Postanowiłem zatem sięgnąć do książek Ballarda, niestety w Polsce od lat niewznawianych, więc posiłkowałem się rynkiem wtórnym. 

Książka "Wieżowiec" wydana została w 1975 roku. Jest to bardzo wciągająca powieść. Ludzie zamieszkują w ogromnym 40 - piętrowym wieżowcu  w którym oprócz basenu znajdują się też sklepy, a nawet szkoła. Wszystko zdaje się funkcjonować idealnie, ale jak zwykle, tylko  do czasu. W wyniku czynnika ludzkiego i technologicznego porządek zostaje zakłócony, zaczynają pojawiać się konflikty a i sam budynek ujawnia coraz więcej usterek. Punktem zapalnym jest awaria oświetlenia na jednym z pięter. Z czasem wszystko narasta aż do zupełnej dysfunkcji. Ludzie popadają w apatię, w części z nich  zaczynają wyzwalać się zwierzęce instynkty. Brak kontroli doprowadza do totalnej "wolnej amerykanki", z zabójstwami, gwałtami i aktami agresji. Pojawiają się barykady, wojna między mieszkańcami różnych pięter, głód i martwe ciała. 

Dla mnie kluczowym jest ostatni rozdział pokazujący że istnieje "drugie dno" książki. Ballard najpierw delikatnie sugeruje to czytelnikowi: 

W pewnym sensie życie w wieżowcu zaczęło się upodabniać do świata na zewnątrz: bezwzględność i agresja kryły się pod płaszczykiem grzecznościowej konwencji. 

By w końcu poczynić zupełnie oczywiste aluzje:

W żółtym świetle, odbijającym się od tłustych kafelków, rozciągała się przed nimi długa jama grobowa. Woda dawno uciekła, ale pochyłe dno zaściełały czaszki, kości i fragmenty dziesiątków ciał. Splątane na stosie, tam gdzie je rzucono, leżały jak kąpielowicze z zatłoczonej plaży nawiedzonej przez nagły holokaust.


Wieżowiec rzecz jasna symbolizuje kontynent, a ludzie w swoich mieszkaniach to państwa. Czytając książkę zapoznajemy się z obrazem bestialstw do jakich gotowy jest posunąć się człowiek podczas wojny. A kiedy wszystko się wreszcie kończy, dla tych którzy  przeżyli, nawet zrujnowany budynek z tymi wszystkimi gnijącymi wewnątrz ciałami, staje się rajem. Wojna za to wybucha gdzie indziej...  

Laing spojrzał na oddalony o czterysta metrów wieżowiec. W rezultacie chwilowej awarii elektryczności na siódmym piętrze zgasły wszystkie światła. W ciemnościach już poruszały się pierwsze ogniki latarek, świadczące, że mieszkańcy podjęli nieśmiałe próby ustalenia, gdzie się znajdują. Laing z zadowoleniem obserwował tych ludzi, wkraczających w nowy dla siebie świat. 

Chyba żaden obraz lepiej nie pasuje na okładkę tej książki, jak powyższe dzieło Zdzisława Beksińskiego.

Na koniec dodam, że podobnie jak dla Imperium Słońca, tak i dla Wieżowca istnieje ekranizacja (2016), której nie widziałem, choć na podstawie trailera zdaje się być ciekawa: