Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka lat 90-tych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka lat 90-tych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2024

Z kasety magnetofonowej: Raz jeszcze The Window of Life Pendragona - teraz możesz spojrzeć przez okno życia

Skoro już w ostatni piątek zaczęliśmy temat najlepszej płyty zespołu Pendragon (TUTAJ), dziś pora go zakończyć. Bowiem w czasie wydania albumu, z powodu wysokich cen winyli (i trudnej dostępności) muzykę słuchaliśmy z kaset. I dziś w naszym cyklu (jest on TUTAJ) pora na kasetę z epoki. Co ciekawe, wkładka różni się grafikami od tej z winylowego wznowienia (tam z kolei jest więcej zdjęć zespołu). 

Ale arcydzieło pozostaje arcydziełem, bez względu na nośnik. Zatem dziś skupimy się na poszukaniu odpowiedzi na pytanie: o czym jest czwarty album grupy?

Zaczyna się od dość ciekawego The Walls of Babylon. To jest piosenka o narkotykach (biała kreska) i o przemianie człowieka, nadszedł nowy dzień i pora na zmiany, na zerwanie ze złem:

Babilon płonie w moich myślach
Po raz pierwszy spójrz w bok
Urażony piorunem za moją zbrodnię
Zachowuję się dziwnie i nie wiem dlaczego

Ghosts to ten moment, gdy album się na poważnie zaczyna. Te zmiany rytmu... No i tekst o ewolucji uczuć na przestrzeni czasu...

Mogłem być aktorem
Mogłem być kimkolwiek,
Tylko żeby usłyszeć, jak śpiewa serce samotnych,
I twój gość - świat.

Skoro żyjesz w swoich snach,
Jesteś jak porcelanowa lalka w kołyszącym się domu
Coraz trudniej jest krzyczeć,
Stojąc na tej pustej scenie

Z tym bezdusznym idolem, którym jestem,

Opowiem swoją historię,
I niech się opowieść rozwinie.
Twórco snów, patrzysz przez okno.

Zbawco życia, patrzysz przez okno.
Gwiezdny wędrowcze,
Twoje oczy, twoje oczy są pełne gwiazd,
Zobacz, jak światło gaśnie i zanika.

Twoje oczy, twoje oczy są pełne gwiazd,
Zobacz, jak światło gaśnie i zanika.
Złamała obietnicę, złamała ich czar,
Otworzyła drzwi do piekła.

Scena już gotowa, wszystko na swoim miejscu,
Nigdy więcej nie mogła spojrzeć mu w twarz.
Wyrzucona do celi więziennej
Za to, co stworzyła w tym samotnym świecie.

Magia bańki pękła,
Spalona skorupa, której nie mogła już nazwać domem,
A noce stawały się chłodniejsze, gdy ona się starzała,
Jej oczy stawały się szkliste i rozmazane.

Łzy spływały po jej policzkach,
Tak słaba ofiara, by ugasić piekielny ogień,
Pędząc przez noc na kolejce górskiej,
Jadąc szybkim pasem na Harleyu.

Czekasz na rozpoczęcie ceremonii,
Trzymając się zbyt mocno na białym knykciu.
Ze złością w trzewiach na wszystkie ladacznice i dzi@ki,
Złamany człowiek o złamanym sercu, nigdy nie widziałem końca.

I poszedłem, rozbijając się w tym chaosie,
Tańcząc nad tą bezduszną powłoką,
Nie wiem, czy idę do nieba czy piekła,
Ale czas uleczy ból, który czuję, gdy przyjdę szukać ciebie.

I na starość, gdy nadszedł twój ostatni oddech,
Czekałem na ciebie i modliłem się za ciebie,
Twoje przestępstwo i namiętność są teraz wybaczone,
I wtedy ujrzałem twoje oczy w gwiazdach
 

Breaking The Spell to moment, dla którego koniecznie trzeba mieć w kolekcji ten album. Potęga progrocka i Barrett w szczycie swoich zdolności. Można powiedzieć klasykiem: czy ktoś kiedyś piękniej śpiewał o miłości?

Jak spadająca gwiazda, która pojawia się raz na całe życie,
Pojawiłaś się w moim życiu nagle, bez zapowiedzi,
A twoim kolorem jest błękit.
Gdy cały świat pochłonie morze,
Wciąż będziemy tylko ty i ja.

Przez wiatr, deszcz i śnieg
Podążałbym za tobą na szczyty gór, wokół księżyca i gwiazd, i z powrotem.
I zawsze będę na ciebie czekać.
A gdy rzucimy ten ostatni czar,
Spotkamy się we śnie, w miejscu, do którego nikt inny nie ma dostępu.
Nigdy nie pozwól umrzeć swojej miłości,
Nigdy nie zrywaj tego zaklęcia.

Przez wiatr, deszcz i śnieg
Podążałbym za tobą na szczyty gór, wokół księżyca i gwiazd, i z powrotem.
I zawsze będę na ciebie czekać.
A gdy rzucimy ten ostatni czar,
Spotkamy się we śnie, w miejscu, do którego nikt inny nie ma dostępu.
Nigdy nie pozwól umrzeć swojej miłości,
Nigdy nie zrywaj tego zaklęcia.

Zaczynamy rozumieć, że album jest conceptem o uczuciach i ich przemijaniu. Potwierdza to kolejny utwór: The Last Man on Earth:

Część 1: Świetlik

Klęka przed grobem, trzyma zwiędłe kwiaty,
Ale wciąż trzyma się życia.
Umieszcza je w wazonie, musi je puścić,
Wie, jak to zrobić.

Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Jak jaskółka możesz się wznosić i nurkować.
Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Byś mógł spojrzeć przez okno życia.

Więc wyruszył daleko, mijając miejsca,
Mijając twarze, których nie znamy.
Z tyloma rzeczami, które jeszcze mógł zrobić —
Czemu odszedł, nigdy się nie dowie.
Wydaje się, że to stało się tak dawno temu.

Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Jak jaskółka możesz się wznosić i nurkować.
Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Byś mógł spojrzeć przez okno życia.

Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Jak jaskółka możesz się wznosić i nurkować.
Ale nigdy nie stracę twego cennego serca.
Teraz możesz spojrzeć przez okno życia.

W tym gęstym lesie niekończącej się ciemności
Idę ku światłu, a ty znikasz mi z oczu,
A potem dłoń wyciąga się, by mnie zabrać (ku nowym pastwiskom), by mnie ocalić.

Samotny na tej pustyni — czy to ziemia Boga, o której słyszałem?
Szukam miejsca, znajomej twarzy,
Która zabierze mnie do domu (ku nowym pastwiskom).
Czy jestem ostatnim człowiekiem na ziemi?
(Muszę odpuścić to, co realne, i przyjąć to, co nieznane).

Część 2: Droga do Raju

Idąc Drogą do Raju —
Czy to sen, szalony sen obłożony różami?
Droga do Raju, ziemi mleka i miodu
Czy pocałunek śmierci?
A ludzie, ludzie wokół mnie,
Wskazują na drzwi, ostrzegając.

Jednym ciosem, jednym oślepiającym ciosem kosa zamiata ziemię,
Miliony padają na kolana i wreszcie są wolne.
Świetliste świetliki, świecicie tak jasno i nigdy nie zgaśniecie.
Czy to ty, czy to naprawdę ty?
Na Drodze do Raju nigdy nie jesteś sam.
Witaj w szalonym świecie, witaj w przedstawieniu, które nigdy się nie kończy.
Dołącz do mnie tutaj.
Zajęło wiele lat, by znowu zobaczyć twoją twarz.
Mogę cię trzymać, poczuć prawdziwego ciebie.
Pamiętam twoje dłonie, twoje oczy błyszczące jak diamenty.

Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Jak jaskółka możesz się wznosić i nurkować.
Ale nigdy nie stracę twego cennego serca,
A w walce, którą prowadzimy, wiemy, że na końcu będziemy mieli rację.

Świetlik jest teraz otwarty dla ciebie, przyjacielu,
Jak jaskółka możesz się wznosić i nurkować.
Ale nigdy nie stracę twego cennego serca,
A w walce, którą prowadzimy, wiemy, że na końcu będziemy mieli rację.

Nostradamus (Stargazing) to chyba najsłabszy utwór albumu, choć ogólnie zły nie jest. To piosenka o spojrzeniu w przyszłość i jej optymistycznym budowaniu. Całość kończy Am I Really Losing You? 

Czy naprawdę cię tracę?
Czy to Pan Nikt?
Czy nadal wszyscy za jednego i jeden za wszystkich?
Stojąc w pustym zamku
Albo rozpływać się w powietrzu

Kiedy byłem chłopcem, śniłem, że Bóg mieszka w słońcu
Wspomnienia jak zakurzone zabawki
Nigdy nikogo nie potrzebowałem
Czy naprawdę cię tracę, czy życie dopiero się zaczęło?

Stoję na stacji Earl's Court
Możesz zobaczyć tych, którzy odeszli 

Tych, którzy już dawno stracili nadzieję
Tych, wykluczonych
Smutne twarze krążące po ich życiu
Czekam tylko, żeby dowiedzieć się, co kryje się za dużymi białymi drzwiami
Ale jak spadająca gwiazda, czy po prostu nas miniesz?
I znikniesz po zmroku
I ścigaj się po niebie pewnej mroźnej nocy

Pendragon j
eszcze wróci, tymczasem to album must have. Nie tylko dla fanów rocka progresywnego. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


Pendragon, The Window of Life, TOFF 1993, producenci: Karl Groom, Nick Barrett, Gavin Greenaway, tracklista: The Walls of Babylon, Ghosts, Breaking The Spell, The Last Man on Earth, Nostradamus (Stargazing), Am I Really Losing You?


 

piątek, 8 listopada 2024

Z mojej płytoteki: Przyleciała do nas najlepsza płyta Pendragona na winylu i CD


Myślę że wielu fanów rocka progresywnego zgodzi się z opinią, że The Window of Life to najlepsza płyta Pendragona, mało tego, to jedna z najciekawszych płyt progrocka w ogóle. Oczywiście cenimy też tak wielkopomne dzieła, jak The Masquarede Overture (opisany TUTAJ), jednak Window jest w całości genialne, stąd po dość intensywnym eksploatowaniu oryginalnej kasety (pojawi się tutaj) przyszła pora na winyl. A jest ku temu okazja, bowiem wytwórnia TOFF Records (założona przez lidera i twórcę większości piosenek zespołu - Nicka Barretta)  wznowiła album na podwójnym winylu i CD. Co ciekawe, jeden z winyli jest niebieski, drugi fioletowy, co jest dość rzadko spotykane.


Oryginalny album pochodzi z 1993 roku, a autorem grafiki jest Walijczyk Simon Williams. Trudno oprzeć się wrażeniu, że całość przypomina Marillion i słynne okładki Marka Wilkinsona (warto zobaczyć TUTAJ), choć nie jest to bezmyślna kopia, a bardzo przemyślana kompozycja. Williams ma w swoim dorobku okładki do wielu albumów Pendragona: The World, omawiany dziś The Window Of Life, The Masquerade Overture, Not Of This World i ostatnio do rocznicowego wydawnictwa The First Forty Years.
 




Jak to zwykle bywa na wznowieniach, album zawiera bonusy: fotki na obu kopertach jak i piosenkę The Last Man On Earth w wersji live. Co ważne, również na labelu zamieszczona jest grafika, i to na każdej stronie inna.
 

Oczywiście okładka jest typu gatefold, z tekstami w środku.
 
O albumie (zwłaszcza o warstwie tekstowej) napiszemy więcej wkrótce, dziś tylko chcieliśmy podzielić się radością z posiadania tak imponującego wznowienia płyty, którą każdy fan rocka progresywnego, ale nie tylko - każdy fan spokojnej, nastrojowej muzyki, musi mieć w swojej kolekcji. Łapcie mimo wysokiej ceny, za rok o tej porze to będzie znacznie droższe, bo TOFF zawsze oznacza niskie nakłady.
 
 
Co się dzieje aktualnie z zespołem Pendragon opisaliśmy TUTAJ
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 6 października 2024

Z mojej płytoteki: Collage i Safe - powitanie jesieni z arcydziełem progrocka

Kiedy wtedy, w epoce, kupiłem i posłuchałem pierwszy raz byłem mocno rozczarowany. Po powalającym wręcz Moonshine (warto zobaczyć TUTAJ - opisaliśmy wznowienie na winylu) dostaliśmy coś takiego. Na okładce znowu Zdzisław Beksiński (pisaliśmy o nim wile razy TUTAJ), obraz bez tytułu, obecnie w muzeum w Sanoku, załatwiony jak poprzednio, przez Tomasza - wielkiego fana zespołu (są podziękowania).
 

Co ciekawe, jest też ten sam obraz na CD... Wygląda pięknie i tak jak poprzednio Collage promowali Moonshine klipami w kolorystyce okładki, tak samo jest i teraz - brązy i jesień w klipie do tytułowego utworu - Safe. Jest miło choć nie ta piosenka powinna promować płytę...
 
 
Rozczarowanie wynikało głównie z brzmienia. Zespół zmienił styl, brzmi inaczej niż na Moonshine, nieco bardziej surowo, eksperymentalnie, tak jakby nagrania pochodziły z improwizowanej sesji live. To jest problem wielu wykonawców, kiedy osiągają pik (jak choćby Dead Can Dance na Within..., czy Marillion na Misplaced...) pozostaje im zmiana stylu, lub odcinanie kuponów, co jest wtórne. Poza tym artyści, jak i ich publika, też dojrzewają. Ja mam tak, że kiedy na swój sposób zapomniałem Moonshine (nie słuchałem go kilka lat) i odpaliłem Safe, doceniłem ten album. To piękna, jesienna muzyka, owszem może brak jej realizatorskiego szlifu, niemniej z perspektywy faktu, że to ostatnia płyta w tym składzie, po latach, jak i w teraz - kiedy zaczęła się jesień, uważam, że to arcydzieło progrocka.
 
 
Choć mowa o jesieni, album otwiera The Winter Song - spokojny wstęp i dynamit, który przechodzi w This Time. Refren niestety nagrany fatalnie, choć piosenka bardzo dobra. To był pierwszy moment kiedy wtedy, w epoce, poczułem dyskomfort. Piosenka jest o nagłym uczuciu. Po niej Cages Of The Mind I i Cages Of The Mind II - zaczyna się poważne granie. I odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z concept albumem bowiem piosenka jest o uczuciach.
 
Kochamy, nienawidzimy
Chcemy uwolnić nasze marzenia
Rozniecić ogień
Który spali klatki naszych umysłów
 
Stranded, też jest o uczuciach i to kolejna genialna wręcz piosenka. Tym razem jednak chodzi o nieszczęśliwą miłość (bohater jest w potrzasku), kluczowym tutaj jest fragment:
 
Kobieta obok mnie rozumie
Jak długo jednak mogę ją zwodzić
Pocałunkami dla ciebie
 
Eight Kisses przypomina Lavender Marillion, też jest wyliczanką, choć spokojniejszą i bardzo nastrojową, czego nie można powiedzieć o piosence Fisha (chyba najgorszej z albumu Misplaced Childhood)
 
One Of Their Kind - mocny akcent na albumie. Dynamika, tekst i brzmienie - pierwsza klasa. Fragment o krześle nawiązuje do okładki Moonchild. Safe to nie jest to na co czekaliśmy. Dziś wydaje się najsłabszym momentem albumu, choć mocno ratuje go solo Marka Gila. The Chanting - niewinnie się zaczyna, ale przeistacza się w piękną piosenkę o miłości i jej fortunnym poszukiwaniu.  Made Again szybko jednak wysadza wszystko w powietrze. Jest bowiem jeszcze bardziej uczuciowy i nastrojowy od poprzednika.
 
Puste gwiazdy i pęknięty księżyc
W świecie w którym żyję
Prawda to rodzaj gry
W której wygra tylko najlepszy kłamca
Boże pogrzebałeś moją przeszłość 
Więc ocal mi choć te dni, które nadejdą...

Jakże to dziś jest aktualne... Cages Of The Mind III i  I Will Be There  - dwa znakomite utwory, kończą ten album.
 
Noc jest symfonią
Księżyc pociąga za sznurki światła gwiazd
Będę tam
Tylko po to, żeby spojrzeć w Twoje oczy

Poczekaj z otwartym sercem
Wpuść miłość do środka – to proste
Będę tam
Tylko po to, żeby spojrzeć w Twoje oczy

Czuję to głęboko w środku
Ale nie mam słów by to wyrazić
Będę tam
Tylko po to, żeby spojrzeć w Twoje oczy

 
Na końcu rodzinne zdjęcia członków zespołu z żonami/ partnerkami. Najlepszy concept album o miłosnych zawirowaniach?
 
Zdecydowanie.
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.   
 

Collage Safe, Ars Mundi 1996, realizacja Krzysztof Palczewski, tracklista: The Winter Song, This Time, Cages Of The Mind I, Cages Of The Mind II, Stranded, Eight Kisses, One Of Their Kind, Safe, The Chanting, Made Again, Cages Of The Mind III, I Will Be There.

 

niedziela, 15 września 2024

Z mojej płytoteki/z katalogu 4AD: Dead Can Dance i Spiritchaser, czyli łowiąc duchy z the Beatles w tle...


The river is deep and the road is long,
daylight comes and I want to go home
 

Awoke this morning
to find my people's tongues were tied
and in my dreams
they were given books to poison their minds

The river is deep and the mountain high,
how long before the other side
We are their mortar,
their building bricks and their clay
their gold teeth mirror
both our joys and our pain
The river is deep and the ocean is wide,
who will teach us how to read the signs
 

The earth is our mother
she taught us to embrace the light,
now the lord is master
she suffers an eternal night

you blocked up my ears,
you plucked out my eyes,
you cut out my tongue,
you fed me with lies,

Oh Lord.

Motyw wiodący, wydrukowany na okładce siódmej studyjnej płyty Dead Can Dance. Miałem okazję czekać na kolejne albumy, puszczane zwykle w PR3, lub wieczorami przez Tomasza Beksińskiego. Muzyka zespołu uległa bardzo głębokiej ewolucji, od chłodnego debiutu (choć już na nim była to ciekawa odmiana zimnej fali), przez bardziej pompatyczno - symfoniczny Spleen and Ideal (ach ten wstęp!), do uważanego za pikowe osiągnięcie nie tylko DCD ale i całej wytwórni 4AD Within the Realm of a Dying Sun... Po nim nastąpił zwrot. Nie wszyscy fani go zaakceptowali. Pojawiła się monotonia, trudna do zaakceptowania i bardzo eksperymentalna muzyka z płyty The Serpent's Egg. Dodam tylko, że po czasie, album zyskuje. Tak to jest z geniuszami, przerastają epokę... Niemniej wtedy był to album którego (w 1988 roku) nikt nie oczekiwał. Aion też miejscami nie powalał i chyba muzycy zrozumieli, że nie tędy droga realizując całkiem dobry Into the Labyrinth (1993) a po nim (1996) omawiany dziś Spiritchaser - chyba pierwsze wydawnictwo tak mocno i wyraziście przesunięte w stronę tzw. world music (widać to też w przytoczonym powyżej tekście utworu Song of the Dispossessed, czwartej piosenki na albumie).


Gdybym miał porównać ten album i zmianę stylu zespołu, to przypomina mi on mocno rewoltę jakiej dokonali the Opposition nagrywając War Begins at Home (opisany przez nas TUTAJ). Co ciekawe zespół nieżyjącego już Marka Longa nawiązał na swoim albumie do piosenki the Beatles (Babe in Black). I, co być może trudno sobie wyobrazić, po cover wielkiej czwórki sięgają też DCD. Pojawia się na albumie piosenka Georgea Harrisona (dokładnie fragment utworu 3) Within You Without You (prawa autorskie Northern Songs) ze słynnego Peppera... Na owym albumie Harrison skomponował samodzielnie tylko ten utwór, ale co ciekawe, chyba jest on jednym z najbardziej jego psychodelicznych dzieł...

Płyta (nagrana w jednym z irlandzkich kościołów, 

Zdjęcie: LINK

dziś już na stałe zamkniętym - Quivvy Church) jest miejscami bardzo mroczna, otwiera ją instrumentalny ponury Nierika, później mamy monorecytacje Brandona Perry w Song of the Stars:

Jesteśmy jak wiatr
Owinięty w świetliste skrzydła
Tworzymy drogę, aby duch mógł przejść
Dla przejścia ducha

Mamy tutaj solówkę a la The Residents z Commercial Album, i fragment tekstu w języku kreolskim haitańskim... O Indus już pisaliśmy powyżej, po nim motto albumu - Song of the Dispossessed. Dodamy tylko, że to jedyna piosenka całkowicie zaśpiewana w języku angielskim. Po niej znowu instrumentalny  Dedicacé Outò, mocno perkusyjny. The Snake and the Moon zaśpiewany w zupełnie nieznanym języku (i znowu słychać solówki rodem z The Residents) a po nim Song of the Nile - także instrumentalny, choć pojawiają się w nim doskonałe wokale (ale bez tekstu). To jedna z najpiękniejszych piosenek albumu... 

Całość kończy Devorzhum. I jest to mocne zakończenie.

Krytycy muzyczni pisali, że zespół tym albumem przekierował world music na nowe tory. Po wielu latach, patrząc bardziej całościowo na dokonania DCD, album Spiritchaser wydaje się być kontynuacją pikowego dokonania zespołu Within The Realm... I znowu, wtedy wydawał się nam dziwny, nietypowy, inny. Teraz po latach to wręcz doskonały przyjaciel jesiennych wieczorów. 

A może to my staliśmy się już na tyle starzy, że w końcu dorośliśmy do tej muzyki?

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Dead Can Dance, Spiritchaser, producenci: Brandon Perry i Lisa Gerrard, 4AD 1996, tracklista: Nierika, Song of the Stars, Indus, Song of the Dispossessed, Dedicacé Outò, The Snake and the Moon, Song of the Nile, Devorzhum.

 


niedziela, 12 maja 2024

Z mojej płytoteki: Faith No More i Angel Dust - inteligentne oblicze alternatywnego metalu

Jakiś czas temu opisywaliśmy losy muzyków z zespołu Faith No More (LINK). W naszej ocenie ich szczytowym osiągnięciem jest album Angel Dust, choć wydane po nim King For A Day... Fool For a Livetime, czy Album of The Year są również na przyzwoitym poziomie. Warto poznać kilka faktów o zespole, które w specjalnym wydaniu Deluxe Edition przytoczył, nieżyjący od kilku lat, brytyjski dziennikarz muzyczny Malcolm Dome

Na wstępie dowiadujemy się, że po  drugim albumie zespół pożegnał dawnego wokalistę i do grupy dołączył Mike Patton. Pojawił się poprzednik dzisiejszego wydawnictwa, album The Real Think, ale dopiero na prezentowanym dziś albumie zespół osiągnął szczyt swoich możliwości i zabrzmiał jak nikt wcześniej. Przytoczona jest wypowiedź perkusisty zespołu Mike Bordina, który powiedział, że zespół uważano za grający w stylu funk - trash, ale w rzeczywistości FNM nie poddawał się żadnej kategoryzacji. Nie byliśmy nawet zaangażowani w klikę bohemy, bo byliśmy bandą głupców – facetów z zgniłymi włosami, dredami, którzy palili trawkę i mieli to w du##e. Lubiliśmy uderzyć w czuły punkt, nie zadając się z żadną kliką czy grupą.

 
Producentem Angel Dust był Matt Wallace, który dystansował się od brzmienia albumu The Real Thing uważając je za cienkie i przekompresowane (mimo że dobrze przyjęło się w MTV i stacjach radiowych). Starał się żeby Angel Dust brzmiała pełniej i bardziej naturalnie. W zasadzie nie używał kompresji. I tak rzeczywiście jest, bowiem pierwszą rzeczą która zwraca uwagę przy odsłuchaniu, jest niesamowicie świeże brzmienie, mimo że album powstał ponad 30 lat temu... 
 
Mike Patton wspomina, że poprzednie wydawnictwo było jakby wykonaniem pewnego zobowiązania, bowiem FNM nie mieli wokalisty. Ale Angel Dust to już pełnowymiarowy album, który stworzyli wspólnie. Wymieniali się taśmami z piosenkami i tak powstawały coraz to ich lepsze wersje.
 
 
Billy Gould, basista zespołu, wspomina że kiedy słuchał wcześniejszych płyt FNM miał duży ubaw, bo słychać było niedociągnięcia warsztatowe. Z czasem zespół stawał się coraz lepszy i rzeczywiście na Angel Dust grają doskonale. Jak mówi basista: nie tak prymitywnie i jest to obraz postępu.
 

Na albumie pojawia się wiele dziwnych dźwięków, są tam fragmenty gry orkiestry symfonicznej, śpiewająca brazylijska wokalistka, zapowiedź lotu z lotniska w Rio De Janeiro i wiele innych... Przed napisaniem Caffeine Patton poddał się eksperymentowi - nie spał kilka nocy, a piosenka Land of Sunshine powstała z życzeń z ciasteczek... Inny utwór z kolei powstał z fragmentów piosenek Franka Sinatry, a jeszcze inny został znaleziony gdzieś na ulicy - ktoś napisał go na kartce papieru którą Patton ukradł. Ale nie tylko Patton jest autorem tekstów, pisali je też współpracując z nim Bottum (piosenka Be Aggressive) i Gould (Everything Is Ruined).
 
Do specjalnego wydawnictwa dołączone są bonus tracki, koncert z Monachium z 1992 roku, i outtakes z nagrywania płyty. W zasadzie poza kiepskim i przekrzyczanym Malpractice, reszta jest bardzo dobra. Mimo upływu tylu lat muzyka z albumu brzmi ciągle niezwykle dobrze i nie ma na niej żadnych pogłosów. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.



 

Faith No More, Angel Dust, producent:
Matt Wallace, Rhino 1992, tracklista: Land Of Sunshine, Caffeine, MidLife Crisis, RV, Smaller And Smaller, Everything's Ruined, Malpractice, Kindergarten, Be Aggressive, A Small Victory, Crack Hitler, Jizzlobber, Midnight Cowboy, Easy.

piątek, 10 maja 2024

Niezapomniane koncerty: All About Eve w Bonn (1991) i niespodzianka dla fanów


5.09.1991 roku All About Eve zagrali koncert w Biskuithalle w Bonn. Wykonali 12 piosenek, w tym coverowali the Beatles grając jako ostatni utwór It's All Too Much z albumu Yellow Submarine

Zespół wystąpił w składzie Julianne Regan (śpiew), Andy Cousin (gitara basowa), Mark Price (perkusja), Marty Willson-Piper (gitara, śpiew) i Warne Livesey (klawisze). Patrząc na setlistę, można na niej znaleźć piosenki z najlepszej (w naszej ocenie) płyty o tytule jak nazwa zespołu i będącej jego debiutem (opisanej TUTAJ), ale też piosenki z albumu Touched by Jesus z 1991 roku. 

Niestety na koncercie zabrakło znakomitego Martha's Harbour, pewnie dlatego że to wokalnie trudny utwór. Szkoda, ale na szczęście jest drugi, świetny In The Clouds... I jest w nim moc. Zdaniem recenzentów w tamtym okresie zespół zyskał drugi oddech wraz z pojawieniem się nowego gitarzysty Marty’ego Willsona–Pipera (przedtem the Church), który to debiutował na albumie Touched By Jesus. Ciekawostką jest, że na nim gościnnie wystąpił sam David Gilmour z Pink Floyd grając w dwóch piosenkach. Pojawił się w wyniku współpracy z nowym gitarzystą zespołu. Poprzedni (i to ważne, jeden z założycieli All Albout Eve - Tim Bricheno) odszedł do... Sisters of Mercy

DVD pokazuje zespół w szczytowej formie, mimo tego, że zarzuca się mu statyczność i dość średnią jakość dźwięku. Nam najbardziej oczywiście podobają się starsze piosenki, publika jest bardzo pozytywnie nastawiona do zespołu, a wokalistka śpiewa znakomicie. 

Wielka szkoda, że nie ma zapisu koncertu promującego debiut, ale po tylu latach fani zapewne ucieszą się z obejrzenia dzisiejszego materiału. Warto też dodać, że przypominamy go bowiem... Całkiem niedawno ukazał się materiał, który zelektryzował fanów zespołu. Tak więc na początku tego miesiąca ukazała się płyta Apparitions nagrana przez Julianne Regan i... wspomnianego powyżej, Tima Bricheno. I po pierwszym odsłuchaniu brzmi ona wręcz znakomicie. Zrecenzujemy ją za jakiś czas. To nieco inna muzyka niż AAE, no ale czasy się zmieniły. Niemniej jest bardzo, bardzo dobra. 

Tymczasem posłuchajmy koncertu z Bonn i powspominajmy lata 90-te, może nie tak doskonałe jak poprzedzająca je dekada, ale zapewne lepsze niż te obecne.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


All About Eve, Live w Bonn5.09.1991, setlista: Strangeways, Share It With Me, Wild Hearted Woman, Touched By Jesus, In The Clouds, Hide Child, Road To Your Soul, Farewell Mr. Sorrow, Dreamer, Rhythm Of Life, Every Angel, All Too Much.

niedziela, 28 kwietnia 2024

Z mojej płytoteki: The Opposition i War Begins at Home - ciepłe oblicze chłodu od Beatlesów zimnej fali

Tytuł wpisu jest nieco prowokujący, ale wszyscy fani zespołu zapewne wiedzą o co nam chodziło, poza tym skoro the Opposition w otwierającym album utworze palą górę lodową, to czemu nie? Takie zimne perły jak Intymacy, czy Empire Days mają nieco inne brzmienie i klimat, niż bohater dzisiejszego wpisu. Ten na Discogs został zakwalifikowany do gatunku elektronika, rock i pop (LINK). 

Siódmy album duetu Long i Bell zaskakuje wszystkim, od okładki  do muzyki, oraz faktem że nie ma go na YT (jest zaledwie jedna piosenka, i jest też zawrotna cena CD na Allegro...), tym bardziej trudno o nim pisać. Ale na szczęście są inne serwisy (TUTAJ), tak więc nasz dzisiejszy post ma na celu zachęcenie do zapoznania się z tą perłą. Bowiem kiedyś, w epoce, wydawało się że to dziwadło, ale dziś - po ponad 30 latach okazuje się arcydziełem.

Na okładce dużo kolorów, podobnie wewnątrz - przypominają się wizje a la beatlesowskie dzieła z epoki hippisów. Na płycie zresztą jest nawiązanie do the Beatles, kiedy przed utworem Love, Love, Love Mark Long śpiewa fragment Babe in Black, co prawda w swojej wersji muzycznej, ale tekst jest ewidentnie Lennona i McCartneya, o czym nigdzie na okładce nie wspomniano... Okładka to obraz autorstwa Violetty Frutos Goya. Co ciekawe, jest ona lektorem w koledżu w Dulwich (LINK) w UK. Okładka zaprojektowana została przez Agencję Michel Blanc z Paryża, tam bowiem, obok studia Workshop w Londynie, nagrywano album (konkretnie w studio les Studios De La Seine). Mark Long grał na gitarach i śpiewał, a (również nieżyjący) Marcus Bell na basie i programował, był też producentem albumu (jak zwykle miksował go nadworny inżynier dźwięku Kenny Jones). Pojawiają się też gościnnie inni muzycy, o czym poniżej.

Muzycznie dla tych znających wcześniejsze dokonania zespołu, musiał to być szok. Dość rzadko pojawia się charakterystyczna gitara Longa, za to klimat jest mocno ocieplony. Ale to nie znaczy, że nie ma tutaj nostalgii i smutku. 


Zadziwiają też: początek (owe Yeah Yeah Yeah) jak i podobne do arabskich modlitw wokalizy w pierwszym utworze - Burning The Iceberg. I rzeczywiście coś jest na rzeczy bowiem wokalnie w piosence udziela się nijaki Khaled. Piosenka zdaje się być zaproszeniem do wysłuchania albumu, narrator chce zostać naszym przewodnikiem i spalić górę lodową. Po tym ciekawym wstępie pojawia się jedna zwrotka coveru van Morrisona Tupelo Honey, ale jakże psychodelicznie zagrana - ta niesamowita muzyka, no i klimat... 

Możesz wziąć całą herbatę jaka jest w Chinach
Włóż ją dla mnie do dużej brązowej torby
Żegluj z nią dookoła wszystkich siedmiu oceanów
A na końcu wrzuć ją prosto do błękitnego morza
 

Płynnie przechodzimy do znakomitego i klimatycznego Hold Me Tonight. Oczywiście o miłości. Połączenie piosenek powoduje że natychmiast znajdujemy się w This Is Not What We Came Here For - bardzo ciekawe efekty specjalne, idealnie pasują do tekstu a ten zachęca do fantazjowania... Wstawka po monorecytacji pozostaw daleko swoje zmysły a staniesz się szczęśliwszy to mistrzostwo świata. No i te pejzaże na basie... Crawl To Me (Part 2) to potencjalny hit i z nieznanych przyczyn nim się nie stał... No ale mamy do czynienia z zespołem jednak z undergroundu. Ten jest na YT i pozwala nam oddać klimat albumu:

Tutaj nawiązania do the Beatles pojawiają się po raz kolejny. Jest Penny Lane z salonem fryzjera, jest też doktor Robert. Ciekawe. Wszystko to wydaje się nie być przypadkowe, i jest opowieścią o pięknym dniu... Shen Olyan wspiera Marka Longa w pięknym i nastrojowym George's Street (Part 1) gdzie znowu pojawiają się kontrasty, tym razem: to smutny dzień pięknego świata. Ewidentnie Long i Bell rozliczają się tutaj z przeszłością a piosenka opisuje okiem dojrzałego już życiowo narratora doświadczenie mężczyzny czekającego na spotkanie z kobietą, z którą kiedyś był. Ona jednak nie przychodzi, mimo tego, że on dziś jest już kimś zupełnie innym niż ten, którego zostawiła lata temu. 

Wsiada do pierwszego pociągu do domu

Pije kawę z kubka

Nie smucić się, przede wszystkim 

Smutny dzień w pięknym świecie 


Ale ty nie przyszłaś

A w jego marzeniach 

Przede wszystkim nie smucić się 

Nie znasz go, mówi że się zmienił 

Nie znasz go jest tym 

Którego zostawiłaś w deszczu 

Na Georgia Street 


Broadway Maladie  nie jest złym utworem, ale jeśli miałbym wskazać słabsze miejsce na albumie, to jest ono tutaj. Szybko jednak pojawia się This Is Real i znowu wpadamy w trans. Tym razem spacerujemy po Londynie. Drowning By Numbers podtrzymuje klimat. Przy okazji to znakomita zabawa słowem, coś na kształt zabaw do jakich przyzwyczaili nas kiedyś Minimal Compact. Love Love Love w czysto beatlesowskim - nowofalowym stylu, wniosek jest jeden - miłość sprawia że świat trwa. Klimat kontynuowany jest w Close It Up (Hold Me Now) - mimo że ma padać to ciągle świeci słońce... Trains At Midnight - trwa klimat rodem z Massive Attack, nocne pociągi niczym głosy w głowie, bez żadnego racjonalnego wyjaśnienia. George's Street (Part 2) w zasadzie z niewielką zmianą tekstu jest powtórką części 1, w wersji bardziej akustycznej, równie pięknej co cz.1. Całość kończy What Became Of Me - pojawia się wokal z jednych z wcześniejszych piosenek zespołu (Black and White). Jest bardzo nostalgicznie - w zasadzie jest klimatami blisko do Intymacy. Piosenka wyraża wdzięczność za to, że ona pokazała mu, kim jest na prawdę. 

W naszej ocenie Long i Bell chcieli na tej płycie zabrzmieć jak Beatelsi zimnej fali. Zarówno okładka, jak i odniesienia do wielkiej czwórki, ale przy zachowaniu własnego stylu, czynią ten album genialną kontynuacją dzieł fab 4. Przez to uważamy album za absolutne arcydzieło, zarówno pod względem twórczym, jak i ignorancji krytyki i świata muzycznego. 

Teraz, kiedy obu artystów nie ma już wśród nas, dostrzegamy ponadczasowość ich dzieł. Rozumiemy jak znacząco wyprzedzali oni swoją epokę, ale czy kiedykolwiek to docenimy?

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.        

 

The Opposition, War Begins at Home, producent: Mark Long, MJM 1994, tracklista: Burning The Iceberg, Hold Me Tonight, This Is Not What We Came Here For, Crawl To Me (Part 2), George's Street (Part 1), Broadway Maladie, This Is Real, Drowning By Numbers,  Love Love Love, Close It Up (Hold Me Now), Trains At Midnight, George's Street (Part 2), What Became Of Me.


   

piątek, 12 kwietnia 2024

Ten album warto znać: Sincerely Paul i ich jedyne wydawnictwo Grieve - opis traumatycznych przeżyć dla fanów gotyku


Gościem dzisiejszego wpisu jest amerykański zespół z Południowej Kalifornii - Sincerely Paul, klasyfikowany przez krytyków jako wykonujący styl zwany gotykiem wczesnochrześcijańskim. W skład zespołu (który nagrał opisywany dziś album) wchodzili (LINK):  wokalista Jim Preston Strawn, Brian Singer (bas), Ray Flowers (gitara) i Mike Baker (perkusja). Wszystkie piosenki komponowali wspólnie, a jako dodatkowy wokalista na płycie wystąpił Michelle Dawn (LINK). 

Karierę zaczęli w 1989 roku wydając demo na kasecie, po którym ukazał się (dwa lata później, w 1991) jedyny i omawiany dziś album zatytułowany Grieve. Może teraz nieco o wytwórni, która album wydała - mianowicie Blonde Vinyl Records (LINK).

Wytwórnia rozpoczęła działalność w undergroundzie pod kierownictwem Michaela Knotta w 1984 roku. W 1990 roku Michael zdecydował się przekształcić Blonde Vinyl w pełnowartościową wytwórnię muzyczną. Knott zdecydował się skupić na wydawaniu młodych, kreatywnych i energicznych zespołów z nurtu tzw. chrześcijańskiego rocka. Blonde Vinyl wydała albumy zespołów uprawiających style muzyczne, które nie były zbyt popularne wśród publiczności popowej, od punka po grunge, od gotyku po industrial i synthpop. W sumie ma w dorobku 32 albumy i 3 kompilacje wydane na kasetach i kompaktach. Powstało także co najmniej 15 niskobudżetowych teledysków różnych zespołów (niestety nie ma śród nich dzisiejszych bohaterów). 

Kiedy w 1993 roku dystrybutor Blonde Vinyl (Spectra) zbankrutował, Michael podjął próbę wskrzeszenia Blonde Vinyl pod nazwą Siren Records. Niestety była to bardzo krótkotrwała i nieudana próba. Blonde Vinyl utorowała drogę odnoszącym sukcesy wytwórniom Tooth i Nail, które w 1993 roku przejęły wiele niewydanych wcześniej zespołów ze stajni Blonde Vinyl.

Muzyka z dzisiejszego albumu jest dość ponurą mieszanką alternatywnego rocka i gotyku spopularyzowanego przez The Violet Burning i L.S.U., z synth-popem późnych lat 80-tych, które reprezentowali w tamtym czasie The Cure i Depeche Mode. Taki styl muzyczny był wówczas dość innowacyjny, a album Grieve spotkał się z uznaniem krytyków raczkującej wówczas sceny alternatywnej i gotyckiej. Niestety album i zespół zostały przeoczone przez większość głównych wytwórni i wszystko odeszło w zapomnienie, choć nie do końca, o czym niżej.

Niestety teksty z omawianej dziś płyty są niedostępne w sieci. Tytuł (Smutek) i okładka jednak wprowadzają nas w klimat. Musi być o smutku i Bogu. I tak też jest, bowiem na stronie (TUTAJ) możemy z zamieszczonej recenzji dowiedzieć się, o czym jest ta płyta.

Grieve jest w zasadzie konceptalbumem, skupiającym się na bólu spowodowanym traumami z przeszłości. Choć mówienie o traumie i molestowaniu może wydawać się przestarzałe na początku lat 90., pomysł poświęcenia temu tematowi całego albumu był rewolucyjny. Miało to miejsce w czasach, gdy słowa takie jak „dekonstrukcja” nie były powszechne. Zespół zachęcał słuchaczy, aby przynosili swój smutek Bogu, zamiast ukrywać się z nim w fałszywym poczuciu komfortu.

I jeszcze (LINK): Muzyka zespołu jest zbudowana na eterycznym tle: czasem jest mroczna, zawsze głęboka, prowokującą do myślenia i emocji.

"Wspólnym tematem tego albumu jest uzdrawianie, zaprzeczanie i konfrontowanie się z kłamstwami na swój temat; to muzyczna i liryczna podróż, która przenosi słuchacza do miejsca niewygodnej radości” – mówi Preston (który jest także licencjonowanym psychoterapeutą klinicznym). Dziś, po latach  krytycy okrzyknęli Grieve „genialnym wydawnictwem z brutalnymi tekstami i muzyką, które jest nie tylko ponadczasowe, ale także bardziej aktualne niż wtedy, gdy ukazało się po raz pierwszy”

Dwóch muzyków ciągle jest aktywnych i tworzą pod nazwą Dime Store Zombies. Pewnie kiedyś o nich napiszemy. 

Warto na koniec nadmienić, że w 2009 roku wydana została wersja Grieve: „The 2 Disc Definitive Edition”. Album został zremasterowany i udoskonalony cyfrowo. Zawiera 11 dodatkowych i niewydanych wcześniej utworów.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


Sincerely Paul, Grieve, realizacja: Sincerely Paul, Blonde Vinyl Records 1991, tracklista: Open, Nineteen Years, Bare My Soul, Drug, House Of Fire, Shame Last Sunday, Those That Kil, Grieve, Wait, Helpless, Turnaway, Close.


niedziela, 1 października 2023

Z mojej płytoteki/ z katalogu 4AD: This Mortal Coil i Blood - jesienna nostalgia


Chciałoby się powiedzieć: do trzech albumów sztuka, tyle bowiem ma w swoim dorobku projekt This Mortal Coil. Ivo Watts Russel (warto zobaczyć TUTAJ) będąc na koncercie Modern English w USA, oczarowany został coverami jakie grali. Zapytał muzyków, czy nie mają zamiaru ich wydać na płycie, ale usłyszał w odpowiedzi, że mają inne plany i chcą nagrywać własny materiał. Tak narodziła się w jego głowie myśl, żeby zaprosić gwizdy z 4AD aby wystąpiły we wspólnym  projekcie... Powstały dwa znakomite albumy, z których jeden opisaliśmy na naszym blogu: It Will End in Tears (TUTAJ), oraz Filigree and Shadow (do którego wrócimy). Na pierwszej z nich pojawia się nawet utwór Ivo, natomiast na dziś omawianej płycie, jest ich znacznie więcej. Wszystkie trzy albumy realizowali Ivo i John Fryer, tego ostatniego znamy z dzieł takiego kalibru jak Livonia zespołu His Name Is Alive (opisanego TUTAJ). 

Na Blood jest mniej gwiazd z 4AD, a prym wiodą mające polskie korzenie siostry Rutkowski (o ich aktualnych losach pisaliśmy TUTAJ).

       

Co ciekawe, do klimatu jesiennej nostalgii i melancholii dokładają się między innymi Pieter Nooten (ex Clan of Xymox) - autor genialnego Several Times, czy zza grobu sam legendarny Syd Barret (ex Pink Floyd), którego interpretację piosenki Late Night wykonuje brytyjska wokalistka Caroline Crawley. Ten utwór jest w naszej opinii, nie dość że najlepszą piosenką na albumie, to jeszcze z powodzeniem może stanowić jego wizytówkę.


Wokalistka udziela się jeszcze w trzech innych piosenkach, z których najlepsza to chyba Mr. Somwhere. Siostry Rutkowski nie pozostają jej dłużne, a takie znakomite utwory jak nieco patetyczny I Come and Stand at Every Door, jesienny Several Times czy optymistyczny I'am the Cosmos to perełki na tym albumie. Warto dodać, że siostry udzielały się nie tylko wokalnie, ale są też autorkami kilku tekstów.
 

Album Blood nie stał się tak popularny, jak dwie wcześniejsze płyty TMC. Być może było tak z powodu nieobecności wielkich nazwisk z 4AD. Jednak nie zmienia to faktu, że jest to wręcz genialna płyta - kolejne dzieło pokazujące, w jakim kierunku chciał podążać Ivo. Jest tutaj nieco starego TMC, a słychać go zwłaszcza w utworach instrumentalnych brzmiących czasem wręcz jak odrzuty ze wcześniejszych płyt (choćby Andialu, czy the Lacmemaker II).

A co było później? Później Ivo uśmiercił TMC, ale nie wycofał się z tego typu projektów, o czym wkrótce tutaj napiszemy. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


This Mortal Coil, Blood, 4AD 1991, producenci: John Fryer i Ivo Watts - Russel, tracklista: The Lacemaker, Mr. Somewhere, Andialu, With Tomorrow, Loose Joints, You and Your Sister, Nature's Way, I Come and Stand at Every Door,  Bitter, Baby Ray Baby, Several Times, The Lacemaker II, Late Night, Ruddy and Wretched, Help Me Lift You Up, Carolyn's Song, D. D. and E., Til I Gain Control Again, Dreams are Like Water, I am the Cosmos, (Nothing but) Blood