Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja proza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2019

Z mojej płytoteki: Kate Bush - Hounds of Love, i wspomnienie przyjaciela

Dzisiaj płyta wyjątkowa, którą chciałbym połączyć z osobistym wpisem. Kilka dni temu minęła kolejna rocznica. 

To dzięki mojemu przyjacielowi z lat szkolnych Marcinowi  poznałem ten niesamowity album. 

Tamte czasy, dla dzisiejszej młodzieży są czymś niewyobrażalnym, nie było płyt w sklepach, a jeśli to tylko spod lady. Nakłady przedruków wydawnictw zachodnich ukazywały się w tak małych ilościach, że znikały ze sklepów w minuty. Polska muzyka pojawiała się również w dość ograniczonych nakładach, a winyl używany do tłoczenia płyt był średniej jakości. Dlatego pozostawało radio, niekoniecznie polskie, i enklawa jaką były sklepy Pewexu i komisy z płytami. To był ten drugi świat, który świecił kolorami na tle szarej komunistycznej ulicy. Niestety płyty z tych enklaw osiągały tak horrendalne ceny, że były praktycznie poza zasięgiem. Pozostawali koledzy jak Marcin, którego brat – górnik zarabiał wtedy bardzo dobrze i było go stać. Kupował płyty dziesiątkami i przywoził do domu, a ponieważ po weekendzie znowu jechał na Śląsk mieliśmy z kolegą je wyłącznie dla siebie. Je i odpowiedni sprzęt do słuchania.

Marcin mieszkał z rodzicami i bratem w ogromnym, pachnącym starością baraku. Mieli tam bardzo dużo miejsca, a wkoło domu wielki ogród. Często gdy szliśmy do Marcina zrywaliśmy owoce.

A później słuchaliśmy muzyki. Zwykle w soboty i niedziele. Rodziców i brata często nie było w domu, siadaliśmy na kanapie naprzeciwko gramofonu nad którym na ogromnym wiszącym stojaku stały płyty. Obok nich masa kaset magnetofonowych.
- Znasz to? Marcin pokazywał mi okładkę nowiutkiej płyty.

- Skąd, ale o zespole słyszałem. 

- No to posłuchamy - jest niezłe

Z głośników rozlegała się muzyka, a my siedzieliśmy, czytaliśmy teksty, oglądaliśmy okładki. Wieża stereo migała zielonymi diodami. Pierwszy raz zobaczyłem czerwony winyl na którym wytłoczono płytę Exploited - On stage, i nieudolnie zamalowane, paskiem czarnej farby drukarskiej przez komunistyczną cenzurę, fragmenty tekstów na kopertach płyt wykonawców zagranicznych. Ot choćby na płycie Pink Foyd pt. Final Cut fragment: Mr. Breznev took Afghanistan... Na szczęście farba cenzorska była tak marnej jakości, że patrząc pod światło wszystko było widać. Poza tym było przecież słychać.

Pasjonowaliśmy się okładkami; pamiętam Jethro Tull, Pink Floyd, Led Zeppelin. Pamiętam pewne zupełnie egzotyczne jak Village People czy Uriah Heep... Pasjonowały nas też efekty dźwiękowe, ot choćby dziś omawiana Kate Bush z jej Hounds of Love. Rozmowa dziewczyny z wiedźmą czy efekty w piosence Under Ice były w tamtych czasach kamieniem milowym w doznawaniu tego, co można robić z muzyką. 




Wtedy też pierwszy raz usłyszałem ludzi robotów - Kraftwerk (pisaliśmy o nich TUTAJ), a Marcin był pierwszym w naszym mieście posiadaczem płyty Republiki Nowe sytuacje (TUTAJ), której oficjalne odsłuchanie odbyło się w obowiązkowym biało-czarnym stroju fanów.

Kiedyś pokazał mi swoje wyjątkowe dzieło. Wiedziałem, że maluje i rysuje, ale zawsze traktowałem to jako kaprys i nie przywiązywałem do tego wagi.

- Pokażę ci coś wyjątkowego, popatrz to mój pierwszy komiks.

Krótka kilkuobrazkowa historyjka namalowana zwykłymi farbkami plakatowymi na kartonie. Nie pamiętam o czym, ale wiem, że robiła ogromne wrażenie swoją jakością.

- Wiesz powiem ci coś w tajemnicy, nikomu o tym jeszcze nie mówiłem, wybieram się do liceum plastycznego – powiedział wtedy.

I od tamtej chwili zacząłem to jego bazgrolenie traktować inaczej. Wtedy mnie olśniło i zauważyłem, że Marcin ma zadatki na artystę, ma duszę artysty. Jest introwertykiem, dużo czyta, słucha muzyki, ubiera się jak na zwykłego nastolatka z tamtych czasów dość dziwnie, często chodzi na przykład w zapiętej pod szyję czarnej koszuli. Jest stoikiem, z ogromnym poczuciem humoru. Stronił od ludzi a kiedy podczas naszych spotkań znosił do pokoju tektury na których namalował kolejne obrazy wiedziałem, że cały swój wolny czas spędza na tworzeniu. Poprzez te książki, muzykę, sztukę tworzył, tworzył siebie i kształtował swoją artystyczną duszę. Nie marnował czasu...

Barak zburzono, zbudowano nowe osiedle i tam rodzice Marcina zamieszkali w małym wielkopłytowym mieszkaniu. Muzyki słuchaliśmy już rzadziej, w pokoju z czerwoną kanapą, który ulokowany był zaraz przy wejściu do mieszkania. Biel ścian i metraż zabiły ducha wolności unoszącej się w baraku.

Później przyszedł czas liceum, nasze drogi zaczęły się rozchodzić, bo liceum plastyczne było w mieście wojewódzkim odległym o kilkadziesiąt kilometrów. Marcin często zostawał tam na weekendy, musiał malować i rysować prace zaliczeniowe. Na studia on wyjechał do jeszcze innego wielkiego miasta, a ja do innego. Pojawiły się miłości, nowe znajomości, obaj założyliśmy rodziny i zupełnie straciliśmy kontakt.

I kiedyś przyszedł czas wspomnień, to był jeden z takich dwóch dni w roku że ma się wolny czas, do tego stopnia, że zaczynasz przypominać sobie dawne dzieje, i wtedy przypomniałem sobie o Marcinie. I o tych wszystkich ludziach, których miałem gdzieś w pobliżu siebie przez całe swoje życie. Jesteśmy my, jak i oni, zaganiani, skupieni na swoich problemach, pracy, rodzinach umykamy gdzieś do innych ludzi, miast i miejsc, i dopiero po latach, kiedy w głowie otwiera się szufladka z jakimś tematem z przeszłości, ci ludzie razem z nim wracają.

W jedną z takich niedziel, kilka lat temu - w ostatnią niedzielę letniego urlopu, kiedy miałem czas tylko dla siebie postanowiłem odszukać Marcina, pogadać przez telefon, powspominać. Jakoś z tych wszystkich młodzieńczych znajomości tej jednej zaczęło mi szczególnie brakować. W dobie Internetu znalezienie kogoś to przecież żadna wielka sztuka.

Marcin zmarł nagle, w swojej pracowni w jeden z Wielkich Piątków kilkanaście lat temu. Był doskonale zapowiadającym się, odnoszącym pierwsze sukcesy, młodym malarzem.
Podlegam charakterystycznej nie tylko dla mnie sprzeczności. Wynika ona z potrzeby skrywania i ochrony sfery prywatnej i jednoczesnego przekonania, że właśnie w prywatności rozgrywają się te istotne dla naszego człowieczeństwa sprawy, o których chciałbym mówić. Prywatność jest nie tylko cechą, ale i treścią mojego przekazu. W prywatności zdarza się przeżywać wielkie dramaty, lecz zazwyczaj są to sprawy małe i nieważne, jak mała i nieważna wydaje się nam codzienność. Prywatność jest intymna i introwertyczna, nosimy ją ze sobą wraz z poczuciem wyobcowania i trudnością kontaktu. Daje nam ona również bezpieczeństwo przyzwyczajenia i przyjazności tego, co znajome. Są w codzienności sceny, sytuacje pozornie bez znaczenia, które jednak mogą pozostawić dojmująco silne doznanie (…)

Tyle o Marcinie, a jeśli chodzi o dzisiejszą płytę, to tylko gwoli uzupełnienia dwa nazwiska: Tennyson i Herzog. Ten pierwszy jest autorem motta, a z filmu drugiego czerpała Kate Bush - dokładnie ze sceny z Nosferatu Wampir, umieszczając fragment muzyki na stronie B dzisiejszej płyty w suicie Dziewiąta Fala (pisaliśmy o tym TUTAJ). Herzog jest też wymieniony przez autorkę w podziękowaniach na albumie... 

Zatem posłuchajmy i powspominajmy tamte minione lata, kiedy słowo muzyka na prawdę coś znaczyło.


Kate Bush - Hounds of Love, EMI 1985, producent: Kate Bush, tracklista: Running Up That Hill, Hounds of Love, The Big Sky, Mother Stands for Comfort, Cloudbusting, And Dream of Sheep, Under Ice, Waking the Witch, Watching You Without Me, Jig of Life, Hello Earth, The Morning Fog   

niedziela, 23 września 2018

Jesiennie: Jan A.P Kaczmarek i Orkiestra Ósmego Dnia - Czekając na kometę Halleya

 

Wyobraźcie sobie Państwo rok 1985, na bibule krąży Orwell - Rok 1984 (TUTAJ), w Polsce trwa okres chłodnej fali, w Jarocinie, gdzie bylem wtedy po raz drugi w życiu, króluje Variete, 1984, a Republika daje niesamowity koncert z nowym repertuarem i imagem. 

W pobliskim Domu Książki (było kiedyś coś takiego) z wystawy i okładki płyty spogląda na mnie jakiś ponury człowiek z brodą który trzyma rękę nad głową. Wydawca płyty - SAVITOR, co znaczy tyle, że tanio nie będzie. W tamtych czasach nie było możliwości odsłuchiwania płyt w sklepie. Kupowało się na czuja głownie kierując się wyglądem okładki. A były rarytasy, że wspomnę węgierski EAST, o którym na pewno tutaj napiszemy. 


Kupuję, wracam do domu, włączam adapter UNITRA. Szybko odkrywam, że ta muzyka smakuje najlepiej wieczorem, przy jednoczesnym oglądaniu przez okno zachodzącego słońca. Fidola Fischera, instrument smyczkowy na którym gra Kaczmarek, wyczarowuje absolutnie dołujące klimaty. Ale nie zapomnijmy że multiinstrumentalista używa też niewkacza i syntezatorów Yamaha DX 7 oraz Roland Jx3P, dodatkowo fletów i udziela się wokalnie. Poza nim na płycie występują: Grzegorz Banaszak i Maciej Talaga, którzy grają na gitarach, a sopranem śpiewa (w dodatku jak zaznaczono na okładce gościnnie) Ewa Iżykowska.  



Piszę list do Poznania, list fana do Teatru Ósmego Dnia. Dostaję plakat z autografami i małą wizytówkę teatru. Po latach Jan A.P. Kaczmarek robi karierę w USA, zdobywa nawet Oskara... 

Ale to co stworzył z zespołem wtedy w Polsce pozostaje zatopionym w czarnym winylu niesamowitym śladem tamtych lat. Śladem strasznego smutku, strachu, jakiejś głębokiej depresji, głosem dochodzącym gdzieś z ciemnej krypty, nad wejściem do której widnieje napis vanitas vanitatum et omnia vanitas... 

W drzwiach zastyga jakaś blada postać.  

Zastygła i czeka. 

Do dziś.



Orkiestra Ósmego Dnia - Czekając na Kometę Halleya Savitor, 1985, Producent:  Savitor, Państwowy Teatr Polski W Poznaniu, Tracklista: Czekając na Kometę Halleya, Warkocz, Spadanie, Brzeg, Polonez

środa, 20 czerwca 2018

Epitafium dla przyjaciela: Tangerine Dream - Ricochet


Straciłem przyjaciela - to tak, jakby umarła cząstka mnie. Razem z Jego sercem o które nie dbał, aż w końcu zatrzymało się, niczym zardzewiały zegar z braku nakręcania i naoliwiania. 

Zawsze imponował wiedzą. Dane nam było obcowanie z Geniuszem, a to zupełnie magiczne doświadczenie. Bo to na prawdę niespotykany typ ludzi. Co innego uważać się, co innego być. Ich nie interesują sprawy przyziemne, oni tego po prostu nie dostrzegają. Ich umysły nie widzą tego co my, lecz: pola tensorowe, wektory, cząstki elementarne i to co dzieje się w innych galaktykach. 

Opowiadał godzinami o czasoprzestrzeni koło czarnych dziur, światach równoległych, teoriach astronomicznych, i nie było to nigdy nudne. Choć dla mnie to zupełnie inna rzeczywistość, On w niej żył.  I żyje w niej teraz.

Poddany był odwiecznemu ostracyzmowi środowiska, które starało się go zniszczyć. Tacy którzy są lepsi, zawsze są niszczeni. Z uśmiechem hipokryzji na ustach. To wcześniej doprowadziło Go do pierwszego załamania - kilka lat temu. Wylądował wtedy w klinice psychiatrycznej. Ale wyszedł z tego, jak mawiał przybytku i zaczął stawać na nogi. Pomagaliśmy w tym, bowiem wiedzieliśmy że jest Wielkim Umysłem, choć dostrzec geniusz to też sztuka. 

Z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej. Wracał do żywych, odnosił coraz więcej sukcesów. Zaczął wzmacniać się  życiowo, a to znaczyło, że za jakiś czas stanie się już totalnie niebezpieczny, zbyt mocny, urośnie jako nazbyt silny konkurent. Więc rzucali mu kolejne kłody pod nogi, mocniej mobbingowali, jeszcze silniej hamowali rozwój. Nie poddawał się, coraz więcej pracował, coraz mniej dbał o siebie.   

Kiedy byłem z żoną na urlopie nie odzywał się do mnie. Chciał żebyśmy wypoczęli. Pojawiły się bóle w mostku. Dowiedziałem się o nich po moim powrocie, gdy rozmawiałem z nim kilka godzin.  Nie dał się namówić na wizytę u lekarza, mimo że nalegałem. W nocy już nie żył. Zegar się zatrzymał na godzinie 3:00. Nie cierpiał, nie miał na twarzy grymasu, leżał na lewym boku obok ulubionego fotela.

Na pogrzebie ci którzy go niszczyli udawali wzruszonych. 

Wyścig szczurów trwa dalej, dla nich wzrosły szanse na zwiększenie swojej przewagi. Zawsze jednego mniej.      

Czekaj na mnie Drogi Przyjacielu, wkrótce się spotkamy. Wtedy znowu położysz swoją głowę na moim ramieniu, popukasz mnie po nich i powiesz: Witaj. 

Później odejdziemy galaktycznymi drogami, gdzie pokażesz mi na żywo, jak to czarne dziury wciągają wszystko wokoło siebie, i jakie to jest niesamowite, wręcz fascynujące. I na pewno wtedy grać będzie Twoje ukochane Tangerine Dream i ich Ricochet.

Miejmy nadzieję, że to już niedługo.




Tangerine Dream - Ricochet, 1975, Virgin Records, Producent:  Tangerine Dream, Tracklista: Ricochet p.1, Ricochet p.2.

czwartek, 24 maja 2018

Opuszczone miejsca - niesamowite zdjęcia Jenn Brown

Miejsca w których zatrzymał się czas. Opuszczone dworce, szpitale, gabinety dentystyczne, domki letniskowe. Wszystko jakby właśnie wybuchła tutaj jakaś bomba, a ludzie wyparowali jak w Hiroszimie.. Albo jakby ogłoszono nagły alarm, który spowodował masową ewakuację, po czym uciekinierów uwięziono, żeby nie mieli okazji wrócić. 



Odrapane ściany szpitali psychiatrycznych ukrywają coraz mniej tajemnic, wraz z każdym kawałkiem odpadającej z nich farby. 



Na jednym ze zdjęć widoczne jest coś, co przypomina krzesło elektryczne wraz z aparaturą...  


Są na świecie miejsca, w których czułbym się nadzwyczaj dobrze. Przede wszystkim dlatego, że nie ma tam ludzi. Być może też dlatego, że otoczenie zestarzało się tak samo jak ja, dlatego tworzylibyśmy zwartą i harmonijną całość. 




Są na świecie miejsca  w których można by było spokojnie umrzeć. Takie miejsca uwiecznia dla nas Jenn Brown z USA. 



Zdjęcia są autorstwa Jenn Brown i pochodzą że strony  LINK

wtorek, 24 kwietnia 2018

Daj się postarzyć czyli spisek żarówkowy - kilka filmów, które każdy powninien zobaczyć

Żyjemy w świecie postarzania produktów, a postarzanie to odbywa się w dwie strony. 

Istnieje  postarzanie dodatnie i ujemne. Postarzanie przez postarzanie i przez odmładzanie.
 

Załóżmy istnienie produktu niemalże doskonałego. Do niego dążyć powinna każda firma. Teoretycznie. Produkt w stylu dawnego Windows XP. Intuicyjny. Dobrze działający. W zasadzie spełniający wymagania zwykłego użytkownika. Skoro taki idealny to każdy zainteresowany już go kupił. To z czego będzie żyła firma? 

Zaczyna się postarzanie dodatnie. Przestaje się produkt wspierać technicznie. Nie dostarcza się już programów antywirusowych i innych. 

Dziurawi się system. 

Hakerzy mają łatwiej. Produkt ląduje na śmietniku. 

Teraz można postarzać przez odmładzanie. Ujemnie, tak jak było w przypadku nylonu, żarówek czy lodówek. Powstają kolejne wersje programu (sprzętu). 

Niby proste i intuicyjne. 
Niby. Ale coraz bardziej komplikują życie użytkownikowi.
 

Syfem jest Word pracujący pod Windows 10. Tym samym jest widok tego systemu.
Firma dysponuje oprogramowaniem przywracającym stary widok. Nie za darmo. Dlaczego nie, skoro stara wersja była płatna?
 

Postarzanie dotyczy nie tylko komputerów. Oprogramowania. Drukarek które wyłącza specjalny chip. 
Zwykłych artykułów codziennego użytku. Samochodów. Pralek. Lodówek.
 

Koniec okresu gwarancyjnego to koniec działania. 

Wszystko przestaje działać. Koszty naprawy zazwyczaj przewyższają koszty zakupu czegoś nowszego... 

Samochód naprawi władca specjalnego oprogramowania. Program piracki wykrywany jest natychmiast po podłączeniu się do sieci. Programy antywirusowe czyszczą każdy mikron kwadratowy powierzchni wszystkich twardych dysków na świecie.

Postarzane są także rośliny i zwierzęta. 


Towary sklepów zoologicznych. 

Akwaryści mówią. Ryby ze sklepów maja nikłe możliwości rozmnażania. Chemiczna kastracja. Postarzanie. Trzeba dbać o sprzedaż. 

Ryby kupowane jako kolorowe bledną. Barwnik spod skóry jak tatuaż nowego świata. Sztucznie wstrzykiwany na Tajwanie. Wypłukuje się. 

W domu produkt po czasie traci atrakcyjność. Sprzedany. Z drugiej strony szklanego pudełka patrzy smutna bladość.
 

Rośliny - wszystkie po okresie bujnego wzrostu giną. Efekt wczepienia im śmierci genetycznej. Zaprogramowane jak komputerowe drukarki z chipami na poziomie nano DNA.

Ludzie? W swoisty sposób postarzani. 


Antybiotyki w żywości. Metale ciężkie w rybach.  Jesteś tym co jesz.

Łosoś? Komu łososia norweskiego? 
Chowany w zaiste dzikich warunkach.



Pangę może? Żyje w śmieciach i nimi się odżywia. 

 

A może kurczaczka, lub jajeczko z ekohodowli?


Leki? Masowo kupowane supporty diety i leki testowane na zwierzętach. Bohaterzy testów jak muzycy rock and rolla żyją szybko i umierają młodo. Zbyt krótko, by wystąpiły objawy uboczne. 

Leki antynowotworowe jak pojazdy spalające litr benzyny na sto kilometrów. Licencje produkcji wykupione śpią w kasach pancernych koncernów farmaceutycznych. I producentów ropy.

Rozwija się na masową skalę Spisek Żarówkowy, tylko nie dotyczy on już żarówek i nylonu. 


Zapiski upadającej cywilizacji....



sobota, 17 marca 2018

Łyse manekiny, czyli o tym jak świat staje się bezpłciowy

Byłem ostatnio w dużej galerii handlowej. I w sumie nic w tym niezwykłego gdyby nie fakt, że ze zdziwieniem zauważyłem "równość płciową" a w zasadzie bezpłciową, manekinów z różnych sklepów z odzieżą. Kilka różnych sklepów, manekiny białe lub czarne, ale wszystkie bezpłciowe, łyse i płaskie. W zasadzie nie ma różnicy między kobietami a mężczyznami. Pamiętam jak kilka lat temu studiowałem podręcznik do biologii mojego dziecka, lekcja o różnicach między kobietami a mężczyznami, kształt twarzy, biodra, piersi, wzrost i tak dalej. Czyżby dzisiaj to wszystko przestało mieć znaczenie? To pierwszy etap, bowiem w sklepach są jeszcze działy męskie i damskie ale tzw. moda "unisex" staje się coraz bardziej powszechna. Znajomy opowiadał mi ostatnio, że przeprowadzał egzamin na uczelni, około 70 studentów w grupie, zdecydowana większość dziewczyn. W spódniczce 2 (słownie sztuk dwie). Reszta w spodniach...   

Świat staje się bezpłciowy. Wciskają nam, ze nie ma różnic między płciami. Indoktrynacja jest głównie prowadzona przez Internet. Młodzi ludzie są tam odmóżdżani, pozbywają się wrażliwości, stają się mniej czuli. Po prostu są indoktrynowani non stop. Młodzi dzisiaj bez Internetu "nie dają rady". Czy nie są przerażające te tłumy z telefonami na ulicach? Włażące pod koła samochodów na pasach drogowych... 

Albo inny przykład: siedzi para wiek około 17 lat, w knajpce, gra nastrojowa muzyka. Chłopak zamiast porozmawiać i patrzeć dziewczynie w oczy, patrzy w ekran telefonu. Dziewczyna robi to samo. Nie jest wykluczone, że w tym czasie porozumiewają się (i to ze sobą!) za pomocą jakiegoś komunikatora... Ta powszechność uzależnienia od Internetu jest wykorzystywana przez takie typy, jak projektanci bezpłciowych manekinów. Młodzi łatwiej dają sobą manipulować, często nie zdają sobie zupełnie z tego sprawy. Z  młodymi bardzo trudno przez to nawiązać kontakt. Jakiś rok temu słyszałem w radio wywiad z chłopakiem, wtedy 16 letnim, mieszkającym z matką. Owszem uczy się ale minimum - tyle żeby zaliczyć. Całe dnie i noce gra w gry lub serfuje po Internecie. Nie ma planów, zainteresowań. Jak umrze matka, będzie myślał, teraz konieczności nie widzi. Ciągnie go świat który odkrywa, zakazane owoce jakie znajduje w sieci. Piętro pode mną mieszka matka z synem. Chłopak całe noce przy komputerze, nie interesuje się niczym innym, nigdy nie widziałem go w towarzystwie rówieśników czy z dziewczyną. Kiedyś mieli psa to czasem go wyprowadzał. Teraz spotykam go od święta - wygląda jak zombie. Blady, niedożywiony, zapadnięte oczy...   
   
I tak oto od bezpłciowości manekinów doszliśmy do bezpłciowości człowieka, zaliczając po drodze rolę Internetu. Może ja po prostu jestem niedostosowany do dzisiejszych czasów?    
  

czwartek, 8 marca 2018

Recykling Franciszki R.

Franciszka R. urodziła córeczkę Bożenkę. Bardzo się z mężem cieszyli. Wysyłali ją na kolonie nad morze i opiekowali się najlepiej jak umieli. 

Bożenka skończyła szkoły i studia. 

Zmarł mąż Franciszki R., za to Bożenka wyszła za mąż i urodziła dzieci. Franciszka R. opiekowała się nimi, odprowadzała do przedszkola, przyprowadzała ze szkoły. Zajmowała się też ich psem.

Po pewnym czasie jakiś trybik w mózgu Franciszki R. przestał działać. 

W tym czasie dzieci Bożenki pokończyły szkoły, założyły rodziny, spłodziły swoje dzieci, a trybik nadal nie działał. Mąż Bożenki wyjechał za granicę, za pracą, wracał jednak co dwa tygodnie do domu na weekendy.

W związku z awarią trybiku w mózgu Franciszki R. Bożenka postanowiła wysłać ją na kolonie, ale nie gdzie sama jeździła, czyli nad morze, tylko do domu opieki społecznej. 

Niczym kiedyś matka ją, Bożenka odwiedzała matkę, ale nieczęsto. W dni powszednie była zmęczona pracą, a w weekendy lubiła pić i bawić się, zwłaszcza, że wtedy wracał z zagranicy jej mąż.  

Kilka dni temu Franciszka R. zmarła. Przez uszkodzony trybik w mózgu do końca życia myśląc, że jest na koloniach. 

W prasie pojawił się nekrolog: Zmarła nasza najukochańsza: mama, teściowa, babcia i prababcia. I kondolencje, najszczersze, dla Bożenki i jej rodziny.    
   

środa, 7 marca 2018

Zalecenia na przeżycie, dawka 2

Przyszedłem przed czasem, nie spóźniam się nigdy. Poczekam w ciasnym korytarzu, są jakieś dzieci. Siadam. 

Jeden chłopak pyta: Pan do pokoju 74? 

Zaprzeczam: Nie ja pod 72, ale mam jeszcze jakieś 25 minut.  

Drzwi się otwierają.

Ona: Zapraszam pana

Ja: Ale chyba ktoś powinien być przede mną

Ona: Nikogo nie ma, zapraszam

Siadam. Rozmawiamy. Że tak właściwie nie powinno być.

Mówi: Wie pan, u mnie też nieraz na głowie świat stoi. Ci wielcy lekarze też się mają za nie wiadomo kogo. Ostatnio jakiś młody przyjął człowieka z krwotokiem wewnętrznym, prawie nie żył. A profesor na to: jak mogłeś TO przyjąć... TO - wyobraża sobie pan? I przy pacjencie...

Albo taki egzamin specjalistyczny jaki mam w kwietniu, klasyfikacje nowotworów się zmieniają, kiedyś trzeci stopień raka to dziś pierwszy, wszystko pamięciówka. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest, że profesorzy z komisji mają często odmienne zdanie na temat metod leczenia i trudno trafić. Jeden może odpowiedź uznać i kiwa z uśmiechem głową, za to drugi w tym samym czasie krzyczy: zabiłaby pani pacjenta! 

W zasadzie taki zdający młody lekarz jest nikim...

Odpowiadam: Kiedyś myślałem: awansuję - będę kimś. Awansowałem i byłem nikim, więc myślałem, że jak kolejny awans to będę kimś.  I przyszedł kolejny i znowu byłem nikim. Teraz jestem szefem i jestem nikim. Każdy ma kogoś nad sobą, dla kogo ci niżej zawsze będą nikim...

Zapytała: Jak leki? Czy depresja się zmniejszyła? A jak sen?

Odpowiadam że śpię, że świat teraz inny bardziej kolorowy, że w zasadzie to leki się kończą...

Mówi spokojnym głosem: Wypiszę panu recepty na kilka miesięcy, ale zapiszę daty kiedy jestem, jakby coś się działo, proszę przyjść   


Mówię jej, że jeszcze taki problem, że chciałbym zwolnienie ze spotkań zarządu bo tam jestem nikim, mimo że ona twierdzi inaczej. Że fakty twierdzą inaczej.

Kiwa głową i uśmiecha się: wypiszę panu na ten rok i właściwie na następny też, nie ma sprawy

Zabieram tę stertę, dziękuję, są jeszcze na świecie lekarze, wychodzę, kupiłem sobie kilka miesięcy spokoju.

Zwyciężyłem?


środa, 21 lutego 2018

Zalecenia na przeżycie, dawka 1

Doktor powiedziała: test Becka wskazuje, że nie jest dramatycznie, to w pewnych okolicznościach wytłumaczalne, do maksimum skali mamy jeszcze trochę, choć nie za wiele. Właściwie powinien zająć się tym specjalista. 

Powiedziałem: nie chcę. Proszę mi pomóc. 

Powiedzą: leczy się u specjalisty = wariat.

Dodała: Jak długo to trwa?

Odpowiedziałem: Jakieś 5 lat.  Pięć lat. V lat. Lato, wiosna, zima, jesień, urlop, praca, święta, sen płytki, kilka godzin 3, trzy, III, no maksimum 4. Myśli, natłok taki, że pod powieką szybko rozbłyskuje  ostre światło. Nie daje zasnąć. Jest dobrze - obawa, że pójdzie źle. Jest źle - obawa, że nie pójdzie dobrze.

Zapytała: Jakieś głosy?

Zaprzeczyłem:  Nie, nie jeszcze, choć wiem, czytałem, że zaczną wołać, kiedy osiągnę maksimum skali. Będą zachęcać, prowokować, namawiać, obiecywać.

Przerwała: Nie powinien pan teraz być sam, czy bliscy to rozumieją?

Byłem szczery: Nie. Oni obwiniają, weź się, dasz radę, przecież jest dobrze, śpij.

Zaproponowała: To może kilka dni urlopu, powiedzmy tydzień? 

Pokiwałem przecząco głową: Muszę pracować, zaległe kontrakty, wyjazdy w delegacje w następnym tygodniu, nawet dziś muszę jeszcze...

Uśmiechnęła się: no tak. Włączymy białe tabletki, 7.5 mg. Proszę przed snem, a jak się nie uspokoi, to również rano.

Miligramy Zopiklonu, dla przypadków znacznego wyczerpania pacjenta, powodują uspokojenie. I później jeszcze, zaraz przed snem, zielone tabletki, 50 mg, Opipramol, żeby pan się nie bał. 

Mam znajomego, zapytam co jeszcze, jeśli nie pomogą, skoro pan nie chce specjalisty. Proszę zajrzeć do mnie za 1, I, jeden, miesiąc, ocenimy efekty. 


niedziela, 18 lutego 2018

Hotelowe hospicjum

Kiedyś nie lubiłem wyjazdów. Od kilku lat jednak uległo to zmianie, i teraz wręcz tęsknię za samotnymi popołudniami i wieczorami w hotelach. Myślę, że gdyby było mnie stać na opłacanie rachunków, to chętnie bym tutaj zamieszkał na stałe. 

Wreszcie można wyrwać się z tego kołowrotka. Wreszcie można spokojnie położyć się w ciszy, i wsłuchać w samego siebie. W zupełnym bezruchu nie myśleć o niczym. 

W absolutnej głuszy pojawia się rozrastające pulsujące światełko, które po pewnym czasie ulega spłaszczeniu i ewoluuje w lustro wody. Na tafli wolno powstają pierwsze zaburzenia - fale. Ale nie są to fale takie które można zobaczyć nad morzem, czy jeziorem. Tafla drży, tak jakby woda rezonowała i odbijała drgania czegoś rażonego prądem.   

Nie można określić czy to sen, czy jawa, bo myśli nie ma. Jest tylko widok drgającej tafli, która nagle, niczym ocean z Solaris Lema, zaczyna tworzyć siwy aerozol, i w końcu przyjmuje kształt jasnego tunelu. Z jego głębi, za matowym ekranem z mgły sączy się białe, ciepłe, przyjazne światło. 

Wyciągam ku niemu rękę i czuję, że jest mi tak dobrze, jak nigdy przedtem. Zaczynam podążać w jego kierunku.

środa, 14 lutego 2018

Jesteśmy ofiarami gigantycznego technologicznego oszustwa !

Czy nie jest zastanawiające, że sprzedając jakiś produkt, firma ma już opracowane jego kolejne wersje - "nowsze", "lepsze" i o "wyższym poziomie zaawansowania"? Ostatnio niestety, często jest tak, że "nowsze" wcale nie oznacza "lepsze", w związku z czym przeglądarki internetowe, czy programy komputerowe, zamiast stawać się coraz bardziej przydatne i intuicyjne, stają się coraz bardziej zagmatwane. Wystarczy spojrzeć na ewolucję systemu Windows czy przeglądarki Firefox... 

Czy nie jest ciekawe, że strony internetowe stają się coraz bardziej przeładowane, tak aby nie można ich było oglądać na starszej generacji urządzeniach? A nawet jeśli firma kiedyś dbała o produkt i da się za jego pomocą owe strony jakoś załadować, to firma zawsze może przez sieć pogrzebać w bebechach urządzenia i sprzęt spowolnić, jak robi to na przykład Apple z niektórymi starszymi telefonami...

Czy nie jest dziwnym to, że system Windows najnowszej generacji nie obsługuje starszych typów drukarek, i nawet jeśli posiada się w pełni sprawną drukarkę, to i tak trzeba się jej pozbyć, bowiem na stronie producenta dawno już nie wspiera się sterownikami starszych produktów (to samo Microsoft zrobił z systemem Windows 7, chyba dotychczas najlepszą wersją tego produktu). 

Ten sam problem dotyczy np. nawigacji satelitarnej, dostajemy zapewnienie o "dożywotnim" wsparciu producenta ale słowo "dożywotni" opatrzone jest gwiazdką, która oznacza, "dożywotnio" w znaczeniu "jak długo firma będzie supportować ten produkt". 

Powiedzmy szczerze, padamy ofiarami gigantycznego technologicznego oszustwa. Grzebią nam w komputerach, lokalizują za pomocą telefonów, szperają w naszych tabletach, czytają maile, musimy zakładać konta żeby używać czegokolwiek, co owocuje masowym spamem w naszych skrzynkach. 

Na stronach internetowych bez naszej zgody odtwarzają filmy i reklamy wciskające nam do głów badziewie informacyjne. Wrzucają nam bez naszej zgody ulotki do skrzynek pocztowych, które przecież należą do nas. Na parkingach, gdzie w parkomacie notują nasz numer rejestracyjny i czas pobytu, wkładają za wycieraczki naszych samochodów tony makulatury.  Boję się nadchodzącej ery tzw. "internetu rzeczy", kiedy zaczną nam grzebać w pralkach, lodówkach, kuchenkach czy sokowirówkach. 

Tęsknię za epoką radia lampowego. Za spokojem, za czasami kiedy człowiek przez całe życie przyswajał tyle informacji, ile teraz dostaje w ciągu kilku miesięcy.   

Czy zwykły, szary obywatel ma jakieś szanse żeby sobie z tym wszystkim poradzić?

poniedziałek, 12 lutego 2018

Muzycy samobójcy zmarli w 2017

Butch Trucks - jeden z założycieli the Allman Brothers Band, popełnił samobójstwo 24.01.2017 a prawdopodobną przyczyną śmierci było postrzelenie się w głowę. Miało to miejsce w jego domu w West Palm Beach w obecności żony. Kiedy przybyła Policja jeszcze żył. Przyczyną samobójstwa były problemy finansowe. Postrzegany był jako jeden z najlepszych perkusistów w historii rocka.   

Piosenkarz popowy i nowofalowy Tommy Keene zmarł 22.11.2017 w wieku 59 lat. Zgodnie z doniesieniami "odszedł nieoczekiwanie we śnie". Innych okoliczności śmierci nie podano. Keene zyskał uznanie w latach 80-tych dzięki przebojom takim jak "Places That Are Gone." Współpracował z takimi artystami jak Robert Pollard, the Goo Goo Dolls, czy T-Bone Burnett.
 
Chester Bennington - wokalista i lider Linkin Park - powiesił się w Los Angeles w swoim domku na wsi 20.07.2017, w wieku 41 lat. Był uzależniony od alkoholu i narkotyków, miał depresję której powodem było, doznane w dzieciństwie. molestowanie seksualne przez starszego chłopca. Poza  Linkin Park tworzył w zespołach Xero, the Stone Temple Pilots, Death by Sunrise, i współpracował z Chrisem Cornell. Bennington i Cornell, który także popełnił samobójstwo w tym samym roku byli bliskimi przyjaciółmi.
 
Chris Cornell - lider Soundgarden i Audioslave - zmarł po koncercie w Detroit w wieku 52 lat. Cierpiał na depresję, która była prawdopodobną przyczyną śmierci przez powieszenie. Stworzył takie przeboje jak "Black Hole Sun" czy "Spoonman." Popełnił samobójstwo podczas tasy koncertowej.


Do tej grupy dołączy pewnie wokalistka the Cranberries Dolores O'Riordan, której przyczyny śmierci nie zostały jak na razie podane do wiadomości, ale co do nich istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, o czym pisałem TUTAJ.

Wszyscy muzycy zmarli w ubiegłym roku opisani są tutaj. 

niedziela, 11 lutego 2018

Mrowiska

To się rodzi o świcie, kiedy czerwone słońce wspina się lekko nad horyzontem, a wyraziste obrysy drzew swoimi kikutami wchodzą w oczy.

Pierwsze mrowiska otwierają się, a mrówki zaczynają szybko poruszać, tak jakby chciały przed czymś uciekać. Wsiadają do swoich pojazdów, -jedno czasem wielośladowych i przemieszczają się w kierunku innych mrowisk. Mrowiska ulegają przegrupowaniom, jedne zostają puste, za to inne zapełnione. Mrówcze stada są niczym lepka, brunatna ciecz przepływająca między naczyniami.

Wskaźniki zużycia energii gwałtownie galopują gdy mrówki zaczynają swoją pracę. Później na jakiś czas przegrupowania ustają. Mrówki pracują mozolnie, po czym po wyrobieniu norm, natychmiast zaczynają przegrupowania do innych mrowisk. Niektóre wracają do swoich pierwotnych, część po drodze - zanim dostaną się do domów, odwiedza kolejne mrowiska, gdzie jeszcze inne mrówki wykonują dla nich swoją pracę.

Nad miastami zapada noc. Czerwone słońce mozolnie dotyka horyzontu. Jutro znowu wzejdzie. 

czwartek, 8 lutego 2018

Jesteśmy martwymi atomami


Prawo zachowania masy zobowiązuje. 

Ludzie, zwierzęta, rośliny - wszystko to żyje. Ale upływający czas powoduje, że nic nie jest wieczne. Wszystko to umiera w bezlitosnym entropowym wzroście, bo nic nie jest trwałe. Dlatego ludzie, zwierzęta, rośliny - wszystko to umiera.

Skorupa ziemska, bo do płaszcza Ziemi raczej zbyt daleko, gromadzi ciała: ludzi, zwierząt i roślin. Powietrze wypełniają atomy smaku i zapachu ich rozkładu. Ciała zmieniają się w prochy. Prochy atomizują się i zaczynają cyrkulować jako atomy. 

Małe rośliny żeby być duże - potrzebują atomów. Małe zwierzęta żeby być duże - jedzą rośliny. Ludzie chcą być wielcy, jedzą rośliny i zwierzęta.

Prawo zachowania masy zobowiązuje. 
 
Bóg to tak stworzył. I to jeden z dowodów na Jego istnienie.