Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Orwell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Orwell. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2020

Z mojej płytoteki: Republika 1984 wydawnictwa Mega Ton, czyli jedziemy Orwellem na pierwszym polskim picture discu


Niby lata 80. nie są taką przeszłością, aby nie można było ustalić przebiegu zdarzeń, które wtedy miały miejsce, a mimo to pewne informacje nie są do ustalenia, jeżeli, co trzeba zastrzec, osobiście nie dotrze się do osób, których one dotyczą. 

Jedną z takich historii są ta związana z angielską wytwórnią Mega Ton (znaną także jako Mega Records, Mega Music lub The Mega Organisation Ltd.) która wyprodukowała w latach 1983-1984 płyty trzech czołowych polskich zespołów rockowych: Republiki, Lady Pank i TSA.
 
O wytwórni dzisiaj nic nie wiadomo, poza suchymi informacjami zapisanymi na wydanych w niej płytach lub z tego co opowiedzieli muzycy w udzielonych kiedyś wywiadach.
 
I tak, na okładce płyty Republiki „1984” napisane jest: Cover Design & Graphics by - Tim Brack & Andrzej Ludew, Published by Sarah Music/Mega Music (c) 1983, Released by The Mega Organisation Ltd., England. Licenced from Polton, Warsaw, Poland. Na płycie Lady Pank do obok nazwiska Tim Brack widnieje Tom Carrabba, a obaj odpowiedzialni byli za Production Consultant oraz widnieje Greg Kuczynski, który występował także według wpisu na płycie TSA w roli tłumacza (LINK). Firma Megaton prawdopodobnie istniała w Yorku, gdzie działało również studio Pollen (LINK), które  zaczęło od nagrań muzycznych a obecnie realizuje wszelkie produkcje, także filmowe. Co ciekawe, według wspomnień muzyków Lady Pank, Mega Ton  było wytwórnią amerykańską… Może dlatego, iż firma współpracowała ze studio nagrań z Nowego Yorku, które nazywało się Alexandra Kee Music Inc. założonym przez Briana Kee i aktywnym w latach 1983-1987 (TUTAJ, TUTAJ  i TUTAJ).


Niebagatelną rolę w tamtym smutnym czasie PRL odegrał Greg Kuczynski, o którym także niewiele wiadomo. Co robił, niech opowiedzą sami artyści lub relacje oparte na ich wspomnieniach: 




Najpierw Grzegorz Ciechowski: To byt taki moment, kiedy przyjechali do Polski bardzo mili ludzie z Anglii, zaprzyjaźnieni z Gregiem Kuczyńskim. Greg wtedy był u nas w tak zwanej branży... Odbył się targ tych najlepszych niewolnic i wybrano trzy zespoły TSA, Lady Pank i Republikę. Zostały zrobione anglojęzyczne wersje płyt i zapanowało przekonanie, że polskie zespoły muszą podbić Anglię i Amerykę... Moment rzeczywiście był sprzyjający. Bardzo silnie działały wąsy Wałęsy, czapka papieża... Polska muzyka miała taką szansę jak w początku pieriestrojki radziecka, co też zresztą nie sprawdziło się. Uważam, że poniekąd słusznie MCA wybrało sobie wtedy Lady Pank, bo jeśli chodziło o produkcję komercyjną, to Lady Pank było najbardziej plastycznym materiałem. Dlaczego im się nie udało - to już nie jest temat tej rozmowy...
 

Dlaczego podobnie stało się z nami, mogę odpowiedzieć krótko. Tam wychodzi sto, dwieście longplayów miesięcznie. Na pewno, przyznaję, moja angielszczyzna nie była dobra. A poza tym... Ja to nagrywałem z dużym przekonaniem. Bardzo lubiłem te przekłady, które zrobiła moja przyjaciółka z Torunia, Ania Baranówna. Co tu dużo gadać: zaśpiewanie tego było tak trudne technicznie, że miałem już kłopoty w języku polskim, co zresztą było słychać na pierwszym longplayu... Wtedy mówiłem gorzej po angielsku niż teraz, ale to też nie miało większego wpływu - można mówić świetnie w sensie merytorycznym, a źle śpiewać... Nie ukrywam, że czuję się o wiele lepiej śpiewając po polsku, i jestem w stanie o wiele więcej przekazać emocjonalnie.

1984 to był dla nas raczej epizod. Ważny tylko ze względu na reklamę na polskim rynku. Ludzie tutaj byli z tego powodu bardziej zainteresowani zespołem. Poza tym pamiętajmy o jednym: wydanie płyty w Londynie to tylko pierwszy krok i to ten najprostszy. O wiele trudniej płytę wypromować i zorganizować dystrybucję. Tu już nie można liczyć na łut szczęścia. A na to liczyła firma Mega Records
(LINK).



Teraz o epizodzie TSA: (…) w lutym 1984 Spunk! utrzymywał się dosyć długo na wysokim miejscu na liście najlepiej sprzedających się płyt w Londynie. Widać oryginalna hybryda hard rocka i heavy metalu jaką wykonywał zespół padła na podatny grunt. Mega Ton wyszło z propozycją ogólnoświatowej trasy u boku Venom (tak!) jeżeli tylko uda się całemu zespołowi dostać visy. Niestety, władza takowej Stefanowi Machelowi (jako jedynemu) nie wydała i w ten sposób zniweczona została jedna z przeogromnych szans zaistnienia TSA poza granicami naszego kraju (LINK).



I jeszcze, w uzupełnieniu do tamtych wypowiedzi, relacja Nicky Garratta, opisująca trasę koncertową z 1983 roku po Polsce The Uk Subs stał się pierwszym zespołem punk rockowym, który przybył na trasę koncertową w komunistycznej Polsce. Pierwszym zespołem wspierającym była Republika, alternatywny zespół numer 1 w kraju. Laura podjęła się roli kierownika trasy.  Potrzebowaliśmy inżyniera dźwięku i przekonaliśmy Dave Leapera, który był dźwiękowcem z czasów Supermusic, aby tym się zajął.
 

Polska trasa była dziwna. Zapłacono nam ogromne sumy w lokalnej walucie, która nie miała kursu wymiany i kupowaliśmy tylko najbardziej przyziemne artykuły w sklepach (z wyjątkiem ceramiki i szkła, które kupiłem w dużych ilościach). Występy trwały dwa tygodnie i podróżowaliśmy autobusem. Organizator Greg Kuczyński zapewnił nagłośnienie (swego rodzaju), kilkunastoosobową załogę kierowców, oświetlenie i noclegi. W większości koncertowaliśmy na stadionach o pojemności od 5 000 do 12 000 osób, a publiczność była mniej więcej równo podzielona na fanów Republiki i UK Subs, zmieniając się z nocy na noc. Koncerty przebiegały dobrze i przez większość czasu było spokojnie, z wyjątkiem jednej nocy, kiedy tłum nie opuścił stadionu wystarczająco szybko, a policja (w strojach bojowych) wystrzeliła gaz łzawiący w środek publiczności. Wszystkie koncerty były na pełnych obrotach, a na naszym ostatnim koncercie w Warszawie zagraliśmy dwa razy dla ponad 10 000 osób, co czyni go naszym największym głównym występem w historii. Potem było już po wszystkim! (LINK). Tak to się działo w latach 80… Szybko, z rozmachem i na całego…

Posłuchajmy zatem Republiki w wersji orwellowskiej. Zasadnicze różnice poza językiem to znakomite efekty dodane na tym albumie (np. w piosence Nervous System słynny Tasssssssss) w stosunku do Nowych Sytuacji (opisanych TUTAJ), większa głębia dźwięku, i oczywiście różnica w tytule Arktyki, która tutaj nazywa się Syberia, mało tego jest w niej fragment w naszym języku, wiadomo, Syberia przegra!

Pytanie tylko - kiedy? 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.  


Republika 1984, Mega Ton 1983, Producenci: Dave Leaper, Andrzej Ludew i Republika, tracklista: New Situations, Nervous System, The Current, Siberia, Bikini Death, The Plan, My Imperialism, Hallucinations, "=" Equals, Todays Sleepwalkers.


czwartek, 16 stycznia 2020

Kinowa jazda obowiązkowa: Metropia - zobacz co czeka nas w 2024 roku, czyli Orwell wiecznie żywy

Pierwsze wrażenie kiedy rozpocznie się oglądanie filmu Tarika Saleha jest niesamowite. Ciemne, ponure i depresyjne klimaty, dziwne zniekształcone postaci i niepowtarzalna atmosfera. 

Ogólnie na kilometr jedzie Rokiem 1984 Orwella (warto zobaczyć TUTAJ).

I rzeczywiście nie ma wątpliwości, że to zmodyfikowana pod wieloma względami powieść Orwella. Dokładnie jej uwspółcześniona i ekstrapolowana o 40 lat w przyszłość wersja, która poddana została dodatkowo cyfrowemu liftingowi. 

Zatem jest rok 2024, ludzie zmienili się w maszyny, które na rozkaz pracują i wykonują inne obowiązki. Wśród nich jest Roger i jego partnerka. Nie mają czasu na wspólne życie, wszytko podporządkowane jest obowiązkowi pracy, a spóźnienie do niej oznacza zwolnienie i zastąpienie kimś innym.

Europa w tym czasie opanowana jest przez system Trexx, który łączy ze sobą podziemnymi tunelami wszystkie kraje, wznosząc integrację europejską na poziom dotychczas niespotykany. Szybko i przyjemnie, dodatkowo ku powszechnej uciesze bojówek ekoterrorystów.

Za wszystkim jednak, jak to na Orwella przystało, kryje się grupa osób która nie dość że czerpie zyski z metra, to jeszcze steruje jego użytkownikami. Sposób w jaki to czynią, jest zaiste niezwykle sprytny.
Roger go odkrywa, i znajduje w systemie podziemnych kanałów sprzymierzeńca, starającego się zniszczyć system. Kobieta ma na to sposób i stara się zachęcić Rogera żeby tego dokonał. 
Okazuje się to jednak sprawą niełatwą. Czy Roger zdoła pokonać bezlitosną machinę?
Film z 2009 roku, będący produkcją czterech krajów,  być może chwilami nie powala wartką akcją i fabułą. Jednakże z powodu niezwykle interesującego klimatu, futurystycznych wizji, oraz kilku ponadczasowych wątków jest na pewno wart obejrzenia. Uhonorowany został dwiema nagrodami na Festiwalu w Wenecji, w kategoriach Cinema Digitale i Future Film Festival Digital Award. My się na kinie nie znamy, ale skoro inni nagrodzili, to w tym przypadku trudno nam zaprzeczyć.

Pamiętajcie o najważniejszych wnioskach z tego filmu, najlepiej ogolić się na łyso i wyrzucić odbiorniki TV.  

Orwell pozostaje wiecznie żywy. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.         

czwartek, 5 lipca 2018

Kinowa jazda obowiązkowa: Rok 1984 George'a Orwella - książka czy film, a może muzyka?


O książce Rok 1984 George'a Orwella pisaliśmy TUTAJ, w kontekście inspiracji muzyków polskiej sceny nowofalowej. Zawsze adaptacje kinowe wzbudzają niepokój i rodzą pytania, co lepsze - książka, czy film? Ten ostatni wszedł na ekrany kin w 1984 roku i jest thrillerem science-fiction w reżyserii Michaela Radforda, z Johnem Hurtem w roli głównej. 


Film rozpoczyna się od pokazania seansu nienawiści wobec Goldsteina, kontestującego przekaz partii. Później jest jak w książce, Smith dostaje od Julii (w tej roli Suzanna Hamilton) karteczkę z wyznaniem miłości, i adresem spotkania.  


Dalsza fabuła jest zbieżna z książką, choć film, w związku z ograniczeniami czasowymi nieco ją spłyca. 


Spłycenie to czasem wychodzi na korzyść filmu, a czasem wręcz przeciwnie. Na przykład pominięcie dość długich (a obecnych w książce) wywodów Goldsteina czytanych przez Smitha Julii, to na pewno duży plus. Minusem natomiast jest na przykład znaczne uładzenie scenerii filmu, choćby wyglądu pokoju spotkań kochanków i ich łóżka.


Niepowtarzalnym za to jest klimat wytworzony w filmie, rzeczywiście atmosfera podczas oglądania jest niesamowita, a przedstawiona przez reżysera wizja ministerstw i pracujących w nich urzędników, zwykle doskonale zbiega się z opisami Orwella.


Ale i tutaj są odstępstwa. Czytając książkę wyobrażałem sobie inaczej blokowiska w których mieszkali działacze partii. Raczej widziałem oczami wyobraźni blokowiska z czasów głębokiej komuny. Ale to już kwestia wyobraźni czytelnika.


Bardzo umiejętnie reżyser przedstawił sceny tortur jakim poddawany jest Smith. W zasadzie w filmie najbardziej podobała mi się końcówka z kultowymi dialogami między aktorami. Zaczyna się od padającego krótko przed aresztowaniem Winstona i Julii dialogu: Czy myślisz że braterstwo istnieje? - pyta Smith i otrzymuję odpowiedź Julii: nic nie istnieje..


Później, od chwili aresztowania do końca filmu widz zmaga się ze scenami tortur głównego bohatera.


Smith wypowiada wtedy kluczowe sentencje: ważne jest nie tyle utrzymanie życia co pozostanie człowiekiem..., czy też rozumiem już jak, ale wciąż nie rozumiem dlaczego?


System najpierw sam sprowadza go na złą drogę, by później rękami prowokatora O'Briana (granego przez Richarda Burtona) poddawać go praniu mózgu. 



W jakim celu? Bo jak mówi O'Brian: zanim pocisk roztrzaska czaszkę, mózg musi być doskonały. Po to by Smith zrozumiał realia przeszłości i teraźniejszości i zastanowił się, co z przyszłością?  

Partia ma jeden cel, chce zmienić świat tak by, jedyną miłością była  miłość do Wielkiego Brata, dlatego chce zniszczyć wszystkie przyjemności. Człowiek w tym systemie jest nikim,  jednostka jest tylko komórką a zmęczenie komórek składa się na siłę organizmu, bo ludzkość to partia.



Podstawową wadą filmu jest zakończenie. Myślę, że jeśli ktoś nie czytał książki, będzie miał kłopot z jego zrozumieniem, ale być może się mylę. Doskonała jest za to muzyka, skomponowana i wykonywana przez Eurythmics.  

Reasumując, jeśli ktoś ma ochotę przenieść się do innej rzeczywistości polecam film Michaela Radforda, po którym możemy tylko zastanowić się nad tym, czy rzeczywistość w której przyszło nam żyć nie zmierza czasem w orwellowskim kierunku...

niedziela, 10 czerwca 2018

Legendy polskiej nowej fali w epoce miłości George'a Orwella

Zacznijmy od tego, że powieść Rok 1984 opublikowana została przez George'a Orwella w 1949 roku, czyli dawno przed narodzeniem muzycznych bohaterów dzisiejszego wpisu. Kto zna ustrój socjalistyczny doskonale wie, jak celnie autor przewidział jego działanie, dlatego książka w Polsce była wydawana w podziemiu, i miałem okazję czytać ją w nielegalnej drukowanej wersji w 1985 roku. 

W powieści roi się od aluzji do ZSRR, Chin, Korei czy całego bloku RWPG (zresztą pod koniec są one jawnie wymienione).  Inwigilacja, propaganda i tylko cztery funkcjonujące ministerstwa Miłości, Prawdy, Obfitości i Pokoju, które mieściły się w Londynie - wówczas stolicy Oceanii. Ta z kolei była jedną z trzech krain Ziemi będących ze sobą w ciągłych sporach i stanie permanentnej wojny. 

Wojna? A jakże:



Najważniejsze były, rzecz jasna, Ministerstwo Miłości i Prawdy, w którego podziemiach mieściły się więzienia gdzie torturowano wrogów Partii.  Nie będę streszczał książki, chciałbym za to napisać dziś o kilku artystach polskiej nowej fali, na których powieść Orwella wywarła wyraźny wpływ.  

Mówiono, że gmach Ministerstwa Prawdy ma trzy tysiące pomieszczeń nad ziemią i tyleż samo pod ziemią. W Londynie istniały jeszcze tylko trzy budynki o podobnych rozmiarach i zbliżonym wyglądzie. Tak górowały nad resztą miasta, że z dachu Bloku Zwycięstwa dostrzegało się je wszystkie równocześnie. Mieściły cztery ministerstwa, składające się na aparat rządowy: Ministerstwo Prawdy, któremu podlegała prasa, rozrywka, oświata i sztuka, Ministerstwo Pokoju, które zajmowało się prowadzeniem wojny, Ministerstwo Miłości, które pilnowało ładu i porządku,wreszcie Ministerstwo Obfitości, sprawujące pieczę nad gospodarką. Ich nazwy, w nowomowie, brzmiały następująco: Miniprawd, Minipax, Minimiło i Miniobfi. 
 
Tak wyobrażał sobie gmach Ministerstwa Prawdy sam autor:


Miniprawd - odbijał zdecydowanie od wszystkich innych budowli w okolicy. Była to ogromna piramida z lśniącego białego betonu, pnąca się tarasami w górę na wysokość trzystu metrów. Z okna swojego mieszkania Winston (Smith - bohater książki) widział wyraźnie trzy hasła Partii, wymalowane starannie na białej fasadzie:

WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA

Podstawową ideą panującej Partii jest powszechna równość. Członkowie Partii mieszkają w szarych blokach, są poddawani ciągłej inwigilacji, i otumaniani alkoholem o podłym smaku, tzw. Dżinem Zwycięstwa, który utrzymuje ich w stanie swoistego rodzaju euforii. 

Dżin miał smak kwasu azotowego, a w dodatku człowiek po każdym łyku czuł się tak, jakby dostał w łeb gumową pałką. Jednakże w następnej chwili palenie w żołądku nieco zelżało i świat wydał się Winstonowi weselszy.

Nie ulega wątpliwości, że napój wywołuje halucynacje a Partia może dalej emitować swój ideologiczny przekaz... Tak śpiewała o tym Republika w filmie Koncert. Poniżej wersja w najlepszym składzie, w którym nagrali ich debiut Nowe Sytuacje:


Ewolucję poglądów do takich właśnie ideologicznych podstaw systemu Orwell opisuje następująco:

Zarazem jednak uświadomiono sobie, że powszechny dostatek zagraża trwałości społeczeństw hierarchicznych; właściwie jest ich zgubą. W świecie, gdzie każdy pracuje krótko, ma pod dostatkiem żywności, mieszka w domku z bieżącą wodą, posiada lodówkę, samochód, a może nawet i awionetkę, znikają najbardziej rzucające się w oczy i najbardziej istotne przejawy nierówności. Powszechny dostatek oznacza zatarcie różnic. Można sobie oczywiście wyobrazić społeczeństwo, w którym dobrobyt, w sensie własności dóbr materialnych i wygody życia, dostępny jest wszystkim na równi, podczas gdy władza spoczywa w rękach nielicznej kasty uprzywilejowanych.

Ta równość została dość dobrze pokazana w piosence Republiki pt. =


Bloki Zwycięstwa, w których mieszkali członkowie Partii do złudzenia przypominają bloki epoki komuny, wieżowce znane w Polsce lat 70-tych. 

Winston Smith, ... wślizgnął się przez szklane drzwi do Bloku Zwycięstwa, ale nie dość szybko, by powstrzymać tuman ziarnistego pyłu, który wtargnął za nim do środka. Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi, butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał barwny plakat, zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu. Przedstawiał tylko ogromną twarz, przeszło metrowej szerokości: przystojną, czerstwą twarz mniej więcej czterdziestopięcioletniego mężczyzny z sutym czarnym wąsem. Winston skierował się w stronę schodów. Sprawdzanie, czy winda działa, nie miało żadnego sensu. Nawet w najlepszych okresach rzadko bywała czynna, obecnie zaś, w ramach oszczędności związanych z przygotowaniami do Tygodnia Nienawiści, nie włączano prądu przed zmrokiem. Winston mieszkał na siódmym piętrze...  Na każdym piętrze, na wprost drzwi windy, spoglądał ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była tak namalowana, że oczy mężczyzny zdawały się śledzić każdy ruch przechodzącego. WIELKI BRAT PATRZY, głosił napis u dołu plakatu.
 
Takie bloki można zobaczyć we fragmencie filmu Koncert z 1982 roku - tak przedstawiała to Brygada Kryzys, zespół o którym pisaliśmy niedawno TUTAJ (Robert Brylewski 1961-2018):


Ów Wielki Brat, może natomiast być kojarzony z magiczną Centralą Partii z której płynął przekaz do obywateli Oceanii...




Miłość w Oceanii nie istnieje, a może mogłaby istnieć, gdyby nie zakazywała jej Partia, podobnie zresztą było z innymi uczuciami. Partia ma program i kieruje wszystkim od zachowań do uczuć, tak widział to znakomity Made in Poland i 1984.




Uprzytomnił sobie, iż rozpacz należy do minionych czasów, gdy istniało jeszcze życie osobiste, miłość, przyjaźń, a członkowie rodziny trzymali ze sobą w każdej sytuacji.

Za wroga uważano nie tyle miłość, ile zmysłowość, zarówno w małżeństwie, jak i poza nim. Każdy związek małżeński między członkami Partii musiał zyskać akceptację specjalnej komisji i - choć nie istniał na to żaden paragraf - nie udzielano zgody kandydatom, którzy sprawiali wrażenie, że czują do siebie pociąg fizyczny. Jedynym akceptowanym celem małżeństwa było płodzenie przyszłych członków Partii. Sam stosunek płciowy należało traktować jako coś wzbudzającego odrazę, niczym lewatywa. Tego również nie mówiono wprost, lecz w pośredni sposób wpajano od dzieciństwa każdemu członkowi Partii.

Główny bohater książki był kiedyś żonaty, jednak jego małżeństwo było związkiem opisanym według partyjnego schematu. Miało cel tylko i wyłącznie prokreacyjny, i tak traktowała ten związek jego była żona Katherine

Byli razem tylko przez piętnaście miesięcy. Partia nie zezwalała na rozwody, ale małżeństwa bezdzietne na ogół zachęcano do separacji.  

...zaraz na samym początku małżeństwa Winston doszedł do wniosku, że ma do czynienia z najgłupszym, najprymitywniejszym i najbardziej pustym umysłem, z jakim dotąd się zetknął. ... Głowę miała nabitą wyłącznie partyjnymi sloganami i zdolna była przełknąć każdą, dosłownie każdą bzdurę wymyśloną przez Partię. W myślach przezywał ją ludzkim gramofonem. Ale zniósłby jej towarzystwo,  gdyby nie jedno - ich życie płciowe. Ledwo jej dotknął, wzdrygała się i sztywniała. Obejmując ją czuł się tak, jakby obejmował drewnianą kukłę z ruchomymi kończynami. Najdziwniejsze, że nawet gdy leżał w jej ramionach, miał wrażenie, iż równocześnie odpycha go z całej siły. Uczucie to wywoływała sztywność jej członków, gdyż Katherine leżała z zamkniętymi oczami, ani się nie opierając, ani nie współuczestnicząc, lecz jakby biernie wszystko znosząc. Ich zbliżenia były nieprawdopodobnie żenujące, a z czasem stały się po prostu okropne. Ale mimo wszystko Winston wytrzymałby z żoną, gdyby się tylko zgodziła, by żyli w celibacie. Jednakże, ku jego zdumieniu, ta propozycja okazała się dla niej nie do przyjęcia. Oświadczyła, że muszą mieć dziecko. Tak więc powtarzali ten sam przykry rytuał regularnie raz na tydzień, chyba że akurat było to niemożliwe. Katherine nawet przypominała mu rano o czekającym ich akcie jak o czymś, co trzeba wykonać wieczorem i czego nie wolno zaniedbać. Posługiwała się dwoma określeniami. Pierwsze to „produkowanie dziecka", a drugie „nasz obowiązek wobec Partii" (tak jest, używała dokładnie tych słów!). Wkrótce Winston z coraz większym lękiem oczekiwał wyznaczonego dnia. Na szczęście Katherine nie zaszła w ciążę i w końcu zgodziła się zrezygnować z dalszych prób, a niedługo potem rozstali się na dobre. 

Katherine, była jak lalka... Sexy Doll?


W końcu bohater powieści doznaje prawdziwego uczucia. Zakochuje się w nim jedna z działaczek partyjnych pracujących w Departamencie Literatury, i działaczka Ligi Aseksulanej, Julia. Choć trudno do końca rozstrzygnąć czy jest to miłość, czy tylko zaspokajanie potrzeb. Oboje szukają dla siebie miejsca do zakazanych spotkań, pragną izolacji, samotności, ucieczki, a Julia okazuje się posiadać w tej materii bogate doświadczenie.  Schowajmy się na dnie szuflady...


W końcu znajdują stałe miejsce spotkań, gdzie zostają złapani przez funkcjonariuszy Partii. Czy na prawdę była to miłość? Nie sądzę, w momencie ich dekonspiracji Smith nie zachowuje się jak przystało na prawdziwego mężczyznę:

Niewielki, pofałdowany koral, podobny do cukrowej różyczki zdobiącej tort, potoczył się po dywanie. Jakiż jest maleńki, pomyślał Winston, jakiż maleńki był zawsze! Tuż za plecami usłyszał jęk, po czym głuchy łoskot, i coś tak silnie uderzyło go w kostkę, że omal nie stracił równowagi. To jeden z funkcjonariuszy wyrżnął Julię pięścią w splot słoneczny; dziewczyna zgięła się jak scyzoryk i padła na ziemię. Miotała się po podłodze, usiłując złapać oddech. Winston bał się odwrócić głowę choćby o milimetr, lecz chwilami kątem oka dostrzegał siną twarz Julii i jej szeroko otwarte usta. Mimo panicznego strachu niemal fizycznie odczuwał jej straszliwy ból i jeszcze straszliwsze, rozpaczliwe wysiłki odzyskania tchu. Wiedział, co przeżywa; okropny, rozdzierający ból, który jednak schodzi na drugi plan, bo stokroć ważniejsze jest, by wciągnąć powietrze w płuca. Potem dwóch funkcjonariuszy chwyciło Julię za ręce i nogi i wyniosło jak worek. Winstonowi mignęła jej odchylona do tyłu twarz, żółta, wykrzywiona, z zaciśniętymi oczami i wciąż ze śladami różu na policzkach; więcej Julii nie widział.

Okazało się jednak, że Julia przeżyła i go zdradziła. On zresztą ją również. Śmierć zmysłów i snów...



A może tak tylko Smithowi powiedziano, żeby złamać go podczas przesłuchań? A jego spotkanie z ukochaną po torturach jakim poddawany jest w pokoju 102 to tylko halucynacja?

Jak myślicie?