Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mojej płytoteki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mojej płytoteki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2025

Z mojej płytoteki: Cinema Strange i The Astonishing Eyes of Evening - surrealistyczne i zdumiewające oczy wieczoru


Oko, spogląda przez dziurkę, niczym w fotoplastykonie. Wewnątrz biało - czarno - srebrna książeczka, wszystko utrzymane w stylistyce starego kina. Całość, nawet bez słuchania muzyki, wprowadza nastrój grozy i jednocześnie zaciekawienia. 

Tak prezentuje się drugi album (z 2002 roku) Cinema Strange, o którego stylistyce batcave pisaliśmy TUTAJ. Płytę nagrywano od stycznia do sierpnia 2001 roku, z wyjątkiem utworu Speak, Marauder! który pochodzi z października roku 2000. 

Zajrzyjmy zatem do tego dziwnego fotoplastykoniu... 

Pierwszy tytuł: Reveil En Sursaut D'Un Rêve, czyli z języka francuskiego: Nagłe przebudzenie ze snu wprowadza nas w klimat... Idealnie pasuje on do okładki, gra stara zdarta płyta, coś a la nasze rodzime Stare Kino z niezapomnianym Janickim... Nagle płyta się urywa, jakby pchnięta przypadkiem iglica wędruje do drugiego utworu: 'Ere The Flowers Unfold, czyli Zanim Nadejdzie Świt, gdzie Cinema Strange raczą nas staroangielskim Ere, czyli Before. No i tutaj się zaczyna na poważnie...

Być może tekst tego utworu ma podteksty e###yczne, ale naszym zdaniem jest to przenośnia literacka nawiązująca do okładki. Chodzi tutaj raczej o rozpaczliwy krzyk narratora, który jest manifestacja tęsknoty lub potrzeby kontaktu z innymi, a potrzeba ta staje się fizycznie niekontrolowana. Narrator pod koniec piosenki wprowadza motyw nocy, którą określa jako rozkwitający, bezwonny kwiat, co symbolizuje koniec tego intensywnego stanu. Autor wycofuje się,  i zrywa z niemożliwością spełnienia swoich oczekiwań. Pełnia wyzwolenia...


Napięcie rośnie, klimat się rozwija... Dead Eyes Open, Or, How The Woman In The Attic Fled, Never To Return, co można przetłumaczyć jako Martwe oczy się otwierają, czyli jak kobieta ze strychu uciekła to typowe klimaty zespołu, artyzm z jakim budują napięcie w tej piosence to mistrzostwo świata... 

Część Pierwsza

Moje oczy są suche i zimne we wnętrzu portretu… Jestem woskową, stwardniałą od czasu postacią ale widzę szeroko. Grzyb i mróz dotknęły mojego awersu, a ja...

– Czy on się zastanawiał gdy wędrował w młodych latach? Czy zapomniał, że umarłem? Jest starszym, brzydkim, a jednocześnie pięknym dzieckiem… jest mgłą na siatkówce. Daleko, daleko, pochylony i skręcony, jęczę i piszę!

Część Druga

Nie latam, nie chodzę, dziurkowany jak zasłony, wiszę w wilgoci wiosny! Słyszałem swoje własne skrzypienie przez tyle lat; wiem, że coś nadchodzi… Nie demon, nie szybko, stopniowo pękające szkło… moje kolana się pode mną załamią! Nosiłem swój własny ciężar przez tyle lat; wiem, że ziemia się rozpuszcza. Nie pod, nie za, nie wolno i ospale… Jestem daleko, poddaszowy, bez mrozu i niepoplątany!

Część Trzecia

Czy on się nie zastanawiał? Zaskoczę go! Czy zapomniał? Przypomnę mu! Proszę, trzymaj moją rękę, piękny brzydki człowieku! Przyszedłem, uwolniony, ale my znów znajdziemy mróz! Zawroty głowy i zakręty, nie musisz nigdy chodzić; będę cię nosić, trzymać, wcześnie i oślepiony! Mój syn nie jest ciężarem, jestem starożytny z siłą smutku!

Autor nawiązuje tutaj (z perspektywy portretu) do starości, tej, która czeka każdego z nas. Wtedy człowiek skłonny jest do refleksji, zaczyna zastanawiać się czy ktoś go pamięta, czy potrafi dostosować się do zmian świata, jakby czas oddzielił go od życia w młodości, za którym tęskni... Chyba takie uczucie przeżywa (w odpowiednim wieku) każdy z nas... W tym samym czasie mamy świadomość zmieniającego się ciała i ducha. Stajemy się dziurawi jak zasłona, jesteśmy świadomi rozpadu, który nas dotyka jako efekt upływu czasu (takiego stanu sam ostatnio doświadczam). Ziemia, zaczyna się rozpuszczać,  - co może symbolizować kruchość ludzkiego istnienia, niepewność i zbliżający się koniec, który przyjdzie do każdego z nas... W trzeciej części utworu narrator prosi o pomoc i uświadomienie mu przez kogoś (może bliskiego?), że mimo wieku wciąż jest on zdolny do miłości i troski. Zakończenie podkreśla, że nawet jeśli zbliżają się trudne czasy, to takie właśnie uczucie staje się źródłem siły na dalsze życie.
 

Resumując - każdy potrzebuje bliskości, żeby znieść zmiany niesione przez czas.

Po tym poetyckim utworze pora na kolejne wielkie dzieło, czyli Catacomb Kittens, Kociaki z Katakomb... Niesamowity klimat, i bardzo surrealistyczny, dość trudny do interpretacji tekst. Być może chodzi w nim o ucieczkę przed stworami ciemności...

Speak, Marauder! nieco spowalnia rytm. Tekst tej piosenki jest pełen mrocznych, niepokojących obrazów i symboliki, która przywołuje obrazy cierpienia, śmierci, a także beznadziejnej wędrówki przez mroczny, nieprzyjazny świat. Motywy kruka, krzyków, okaleczeń i mózgu ze słomą zdają się sugerować stan wewnętrznej destrukcji, bólu i strachu, narrator staje się częścią lasu, mroku i zimna. Piosenka opisuje stany traumy, śmierci i ponownego narodzenia - postać narratora zmienia się w coś nieznanego i niepokojącego, a zarazem staje się częścią większego, ciemnego świata, a autor nie ma szans ucieczki przed mrokiem, który go pochłania. Mathilde In The Dirt to w naszej ocenie najsłabszy utwór na płycie, przejdźmy zatem do Legs And Tarpaulin. I tu ponownie dość trudny do interpretacji tekst, być może chodzi w nim o opis upadku, chaosu i postradania zamysłów... Z wkładki albumu dowiadujemy się, że tekst bazuje na opowieści E.A. Poe - King Pest, co wiele wyjaśnia.  

Finger Broken Branches jest instrumentalny, podtrzymuje klimat. 

Do końca pozostały: Tomb Lilies i The Red And Silver Fantastique And The Libretto Of The Insipid Minstrel. Pierwszy jest mocno eksperymentalny, drugi to niesamowity walczyk... Narrator opisuje utratę materialnych przedmiotów, ale też towarzyszącą temu samotność i wewnętrzny ból. Połączenie kolorów (czerwony i srebrny) z późniejszym opisem brzydoty i plam może symbolizować utratę poczucia siebie i finalnie upadek.

Ponury to i dziwny fotoplasikon...

A dla nas seans ciągle trwa. Do ostatniej minuty.

Co się dzieje dziś z zespołem pisaliśmy TUTAJ




Cinema Strange, The Astonoshing Eyes of Evening, producenci: Ashkelon Sain i Cinema Strange, EFA, 2002. Tracklista: Reveil En Sursaut D'Un Rêve, 'Ere The Flowers Unfold, Dead Eyes Open, Or, How The Woman In The Attic Fled, Never To Return, Catacomb Kittens, Speak, Marauder!, Mathilde In The Dirt, Legs And Tarpaulin, Finger Broken Branches (Instrumental), Tomb Lilies, The Red And Silver Fantastique And The Libretto Of The Insipid Minstrel.

niedziela, 12 stycznia 2025

Z mojej płytoteki: Marek Grechuta i Anawa - Korowód, płyta ponadczasowa

W swojej kolekcji posiadam wiele starszych płyt, ta jest właśnie jedną z nich - ze zbiorów ojca... Breakoutów oddałem koledze, zachowując najcenniejszy album z autografami. Zachowałem również dziś omawiane wydawnictwo, ponieważ jest to płyta absolutnie ponadczasowa. To jedna z płyt, które powinny być wizytówką polskiej muzyki alternatywnej, czegoś na granicy awangardy, poezji śpiewanej i art rocka. Marek Grechuta, którego wszyscy kojarzą z późniejszymi dokonaniami, artysta który po latach stał się gwiazdą wielkiego formatu, i którego (jak wiele gwiazd) nie ominęły życiowe kłopoty, na tym albumie prezentuje zupełnie nietypowe oblicze. To oblicze pseudo hippisowskie (wśród muzyków jest Marek Jackowski - przyszły założyciel Maanamu) zmieszane z klimatem krakowskiej Piwnicy Pod Baranami i cyganerii, artystów i poetów. Jak na owe czasy, a jest to wydawnictwo z 1971 roku, cały ten koncept pięknie oddaje okładka autorstwa T. Kalinowskiego - rozszalałe burzą niebo, pioruny, tęcza a wszystko to nad kroczącym dumnie korowodem muzyków. A jest ich całkiem sporo, bo poza Markiem Grechutą (śpiew) i Markiem Jackowskim (gitara i brać), jest wśród nich Jan Kanty Pawluśkiewicz (fortepian, aranżer i kierownik muzyczny), Jacek Ostaszewski (flet i kontrabas), Eugeniusz Makówka (perkusja), Anna Wojtowicz (wiolonczela), Tadeusz Kożuch (altówka) i Zbigniew Paleta (skrzypce). W tamtym czasie wielkim rarytasem było umieszczenie przez wydawnictwo Muza winylu w kopercie, która po rozłożeniu, daje nam plakat (autorstwa Kalinowskiego i Gołąba) ze zdjęciem muzyków na pomarańczowym tle. I wszystko to za jedyne 65 PLN.

Zresztą owo zdjęcie zdaje się oddawać klimat tamtych czasów, który został uwieczniony w filmie pt. Korowód w reżyserii K. Brzozowskiej i R. Kubiaka z 1972 roku. Zobaczmy fragment:

 

Film jest bardzo krótki, trwa zaledwie 25 minut, niestety nie jest dostępny w sieci.

Już sam początek albumu wprowadza nas w jakieś bardzo psychodeliczne klimaty - instrumentalny Widzieć więcej - jedyna piosenka na albumie autorstwa Marka Jackowskiego wskazuje, z czym będziemy mieli tutaj do czynienia. Kto by pomyślał, że kilkanaście lat później Dead Can Dance z 4AD podryfuje brzmieniowo w podobnym kierunku. Kantata z początkiem w klimacie poprzedniego utworu, z muzyką Jana Kanty Pawluśkiewicza i tekstem Jana Zycha to pogłębienie klimatu psychodeli. W zasadzie album zaczyna się na dobre tą piosenką. Piękna to mało powiedziane... Klimat lata, wieś przed burzą. A może chodzi o kontrast między wsią a miastem? O człowieka rzuconego z prowincji w zgiełk miasta, gdzie kończy swoje życie...


Chodźmy autorstwa Marka Grechuty to lekki utwór o poszukiwaniu przeznaczenia. Ale jest w nim też bardzo spokojny fragment o poszukiwaniu prawdy w życiu... Świecie nasz autorstwa Pawluśkiewicza i Grechuty to jeden z największych hitów płyty. Swoistego rodzaju apel o spokój, wyciszenie, jasne dni i ciszę. Nowy radosny dzień - to kolejny utwór instrumentalny, tym razem autorstwa Pawluśkiewicza, a po nim następny hit - Dni, których nie znamy, Pawluśkiewicza z tekstem Grechuty. Chyba największy przebój artysty... Natomiast moim faworytem z tego albumu jest chyba najpiękniejsza ballada polskiej muzyki - Ocalić od zapomnienia, gdzie do wiersza Gałczyńskiego muzykę napisał Marek Grechuta...

Korowód to mocna psychodela z tekstem Leszka  Aleksandra Moczulskiego i i muzyką Grechuty. Jakże aktualny dzisiaj tekst, mimo upływu lat... No i to solo na flecie...

Album kończy piosenka Niebieski młyn z muzyką Pawluśkiewicza i słowami Tadeusza Śliwiaka. Ciekawy tekst, można z nim dopatrywać się wątków religijnych, no i jest on ponownie podsumowaniem czasów, nie tylko tamtych, ale i tych w których żyjemy...

Wszystko jakże aktualne, mimo upływu lat... 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Marek Grechuta i Anawa, Korowód, producent: Z. Gajewska, Muza 1971, tracklista: Widzieć więcej, Kantata, ChodźmyŚwiecie nasz, Nowy radosny dzień, Dni, których nie znamy, Ocalić od zapomnienia, Korowód, Niebieski młyn.


         

piątek, 20 grudnia 2024

Z mojej płytoteki: Na rynku jest dostępny winyl/CD "DEMO 1983" z zimnofalowego okresu KSU


Jakiś czas temu opisywaliśmy na naszym blogu wydawnictwo KSU pt. DEMO 1983 (TUTAJ). Dziś krótki przedświąteczny wpis, dowodzący faktu, że ktoś na naszym rynku muzycznym jest bardzo czujny. Próbowaliśmy przez muzyków zespołu dotrzeć do demo kasety z tamtego okresu, jednak uzyskaliśmy odpowiedź, że nie posiadają jej w swojej kolekcji. Za to jak widać posiadał ją ktoś inny, i tak oto kultowe nagrania można zdobyć na obu nośnikach, czyli CD i winylu.  My dziś opisujemy winyl wydany przez ... Właśnie, przez kogo? Płyta nie ma wydawcy, więc jest to bootleg absolutny. Jak na bootleg przystało, wydany jest dość skromnie, choć nie do końca, bowiem wewnątrz umieszczono wkładkę z tekstami i zdjęciami kapeli z okresu, kiedy realizowano nagrania. Podobne zdjęcia umieszczono na labelu. Ale co najważniejsze, jest też foto oryginalnej wkładki z kasety:
 

Niestety informacji w wydawnictwie jest niewiele. Szkoda, bo skoro już takie arcydzieło wyszło na naszym muzycznym rynku, może warto było zapytać artystów o inspiracje i kulisy powstania muzyki zimnofalowej. Ale cieszmy się z tego co mamy. 
 
Zatem możemy dowiedzieć się, że w tamtym czasie KSU tworzyli: Bohun - śpiew, saksofon, Siczka - gitara, Dżordż - bas, Tutptuś - perkusja, choć w przypadku prezentowanego materiału zastąpił go automat perkusyjny.Wydawnictwo zawiera też fotografie z prób w 1983 roku.
 
Na winylu oryginalna tracklista z kasety poszerzona jest o bonusy. Wszystko jest na fotografii poniżej:

Nie możemy na bloggerze reklamować strony na której owe wydawnictwo jest dostępne, ale bardzo łatwo je odszukać. Dodamy tylko, że transakcja realizowana jest szybko i przyjemnie, a album nie wzbudza zastrzeżeń.
 
Detale wydawnictwa, jak i cały album można obejrzeć na YT, więc wrzucamy filmik poniżej:
 
I jeszcze na koniec ważne info: u tego samego sprzedawcy jest dostępny picture disc Nowej Aleksandrii Siekiery... Dacie wiarę? O nim jednak napiszemy, jak już dokonamy zakupu. 
 
POLECAMY! 
 
Niezbędne u każdego zimnofalowca.
 

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

 

niedziela, 15 grudnia 2024

Z mojej płytoteki: Sade i Stronger than Pride, ale co ?

 

Wiadomo co, to jasno wynika z tekstu trzeciego albumu w dorobku Sade (z 1988 roku): 

Nie będę udawać, że mam zamiar przestać żyć
Nie będę udawać, że jestem dobra w przebaczaniu
Ale nie mogę cię nienawidzić
Chociaż próbowałam

Nadal naprawdę cię kocham
Miłość jest silniejsza niż duma
Nadal naprawdę cię kocham

Siedzenie tutaj i marnowanie czasu
Byłoby jak
Czekanie na wzejście słońca
To aż nazbyt jasne, że rzeczy przychodzą i odchodzą
Siedzę tutaj i czekam na ciebie
Wolałabym poczekać na zimę
Będzie zimno
Może nawet
Bądź śniegiem
Nadal naprawdę cię kocham
Miłość jest silniejsza niż duma

To jednocześnie otwierająca, jak i najlepsza piosenka z tego albumu. Ale jest tutaj kilka innych perełek bo to płyta doskonała na takie dni jak obecnie, kiedy już po 15:00 zaczyna się szarówka...

Kolejny utwór to wielki letni hit zespołu z listy Billboardu, chodzi o utrzymany w rytmie R&B utr Paradise. Należymy do siebie więc jest rajsko, mówiąc w skrócie. Nothing Can Come Between Us to z kolei piosenka o wielkiej miłości, w której nic nie jest w stanie rozdzielić kochającej się pary.

Hej kochanie, nic nie może nadejść, nic nie może nadejść

Nic nie może stanąć między nami

Pora na jaśniejszy moment albumu, piękną i nastrojową balladę Haunt Me...

Nawiedzaj mnie w snach
Jeśli proszę
Twój oddech jest teraz ze mną
I zawsze

Jest jak powiew wiatru

Jeśli kiedykolwiek we mnie zwątpisz
Jeśli jest to pomoc, której potrzebujesz
Nigdy nie waż się we mnie wątpić

A jeśli chcesz spać
Będę cicho
Jak anioł
Tak cicha, jak tylko może być twoja dusza
Gdybyś tylko wiedział
Miałeś takiego przyjaciela jak ja...

Jeśli kiedykolwiek we mnie zwątpisz
Jeśli jest to pomoc, której potrzebujesz
Nigdy nie waż się we mnie wątpić


Turn My Back on You nieco ożywia klimat ale nie jest to szczytowy moment albumu. Za to znacznie lepiej wypada Keep Looking. Chodzi o ciągłe poszukiwanie przeznaczenia, mimo tego, że inni nas zniechęcają. Piosenka mocno optymistyczna. Za to Clean Heart delikatnie przynudza. Chyba to najsłabszy moment w dodatku mocno przesłodzony. Na szczęście wybudza nas Give It Up. 

Daję ci to wszystko
Nie mogłabym dać ci więcej, nawet gdybym próbowała
Daję ci moją miłość
Daję Ci wszystko, co czuję w środku
Daję ci moje życie
To nie jest kłamstwo
Mówię tylko prawdę
Daję ci moją miłość
Myślę, że mogłabym nawet dla ciebie umrzeć
 

I Never Thought I'd See the Day to kolejny nastrojowy i znakomity utwór, z typowym dla Sade wokalem. Wielka artystka, współautorka całego repertuaru na albumie pokazuje nam swoje możliwości głosowe.  

Rzuciłeś cień na moje życie
Rzuć cień na miłość
On zabrał schronienie z mojego życia
Przyjęłam schronienie kłamstwa
Widziałam to w twoich niespokojnych oczach
Prawdę, którą ukrywałam
Prawdę, której nie mogłeś ukryć

Ale nigdy nie myślałam, że dożyję tego dnia
Wiedziałam, że będę potrzebowała cudu, żebyś został
Wiedziałam, że potrzebuję cudu
I nigdy nie myślałam, że dożyję tego dnia

Rzucasz cień na miłość
Przyjęłam schronienie w kłamstwie
Zabrał schronienie z mojego życia

Chciałabym, żebyś mógł mnie chronić
Chroń mnie teraz
Potrzebuję cudu
I nigdy nie myślałam, że dożyję tego dnia

No koniec mamy Siempre Hay Esperanza, czyli bardzo dobry utwór instrumentalny. 

Całkiem niezła płyta, a my spójrzmy do wywiadu, jakiego w 1985 roku artystka udzieliła magazynowi Spin (LINK). Wspomina tam o swojej rodzinie i kłopotach na początku kariery. Najważniejsze jednak jest jej podejście do muzyki, Sade bowiem twierdzi, że nie lubi dzielenia muzyki na gatunki. Jej zdaniem muzyka jest czymś, co powinno być dostępne dla wszystkich ludzi. Ale tak nie jest bowiem kluby zwykle specjalizują się w określonych gatunkach, np. heavy metal, pop itd. 

Artystka wspomina też, że od zawsze słuchała czarnej muzyki. Zawsze lubiła w niej brzmienie czarnego głosu. Uważa, że jeśli coś jest wystarczająco dobre, ludzie i tak to odnajdą, i zostanie to wystawione na światło dzienne. 

Tak jak jej muzyka, została zauważona bo artystka miała wierną publiczność.

Co Sade robi dzisiaj można dowiedzieć się z naszego tekstu TUTAJ.

A my jeszcze do Sade i jej klimatycznej muzyki jeszcze wrócimy. 


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 




Sade Love Is Stronger Than Pride, producent: Sade, EPIC 1988, tracklista: Love Is Stronger Than Pride, Paradise, Nothing Can Come Between Us, Haunt Me, Turn My Back on You, Keep Looking, Clean Heart, Give It Up, I Never Thought I'd See the Day, Siempre Hay Esperanza.


niedziela, 8 grudnia 2024

Z mojej płytoteki: Juno to Jupiter - pożegnanie Vangelisa, czy artysta przeczuwał, że to jego ostatnia płyta? 2/2


Jak widać tytuł drugiej części posta został zmieniony, bowiem w międzyczasie album Vangelisa opisany TUTAJ dotarł pocztą. Swoją drogą w jednym ze sklepów internetowych jest promocja i podwójny winyl można zakupić tam za około 100 PLN. A warto, bowiem piękno tego wydawnictwa jest niesamowite, i może się równać z takimi arcydziełami sztuki jak album Kraftwerk Computer World (TUTAJ). Mamy nie tylko okładkę typu gatefold, ale do tego też książeczkę a w niej zdjęcia samego Mistrza Vangelisa, jak i Jupitera i Juno. Co ważne, mamy też słowa od muzyka, który wyjaśnia nam, niestety już po raz ostatni, genezę powstania płyty, i nie tylko.

Zacznijmy od tego, że album dedykowany jest bratu artysty Nico. Szybkie śledztwo prowadzi nas do strony innego muzyka (brat Vangelisa bowiem grał na instrumentach klawiszowych  - TUTAJ), z której dowiadujemy się, że artysta zmarł z powodu udaru w dniu 1.08.2014 r. w szpitalu w Volos (Grecja), gdzie był hospitalizowany.

Artykuł Vangelisa zamieszczony w winylowym wydaniu albumu nosi tytuł Mój dług wobec ludzi związanych ze Wszechświatem.

Na wstępie artysta podkreśla, że osobiście jest zaangażowany w misję NASA Juno to Jupiter, a album jest okazją złożenia podziękowań nie tylko osobistych, ale od wszystkich mieszkańców naszej planety, tym, którzy badają gwiazdy, planety i ogólnie Wszechświat.

Ponoszą oni ryzyko utraty życia, aby poznać to, co dalekie. Vangelis podkreśla, że od dawna ludzie interesowali się poznawaniem planet, choćby starożytna Grecja i jej wielcy naukowcy i filozofowie: Pitagoras, Arystoteles, Ptolemeusz i inni. Współczesna wiedza o planetach kształtowała się dokonaniami Kopernika, Galileusza, którzy stworzyli podstawy układu heliocentrycznego i podstawy nowoczesnej astronomii. Wspomniani są też badacze starożytni z Asyrii, Chin, Persji, Indianie i Majowie. Ludzkość powinna być im wszystkim wdzięczna, tym którzy poświęcali się kiedyś, ale i też współczesnych astrofizykom, biochemikom, astronomom i innym.       
   

Vangelis dziękuje NASA, ESA, Rosji, Chinom, Indii i dwóm wybitnym naukowcom: Carlowi Saganowi i Stevenowi Hawkingowi (i innym - tych dwóch jednak wymienia osobiście). Dalej padają specjalne podziękowania dla członków misji Juno to Jupiter, tych którzy w niej uczestniczyli, uczestniczą i tych, którzy będą ją kontynuować w przyszłości. Szczególne podziękowania kierowane są dla Richarda Grammiera, członka misji, który zmarł, a jego nazwisko zostało zapisane na statku Juno przez kolegów celem upamiętnienia. 
 
Dodajmy, że Grammier to były dyrektor ds. eksploracji Układu Słonecznego – Laboratorium Napędów Odrzutowych. Zmarł 23.01.2011 roku w wieku zaledwie 56 lat, osierocając dwójkę dzieci. Był siłą napędową badań, inspirował badaczy Układu Słonecznego. TUTAJ można dowiedzieć się o nim więcej. 
 
Vangelis dziękuje też innym którzy zmarli, lub zostali ranni podczas misji.

Na końcu padają ostatnie słowa wielkiego artysty, które brzmią jak przestroga i pożegnanie z nami, dziś po latach są to słowa nadzwyczaj prorocze:

Przede wszystkim, nie powinniśmy zapominać że Przestrzeń, Wszechświat, Kosmos, czy jakkolwiek to nazwiemy, jest naszą nadzieją i przyszłością i powinniśmy być ostrożni, aby nie popełnić tych samych błędów tam, jakie popełniliśmy i popełniamy na Ziemi, bo on jest naszą ostatnią szansą jaką mamy - naszą przyszłością. 

Przyszłość Vangelisa już się urzeczywistniła.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.           

piątek, 8 listopada 2024

Z mojej płytoteki: Przyleciała do nas najlepsza płyta Pendragona na winylu i CD


Myślę że wielu fanów rocka progresywnego zgodzi się z opinią, że The Window of Life to najlepsza płyta Pendragona, mało tego, to jedna z najciekawszych płyt progrocka w ogóle. Oczywiście cenimy też tak wielkopomne dzieła, jak The Masquarede Overture (opisany TUTAJ), jednak Window jest w całości genialne, stąd po dość intensywnym eksploatowaniu oryginalnej kasety (pojawi się tutaj) przyszła pora na winyl. A jest ku temu okazja, bowiem wytwórnia TOFF Records (założona przez lidera i twórcę większości piosenek zespołu - Nicka Barretta)  wznowiła album na podwójnym winylu i CD. Co ciekawe, jeden z winyli jest niebieski, drugi fioletowy, co jest dość rzadko spotykane.


Oryginalny album pochodzi z 1993 roku, a autorem grafiki jest Walijczyk Simon Williams. Trudno oprzeć się wrażeniu, że całość przypomina Marillion i słynne okładki Marka Wilkinsona (warto zobaczyć TUTAJ), choć nie jest to bezmyślna kopia, a bardzo przemyślana kompozycja. Williams ma w swoim dorobku okładki do wielu albumów Pendragona: The World, omawiany dziś The Window Of Life, The Masquerade Overture, Not Of This World i ostatnio do rocznicowego wydawnictwa The First Forty Years.
 




Jak to zwykle bywa na wznowieniach, album zawiera bonusy: fotki na obu kopertach jak i piosenkę The Last Man On Earth w wersji live. Co ważne, również na labelu zamieszczona jest grafika, i to na każdej stronie inna.
 

Oczywiście okładka jest typu gatefold, z tekstami w środku.
 
O albumie (zwłaszcza o warstwie tekstowej) napiszemy więcej wkrótce, dziś tylko chcieliśmy podzielić się radością z posiadania tak imponującego wznowienia płyty, którą każdy fan rocka progresywnego, ale nie tylko - każdy fan spokojnej, nastrojowej muzyki, musi mieć w swojej kolekcji. Łapcie mimo wysokiej ceny, za rok o tej porze to będzie znacznie droższe, bo TOFF zawsze oznacza niskie nakłady.
 
 
Co się dzieje aktualnie z zespołem Pendragon opisaliśmy TUTAJ
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 3 listopada 2024

Z mojej płytoteki: Clannad i Atlantic Realm - między Vollenweiderem a Kaczmarkiem

Pomyśleliśmy, że ostatniego dnia szczególnych świąt w roku, warto posłuchać szczególnego albumu - dziesiątej płyty irlandzkiej kapeli, której twórczość już tutaj eksplorowaliśmy (LINK). Nasze zainteresowania skupiają się (jak dotychczas) w latach 80 - tych bowiem omówiliśmy już, wymieniając chronologicznie: Magical Ring (1983, TUTAJ), Legend (1984, TUTAJ), Macalla (1985, TUTAJ). Czyli w kolejności 3 płyty, a dziś przeskakujemy nad Sirius (1987, będzie za jakiś czas), by przejść do kolejnego w dyskografii Atlantic Realm (1989). 

Łączy go z Legend fakt, że jest to też muzyka filmowa, ale jednak nieco inna niż ta na Legend. Oryginalny film dokumentalny telewizji BBC (ona też wydała album), składał się z 3 części (LINK): pierwsza z 3 maja, pokazywała procesy geologiczne, które kształtują Atlantyk i dziką przyrodę na jego arkach wyspiarskich. Wszystko omówiono na przykładach laguny na Bahamach i islandzkiej wyspy Surtsey. Druga, nadana tydzień później, pokazywała życie na powierzchni morza i w jej pobliżu, od Antarktydy po Nową Fundlandię. Pokazano też życie zwierząt: humbaków, tuńczyka, merlina, meduzy i innych. W końcu 17.05. wyemitowano ostatnią część, będącą wynikiem podróży łodziami podwodnymi w otchłań, by obserwować stworzenia żyjące w głębinach i procesy geologiczne w Grzbiecie Środkowoatlantyckim, podmorskim paśmie górskim. Pojawiły się m.in. meduzy i ślimaki.


    

I tak różnorodna jest muzyka Clannad z omawianej dziś płyty. Utwory nawiązują czasem do dokonań nieodżałowanego Jana A.P. Kaczmarka (chyba najbardziej Moving Thru), pojawia się też klimat tak charakterystyczny dla genialnego Szwajcara Andreasa Vollenweidera (The Barbers), słychać nieco niepokoju, jaki przemycał w swoich piosenkach Minimal Compact, są też monorecytacje, przypominające te z Dzwonów Rurowych Oldfielda (Signs of Live). Ta ostatnia piosenka jest jedyną posiadającą tekst:

W końcu linię przekroczył albatros
Nadleciał przez mgłę
Jakby to była dusza chrześcijańska
Wychwalaliśmy go w imię Boga
Zjadł to, czego nigdy nie jadł
I latał w kółko
Lód pękł pod ciosem pioruna
Sternik nas przeprowadził
A z tyłu zerwał się dobry południowy wiatr
Albatros podążał za nim
I codziennie na jedzenie lub zabawę
Docierał do kajuty marynarzy 

Co ciekawe, i czego nie wspomniano na okładce, jest to fragment starego poematu The Rime of the Ancient Mariner, Samuela Taylora Coleridgea z 1834 roku (LINK). Ten zabieg kojarzy się z Albatrosem śpiewanym przez Little Nemo, którzy stosując podobny chwyt, adoptowali wiersz Baudelaire'a (pisaliśmy o tym TUTAJ).  

A po nim chyba najlepszy, najbardziej klimatyczny utwór z całego albumu, In Flight - jakby odrzut z Legend. Podobne do opowieści o Robin Hoodzie klimaty roztacza zespół w utworze Under Neptune's Cape, czy Voyager. Za go szczytem piękna jest Primveal Sun, w którym zespół przypomina nam, że dysponuje anielskimi wokalami. 

Znakomita muzyka instrumentalna, z czasów kiedy artyści mieli coś do powiedzenia, inspirowali się przyrodą i poezją. Cieszmy się, że mogliśmy wtedy żyć i kształtować nasze muzyczne gusta.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

Clannad, Atlantic Realm, producenci: Pól Brennan i Ciarán Brennan, BBC 1989, tracklista: Atlantic Realm, Predator, Moving Thru, The Berbers, Signs of Life, In Flight, Ocean of Light, Drifting, Under Neptune's Cape, Voyager, Primeval Sun, Child of the Sea, The Kirk Pride.



niedziela, 20 października 2024

Z mojej płytoteki: J.M. Jarre i Pola Magnetyczne - trzeci puzzel elektronicznej trylogii

 

Oczarowani Oxygene (1976), którego słuchaliśmy przytykając sobie małe kolumienki od magnetofonu szpulowego do uszu, żeby lepiej słyszeć charakterystyczne wystrzały, czekaliśmy na kolejny album. I mistrz nas nie zawiódł, pojawił się doskonały Equinoxe (1978). I o ile Oxygene był muzyką z okolic chmur odległych od Ziemi, o tyle Equinoxe jest pamiętnikiem z jej powierzchni, kiedy to narrator eksploruje nocne mapy Nieba. Co zresztą idealnie oddają grafiki z okładek obu albumów. 

Pojawia się zatem pytanie - gdzie miejsce na zorze polarne i burze magnetyczne? Jarre odpowiada - na Magnetic Fields (1981), który stanowi ostatnią część trylogii. 

W mało znanym wywiadzie z epoki (TUTAJ) artysta podkreśla, że Oxygene i Equinoxe są bardziej abstrakcyjne, podczas gdy Magnetic Fields znacznie mocniej stąpa po muzycznej Ziemi, utwory są zatem bardziej konkretne. Starał się tworzyć mniej abstrakcyjne pejzaże dźwiękowe, bardziej bezpośrednio za pomocą  instrumentów, które stosował. Jarre uważa, że ludzie poszukują muzycznych ilustracji do otaczającej ich rzeczywistości. Tak rzeczywiście jest, dlatego wielką popularnością cieszą się Walkmeny (dziś zastąpiły je odtwarzacze mp3, lub telefony komórkowe). Jarre uważa też, że epoka która wtedy była jego rzeczywistością, była epoką tworzenia obrazów, o czym świadczy popularność kaset VHS. Artysta jednak stoi na stanowisku, że muzyka do filmu jest czymś innym niż zwykła muzyka, podpiera się argumentacją, że tekst piosenki nie jest poezją, bowiem poezja nie potrzebuje muzyki żeby się urzeczywistnić. Tak samo zresztą jak czysta muzyka, która nie potrzebuje tekstu.

Jarre twierdzi, że jeśli chce się napisać muzykę do wideo, trzeba je obejrzeć i skomponować muzykę zgodnie z tym, co się widzi. Inaczej nie będzie spójności miedzy obrazem a dźwiękiem. 

Pada pytanie, czy Magnetic Fields też, podobnie jak Equinoxe i Oxygene, artysta nagrał w domu. Jarre odpowiada, że owszem, cała trylogia powstała w domu, ale przed ostatnim albumem wyprowadził się z Paryża na jego obrzeża. Nie nagrywa już w przystosowanej do tego celu łazience, tylko zdobył środki na stworzenie profesjonalnego studia nagraniowego obok domu. Ma w nim około 40 instrumentów. 

Album powstał niczym książka, rozdział po rozdziale nagrywane były co tydzień. Jarre porusza też problem instrumentów elektronicznych, postęp polega na tym, że dziś nawet gitara jest nagrywana elektronicznie... Na pytanie czy Pola Magnetyczne będą, mimo że są produktem studyjnym, odgrywane na żywo jak wcześniejsze albumy, pada odpowiedź że tak.


W tym momencie wspomina, że jego kolejnym projektem będzie płyta live z Chin (i tak się stało). Spodziewał się masowej publiki, co miało miejsce. Na koncerty zatrudnił chińskich muzyków z ludowymi instrumentami. Występy w Chinach wynikały z ogromnej popularności w tym kraju. Autor mówi też o planach koncertów w UK

Jarre jednak nie pozostaje samotny na scenie, planuje występy z innymi artystami. Ale nie jest zainteresowany pozyskaniem tekstów do swojej muzyki.


Jarre jest zadowolony z tego co skomponował, i mimo że prosili go o współpracę tacy artyści jak Mick Jagger, woli udzielać się instrumentalnie. 

I świetnie - album otwiera prawie 18-minutowa suita Magnetic Fields (Part I). Pojawia się masa nawiązań zarówno do Equinoxe jak i chwilami do Oxygene. Choć, zgodnie z tym co powiedział Jarre, suita jest mniej improwizowana i fantazjowana, a bardziej skupia się na konkretnej ścieżce dźwiękowej. I jest mniej przebojowa, co prowadzi do opinii, iż to najbardziej niedocenione dzieło artysty. Dalej wielki hit, znany nam z płyty z koncertu w Chinach - Magnetic Fields (Part II). Klaskać każdy może, pytanie czy ta muzyka do tego się nadaje? Imponuje wejście na syntezatorach - nadaje utworowi głębi. Magnetic Fields (Part III) - nie zyskał popularności, a szkoda - pokazuje mniej komercyjne oblicze albumu. Płynnie przechodzi w znany i lubiany Magnetic Fields (Part IV). Nie starzeje się, dla mnie wizytówka tej płyty. Słychać Equinoxe, mamy pewność że Pola są puzzlem z układanki. Na koniec Magnetic Fields (Part V) - niewątpliwie największy hit płyty.

Album najmniej doceniony z wspomnianej trylogii. Wtedy, w epoce szanowaliśmy, choć bez uwielbienia. Gdy nadszedł Zoolook zrozumieliśmy, w jak ogromnym byliśmy błędzie.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


 


J.M. Jarre, Magnetic Fields, producent J.M. Jarre, Disques Dreyfus 1981, tracklista: Magnetic Fields (Part I), Magnetic Fields (Part II), Magnetic Fields (Part III), Magnetic Fields (Part IV), Magnetic Fields (Part V).

piątek, 18 października 2024

Z mojej płytoteki: Druga twarz Ojca Chrzestnego Dominika, czyli jesień do kwadratu


Nie ukrywam, że mam ogromną słabość do suity Toczy się Koło Historii z albumu Ojciec Chrzestny Dominika wydanego przez Józefa Skrzeka  w 1980 roku. Zawsze kiedy za oknem jesień wracam do analogu i tak było tym razem. 
 
Okazało się jednak, że dwa lata temu GAD wydał wznowienie płyty na CD, oczywiście z bonusami. Pamiętam jak Tomasz Beksiński przeklinał bonustracki na wznowieniach, uważał, że skoro zespół coś odrzucił, to nie robił tego bez powodu, po co więc zaśmiecać płyty koszmarkami. To prawda, niemniej na wznowieniu Ojca, jako bonusy, nie pojawiają się dodatkowe utwory, tylko fragmenty i inne wersje już istniejących, w tym oczywiście instrumentalna wersja Koła. To może dla fanów nie być wystarczające, zatem śpieszę z informacją, że rarytasem jest wkładka do albumu. Tam pojawiają się zdjęcia z sesji i kuchnia powstania albumu.
 
Foto: Zbigniew Drużbicki
 
Michał Wilczyński wspomina, że Skrzek nagranie swojego drugiego solowego albumu, określał jako szaleństwo, cyrk i karkołomną sprawę. Do nagrania zachęciły go efekty debiutu, pokazującego, że poza SBB też jest życie. Imię w tytule pochodzi od syna znajomych artysty, który album nagrywał w porywach, wracając w wolnym czasie do studia, a nawet tam śpiąc. Ciekawe jest to, że równolegle powstawała genialna płyta SBB Memento z Banalnym Tryptykiem, opisana przez nas TUTAJ
 
Pominiemy przytaczany w tekście wkładki opis powstawania utworu ze strony A (wspomnimy jedynie, że opiera się wspomnieniach z 1939 roku, czyli wojnie kiedy zaatakowali nas Niemcy), a skupimy się na Kole. Dowiadujemy się, że jest on również swoistego rodzaju wspomnieniem przeżyć związanych z II Wojną Światową (naszym zdaniem niekoniecznie...).
 
Z powodów finansowych płyta nie ukazała się w okładce typu gatefold, która miała w środku zawierać zdjęcia autora z dzieciństwa.
 
Album został pozytywnie przyjęty przez recenzentów, a reedycja, jak dowiadujemy się z wkładki, zawiera nagrania robocze z sesji i pierwszy, instrumentalny miks Koła. Szkoda że nie zachowało się wideo z występu braci Skrzek w programie Muzyczne Forum, gdzie zagrali fragment Koła, natomiast zapis występu jest bonusem na CD. Może kiedyś jednak jakiś fan odnajdzie na starej kasecie VHS ten minikoncert, bo jesteśmy pewni, że poza nami, fanów genialnej suity, okraszonej jak pisali krytycy, kosmicznymi syntezatorowymi pejzażami, jest więcej. 
 
Tymczasem na YT jest coś takiego, co może być nagraniem z radiowej premiery płyty (jest też wywiad z artystą):
 

Skrzek wspomina w wywiadzie, że użył aż 40 instrumentów, melotrony, syntezatory, perkusje, dzwony rurowe, itd. Nagranie trwało rok, ale dni roboczych nagrywano około trzydzieści kilka. Plus czas na miksy. Artysta dziękuję przyjaciołom z Radia Opole, a także PR3. Skrzek został rok wcześniej pierwszy raz ojcem chrzestnym, co wywarło na nim ogromne wrażenie. Zarchiwizowana jest pod koniec rozmowa z projektantami okładki, niestety jak wspomnieliśmy powyżej, do produkcji gatefold nie doszło.    
 
Tymczasem przeżyjmy to jeszcze raz w wersji w pełni studyjnej.
 

Najpiękniejsza jesienna suita w historii polskiej muzyki? Bez wątpienia...
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.