W swojej kolekcji posiadam wiele starszych płyt, ta jest właśnie jedną z nich - ze zbiorów ojca... Breakoutów oddałem koledze, zachowując najcenniejszy album z autografami. Zachowałem również dziś omawiane wydawnictwo, ponieważ jest to płyta absolutnie ponadczasowa. To jedna z płyt, które powinny być wizytówką polskiej muzyki alternatywnej, czegoś na granicy awangardy, poezji śpiewanej i art rocka. Marek Grechuta, którego wszyscy kojarzą z późniejszymi dokonaniami, artysta który po latach stał się gwiazdą wielkiego formatu, i którego (jak wiele gwiazd) nie ominęły życiowe kłopoty, na tym albumie prezentuje zupełnie nietypowe oblicze. To oblicze pseudo hippisowskie (wśród muzyków jest Marek Jackowski - przyszły założyciel Maanamu) zmieszane z klimatem krakowskiej Piwnicy Pod Baranami i cyganerii, artystów i poetów. Jak na owe czasy, a jest to wydawnictwo z 1971 roku, cały ten koncept pięknie oddaje okładka autorstwa T. Kalinowskiego - rozszalałe burzą niebo, pioruny, tęcza a wszystko to nad kroczącym dumnie korowodem muzyków. A jest ich całkiem sporo, bo poza Markiem Grechutą (śpiew) i Markiem Jackowskim (gitara i brać), jest wśród nich Jan Kanty Pawluśkiewicz (fortepian, aranżer i kierownik muzyczny), Jacek Ostaszewski (flet i kontrabas), Eugeniusz Makówka (perkusja), Anna Wojtowicz (wiolonczela), Tadeusz Kożuch (altówka) i Zbigniew Paleta (skrzypce). W tamtym czasie wielkim rarytasem było umieszczenie przez wydawnictwo Muza winylu w kopercie, która po rozłożeniu, daje nam plakat (autorstwa Kalinowskiego i Gołąba) ze zdjęciem muzyków na pomarańczowym tle. I wszystko to za jedyne 65 PLN.
Zresztą owo zdjęcie zdaje się oddawać klimat tamtych czasów, który został uwieczniony w filmie pt. Korowód w reżyserii K. Brzozowskiej i R. Kubiaka z 1972 roku. Zobaczmy fragment:
Film jest bardzo krótki, trwa zaledwie 25 minut, niestety nie jest dostępny w sieci.
Już sam początek albumu wprowadza nas w jakieś bardzo psychodeliczne klimaty - instrumentalny Widzieć więcej - jedyna piosenka na albumie autorstwa Marka Jackowskiego wskazuje, z czym będziemy mieli tutaj do czynienia. Kto by pomyślał, że kilkanaście lat później Dead Can Dance z 4AD podryfuje brzmieniowo w podobnym kierunku. Kantata z początkiem w klimacie poprzedniego utworu, z muzyką Jana Kanty Pawluśkiewicza i tekstem Jana Zycha to pogłębienie klimatu psychodeli. W zasadzie album zaczyna się na dobre tą piosenką. Piękna to mało powiedziane... Klimat lata, wieś przed burzą. A może chodzi o kontrast między wsią a miastem? O człowieka rzuconego z prowincji w zgiełk miasta, gdzie kończy swoje życie...
Chodźmy autorstwa Marka Grechuty to lekki utwór o poszukiwaniu przeznaczenia. Ale jest w nim też bardzo spokojny fragment o poszukiwaniu prawdy w życiu...Świecie nasz autorstwa Pawluśkiewicza i Grechuty to jeden z największych hitów płyty. Swoistego rodzaju apel o spokój, wyciszenie, jasne dni i ciszę. Nowy radosny dzień - to kolejny utwór instrumentalny, tym razem autorstwa Pawluśkiewicza, a po nim następny hit - Dni, których nie znamy, Pawluśkiewicza z tekstem Grechuty. Chyba największy przebój artysty... Natomiast moim faworytem z tego albumu jest chyba najpiękniejsza ballada polskiej muzyki - Ocalić od zapomnienia, gdzie do wiersza Gałczyńskiego muzykę napisał Marek Grechuta...
Korowód to mocna psychodela z tekstem Leszka Aleksandra Moczulskiego i i muzyką Grechuty. Jakże aktualny dzisiaj tekst, mimo upływu lat... No i to solo na flecie...
Album kończy piosenka Niebieski młyn z muzyką Pawluśkiewicza i słowami Tadeusza Śliwiaka. Ciekawy tekst, można z nim dopatrywać się wątków religijnych, no i jest on ponownie podsumowaniem czasów, nie tylko tamtych, ale i tych w których żyjemy...
Wszystko jakże aktualne, mimo upływu lat...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Marek Grechuta i Anawa, Korowód, producent: Z. Gajewska, Muza 1971, tracklista: Widzieć więcej, Kantata, Chodźmy, Świecie nasz, Nowy radosny dzień, Dni, których nie znamy, Ocalić od zapomnienia, Korowód, Niebieski młyn.
Dzisiaj mamy dzień pod znakiem Variété. Oznacza to, iż fani (a jesteśmy pewni, że jest ich na prawdę dużo) a także (nieliczni) wielbiciele cold wave, którzy nigdy ich nie słuchali, będą mogli uporządkować wiedzę/zapoznać się z historią polskiej legendy nowej fali, bo prezentujemy cenny dokument autorstwa Dariusza Landowskiego z 2010 roku pt.: Variété muzyka bez końca.
Gwoli przypomnienia, grupa powstała w 1983 roku w Bydgoszczy, przed festiwalem w Jarocinie lecz do dzisiaj tworzy, działa, występuje (dość obszernie o zespole pisaliśmy TUTAJ).
Autor filmu sam jest muzykiem (gra w zespole Kredki z Bydgoszczy) i pochodzi z Bydgoszczy. Samo to wystarczy, aby zajął się historią najbardziej rozpoznawalnego zespołu rockowego swojego rodzinnego miasta. A ponadto jest również reżyserem, montażystą, operatorem i scenarzystą filmowym oraz twórcą teledysków - również dla Variété. Cały film można obejrzeć poniżej:
Składa się on z trzech półgodzinnych części. Wypełniają je relacje muzyków i dziennikarzy, grających lub współpracujących z zespołem. Występują: Tomek Budzyński, Walter Chełstowski, Andrzej Cierkosz, Tomasz Dorn, Mikołaj Gajewski, Grzegorz Giedrys, Grzegorz Kaźmierczak, Paweł Kukiz, Krzysztof Lutowski, Marek Maciejewski, Dawid Majer, Paulus, Paweł Rychter, Marek Stankiewicz, Mikołaj Trzaska, Marek Wiernik i Wojciech Woźniak (nazwiska podano w porządku alfabetycznym).
Dokument zaczyna się od opowieści Mikołaja Trzaski o tym, jak to poznał się z Grzegorzem Kaźmierczakiem. A potem po kolei dowiadujemy się o okolicznościach spotkania ze sobą kolejnych muzyków grupy (nie brakuje anegdot, które pozwalają poczuć atmosferę wczesnych lat 80.) Oprócz tego mamy relacje dziennikarzy i działaczy kultury jakie zrobił na nich pierwszy występ (Chełstowski udowadnia że byli nienaturalnie poważni, podczas gdy Trzaska mówił, iż ciągle śmiali się i świetnie bawili). Nie brakuje kwestii trudnych – rozważań czym jest muzyka, a czym poezja, dlaczego zaczęli grać razem i czemu teraz charakter ich muzyki zmienił się w latach 90.
Siłą rzeczy prędzej czy później każda z osób występujących w filmie zaczyna mówić o Grzegorzu Kaźmierczaku, wokaliście i twórcy tekstów. Nie brakuje porównań do Iana Curtisa i Stevena Morrisseya, na korzyść polskiego poety (z twórczością Kaźmierczaka można zapoznać się na jego stronie TUTAJ a i u nas opisaliśmy tomik jego wierszy – z dedykacją odautorską - TUTAJ).
Interesująca jest próba wyjaśnienia przez autora czym tak na prawdę jest natchnienie i dlaczego zaczął śpiewać swoje teksty.
Muzycy Variété nie są nastawieni na komercję, o czym nadmieniają kilka razy. Interesuje ich muzyka, wspólne granie. Cały czas są na etapie tworzenia, poszukiwań i fascynacji nowymi gatunkami brzmieniami. Stąd biorą się ich nowe przedsięwzięcia z muzykami różnych krajów oraz próby wzbogacania brzmienia o elementy różnych nurtów muzycznych, w tym ambientu, muzyki elektronicznej po jazz.
Obraz zawiera szereg fragmentów filmów archiwalnych, zdjęć i nagrań po raz pierwszy udostępnionych publicznie. Są to zarówno pamiątki muzyków zespołu jak i kopie zbiorów fanów, którzy skrupulatnie kompletują cenne nagrania, dotąd niedostępne. Z nagrań tych wynika mistyczny, tajemniczy wizerunek zespołu, który jest najbardziej niezwykłą grupą muzyczną w historii polskiego cold wave.
Wkrótce opiszemy inną legendę polskiej chłodnej fali, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w manistreamie.
Urywki z wkładki: Na festiwalu w Jarocinie 84 grupa występuje już jako Variété i otrzymuje wyróżnienie. Ówczesny skład to: Grzegorz Kaźmierczak (głos), Wojtek Woźniak (gitara basowa), Jacek Buhl (perkusja), Radek Urbański (gitara), Sławomir Abramowicz (saksofon). Owocem występu jest spotkanie z Walterem Chełstowskim, który pomaga przy nagraniu singla dla Tonpressu (pisaliśmy o nim TUTAJ), oraz znajomość z malarzem Kubą Bryzgalskim, który jest autorem późniejszego obrazu pt. Bromberg, przedstawiającego muzyków grupy. W latach 1984 - 1985 zespół prowadzi intensywną działalność koncertową... W 1985 roku pochodzące z singla Tonpressu utwory stają się przebojami na liście PR3 i Rozgłośni Harcerskiej. W Jarocinie 85 Variete dostaje się do złotej dziesiątki. Na początku 1986 roku zespól nagrywa materiał na swoją pierwszą dużą płytę. W Jarocinie 86 zespół występuje jako gwiazda.
Płyta miała nosić tytuł Bydgoszcz, wydawcą miał być Klub Płytowy Razem. Taśma została przekazana człowiekowi, który miał ją zawieźć do wydawnictwa i sfinalizować umowę. Jednak w wyniku włamania do jego samochodu taśma została skradziona. Sprawa była nagłaśniana w radio i TV, pojawiły się apele do szczęśliwego "znalazcy" o zwrot nagrań, obietnice nagrody, ale taśma się nie znalazła. Przez lata wśród fanów krążyły jedynie jej słabej jakości kopie koncertowe. Pierwsze płytowe wydanie oficjalne ma miejsce dopiero teraz. Jako źródło posłużyła nam najlepsza kopia zaginionej taśmy - matki, zachowana w archiwum przyjaciela zespołu, Wojtka Chudzińskiego, i przez niego zremasterowana. Grudzień 2001, Krzysztof Nieporęcki.
Byłem wtedy w Jarocinie, gdy debiutowali - stałem pod samą sceną (TUTAJ). Urzekali warstwą tekstową, prostotą brzmienia, niesamowitym klimatem piosenek z których epatował ogromny smutek (ach te teksty - warto zobaczyć TUTAJ). Kiedy po latach po jednym z koncertów zapytałem Grzegorza, dlaczego zmienili styl, odpowiedział: komuna minęła...
Każdy zespół musi się rozwijać, dla mnie jednak tamto Variété pozostanie czymś z samego szczytu polskiej chłodnej fali. Dlatego dobrze, że jest ta płyta...
Otwiera ją klasyk: Klaszczę w dłonie,
Jeżeli miłość nas połączy Będziemy diamentowym piachem Żadna siła nas nie powstrzyma Będziemy przeciekać przez dłonie
Klaszczę w dłonie, By było mnie więcej
Język jest po to, By go wytykać Na wiatr, na mgłę. Ja jestem po to żeby się kurczyć Ja jestem po to Klaszczę w dłonie, By było mnie więcej
Ciało jest po to, By używać. Dusza jest po to, By nie wytrzymać. Jesteście po to by mnie nie było Jesteście po to by mnie nie było Klaszczę w dłonie, By było mnie więcej
Jeżeli miłość nas połączy, Będziemy diamentowym piachem Żadna siła nas nie powstrzyma Będziemy przeciekać przez dłonie Klaszczę w dłonie, By było mnie więcej
Prosty tekst o życiu, starości i miłości,niemniej kto tak potrafi, poza wybitnymi poetami, ubrać te niby oczywiste sprawy w tak piękne słowa?
Po nim nastrojowy:Nie będzie inaczej, zaczynający się od znakomitego saksofonu...
Chcesz przegryźć druty Zjadasz tylko rdzę A wewnątrz nie ma oczyszczenia I nie będzie inaczej I nie będzie inaczej
Morderca przyszedł Częstujesz kawą I jeszcze pytasz Czy może w szachy gra I nie będzie inaczej I nie będzie inaczej
Ranione zwierzę Nogami ryje grunt By chociaż na końcu Przytulną była ziemia I nie będzie inaczej I nie będzie inaczej
Znowu dotykamy szarości życia, śmierci, odchodzenia... Piękne i jakże egzystencjalne... Piosenka żydowska była wtedy jednym z najważniejszych utworów zespołu. Takim pozostała do dzisiaj:
Jestem ramieniem sześciu ramion gwiazdy Jestem gwoździem wbitym w dłoni krzyża
Jestem Morzem Martwym co unosi ludzkie ciało elektrycznym drutem basztą karabinów
Dzieci Abrahama Izaaka Jakuba wina i krzywda po obu ostrzach miecza wieczni tułacze wieczni tułacze na sztandarach tyle gwiazd i wszystkie skrwawione
Znakomity ponury wokal opisuje z wielką precyzją całą historię narodu. I jak tylko wybrzmiewa, Variété zabiera nas w następną niesamowitą podróż, do kolejnego bardzo ważnego utworu: Lecą anioły. Nie jestem pewny, ale zdaje mi się, że od tego zaczynali swój występ w Jarocinie w 1984, pamiętam tylko jaki to był dla nas szok... Brzmienie, wokal, tekst i klimat tej piosenki, oraz niesamowita gra świateł....
Lecą anioły husaria nieba wygięte pióra płoną
Uderzam już tylko skrzydłami o ziemię wygięte pióra płoną
Nic za mną przede mną stoi wygięte pióra płoną
I kiedy wydaje nam się, że lepiej być nie może, to jest niestety tylko złudzenie, bowiem kolejnym utworem jest: Cygańska muzyka - pozostajemy na szczycie...
Dzień jest przyjemny Koniec niedługo Chłopiec z rowerem Uciekł pod pociąg Czerwony tramwaj rysował mi pętlę Zgrzytając o szyny
Pod powierzchnią gra Cygańska muzyka
Wieczorne upadki Poranne zmartwychwstania To woda powierzchni To tylko powierzchnia Nie jestem potrzebny Te mury parzą Cienie pomników Okręty bez dna
Ból samotności bijący z tekstu jest wręcz nie do zniesienia. Gdyby to miało sens, można by było powiedzieć, że Variété to zespół, który o śmierci i przemijaniu potrafi śpiewać najpiękniej...
Na szczęście dają nam trochę odetchnąć, bo kolejna piosenka - Obok wystawy cudów świata nigdy nie należała do moich ulubionych.
Życie tak cenne że przepić je w najbliższym barze Patrząc w twarze Które zapomniały czemu cierpią Po nocy, po nocy, po nocy! Trzeba wyjść I przegrać Obok wystawy cudów świata Malarz skończył martwą naturę Wyjrzał przez okno i wiedział I wiedział gdzie jest... Rośnie, rośnie, rośnie, rośnie słońce! Z drugiej strony, z drugiej strony Po nocy, po nocy, po nocy! Trzeba wyjść I przegrać
Za chwilę wracamy na top, bowiem kolejny hit z tamtego czasu: Pociągi na wietrze... Jest ciężko, mocniej i na pewno trudniej, jeśli chodzi o warstwę tekstową.
Ślady na białej pościeli tu leżał nóż i życie chodź Indianinie weź garść piór i wyznacz brzemienne grzechem cuda
Pociągi na wietrze mijają się od lat tworzą z pary obłoki grzywy koni przytul do szyny głowę
Wiadomo o czym jest ta piosenka... Nie dziwi że jej tekst w niektórych miejscach w sieci jest dozwolony od lat 18-tu.
Po niej drugi, nieco słabszy moim zdaniem moment tego albumu: Dies irae,
Bez ognia i płomieni bez krzyku i tragedii powolny rozkład drąży nasze zmysły
Bóg nie zstąpi sami obracamy swe uczucia w popiół widzę w twych oczach ironię
Wzbiliśmy się na szczyt wyżej utopijny błękit zabiliśmy zapach swojej krwi Dies irae nie nastąpi Dies irae trwa
I pozostaje nam mocny finał - dwa znakomite utwory: Pere Lachaise i Bydgoszcz.
Nasze palce nie sięgają steru już Zakop szybko wszystkie dni Nie zmienimy nic na pewno już Pamięć o nas skłamie Chodźmy spać nie róbmy nic
Poczekaj wytrę ręce Z brudu który był też mój Zasłoń okna niech na chwilę Nie będziemy lustrem zła Chodźmy spać nie róbmy nic I nie mów co widziałaś Słońce spadło w dół Uwierzmy że we śnie Nie będzie nic Chodźmy spać nie róbmy nic Wszyscy mają być wezwani Wszyscy mają się wzbić Uwierz
Ten ostatni to hymn o wielkim mieście, chyba najlepszy jaki kiedykolwiek powstał. Zespół podobnie jak Joy Division w swoim Shadowplay roztacza przed słuchaczami wizję industrialną, z tym że Variété robi to zdecydowanie bardziej poetycko. Chyba jednak Bydgoszcz była w tamtym czasie bardziej szara niż Manchester.
Drewniane drzewa pająk nieba domy się schodzą dachami stalowe rynny spijają deszcz spalona litera zepsuty ząb w parku umierasz
W kawiarniach jądra burzy bez wiatru i gniewu w kawiarniach jądra burzy bez wiatru i siły wraki okrętów i chmur które nigdy nie wypłynęły
Najbliżej ziemi są ulice bliżej już tylko umarli niedobry wiatr wpycha w ziemię krzyk i wyrywa dzwonom serca
Koncert w Arenie w Poznaniu z 1989 roku jest bonusem. Pokazuje, że po Jarocinie 1984 i 1985 zespół poszedł w nieco cięższym kierunku.
Później? Później nastały inne czasy, skończyła się komuna, a zespół nadal gra chłodną falę (warto zobaczyć opisane przez nas wydawnictwo zespołu TUTAJ). Ale teraz już zupełnie inną...
Co nie znaczy, że do niej tutaj nie wrócimy.
Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Variété: Bydgoszcz 1986, Furia Musica 2001, Tracklista: Klaszczę w dłonie, Nie będzie inaczej, Piosenka żydowska, Lecą anioły, Cygańska muzyka, Obok wystawy cudów świata, Pociągi na wietrze, Dies irae, Pere Lachaise, Bydgoszcz. Koncert w Arenie, Poznań 1989 (bonus): Który to już śnieg, Bydgoszcz, Gdy przyniosą cud, Ziemia i wiara, Jestem spragniony, Goście.
W książce So This Is Permanence, o której wielokrotnie już pisaliśmy (TUTAJ) Deborah Curtis wymieniła kilku ulubionych poetów Iana Curtisa, byli to – od czasów szkoły - Ted Hughes, Thom Gunn i - później – Geoffrey Chaucer. Spróbujemy zaznajomić naszych czytelników z nimi wszystkimi, bo przecież Ian Curtis był poetą, który traktował swoje pisanie bardzo poważnie i całe życie poszukiwał inspiracji. Skoro podziwiał tych trzech twórców, musieli on wywrzeć wpływ na niego.
Zacznijmy od Thom’a Gunn’a (1929-2004). Był to brytyjski poeta pochodzący z Gravesend w hrabstwie Kent. Jego rodzice byli dziennikarzami. Rozwiedli się gdy Thom miał 11 lat, a gdy miał 15 jego matka popełniła samobójstwo. Fakt ten zaważył na całym jego dorosłym życiu. Został sam z ojcem, z którym nie umiał nawiązać głębszej relacji.
Poezja Gunn’a od strony formalnej jest wręcz klasyczna. Pisarz perfekcyjnie posługuje się metrum i rymami, lecz jeśli chodzi o tematy to zdradza fascynację przemocą, postawami buntowniczym i ludźmi odrzucającymi konwencjonalny styl życia. Wśród trudnych postaci, które uczynił bohaterami swoich wierszy są żołnierze, święci, rewolucjoniści, członkowie gangów motocyklowych, sado-masochiści, podglądacze, ale również wilkołak, cesarz rzymski, czarodziej Merlin i Elvis Presley. Powtarzającym się motywem jest rzeczywista lub zamierzona przemoc którą wyrażał bunt. Najbardziej znanymi jego utworami są: The Sense of Movement (1957), My Sad Captains (1961), Touch (1967), Moly (1971), To the Air (1974), Jack Straw’s Castle (1976), Selected Poems 1950-1975 (1979) i The Passages of Joy(1983).
Omówimy jeden z jego wierszy, przytaczany przy każdej okazji, gdy jest mowa o twórczości Thom’a Gunn’a, więc można przypuszczać, iż Ian Curtis musiał go czytać. Jest to wydany w 1961 roku pt.: My Sad Captains, sylabowiec, czyli wiersz napisany w taki sposób, że każdy wers zawiera taką samą liczbę sylab.
My Sad Captains, Thom Gunn 1961
One by one they appear in the darkness: a few friends, and a few with historical names. How late they start to shine! but before they fade they stand perfectly embodied, all the past lapping them like a cloak of chaos. They were men who, I thought, lived only to renew the wasteful force they spent with each hot convulsion. They remind me, distant now. True, they are not at rest yet, but now they are indeed apart, winnowed from failures, they withdraw to an orbit and turn with disinterested hard energy, like the stars.
Moi smutni kapitanowie Jeden po drugim pojawiają się w ciemności: kilku przyjaciół i kilku z historycznymi imionami. Jak późno zaczynają jaśnieć! ale zanim znikną, stają się doskonałym wcieleniem przeszłość docierała do nich niczym peleryna chaosu. Byli to ludzie, którzy, jak sądziłem, żyli tylko po to, by odnowić marnotrawną siłę, którą zużyli z każdym gorącym spazmem Przypominają mi to, teraz odlegli. To prawda, że jeszcze nie odpoczywają, ale teraz rzeczywiście są każdy osobno, wyłuskani z niepowodzeń, wycofują się na orbitę i skręcają z bezinteresowną energią, jak gwiazdy.
ISOLATIONS: Zastrzegamy sobie prawa autorskie do tłumaczeń tekstów
Tytuł wiersza pochodzi z tragedii Szekspira Antoniusz i Kleopatra. Jest aluzją do słów Marka Antoniusza, który zanim popełni samobójstwo planuje spotkać się po raz ostatni przed śmiercią ze swoimi wiernymi oficerami. I ten właśnie stosunek do przyjaciół jest tu ciekawy: z jednej strony Gunn postrzega osoby (na które zawsze mógł liczyć, niczym Antoniusz na wiernych, starych druhów, wypróbowanych w walce) tak odległe jakby weszły na orbitę, lecz z drugiej strony stają się one dla niego jaśniejącymi gwiazdami, czyli punktem odniesienia. Bo gwiazdy są odległe, ale to dzięki nim zachowujemy właściwy kurs. W dodatku żołnierze nazwani zostali kapitanami, co jest znaczące, ponieważ kapitanowie są przywódcami statku i kierują pasażerów do miejsca przeznaczenia. Jednak są oni smutni. Może dlatego, że po śmierci zostali pozbawieni ludzkich cech, stali się ciałami niebieskimi pozbawionymi wad? Przez to nie możemy uczyć się na ich błędach, ani nie możemy zachęcać się do wytrwałości krzepiąc się ich sumiennością. Zwyczajowo, nie można też o nich mówić już źle, choć błędy przez nich popełnione mogą być nadal odczuwalne przez tych, którzy pozostali żywi.
Dziś mija 39 lat od dnia, gdy Ian Curtis popełnił samobójstwo i stał się po tym właśnie takim kapitanem – mitem, który jest odległy i o którym już nikt nie mówi źle. Czy nadzieja na taki los mu przyświecała, gdy podejmował swoją decyzję? Nigdy się o tym już nie dowiemy. Chyba że Deborah Curtis upubliczni treść listu pożegnalnego...
A co działo się z Thom’ym Gunn’em? Studiował na Uniwersytecie w Cambridge a potem wyemigrował do Ameryki. Wyjechał, bo związał się z amerykańskim studentem, którego poznał na uniwersytecie. Para osiedliła się w San Francisco, gdzie Gunn z entuzjazmem badał kontrkulturę i eksperymentował z narkotykami co da się zauważyć w jego twórczości. Ten beztroski styl życia zakończyła epidemia AIDS w latach 80., w której Gunn stracił wielu bliskich przyjaciół. On jednak żył, tworzył, wydawał książki i zdobywał uznanie czytelników. Zmarł na zawał serca w 2004 r.
Teraz pora na prozę Iana Curtisa. Jego wiersz bez tytułu, strukturą bardzo przypominający My Sad Captains.
W głębi mojej duszy Wszystkim co czuję jest podejrzliwość W głębi mojej duszy Wszystkim co widzę jest brud Segregacja myśli Idee obracające się w proch Tam gdzie są domy ktoś stał Teraz stoi tam człowiek z pistoletem W sąsiedztwie Ojciec grozi synowi, ręce do góry W głębi mojej duszy
ISOLATIONS: Zastrzegamy sobie prawa autorskie do tłumaczeń tekstów
Dzisiaj obaj mają czas na długie, chciałoby się powiedzieć nawet wieczne, rozmowy.
Tylko pozazdrościć.
P.S. Wiadomość od Emjot - dziękujemy:
Dorzucam na rocznicę - sobotnia noc 18-19/05 22:00-01:00 Radio Wnet: Audycja Cienie w jaskiniTomasza Wybranowskiego, wg. zapowiedzi z ostatniej
soboty cała audycja 3h ma być poświęcona Joy Division i pierwszym dwu
płytom New Order - nagrania bootlegowe, koncertowe, strony A/B singli. "Dla
mrocznych i niezależnych, rozkochanych w muzyce zimnej fali i dźwiękach
zbliżonych do starej, dobrej 4AD przeznaczona jest audycja „Cienie w
Jaskini” (noc z soboty na niedzielę)" Jeśli jeszcze nie słuchaliście, polecam. I to nie jest mainstream :) - internet: https://wnet.fm/wp-content/themes/wnet/player.php - UKF Kraków 96.2 FM - UKF Warszawa 87.8 FM
P.S. 2 - Ian Curtis powiesił się w nocy z soboty na niedzielę. Niemniej było to z 17 na 18.05.1980 roku. Datę śmierci zapisano jako 18.05.bowiem nastąpiła ona po godzinie 24:00. Naszym zdaniem było to około 3:00. Tak niedzielny poranek wspomina Deborah Curtis (TUTAJ).
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Wiara przenosi góry, chciałoby się powiedzieć patrząc na to jak malutkie amatorskie wydawnictwo na kasecie zmieniło oblicze muzyki. Dzisiaj piszemy o undergroundowym wydawnictwie Solid Space - Space Museum. I nawet jeśli ktoś nie lubi gatunku minimal synth, czy synth pop, z lekkimi naleciałościami nostalgii, i awangardy, to powinien przyjrzeć się temu dziełu i historii zespołu, bowiem płyta zaliczana jest dziś do klasyki gatunku (TUTAJ) i stała się inspiracją dla wielu zespołów (choćby TUTAJ).
O płycie i muzykach w Internecie do niedawna było niewiele informacji, ale rok temu wydawnictwo Dark Entries postanowiło wznowić nagranie na winylu. Jest ono do nabycia TUTAJ w cenie 16 USD plus koszta przesyłki. Za połowę tej ceny można nabyć wersję mp3. Promocji albumu towarzyszyło wydanie obszernego artykułu (TUTAJ) o kulisach powstania tej znakomitej płyty.
Wszystko zaczęło się w Londynie od spotkania dwóch pasjonatów muzycznych. Tak też mający w 1983 roku 19 lat Dan Goldstein rozpoczął pracę w gazecie poświęconej muzyce (Electronic and Music Makers), którą po jakimś czasie doprowadził do stanu bardzo poczytnego czasopisma, niestety kosztem porzucenia studiów. A dokonał tego z fotografem Matthew (Maf) Vosburgh. Zanim Goldstein wyprowadził się z Londynu wspólnie z kolegą nagrali na kasecie projekt Solid Space, zainspirowany literaturą science - fiction, w szczególności Thunderbirds, Dr Who i Captain Scarlett.
Kaseta została wydana przez wydawnictwo InPhaze Records, specjalizujące się w muzyce post - punk. Przeszła jednak bez echa, a muzycy zajęli się czymś pożytecznym, bo z czegoś trzeba przecież żyć... W okolicach roku 2002 okazało się, że wydawnictwo otoczone jest przez fanów estymą, do tego stopnia ze zostało wydane na bootlegu.
Oczywiście nagranie zaskakuje swoim minimalizmem, co ciekawe taśmy matki zostały wyrzucone przez ex-żonę szefa firmy InPhaze Records podczas ich rozwodu (ech te kobiety), ale odzyskano ich kopie.
Płyta powstała kiedy obaj spotykali się w domu Dana, wówczas posiadacza keyboardu. Grali dla zabawy, początkowo bez tekstu, tworzyli samą muzykę. Później dograli bas, i jak sami stwierdzają, nagranie na kasecie pokazuje raczej ich postępy w nauce gry na tym instrumencie. Artyści wśród zespołów ich inspirujących wymieniają Joy Division i the Cure, mających zainspirować ich do powstania piosenek Destination Moon i New Statue.
Zwróciliśmy się za pośrednictwem strony Bandcamp z prośbą o wywiad z zespołem. W odpowiedzi jakiś dupek przysłał nam link. Suchy link do wywiadu. Bez komentarza. Taka kultura.. Wszystko zostało powiedziane, takie pewnie jest zdanie dupka z Dark Entries.
A właśnie, że nie, bowiem inspiracją do piosenki Morning Song jest wiersz Sylvi Plath, autorki którą opisywaliśmy na naszym blogu TUTAJ. A na temat tej inspiracji w artykule TUTAJ słowa nie ma. Zatem pociągnijmy ten wątek i skupmy swoją uwagę na tym właśnie tekście, bowiem dwóch młodych chłopaków i poezja samobójczyni to brzmi co najmniej poważnie.
"Oh, I don't quite understand"/ "Oh nie do końca rozumiem" "The dormouse is asleep again. Have you guessed the riddle yet?"/ "Jak suseł znowu śpię, zgadłeś już zagadkę?" "No, I give it up. What's the answer?"/ "Nie, poddaję się - jaka jest odpowiedź?" "I haven't the slightest idea" ? / "Nie mam najmniejszego pojęcia" "Nor I" / "Ani ja"
Love set you going/ Prowadzi cię miłość Love set you going/ Prowadzi cię miłość
And your bold cry/ I twój odważny krzyk Love set you going/ Prowadzi cię miłość Love set you going/ Prowadzi cię miłość
Like a fat gold watch/ Jak złoty zegarek
Our voices echo/ Echo naszych głosów Our voices echo/ Echo naszych głosów
Our voices echo/ Echo naszych głosów
New statue/ Nowy pomnik
In a draughty museum/ W przewiewnym muzeum Your nakedness shadows our safety/ Twoja nagość pokrywa cieniem nasze bezpieczeństwo We stand around/ Stoimy tak w pobliżu Blankly as walls/ Puści jak te ściany
One cry/ Krzyk And I stumble from bed/ Zrywam się z łóżka One cry/ Krzyk And now I wake to listen/ I budzę się by słuchać
Zaczerpnięte z niego trzy fragmenty, w oryginale brzmią:
Love set you going like a fat gold watch.
Our voices echo, magnifying your arrival.
New statue.
In a drafty museum, your nakedness Shadows our safety. We stand round blankly as walls.
One cry, and I stumble from bed, cow-heavy and floral
Wiersz Sylvi Plath opowiada o tym, jak miłość między ludźmi potrafi dać nowe życie. Przejęci rodzice obserwują nowo narodzone dziecko, ale już od chwili urodzin trudno im zaakceptować fakt, że nowe życie niekoniecznie oznacza życie szczęśliwe.
To wiersz typowo egzystencjalny, o tym, jakim wyzwaniem jest trud rodzicielstwa. Solid Space natomiast dokonali jego skrótu. Pytanie, czy brakowało im tekstów? A może mieli coś konkretnego na myśli?
Matthew (Maf) Vosburgh żyje w USA, i jest wziętym programistą komputerowym pracującym dla czołówki światowej (Google czy Microsoft). Dan Goldstein także mieszka i pracuje w USA. Obaj nie zajmują się już muzyką. Tak oto dwóch skromnych chłopaków swoją pasją potrafiło zmienić oblicze muzyki. To coś jak my, bo nas też łączy ta sama pasja - muzyka.
Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Zdjęcia i fragmenty artykułu o zespole pochodzą ze strony TUTAJ.
Solid Space, Space Museum, In Phase, 1982, Realizator nagrań: Pat Bermingham. Tracklista: Afghan Dance, Spectrum is Green, Destination Moon, The Guests, New Statue (Morning Song - zawiera fragmenty wiersza Morning Song, Sylvi Plath), A Darkness in My Soul, Radio France, Tenth Planet, Earthshock, Contemplation, Please Don't Fade Away...
W dniu 25 stycznia 2019 r. John Cooper Clarke zwany bardem ze Salford ukończył 70 lat (LINK). Urodził się, co nietrudno obliczyć, w 1949 r. w Salford. Ten punkowy poeta, który sobie mówił, iż miał tę przewagę, że kiedy pojawił się punk on wyglądał już jak punk, w swoim mieście doczekał się statusu legendy. Debiutował przedstawieniami performance w latach 70-tych. W 1977 roku wydał swoje pierwsze winyle w niezależnej wytwórni Rabid, którą prowadził Martin Hannett, wśród nich była EP-ka Innocents:
Od 1979 roku koncertował z pop-poetą Lintonem Kwesi Johnsonem i dzielił scenę z Sex Pistols, The Fall, Joy Division, The Buzzcocks, Siouxie i Banshee, Elvis Costello i New Order. W 1980 roku jego album Cooper Clarke, Snap, Crackle and Bop, znalazł się na 26 miejscu brytyjskiej listy przebojów (producentem tej płyty również był Martin Hannett). Hannett który był współtwórcą większości podkładów wierszy Clarka, założył nawet zespół go wspierający: The Invisible Girls. Po latach charakterystyczna, chuda postać w butach z czubkami, dżinsach-rurkach, z rozwichrzonym gniazdem czarnych włosów i w czarnych okularach, stała się wyznacznikiem stylu.
W jednym z wywiadów poeta przypominał to, co Tony Wilson kiedyś o nim powiedział: Ja nie zmienię swojego życie w legendę, tak jak Baudelaire, Verlaine i Rimbaud. To nie będę ja, tylko John Cooper Clarke. Było to w czasach, gdy Wilson prowadził Haciendę, wiele lat przed powstaniem filmów Control oraz 24 Hour Party People. W ControlClarke zresztą wystąpił osobiście, ponieważ A. Corbijn uznał, że nikt go nie zagra lepiej niż on sam.
Jak bardzo był częścią kontrkultury lat 80. świadczą nagrania, strzępki gazet i inne artefakty z epoki, np.: program dla młodzieży Something Else w Radio Times i BBC, w którym nadano utwory Joy Division: Transmission i She's Lost Control, wywiad z Tony'm Wilsonem i Johna Cooper Clarke recytującego wiersz na schodach ruchomych w centrum handlowym. Poniżej fragment z recytacją Clarke i występem Joy Division:
Dziś John Cooper Clarke jest uważany za jednego z najważniejszych poetów i wykonawców Wielkiej Brytanii. Jego wpływ na wielu młodszych artystów jest ogromny. Przy obecnej modzie, wręcz obsesji na punkcie fenomenu punkowego lat 70. i 80., John Clarke stał się po prostu postacią kultową.
Arctic Monkeys nagrał cover jego wiersza (Wanna Be Yours), a w 2007 roku, jego najbardziej znany poemat: Evidently Chickentown (który pojawił się także w filmie Control) znalazł się w serialu The Sopranos (Rodzina Soprano). Wiersze Clarke'a umieszczono, obok twórczości Wordswortha i Keatsa, w angielskim sylabusie brytyjskich szkół średnich.
To, co nas jednak najbardziej interesuje, to fakt, że Cooper Clarke regularnie od 1979 r. występował z Joy Division, a nawet wcześniej, bo pojawił się na scenie Electric Circus obok muzyków Warsaw na ich pierwszym koncercie w dniu 29 maja 1977 roku. Dlatego został poproszony o występ podczas koncertu Ian Curtis Memorial Night w De Effenaar w Eindhoven w dniu 18 maja 2011 r., w 31 rocznicę śmierci wokalisty.
John Clarke jest świadkiem wielu interesujących wydarzeń, dlatego dziwne jest, a nawet szokujące, że nikt z dziennikarzy nie zapytał go, podczas wielu wywiadów, o wspomnienia ze wspólnych koncertów z Joy Division, czy o znajomość z Martinem Hannettem, Tonym Wilsonem lub Ianem Curtisem... I dlaczego dotąd nikt nie namówił go do napisania książki o historii punka w Manchesterze? Wprawdzie wydano płytę z wyborem nagrań z lat 1977-1993, na której są także jego recytacje, lecz co książka to książka.
Hej, ludzie z Manchesteru, pismaki i dziennikarze, ruszcie swoje tłuste tyłki znad biurek i obudźcie się! Inaczej my za was to zrobimy, choć nam za to nie płacą.
Czytajcie nas, codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.