Chciałoby się powiedzieć: do trzech albumów sztuka, tyle bowiem ma w swoim dorobku projekt This Mortal Coil. Ivo Watts Russel (warto zobaczyć TUTAJ) będąc na koncercie Modern English w USA, oczarowany został coverami jakie grali. Zapytał muzyków, czy nie mają zamiaru ich wydać na płycie, ale usłyszał w odpowiedzi, że mają inne plany i chcą nagrywać własny materiał. Tak narodziła się w jego głowie myśl, żeby zaprosić gwizdy z 4AD aby wystąpiły we wspólnym projekcie... Powstały dwa znakomite albumy, z których jeden opisaliśmy na naszym blogu: It Will End in Tears (TUTAJ), oraz Filigree and Shadow (do którego wrócimy). Na pierwszej z nich pojawia się nawet utwór Ivo, natomiast na dziś omawianej płycie, jest ich znacznie więcej. Wszystkie trzy albumy realizowali Ivo i John Fryer, tego ostatniego znamy z dzieł takiego kalibru jak Livonia zespołu His Name Is Alive (opisanego TUTAJ).
Na Blood jest mniej gwiazd z 4AD, a prym wiodą mające polskie korzenie siostry Rutkowski (o ich aktualnych losach pisaliśmy TUTAJ).
Co ciekawe, do klimatu jesiennej nostalgii i melancholii dokładają się między innymi Pieter Nooten (ex Clan of Xymox) - autor genialnego Several Times, czy zza grobu sam legendarny Syd Barret (ex Pink Floyd), którego interpretację piosenki Late Night wykonuje brytyjska wokalistka Caroline Crawley. Ten utwór jest w naszej opinii, nie dość że najlepszą piosenką na albumie, to jeszcze z powodzeniem może stanowić jego wizytówkę.
Wokalistka udziela się jeszcze w trzech innych piosenkach, z których najlepsza to chyba Mr. Somwhere. Siostry Rutkowski nie pozostają jej dłużne, a takie znakomite utwory jak nieco patetyczny I Come and Stand at Every Door, jesienny Several Times czy optymistyczny I'am the Cosmos to perełki na tym albumie. Warto dodać, że siostry udzielały się nie tylko wokalnie, ale są też autorkami kilku tekstów.
Album Blood nie stał się tak popularny, jak dwie wcześniejsze płyty TMC. Być może było tak z powodu nieobecności wielkich nazwisk z 4AD. Jednak nie zmienia to faktu, że jest to wręcz genialna płyta - kolejne dzieło pokazujące, w jakim kierunku chciał podążać Ivo. Jest tutaj nieco starego TMC, a słychać go zwłaszcza w utworach instrumentalnych brzmiących czasem wręcz jak odrzuty ze wcześniejszych płyt (choćby Andialu, czy the Lacmemaker II).
A co było później? Później Ivo uśmiercił TMC, ale nie wycofał się z tego typu projektów, o czym wkrótce tutaj napiszemy.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
This Mortal Coil, Blood,4AD 1991, producenci: John Fryer i Ivo Watts - Russel, tracklista: The Lacemaker, Mr. Somewhere, Andialu, With Tomorrow, Loose Joints, You and Your Sister, Nature's Way, I Come and Stand at Every Door, Bitter, Baby Ray Baby, Several Times, The Lacemaker II, Late Night, Ruddy and Wretched, Help Me Lift You Up, Carolyn's Song, D. D. and E., Til I Gain Control Again, Dreams are Like Water, I am the Cosmos, (Nothing but) Blood
Wstęp i fragmenty pierwszej części wywiadu z założycielem 4AD przedstawiliśmy TUTAJ.
Część druga zaczyna się od opisu oczka w głowie Ivo, czyli This Mortal Coil. Jak wspomnieliśmy w pierwszej części, jesteśmy właśnie po wydaniu ich drugiego albumu Filigree and Shadow.
Jak doszło do powstania This Mortal Coil: Ogromnie lubię pracować w studiu nagraniowym, tworzyć i wpływać na ostateczne brzmienie. I dlatego między innymi powstał TMC. A zaczęło się w nieco dziwnych okolicznościach. Trzy lata temu widziałem w Stanach koncert Modern English i na bis zagrali wówczas dwa numery z lat 60-tych, połączone w jedną całość - 16 Days i Gathering Dust. To było wspaniałe, cudowne. Po koncercie zasugerowałem im, by nagrali to. Odpowiedzieli negatywnie, twierdząc, że chcą iść do przodu, a nie cofać się. Postanowiłem więc, że ja to zrobię. Szukając utworu na stronę B planowanego singla puściłem Liz i Robinowi Song to the Siren Tima Buckleya. Pokochali ten utwór niemal natychmiast, i w ciągu zaledwie jednego dnia powstał nowy wokal Elizabeth, a tuż potem strona instrumentalna. To było coś tak niezwykłego, że oczywiście Song to the Siren stało się utworem tytułowym pierwszego singla TMC. Sposób w jaki stworzony został, niemalże na nowo cały utwór zasugerował mi, w którą stronę mój pomysł ma się rozwijać. Sześć miesięcy później rozpoczęliśmy pracę nad longplayem It Will End in Tears.
O gorącym przyjęciu TMC przez krytykę i publikę: Być może fakt, że rozpoznano znane przecież głosy Elizabeth i Lisy (Gerrard z Dead Can Dance) spowodował tak pozytywną reakcję. Wszystkie utwory - tak na pierwszym jak i na drugim longplayu, dobrane były w specyficzny sposób, głownie ze względu na ich dramaturgię i atmosferę. Myślę, że był to po prostu dobry pomysł i cieszę się, że paru osobom spodobał on się również.
O albumie Filigree and Shadow: Dla mnie jest to płyta bardziej osobista. Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Trzeba pamiętać, iż taka płyta powstaje bardzo długo. Nie zawsze studio jest wolne, nie zawsze muzycy mają czas, no i ja nie mogę - z racji innych obowiązków - poświęcać jej jednorazowo zbyt wiele czasu. Dlatego też, spędzając w studiu z reguły 7 dni w miesiącu, zdałem sobie sprawę, że powinna to być taka bardzo moja płyta. Byłem wręcz zdeterminowany, by taki longplay powstał, by zawierał przeróbki starych nagrań, z różnych przyczyn bardzo mi bliskich, a także kilka kompozycji muzyków tworzących TMC. Będzie to chyba ostatnia płyta tworzona w takich okolicznościach, dlatego też zdecydowałem się na podwójny album. Nie ukrywam, że bardzo lubię tę płytę i jestem bardzo szczęśliwy, że zdołałem ją stworzyć z tak dużą grupą muzyków.
O polskim akcencie na płycie TMC - siostrach Rutkowski: Występowały one wcześniej w zespole Sunset Gun. Obie pochodzą z Glasgow, obecnie mieszkają w Londynie. Nie jestem tego pewien, ale chyba ich ojciec jest Polakiem, który w czasie II Wojny Światowej walczył w Anglii jako pilot.
O pierwszym amerykańskim nabytku 4AD czyli Throwing Muses: We wrześniu 1985 roku dostałem od nich taśmę, i od razu pokochałem ich muzykę. Zatrudniliśmy im brytyjskiego producenta Gila Nortona, i w Stanach nagrali swój pierwszy longplay, który wydaliśmy 1.09. Do dziś nawet nie spotkaliśmy się. Bardzo chcę ich poznać, zwłaszcza Kristin Hersh. Ma ona zaledwie 19 lat, niedawno urodziła dziecko, gra na gitarze, śpiewa, a przede wszystkim jest autorką niezwykle interesujących pesymistycznych tekstów. Nie wiem, jak potoczą się ich dalsze losy, ale mają szansę stać się pewnego dnia tym, czym dziś są Talking Heads.
O przyszłości firmy: Oczywiściemam nadzieję, że każdy z artystów współpracujących z 4AD odniesie sukces na miarę Cocteau Twins. Taki jest przynajmniej mój cel, jako szefa wytwórni. W kilku przypadkach będzie to zapewne niemożliwe do osiągnięcia. Na szczęście nie muszę z np. finansowych przyczyn wywierać presji na muzyków, by robili to, czy tamto. Wszyscy chcemy rozwoju 4AD - tak artystycznego, jak i finansowego. Cieszę się, że na razie wiemy , jak to robić.
O planach: Bardzo chcę nagrać solową płytę Pietera Nootena, klawiszowca i wokalisty Xymox (warto zobaczyć TUTAJ). Pisze on najbardziej smutne i rozpaczliwe utwory, jakie słyszałem. Gdy przesłuchiwałem demo z jego muzyką, o mało nie wpadłem w depresję psychiczną. Spróbujemy to nagrać w 1987 roku...
Oczywiście zrobili to, wiec nam pozostanie tylko do tego znakomitego albumu wrócić, bo jest w naszej płytotece. Jak opisał go kiedyś Tomek Beksiński, to muzyka grana w Niebie... Więc lepszej reklamy nie potrzeba.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Tomasza Słonia poznaliśmy przy okazji jego książki o zespole Dead Can Dance (TUTAJ). Okazuje się, że dziennikarz dość aktywnie działał w obszarze przybliżania polskim czytelnikom wytwórni 4AD, bowiem w lutym 1987 roku w czasopiśmie NON STOP (był to dodatek do Tygodnika Demokratycznego) ukazał się jego wywiad z założycielem 4AD Ivo Watts Russelem (warto zobaczyć TUTAJ). Ponieważ jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami różnych dziwnych pamiątek, dzisiaj kilka kluczowych cytatów z tego wywiadu.
Zanim jednak je przybliżymy warto dodać, że oczywiście Tygodnika Demokratycznego nikt o zdrowych zmysłach nie czytał. Ale dodatek do niego - jak najbardziej. Problem jednak był w tym, że NON STOP, bo o nim mowa, ukazywał się w limitowanym nakładzie i na ohydnej jakości papierze. Trzeba było nieźle się nagimnastykować, żeby go zdobyć, bo ukazywał się również nieregularnie. Takie to były czasy. Jeszcze nie jeden raz zaskoczymy naszych czytelników ciekawymi materiałami z tego czasopisma, a teraz przejdźmy do wywiadu.
Jesteśmy w złotym okresie 4AD, przypomnijmy że w tym roku Dead Can Dance wydaje swój najlepszy album (Tomasz Słoń w swojej książce uważa go za najlepszy album 4AD jako wytwórni), Cocteau Twins jest po wydaniu arcydzieła Victorialand, a This Mortal Coil po Filigree and Shadow - też doskonałym albumie.
Wywiad nosi tytuł Traktuję Muzykę Bardzo Poważnie.
O początkach wytwórni: W 1979 roku zdecydowałem się, z dnia na dzień, na pracę w niezależnej wytwórni. Miałem za sobą 4 lata pracy dla Beggars Banquet (warto zobaczyć TUTAJ) jako sprzedawca w sklepie z płytami. Wystartowaliśmy we dwóch, ja i Peter Kent. Początkowo 4AD była częścią Beggars Banquet i mieliśmy im wyszukiwać nowe twarze. Po roku zdałem sobie jednak sprawę, że taki układ mi nie odpowiada, no i staliśmy się samodzielną wytwórnią.
O ideologii 4AD:Nic z tych rzeczy. Są wytwórnie, które w momencie powstania, podkreślają swoją odrębność i inność, jak np. ZTT. Jest to fajna rzecz, ale na krótką metę. Startowaliśmy w niezwykłym okresie w historii muzyki, kiedy pojawiła się ta druga fala wykonawców zrodzonych z punk - rocka, zaczynających coraz bardziej eksperymentować i poszukiwać, robiących krok naprzód w stosunku do roku 1976. Jako 4AD chcieliśmy być częścią tego nurtu, pracować z zespołami, które przyjmowały podobny do naszego punkt widzenia na muzykę. Oczywiście dziś istnieje pewna kontynuacja tego, co robiliśmy kiedyś, bowiem zawsze na płytach 4AD ukazywała się muzyka, będąca odzwierciedleniem tego co lubię, co mnie inspiruje i fascynuje. Sami wykonawcy zapewne nie widzą tego i z pewnością niebyt podoba im się ten rodzaj nieuchwytnej nieco identyfikacji i wspólnoty, lecz dla mnie jest to sprawa bardzo istotna. Traktuję bowiem muzykę bardzo poważnie. Poza tym myślę, że elementem łączącym wszystkich ludzi z 4AD jest wiara, iż muzyka to coś niezwykle ważnego w pewnych okresach naszego życia.
O odejściach z 4AD (najpierw Bauhaus): Trzej wykonawcy, trzy różne przyczyny. Jako pierwszy rozstał się z nami zespół Bauhaus. Ich muzyka, po roku współpracy z 4AD przestała mnie interesować. Poza tym zespół był bardzo zainteresowany w odniesieniu sukcesu, co samo w sobie nie jest złym nastawieniem, ale nie za wszelką cenę. Przeszedł więc do Beggars Banquet, co było logiczną konsekwencją jego dążeń. Mimo iż był naszym najpopularniejszym wówczas wykonawcą, dobrze się stało, że się rozstaliśmy. Po prostu mogliśmy, co się okazało w przyszłości sprawą niezwykle ważną, oprzeć i rozwinąć dalszą działalność na nowych wykonawcach, nowych pomysłach muzycznych, dalekich od tradycyjnych źródeł inspiracji. Tak więc ambicje Bauhaus i ich plany, różne od tego, co chciałem zrobić, zdecydowały o naszym rozstaniu.
O odejściu Birthday Party:Stało się to z czysto finansowych przyczyn. Nie mogłem po prostu wspierać ich wszystkich planów i zamierzeń.
O odejściu X-Mal Deutschland:Wiem, że pchnąłem ten zespół w określonym kierunku. Potem jednak, nie byłem w stanie zmusić go do zmian, poszukiwań czegoś nowego, mówiąc krótko - do rozwoju muzycznego. To było coś, czego nie potrafili zrozumieć. Pamiętam jedną z rozmów z Wolfgangiem (Ellerbrock - basista zespołu) który powiedział mi wówczas: "ludzie lubią to, co robimy, po co się zmieniać?" Przed nagraniem LP Tocsin zapowiedziałem im, że będę pracował z nimi przy tej płycie, a po jej wydaniu pożegnaliśmy się. Niedawno podpisali kontrakt z Phonogramem i nie ukrywam, że z zainteresowaniem będę śledził ich losy.
O początkach współpracy z Cocteau Twins:Pewnego dnia Robin i Elizabeth przyjechali do Londynu zobaczyć koncert Birthday Party. To był ich ulubiony zespół i jeździli za nim prawie wszędzie. Robin wykorzystał pobyt w Londynie by wręczyć mi taśmę z próbnymi nagraniami duetu. W tym czasie pracowałem w jednym ze studiów pod Londynem i wracając do domu samochodem wieczorem włączyłem jedną z trzech taśm, jakie miałem wówczas ze sobą, właśnie Cocteau Twins. [Nagrania] nie miały nic wspólnego z tym, co znamy z płyt. Ich jakość była fatalna, ale przebijała z nich jakaś dziwna moc, coś niezwykłego. Zadzwoniłem więc po powrocie pod numer telefonu podany na kasecie i...
Czy ukierunkował zespół?Nie, raczej nie. Jako producent pracuję z zespołem, i tylko na początku ich działalności - gdy brakuje im doświadczenia w pracy w studio nagraniowym. Zawsze zachęcam ludzi do tego, by sami dla siebie byli producentami. W przypadku Cocteau Twins istniał jeszcze jeden problem. Elizabeth i Robin byli wtedy bardzo, bardzo nieśmiałymi i spokojnymi ludźmi, wiec gdy byliśmy w studiu, ktoś musiał podejmować ostateczne decyzje. Dlatego też byłem współproducentem Garlands (warto zobaczyć TUTAJ) nie zdając sobie zupełnie sprawy, w jakim kierunku zespół podąży później. Myślę, że oni już wtedy wiedzieli i na szczęście Robin w pewnym momencie przełamał się, i jest dziś samowystarczalnym artystą - zarówno realizatorem dźwięku jak i doskonałym producentem.
Tyle na dzisiaj, w kolejnej części przedstawimy myśli Ivo o This Mortal Coil, Dead Can Dance, Throwing Muses i planach wytwórni.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
W końcówce ubiegłego roku, 8 grudnia w szpitalu w Arkadii w Kalifornii, w wieku 84 lat, zmarł Harold Montgomery Budd (1936-2020). W listopadzie przeszedł udar i leczył się w ośrodku rehabilitacyjnym. Tam nabawił się COVID-19, po czym wdały się komplikacje i świat stał się uboższy o jednego poetę, muzyka a także, jak go nazwał Brian Eno wielkiego malarza abstrakcyjnego uwięzionego w ciele muzyka.
W ogóle znajomość z Brianem Eno zmieniła życie Budda. Jestem winien Brianowi wszystko – powtarzał prawie w każdym wywiadzie (LINK). I rzeczywiście takie są fakty, kariera Harolda Budda zaczęła się od jednego telefonu od Briana Eno:
Było to w 1976 roku. Kompozytor Gavin Bryars (lub jego kolega, Michael Nyman, są różne wersje, jeśli chodzi o ten szczegół) dał Eno nagranie z utworem Budda z Madrigals Of The Rose Angel z 1972 roku. Eno był wówczas w San Francisco, pracował z amerykańskim kompozytorem Johnem Adamsem i szukał muzyków do swojej nowej wytwórni Obscure. Po odsłuchaniu taśmy zachwycił się delikatnym, oryginalnym brzmieniem kompozycji, inspirowanej muzyką renesansową i zadzwonił do Budda z propozycją współpracy. Tak rozpoczął się powolny strumień albumów wypuszczanych przez kompozytorski duet Eno-Budd. Madrigals Of The Rose stały się częścią The Pavilion of Dreams (1978), potem nagrali Ambient 2: The Plateaux of Mirror i Lovely Thunder. Protegowany Eno, Daniel Lanois, wyprodukował kolejny album zatytułowany The Pearl (1984) (LINK).
Po pewnym czasie Budd odebrał kolejny ważny telefon. Ale niech sam o tym opowie, zebraliśmy jego relację na podstawie kilku udzielonych przez niego wywiadów:
To było w latach '86 -'91. W każdym razie w 1986 r. odebrałem telefon od - to było jak grom z jasnego nieba - z drugiej strony odezwał się Ivo [Watts Russell], który był menadżerem Cocteau Twins, i powiedział, że chcą wykorzystać mój kawałek i czy to w porządku? Odpowiedziałem: „Oczywiście, że tak!” Czy to naprawdę nie było fajne? To było oszałamiające! Więc powiedział: „Cóż, współpracujmy nad całym albumem. Wiesz, do diabła z jedną piosenką. Możesz przyjechać do Londynu? 'No tak! Tak, mogę.' Więc przyjechałem do Londynu i spędziłem miesiąc w Shepherd's Bush chodząc codziennie do studia Cocteau Twins. Wtedy wszystko odkrywałem. Kiedy tam byłem, pomyślałem sobie: „Muszę wydostać się z Ameryki. To mój własny kraj - jestem Amerykaninem, nigdy nie będę Brytyjczykiem, nigdy nie będę kimś innym niż to, kim jestem, człowiekiem Zachodu. (…) Muszę wyjechać z Ameryki, ponieważ muszę zacząć od nowa. Moja rodzina też. Zacząłem się rozglądać, spędzając ten miesiąc w Londynie, pytając: „Ile to będzie kosztować? Muszę wynająć pokój. Albo muszę wynająć całe mieszkanie. (…) Więc w ciągu sześciu miesięcy wysłałem swój tyłek z Ameryki [do Londynu - przypis własny]. Najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem w życiu. Najstraszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Poznałem Robina Guthrie przez Ivo Watts Russella, założyciela 4AD. Poszliśmy na koncert Cocteau Twins, głos Elizabeth Fraser był niezwykły, a potem udaliśmy się za kulisy, by ich poznać. Początkowo chcieli nagrać tylko jeden z moich utworów, The Plateaux Of Mirror, we współpracy z Eno, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się nagrać razem nowy cały album. I wtedy tam zaprzyjaźniłem się z Robinem Guthrie. Zrobienie Moon… [The Moon and the Melodies] zajęło około miesiąca codziennej pracy w studiu. Niedaleko, pamiętam, był bardzo dobry pub, z którego co muszę przyznać skandalicznie często korzystałem. (LINK).
Tak opowiadał o okolicznościach wspólnej pracy z Cocteau Twins w 2014 roku. Jednak w wywiadzie udzielonym w 1987 roku podał inne szczegóły: Na pytanie - Jak doszło do współpracy z Cocteau Twins? Odparł w następujący sposób: Cóż, muszę przyznać, że nie znałem Cocteau Twins, dopóki jeden z członków zespołu, Simon Raymonde, nie użył mojego i Eno utworu na cover do albumu. Utwór nosił tytuł „Not Yet Remembered” i zrobili to sami Cocteau Twins, chyba taką właśnie historię słyszałem. Wydawca zadzwonił do mnie i poinformował o tym, mówiąc: „to naprawdę świetna grupa i myślę, że chciałbyś ich usłyszeć”, więc zadzwoniłem do znajomego dystrybutora płyt w Los Angeles i zapytałem, czy ma u siebie Cocteau Twins. Przysłał mi kasetę z kompilacją, więc nie wiem, jaki to był album, ani jakie nazwy utworów. Ale w każdym razie naprawdę mnie to zachwyciło. Następnie w listopadzie oni przyjechali do Los Angeles. Spotkaliśmy się i bardzo dobrze się dogadywaliśmy przez bardzo krótki czas i zaczęliśmy wymieniać się pomysłami na temat jakiejś współpracy. Zapytali, czy mogę przyjechać, a ja powiedziałem „tak, absolutnie, w każdej chwili, po prostu dajcie mi znać, a będę tam”. I oto jestem w Londynie!” (LINK).
To są jednak szczegóły. Jakby nie było, jedno jest pewne: w efekcie otrzymaliśmy absolutnie genialną płytę. Budd opowiadał o procesie nagrania tak: Praca z zespołem nie różniła się zbytnio od pracy z Brianem. Rezultat z Cocteau Twins jest taki, że album The Moon and the Melodies nie jest tak naprawdę albumem Cocteau Twins i i jednoczenie nie jest albumem Harolda Budda ale jest czymś, co bez tych czterech osób by nie powstało. Robyn Guthrie (gitarzysta Cocteau Twins) wyprodukował album, Liz Fraser (wokalistka) została zaangażowana po przygotowaniu kawałków instrumentalnych. Wybrała utwory, z którymi mogła popracować i zrobiła to (LINK).
A tak wyglądają jego wspomnienia z okresu nagrywania płyty: Ja w zasadzie spędzam większość czasu na nagrywaniu. Robin ma studio w North Acton. To 16-ścieżkowe studio i codziennie robimy tam podstawowe nagrania, a on zabierał je do 24-ścieżkowego studia w celu ich zmiksowania. Muzyka to głównie improwizacje. W tym przypadku wszyscy biorą na siebie winę i uznanie w równym stopniu, więc jest to swego rodzaju działanie zbiorcze. Już na początku utworu jest całkiem oczywiste, że coś się dzieje, wiadomo, co i gdzie dzwoni. Jest to nieustanny proces twórczy w studiu, ponieważ nic nie jest zapisywane. Naprawdę bardzo niewiele rzeczy było z góry zaplanowanych: wystarczy nagrać kilka ścieżek i zobaczyć, czy się podobają.
Sądzę, że Elizabeth Fraser do tej pory umieściła wokalizę w jednej piosence. Najwyraźniej jej metoda pracy - na którą wyrażam absolutną zgodę - polega na zabraniu do domu nagrań utworów instrumentalnych, a następnie dokomponowaniu słów i melodii. Robi coś, co jest dla niej wygodne i wydaje się skutkować, i to jest jej sposób pracy.
Na pytanie o metodę uzyskania specjalnych dźwięków odparł tak: Cóż, jest nieco ograniczona. Mam filozofię, że trzeba używać tego, co się ma. Nie potrzebujesz zbyt wielu rzeczy, ale w pełni wykorzystujesz wszystko, co jest. To, z czego korzystam teraz, jeśli chodzi o mój własny wkład, to elektryczny fortepian Yamaha i klawiatura samplująca Mirage. Robin jest oczywiście gitarzystą, a Simon basistą, chociaż czasami całkiem dobrze gra na pianinie. I jest tam bardzo dużo outboard equipment, które działają bardzo dobrze. To właśnie daje dźwięk Cocteau Twins - to rzeczy, których używają. Przede wszystkim jest to Yamaha SPX90, który jest absolutnie niesamowity... niesamowity instrument. (LINK).
Doświadczenie pracy w Londynie było tak interesującym doznaniem dla Budda, że planował on nawet pozostanie w Europie, lecz okoliczności życiowe zmusiły go do powrotu do Kalifornii. Muzyk szczerze podał powód: No cóż… było trochę traumy. Mieszkałem z dziewczyną i miałem zamiar spędzić resztę życia w Anglii, ponieważ kupiłem mieszkanie - byłem właścicielem nieruchomości (…) - ta dziewczyna, z którą mieszkałem, o której myślałem, że jest na zawsze, okazała się nie być na zawsze. Więc… nie sprzedałem swojego mieszkania, ale dałem je jej, mogłem sobie na to pozwolić. To było smutne pożegnanie, wyjechałem do Los Angeles, gdzie była wytwórnia Eno (…) znalazłem mieszkanie od razu w LA, wynająłem, doskonale wiedząc, że nie będę już mieszkać w Ameryce, ale musiałem… (…) i oczywiście związałem się z inną dziewczyną i jedna rzecz doprowadziła do drugiej, a jedną z tych rzeczy było to, że mieliśmy dziecko. Więc nie wróciłem. Nie wróciłem (LINK).
Wychodzi na to, że na życie i kierunek twórczości Harolda Budda największy wpływ miały przypadki i znajomość z Brianem Eno. Z tekstów wywiadów wypływa jednak przy okazji obraz samego muzyka: skromnego, wrażliwego człowieka, który nigdy nie przypisywał swojej muzyce szczególnego znaczenia ani nadzwyczajnego talentu. Wydaje się tworzyć w cieniu innych. Bo rzeczywiście pracował z wieloma indywidualistami. Wspomnieliśmy o Brianie Eno oraz Robyn Guthrie, Elisabeth Fraser i Simonie Raymonde. Lecz początku lat 80 zaliczył jeszcze epizod z wytwórnią Les Disques Du Crepuscule (pisaliśmy o niej TUTAJ). Skomponował dla niej na album wydany na kasecie From Brussels With Love utwór Children On The Hill. Obok niego znalazły się tam także nagrania innych artystów: Gavina Bryars, Michaela Nymana i Robina Guthrie.
Z tym ostatnim przyjaźnił się ponad 30 lat. Wspólna praca przy albumie The Moon and the Melodies nie zakończyła ich twórczych kontaktów. Obaj później wydali jeszcze kilka albumów, w tym prezentującą muzykę do filmów Grega Arakiego: Mysterious Skin (2004) i White Bird and a Blizzard (2014). Ostatni Another Flower wyszedł w 2020 roku , cztery dni przed śmiercią Budda.
Harold Budd współpracował również z Andym Partridge z XTC przy albumie Through the Hill (1994), Johnem Foxxem przy albumie Translucence / Drift Music (2003) oraz z Jah Wobble przy Solaris (2002). W 2009 na płycie U2 pt. No Line to the Horizon, Budd współtworzył piosenkę Cedars of Lebanon.
Jeszcze wiele by można napisać jeszcze o muzycznych drogach, którymi podążał. Tak samo jak i o fascynacjach malarstwem: abstrakcjami Marka Rothko, Jacksona Pollocka, Marka Tobeya, obrazami Edwarda Hoppera i Dante Gabriella Rosetti…
Tak naprawdę nie jestem muzykiem – powiedział zaskakująco szczerze w wywiadzie po osiemdziesiątce. Albo o ile jestem muzykiem, nie jestem osobą wszechstronną. Jako muzyk mogę zrobić bardzo niewiele. Jedyne, co mogę zrobić, to właściwie to, co robię. Myślę, że dla niektórych jest to strasznie restrykcyjne, ale dla mnie tak nie jest. O Boże, tylko zarysowałem powierzchnię. (LINK).
Cóż jeszcze dodać? Artysta – uznany mistrz delikatnych brzmień fortepianowych - nie posiadał fortepianu. Bo mieszkanie z instrumentem obrażałoby jego zmysł estetyczny. Zaskakujące? Nie bardziej niż kolejne jego stwierdzenie: Nie przepadam za muzyką - prostu nie słucham muzyki - w ogóle! (LINK).
Harold Budd pozostawił trzech synów: Matthew i Terrence, z pierwszego małżeństwa z Paulą Katzman; i Hugo, z małżeństwa z Ellen Wirth, która zmarła na raka w 2012 roku. Pod koniec życia mieszkał z Else, swoją dziewczyną, w South Pasadena w Kalifornii (LINK).
Oto zapis jednego z ostatnich koncertów w ramach festiwalu Big Ears 2019, w Church Street United Methodist w Knoxville, na którym wykonano jego trzy kompozycje. Chyba nikt tak jak on potrafił zagrać ciszę…
Inne wywiady: (LINK). Strona internetowa muzyka: (LINK).
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Całkiem niedawno w dziale Co się dzieje z nimi dzisiaj, opisywaliśmy losy His Name Is Alive (TUTAJ). Dziś zatem pora na muzykę...
Są płyty, które stały się znakiem firmowym klimatu 4AD. Nie myślę tutaj li tylko o Cocteau Twins (TUTAJ), czy Dead Can Dance (TUTAJ), ale też o zbiorowym projekcie wytwórni - This Mortal Coil (TUTAJ). I właśnie dla fanów tych ostatnich brzmień kierowany jest klimat Livonii - debiutu His Name Is Alive z 1990 roku. Tym razem mówią do nas artyści z USA, choć pod czujnym okiem Ivo Watts Russella (TUTAJ) i Johna Fryera z This Mortal Coil właśnie, bo jakże inaczej..
Muzycznie jest bardzo podobnie do This Mortal Coil - mamy połączenie wszystkich utworów, na pewno jest więcej gitar, i inne wokale, nie tak senne, bardziej zdecydowane. Tutaj wiodące rolę odgrywają Karin Oliver i Angie Carozzo. Jeśli do tego dodać bajeczną oprawę graficzną zmarłego niedawno Vaughana Olivera (TUTAJ) to można sobie wyobrazić z czym mamy do czynienia...
Album otwiera As We Could Ever i e-nicolle (intro), zaczyna się zupełnie nietypowo, jakbyśmy wpływali w jakiś sen...
Jeśli to, czym się dzielisz To co masz To, czym musisz się podzielić Jest czymś tak realnym tak jak sny Wciąż boję się odważyć...
Znakomity wokal, prosty efekt stereo i jakże ciekawa muzyka w tle, w zasadzie prawie jej nie słychać... Wkraczamy w sen i płynnie przechodzimy od wstępu do e-nicole gdzie bardzo wyraźnie słychać This Mortal Coil... a po nim do znakomitego If July, jednego z najlepszych momentów albumu... Co można zrobić z gitary i elektronicznego tła... No i te wokale...
Śledzą mnie tutaj, a potem wiem, co mam Jeśli w to uwierzę, pokażą mi ścieżkę Udawanie, że się modlisz, nie ma sensu Pozwólcie wierze znaleźć nowe imię Wspomnienia każą mi jej słuchać Uratuje ją czas i przemijające obietnice Udawanie, że się modlisz, nie ma sensu Pozwólcie wierze znaleźć jej pierwsze imię Gdyby lipiec był moim przyjacielem - nie byłabym sama Gdybym znała jedną z nich - mogłabym mieszkać w domu Gdyby lipiec był moim przyjacielem Nie byłabym sama...
Some and I i fossil zaczyna się dziwnie, o miłości zakopanej gdzieś pod ziemią, a później piosenka o stawaniu się coraz starszym i słabszym. Po nim Caroline's Supposed Demon, Fossil, i E-Nicolle, i znowu pokazanie prostego wokalu z podkładem, jakże charakterystycznym dla albumu. W połowie jednak pojawia się już muzyka bo może byłoby zbyt monotonnie..
Czym można było się podzielić - wciąż trwa uśmiechamy się i nienawidzimy - nie znosimy bólu jeśli cokolwiek było prawdą - jako kochankowie to przeszliśmy świeży nieśmiertelny nie jest śmiertelny - jeszcze do niedawna powiedziałeś, że na zawsze się zgubiłam rozcięte rozcięte połamane - węzły tej miłości coś dziwnego wydarzyło się, kiedy się poznaliśmy - pogoń zakończyła się - nie powinna być już zakończona? nie rozumiesz sensu - krwawię teraz moja miłość leży zmaltretowana na podłodze JESTEŚ JAK ŚWIĘCI ŁAMIĄCY SKRZYDŁA O RZEKĘ moja miłość leży poobijana - i jest twoja
Po nim krótki reincarnation, płynnie przechodzący w piękny You and I Have Seizures i How Ghosts Affect Relationships. Ten ostatni to absolutne mistrzostwo...
Śniło mi się, że ktoś umarł w dziwnym miejscu przybili deski do twojej twarzy
jesteś pod ziemią jesteś pod deskami jesteś pod ziemią
wołam cię anonimowo ona nigdy więcej nie zaśnie marzenia nie spały, nigdy nie mogła sobie na nie pozwolić
w ogóle mi się to nie podoba nie mogę się odezwaćw ogóle mi się to nie podoba
rany ... krew ... i smutek kiedy marzysz o rzeczach, których nie rozumiesz
rany ... krew ... i smutek kiedy marzysz o rzeczach, których nie rozumiesz
nie możesz tu mieszkać nie możesz tu mieszkać
Powoli przechodzimy do zakończenia, w klimatach typowych dla This Mortal Coil pojawia się senny Darkest Dreams z tekstem ukrytym za ścianą elektroniki...
Cichy jak skradzione serce Bije tak wolno, jak przy rozstaniu Wydaje się, że morza przede mną Myślą o głębi znaczenia...
Pora na pożegnanie z tym niesamowitym albumem w delikatnym instrumentalnym zakończeniu, z dominacją basu. I tak na prawdę w zasadzie trudno jest do końca powiedzieć: o czym to było...
Ale czy sny mają jakikolwiek sens?
Jutro wracamy - czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
His Name Is Alive, Livonia, 4AD 1990, producenci: Warren Defever, Ivo Watts-Russell, John Fryer, tracklista: As
We Could Ever, e-nicolle, If July, Some and I, fossil, E-Nicolle,
Caroline's Supposed Demon, Fossil, reincarnation, You and I Have
Seizures, How Ghosts Affect Relationships, Darkest Dreams
Niespełna rok po śmierci Iana Curtisa z Joy Division, Cocteau Twins wchodzą do studia w Londynie i nagrywają. Gdy wszystkim wydaje się, że Closer Joy Division to maksimum chłodu jaki daje się osiągnąć w muzyce, szkockie trio nadaje chłodowi zupełnie nowe oblicze. Można powiedzieć wielowymiarowe.
Po pierwsze, mamy monotonny automat perkusyjny, po drugie dość schematyczny bas. No i gitary - te odwalają tutaj większość roboty w tle. Klimaty jakie udało się wytworzyć Robinowi Guthrie, który gra jakby w kontrze do sekcji rytmicznej, są pełne przestrzeni, chłodnego powietrza, nostalgii. Stanowią absolutnie niesamowite tło na którym wokal Elizabeth Frazer rysuje się wyraźną czarną kreską.
W tamtym czasie Cocteau śpiewali jeszcze teksty, by później Frazer tak jak Liza Gerrard z Dead Can Dance wypracowała swoisty styl głosu naśladujący instrument.
Płyta zaczyna się od piosenki Blood Bitch - na nasze Krwawa Suka. Pamiętam w jakie zakłopotanie tytuł ten wprawił Tomasza Beksińskiego, który przetłumaczył go w wersji poprawnej jako Postać we Krwi... Piosenka ma mocne momenty, i zdaje się, że główna bohaterka nie jest obdarzona miłością, za to jest zmienna i pełna przeciwieństw. Po niej Wax and Wane - mroczny tekst w którym być może chodzi o kolejne fazy księżyca podczas których rozgrywają się dość mroczne sceny z udziałem zła. But I'm Not - jeden z lepszych utworów albumu jest kontynuacją mrocznych klimatów. Na sposób dynamiczny...
Bolesne historie Znam wszystkie jakie pokazali Ona za to jest zbyt bogatą suką
By kiedykolwiek zrozumieć Jest zbyt znana
Stworzenia z lasu umierają Ale nie ja Oferują ich martwe ciała Ale mojego nie
Sami jesteśmy ślepi Nic po płaczach Dawanie i zdobywanie Życząc męczennikom zadowolenia Stworzenia z lasu umierają Ale nie ja Oferują ich martwe ciała Ale mojego nie
Blind Dumb Deaf jest ciekawym utworem, choć jakoś zawsze dla mnie odstawał od reszty. W warstwie tekstowej opowiada o niemożności przełamywania barier, tak jak gdyby byśmy byli małymi dziećmi. Shallow Then Halo to absolutnie jeden z najlepszych utworów na albumie, a po nim nastaje temat znany z twórczości Joy Division (warto zobaczyć TUTAJ).The Hollow Men...
Przypuszczam że jest Dla wszystkich innych pustych pór Dusza Jak wydrążone dni Puste miejsce Pusta wolna Zobacz Więc jeśli się zgubię W wydrążonym miejscu Powolna Zobaczę to Jeśli będę ostatnia Wszystko, stos, blokada, stos Utknęłam W niewoli
Garlands jest piosenką o śmierci a Grail Overfloweth, kończący album - o uczuciach:
Graal przelewa się Znowu jestem Ty i ja Znowu jestem Kiedy otwieram oczy Znowu jestem Jest deszcz Deszcz
Wznowienie zawiera bonusy, i powiem szczerze, nieczęsto spotyka się, żeby te dorównywały poziomem albumowi. W przypadku Garlands tak właśnie jest... A jest tak dzięki dodaniu sesji dla Johna Peela z 1983 roku, którą opisywaliśmy u nas wcześniej (TUTAJ).
Na koniec jeszcze o okładce - to projekt zmarłego niedawno Vaughana Olivera (TUTAJ). Genialny projekt pokazujący jak chłód - główny bohater dzisiejszego wpisu, może przenikać słuchacza poprzez dźwięk.
I pozostawać w nas na zawsze.
Cocteau Twins - Garlands, 4AD, 1982, Producent: Cocteau Twins i Ivo Watts - Russell, Tracklista: Blood Bitch, Wax and Wane, But I'm Not, Blind Dumb Deaf, Shallow Then Halo, The Hollow Men, Garlands, Grail Overfloweth.
Więcej tekstów o Cocteau Twins jest TUTAJ. Będą nowe, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Całkiem niedawno, bo 29.12.2019 zmarł Vaughan Oliver (pisaliśmy o nim TUTAJ), projektant okładek płyt dla wytwórni 4AD. Chyba najbardziej związany był z Cocteau Twins, począwszy od ich debiutu Garlands, niemalże do końca, a na pewno w ich najbardziej znakomitym okresie... Okresie ukoronowanym jednym z najlepszych albumów z tamtych czasów, i chyba najgenialniejszym albumem w historii 4AD. I do niego właśnie Oliver zaprojektował znakomitą szatę graficzną... Ulotną jak muzyka.
Pamiętam czasy gdy Jerzy Janiszewski (TUTAJ) i Piotr Kaczkowski pasjonowali się tym albumem zwłaszcza Pandorą. Zresztą kto nie? Do dzisiaj płyta brzmi świeżo jakby była zrealizowana kiedyś w XXX wieku i wyrwana stamtąd by odbyć podróż do przeszłości, czyli naszych czasów.
Na albumie mamy 10 piosenek - 10 imion. Pierwsze z nich to imię założyciela 4AD - Ivo Watts Russella, o którym pisaliśmy TUTAJ. Dobór reszty stanowi tajemnicę zespołu...
Tak więc jak przystało na szefa, Ivo jest pełen sprzeczności, refleksyjny. Po nim przychodzi Lorelei - delikatna ale stanowcza, ciepła. Kiedy wybrzmiewa pojawia się Beatrix - mówiąca głosami wielu aniołów, i gdy tylko milknie Persephone - ostra, stanowcza, kłótliwa zajmuje jej miejsce. Po niej pora na tą najważniejszą - Pandora - to największy skarb... Trudno zatem dziwić się, że Amelia musi siłą rzeczy być zagubiona, niepewna. Za to Aloysius dla odmiany, jest refleksyjny i zamyślony. Jakby nie z tego świata, bo na pewno z innego niż nasz jest Cicely, która zdaje się delikatnie zlewać z Otterley - szepczącą gdzieś na odległym brzegu oceanu. Wszystko kończy się dość wojowniczo, historią Donimo...
Na tej płycie nie pada ani jedno słowo, wszystko pozostaje kwestią naszej wyobraźni... Ponoć Japończycy zamieścili w wydaniu z ich kraju tłumaczenia tekstów - oni jak i ta muzyka, są z innego świata.
My za to nie - jutro wracamy z nowym wpisem - dlatego czytajcie nas - tego nie znajdziecie w mainstreamie.
P.S. A dzieła Cocteau można kupić na stronie Sonic Records (LINK).