Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Böcklin, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Böcklin, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 czerwca 2018

Niezwykła historia obrazu Wyspa Umarłych Arnolda Böcklina

Wszystko zaczęło się od opowieści młodej wdowy, która zwierzyła się malarzowi Arnoldowi Böcklin z sennej wizji. I tak obraz, który powstał na skromne, prywatne zlecenie stał się jednym z najbardziej znanych i tajemniczych dzieł sztuki. Ale do rzeczy.

Wiosną 1880 r. młoda wdowa Marie Berna, której mąż - niemiecki dyplomata Georgie von Berna - zmarł na dyfteryt w 1865 roku, zamówiła u szwajcarskiego malarza Arnolda Böcklina (1860-1901) obraz ze snów. Böcklin, który mieszkał wówczas we Florencji, w tym czasie pracował nad motywem samotnej skalistej wyspy. Maria Berna (późniejsza hrabina Oriola) zobaczywszy w pracowni malarz nieskończony obraz ze zdumieniem poznała w nim ten, który chciała zamówić. Temat tak zafascynował artystę, że wykonał go w pięciu wersjach w przeciągu sześciu lat, od 1880 do 1886 roku.


Böcklin nie sprzedał młodej wdowie pierwszej wersji wyśnionego obrazu. Otrzymała drugą, którą artysta ukończył także w 1880 roku. Ten obraz jest teraz własnością Metropolitan Museum w Nowym Jorku. Pierwsza wersja, oryginalny motyw, który malarz zatrzymał dla siebie, znajduje się obecnie w Kunstmuseum Basel.

 
Krótko potem na życzenie właściciela galerii, w której Böcklin wystawiał swoje prace Fritza Gurlitta, malarz ukończył w 1883 roku trzecią wersję, na podstawie której Max Klinger wykonał akwafortę, bo właściciel galerii chciał motyw z obrazu wprowadzić na rynek sztuki. Dopiero wtedy obraz otrzymał swój tytuł, pod którym jest teraz znany:  Wyspa Umarłych. Dotąd Böcklin nazwał go cichym miejscem lub grobową wyspą. Malarz bowiem napisał do marchanda, że ten obraz musi stać się tak cichy, że przerazi cię, gdy zapukasz do drzwi.



Ta trzecia wersja obrazu w 1933 roku została wystawiona na aukcji i kupił ją wtedy Adolf Hitler, kanclerz Niemiec, jak pamiętamy, niegdyś początkujący malarz. Najpierw zabrał obraz do Berghof w Obersalzberg, gdzie wisiały inne słynne arcydzieła, ale w 1940 r. zawiesił w gmachu Kancelarii Rzeszy Berlińskiej. Dziś dzieło jest własnością Nationalgalerie Berlin. Hitler był bardzo przywiązany do obrazu, lubił na niego patrzeć i chciał go mieć zawsze blisko siebie, dlatego obraz znalazł się na fotografii zrobionej w 1940 r. podczas pobytu w Berlinie sowieckiej delegacji z Wiaczesławem Mołotowem na czele. 

Gości przyjął wtedy Joachim von Ribbentrop i po granitowej posadzce zaprowadził do prywatnego apartamentu Führera. Hitler, według relacji świadków powitał ich z radością i pogratulował Stalinowi i sobie sukcesu, czyli paktu o nieagresji, zwanego porozumieniem Ribbentrop-Mołotow, podpisanego w Moskwie ponad rok wcześniej, 23 sierpnia 1939 r., na mocy którego oba państwa zajęły terytorium Polski we wrześniu 1939 r. Kanclerz zapewniał gości o przyjaźni. Mołotow, w imieniu Stalina, utwierdzał gospodarza w przeświadczeniu, że ich sojusz będzie trwał wiecznie. Nie zauważył jednak, że wraz z gospodarzem pozował wtedy do zdjęcia na tle wiszącego na ścianie obrazu,  którym jest Wyspa umarłych Arnolda Böcklina. Symbolika tego zdjęcia jest porażająca, jeśli uzmysłowimy sobie co stało się później.



Ale wróćmy do obrazu. Otóż kłopoty finansowe Böcklina sprawiły, że powstały jeszcze dwie wersje już wtedy słynnego malowidła: płótno powstałe w 1884 roku weszło w posiadanie przemysłowca Heinricha Barona Thyssena. Dzieło to uległo zniszczeniu w pożarze banku Thyssena w Berlinie w czasie nalotów alianckich Pozostało po nim czarno-białe zdjęcie.


Ostatnia piąta wersja została wykonana w 1886 roku na zlecenie Muzeum w Lipsku, gdzie można ją zobaczyć dzisiaj.


Wszystkie pięć wersji ukazują tę samą skalistą wyspę z cyprysami, do której dopływa łódź, lecz każdy z obrazów różni się formatem, kolorystyką i szczegółami. Niemniej wszystkie warianty mają w sobie coś mistycznego, ogromny ładunek melancholii i ciszy. Widzimy na nich opuszczoną, skalistą wyspę wyrastającą z gładkiego jak lustro morza, niczym monstrualny ołtarz czy gotycki zamek, otoczony strzelistymi, niemal dotykającymi nieba cyprysami. Ściany skał są usiane odrzwiami do komór grobowych i wydawałoby się, że wyspa jest od dawna opuszczona, gdyby nie łódź zbliżająca się do niej. Jest w niej przewoźnik (możliwe, że to Charon), któremu towarzyszy postać odziana na biało lub w białej masce (zależy od wersji obrazu), niekiedy z kobiecą towarzyszką u boku, stojąca w nogach nakrytej tkaniną trumny. Coś jest w tym obrazie, co karze wręcz wstrzymać oddech, gdy się go ogląda. Według syna artysty, malarz wyobraził na nim własną ostatnią podróż, lecz pytany wprost o wyjaśnienie cierpko oznajmił tylko, że namalował To, co widzisz. Maluję tylko obrazy i nie układam puzzli!.

Choć Arnold Böcklin jest autorem wielu innych dzieł to w świadomości publicznej pozostaje, podobnie jak Edward Munch (TUTAJ) tylko jednego. Nie będziemy przytaczać biografii artysty, bo każdy może ją bez trudu znaleźć w Internecie. Zamiast tego zajmijmy się miejscem, które zostało namalowane. Okazuje się, że nie jest ono tworem wyobraźni, lecz istnieje na prawdę. Wprawdzie spory na temat tego skąd malarz je wziął istnieją nadal ale najprawdopodobniej jest to Piazzale Donatello we Florencji czyli cmentarz ewangelicki w tym mieście, na którym zresztą pochowano Böcklina, choć są też zwolennicy tezy, iż jest to Pontikonisi, niewielka skalista wysepka w pobliżu Corfù czy inne podobne pod względem budowy, położone w pobliżu wybrzeża Dalmacji. Ostatnio wskazywana jest także wyspa Ischia, gdzie znajduje się wzniesienie z zamkiem Fryderyka Aragońskiego. 

Obraz jest za to arcydziełem kompozycji: linie poziome i pionowe podkreślają zarówno bliskie plany jak i przestrzeń. Nisko zawieszona linia horyzontu oraz poruszająca się barka nadają obrazowi głębi. Koloryt skrajnych barw, od prawie czarnego morza do bieli skał razem łączy się w harmonijną całość. Dlatego obraz inspirował wielu artystów: Siergiej Rachmaninow po obejrzeniu go w Paryżu w 1907 roku skomponował poemat symfoniczny (op. 29), podobnie jak Heinrich Schulz-Beuthen i Max Reger. Freud miał kopię dzieła, także Salvadore Dali i De Chirico. O obrazie powstawały i powstają rozprawy i analizy filozoficzno-estetyczne, ostatnia znacząca w została wydana w Bonn w 2005 r.

Stefanie Breitzke Arnold Böcklin Die Toteninsel. Analyse und Interpretation, Bonn 2005 ISBN: 9783640389087

wtorek, 8 października 2019

Alessandro Sicioldr: Malarstwo ukazujące coś wyjątkowego i niepokojącego

Jeśli połączymy technikę mistrzów włoskiego quatrocenta z wyobraźnią Hieronima Bosch’a, dodamy do tego po szczypcie wizji Arnolda  Böcklin’a i Franza von Stucka co otrzymamy? Na pewno coś wyjątkowego i niepokojącego. Świat, który jest na obrazach Alessandro Sicioldr.

Ten włoski malarz urodzony w 1990 roku w miejscowości Tarquinia, a obecnie mieszkający w Perugii jest – w co aż trudno uwierzyć gdy patrzy się na jego dopracowane płótna – samoukiem. Najpierw ukończył informatykę, aby od niedawna zająć się sztuką. Podstawy techniki zawdzięcza swojemu ojcu, malarzowi i psychologowi oraz wieloletniemu kopiowaniu prac sławnych, włoskich twórców.

Od kilku lat machnięciem pędzla tworzy atmosferę snów z bajkowymi krajobrazami i świetlistymi portretami niejednoznacznych postaci, które wydają się unosić między dobrem a złem. Namalowane osoby nie są ani dobre, ani złe. Nie są ani złe, ani szczęśliwe. Są dwuznaczne – mówi w jednym z wywiadów i dodaje, jakby dla wyjaśnienia: Nie ma czasu, jesteśmy poza czasem i poza przestrzenią (cały wywiad LINK).

Popatrzmy zatem na jego obrazy:













Te cokolwiek dość dziwne kompozycje wynikają z jego nadwrażliwości i wizji, które prześladują go we śnie od dzieciństwa. Wśród nich powtarza się ludzkie ciało będące naczyniem, w którym chowa się inna postać. Otaczająca je natura – jeśli już jest – jest jałowa i ponura. Kiedy Alessandro był dzieckiem, bał się zasypiać, bo natychmiast z mroków wyskakiwały surrealistyczne krajobrazy i zaludniające je dziwaczne postacie… Czułem się, jakby w mojej głowie był otwarty portal – wspomina po latach te doświadczenia. Jego rodzice martwili się jego stanem psychicznym, lecz dopiero, gdy stał się dorosły, nauczył się ujarzmiać swoją wyobraźnię, przenosząc i zamykając swoją podświadomość w obrazach.

Sicioldr wzoruje się na doświadczeniach starych mistrzów, szczególnie ceni Pierra Della Francesco, konsekwentnie korzystając z metodologii opisanej przez Cennino Cenniniego w Il Libro dell'Arte. Czerpie także inspirację z twórczości Odilona Rodona i mało znanego surrealisty Alberto Martiniego. Fascynują go także tacy artyści jak już wymieniony Arnold  Böcklin (o którym pisaliśmy wielokrotnie TUTAJ) i Franz von Stuck TUTAJ, których najgłośniejsze obrazy pozostawiły widoczne piętno na jego pracach:






Sicioldr brał już udział w kilku wystawach indywidualnych we Włoszech, a także w wystawach zbiorowych w Europie i Nowym Jorku, gdzie wzbudził duże zainteresowanie swoim indywidualnym stylem. Więcej jego prac można zobaczyć na jego stronie internetowej LINK.


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 9 listopada 2024

Co jest po drugiej stronie Wyspy Umarłych Arnolda Böcklina?

Wyspa Umarłych (Die Toteninsel) szwajcarskiego symbolisty Arnolda Böcklina  z 1880 roku to obraz, który fascynuje każdego, kto się z nim zetknie. My także pisaliśmy o nim wielokrotnie (LINK), bo i arcydzieło Böcklina było jednym z najczęściej reprodukowanych obrazów w historii sztuki, fascynowało Lenina i Hitlera, Freuda i Clémenceau oraz inspirowało Dalego i Scorsese. Przypominamy, że okoliczności powstania dzieła były prozaiczne. Protektorka Böcklina, Marie Berna, zamówiła ten obraz w 1880 r. jako formę epitafium zmarłego męża, na podstawie niedokończonego płótna, które zobaczyła w pracowni artysty we Florencji. Na jej prośbę artysta dodał do łodzi wiosłowej na pierwszym planie trumnę i owiniętą w całun postać. Böcklin napisał do niej później: będziesz mogła przenieść się snem do świata ciemnych cieni. Mimo to prawdopodobnie nie miał pojęcia, że ten obraz będzie tak popularny. Uważa się, że jest na nim scena ostatniej podróży opisanej w mitologii greckiej, w której przewoźnik Charon towarzyszy zmarłym do podziemnego świata po drugiej stronie rzeki Styks, po której przekroczeniu śmiertelnikom wymazywane są wymazuje wszelkie wspomnienia o życiu. 


Natomiast mniej znany jest fakt, że Böcklin namalował w 1888 roku również Wyspę Życia (Die Lebensinsel). Ukazuje pejzaż, jak mógł rozpościerać się po drugiej stronie Wyspy Umarłych. Tylko zamiast wysokich, białych, skalistych klifów mamy na wysepce łagodne wzgórze  porośnięte bujną zielenią i oświetlone ciepłymi, radosnymi promieniami słońca.  Na lądzie widać odchodzącą w dal, między drzewa, niewyraźną, ciemną parę. Bliżej brzegu kroczy radosny korowód postaci, a po wodzie wesoło brodzą kochankowie w towarzystwie oswojonych łabędzi, co być może jest nawiązaniem do motywów znanych z mitologii greckiej. Mamy więc w zasadzie obraz raju! Tylko o co w tym chodzi? Bo jeśli przyjrzymy się bliżej, zobaczymy, że pływające pary składają się z niepokojących męskich postaci satyrów lub trytonów czy raczej dzikich mężów oraz biało odzianych nimf. Pary te bawią się w towarzystwie łabędzi, które są chyba najważniejszym motywem na tym obrazie. 

Bo symbolika związana z łabędziami jest bogata, zarówno w mitologii greckiej jak i w Biblii. Jej znaczenie wynika z umiejętności łabędzia, który może podróżować i metaforycznie, i dosłownie w Powietrzu i Wodzie, a także po Ziemi więc niejako pomiędzy różnymi stanami duchowości. Łabędź był często przedstawiany w starożytnej mitologii greckiej jako symbol wdzięku i czystości. Symbolika łabędzia jest obecna w całej starożytnej poezji greckiej, gdzie te majestatyczne stworzenia były czczone za swoje piękno i elegancję. W mitologii rola łabędzi była w ogóle wieloaspektowa i różnorodna. Jeden z popularnych mitów dotyczy boga Apolla, który zabiegał o piękną nimfę Cygnus. Próbując ją uwieść, Apollo przeobraził się w łabędzia, mając nadzieję, że uda mu się ją zdobyć swoją gracją. Ta historia podkreśla związek łabędzi z pięknem. Znacznie bardziej znanym mitem dotyczącym łabędzi jest opowieść o Ledzie i łabędziu. Według tej legendy Zeus przybrał postać łabędzia, aby zbliżyć się do Ledy, co spowodowało, że urodziła ona dwie pary bliźniaków - Helenę i Klitajmestrę z jednego jaja oraz Kastora i Polluksa z drugiego. Mit ten pokazuje, jak łabędzie były postrzegane jako boscy posłańcy lub pośrednicy między bogami a śmiertelnikami. Stąd ptaki te towarzyszyły wielu boginiom. Na przykład Afrodyta, bogini miłości i piękna, była czasami przedstawiana jadąca na rydwanie ciągniętym przez łabędzie, co wyrażało ich związek z wdziękiem i czystością.

Symbolika łabędzia w sztuce chrześcijańskiej posiadała jeszcze głębszą wymowę, ich obecność oznaczała łaskę, czystość i boskie piękno. Elegancka i majestatyczna poza łabędzia inspirowała artystów i sprawiała, że ptak był przedstawiany na różnych dziełach sztuki religijnej. Wśród rozmaitych znaczeń istotna była jeszcze jedna cecha przypisywana łabędziom. Opisują ją bestiariusze, czyli średniowieczne księgi o zwierzętach i minerałach. Napisano tam, że łabędzie potrafią przepięknie śpiewać, a najsłodsze, najpiękniejsze pieśni śpiewają przed samą śmiercią… W sztuce chrześcijańskiej łabędź bywał więc symbolem zmartwychwstania Chrystusa. Podobnie jak łabędź wdzięcznie wyłania się z wody po czasie przebywania w ciemności i ukryciu, tak samo Jezus pokonał śmierć i zmartwychwstał trzeciego dnia. Jest to pozytywny dla chrześcijan obraz nadziei na życie wieczne.  Jednakże być może najważniejszą symboliczną cechą łabędzi było to, że tworzą one monogamiczne pary, są więc symbolem wiernej miłości.

Choć u Böcklina nie mamy – jak się wydaje – treści biblijnych, są za to odniesienia do mitologii. Ukazana wyspa jest obrazem Cytery, wyspy, która uchodziła za królestwo miłości, za idylliczną krainę zabaw i przyjemności (najbardziej znany obraz o tej tematyce namalował Antoine Watteau).

Tu miała urodzić się, a następnie przebywać Afrodyta… Aby jednak nie popaść zbytnio w idealizm wróćmy do pary w centrum obrazu, złożonej z nimfy i satyra. Satyrowie często pojawiają się w mitach greckich jako lubieżni i kochający wino dzicy ludzie natury, którzy mieli pewne zwierzęce cechy. Uważani byli za inteligentnych, ale psotnych i rozwiązłych… Można uznać więc, że obraz ukazuje różne aspekty miłości, od idealnej, trwającej aż poza grób, po cielesną. Niemniej im dłużej przyglądamy się w zamierzeniu artysty wesołej scenie, tym mocniej ogarnia nas niepokój. Bo gdzie podąża para znikająca w gaju? Dokąd zmierza kolorowy korowód? Czy beztroskie zabawy nimf i satyra nie są zapowiedzią czegoś, co czeka uczestników zabawy gdzieś za drzewami, w głębi wyspy…
 
Mimo jasnych barw, obraz nosi w sobie cień, być może jest to smutek zrodzony z ponurej atmosfery końca stulecia,  w obliczu zbliżającej się I wojny światowej, która na długo wyeliminuje z życia wszelką idyllę.

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 3 września 2019

Philippe Charles Jacquet: Arnold Böcklin naszych czasów

Philippe Charles Jacquet nie tyle maluje pejzaże, co je stwarza. Jego obrazy przypominają surrealistyczne fotografie Sarolty Ban (TUTAJ), Michela Ticcino (TUTAJ), Jerrego Euelsmanna (TUTAJ), czy  Ionuta Caras (TUTAJ) tzn. dzieją się w nierzeczywistym świecie pomimo realistycznych części kompozycji: krajobrazy, mocno inspirowane widokami wybrzeży Bretanii, zawsze posiadają jakiś element surrealistyczny, a ich atmosfera, nasycona nostalgią i tajemniczością kojarzy się najbardziej z malarstwem Arnolda Böcklina i jego obrazem Wyspa Umarłych (pisaliśmy o nim wielokrotnie TUTAJ).

Czemu takie konotacje? Wydają się proste, jeśli tylko spojrzymy choć na kilka obrazów Jacquet’a: Jest na nich morze (morze otwarte, zatoka, czy morze traw, nie jest to istotne) i płynąca po nim łódka , zacumowana lub wyciągnięta na brzeg w zatoce u skalistego wybrzeża. Cisza, jaka panuje na jego obrazach, bezruch morskiej powierzchni, w zasadzie brak oznak życia wśród skał, nawet jeśli widać w nich domy, jest zupełnie z innego świata, zupełnie jak gdyby pokazano nam fragment tego co dzieje się na drugim brzegu życia… Czy nie odnosicie wrażenia, że autor ze swoją historią poszedł dalej i o ile Böcklin pokazał nam początek drogi, to Jacquet ukazał nam co dzieje się po dopłynięciu do wyspy? Podróżnik po prostu buduje tam dom i oswaja nowy ląd…










Zamiłowanie od odwzorowywania brył architektonicznych krytycy sztuki Jacqueta tłumaczą jego wykształceniem. Otóż ukończył wydział architektury w Ecole Nationale Supérieure des Arts Décoratifs i kilka lat przepracował jako czynny architekt. Po pewnym czasie jednak porzucił swój zawód i zajął się sztuką. Jest samoukiem. Lśniącą gładkość niektórych partii obrazów osiągnął za pomocą przyjętej przez siebie techniki: stosuje jako podkład białą farbę, która świetnie odbija światło, gdy laserunkowo położy na niej farbę. Te partie, które mają pozostać matowe, zarysowuje żyletką. Stosuje zgaszone barwy, lubuje się w odcieniach złamanego, przyszarzałego błękitu i szerokiej palecie ugrów.

Jacquet urodził się w 1957 roku w Paryżu, a obecnie mieszka i pracuje w Pantin, niewielkiej miejscowości leżącej na północnych przedmieściach Paryża, gdzie prowadził galerię. Cóż więcej? Maluje swój wszechświat, który leży gdzieś pomiędzy fantazją a rzeczywistością. Jego obrazy można zobaczyć na jego stronie internetowej LINK. Oprócz Wyspy Umarłych są tam także inne jego prace, w tym krajobrazy wyrwane wprost ze snów:









Niedługo na naszym blogu przedstawimy kolejnych ciekawych artystów, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 25 lipca 2018

Umieranie: fascyncja Jacka Malczewskiego

Gdyby pokazać przechodniowi na ulicy reprodukcję jakiegokolwiek obrazu Jacka Malczewskiego, stwierdziłby, że już gdzieś go widział, choć pewnie nie umiałby powiedzieć, czyje jest to dzieło i co przedstawia. Twórczość tego malarza nie tyle jest znana, co rozpoznawalna, bo Malczewski zamalował kilkaset półcień. Za życia był uznanym artystą, ale jeszcze bardziej po śmierci, dziś jego obrazy osiągają rekordowe ceny na aukcjach (niedawno jeden z nich został sprzedany za 2,6 mln zł przy cenie wywoławczej 1,5 mln zł). I podobają się, choć był okres, w którym tzw. krytycy sztuki gardzili malarstwem postaciowym a już najbardziej takim, które można by włożyć do szufladki z napisem malarstwo akademickie. 


Nie ma potrzeby zamieszczać pełnego biogramu artysty, bo zawsze można go znaleźć choćby w Wikipedii. Dość podać, że urodził się w czasie zaborów, krótko przed powstaniem styczniowym, a zmarł w wolnej Polsce w 1929 r. Pochodził z rodziny ziemiańskiej, może niezbyt zamożnej, lecz zasobnej. Jego ciotka, Wanda Malczewska, była mistyczką, uważa się, że przewidziała w 1837 r. zwycięską bitwę warszawską z 1920 r. (więcej o niej TUTAJ). Sam Malczewski był patriotą, romantykiem wierzącym w misję sztuki. Swoim uczniom powtarzał: malujcie tak, by Polska zmartwychwstała. I sam tak też starał się robić. 

Zanurzony w polskiej tradycji i akceptujący wartości chrześcijańskich, mimo burzliwego życia, zdążył zaprzyjaźnić się ze śmiercią, zresztą jak wszyscy Polacy, którym przyszło dorastać w cieniu legendy powstańców, oddających niczym Spartanie życie w walce za Ojczyznę. Może dlatego temat Śmierci - Odchodzenia - Umierania był mu bliski i stał się głównym w jego twórczości. Co dziwne, śmierć na jego obrazach nie jest zgodnie z obowiązującą konwencją upiorną kostuchą zawiniętą w białą czy czarną płachtę. Wręcz przeciwnie. Przybiera postać młodej, krzepkiej kobiety z kosą, bardzo cielesnej, tak świadomej swojej kobiecości, że aż wyzywającej. Konsekwentnie Thanatos nie jest u niego przystojnym młodzieńcem, jak to podają greckie mity, lecz kobietą - przepełnioną erotyzmem, emanującą witalnością i wdziękiem.



Umieranie nie budziło lęku w Malczewskim, lecz wręcz fascynowało. Do tego stopnia, że oprócz licznych autoportretów ze Śmiercią lub Thanatosem, namalował pod koniec życia tryptyk pt.  Mój pogrzeb,  a wcześniej obraz pt.: Śmierć Artysty z sobą na marach. Możliwe, że dlatego, iż śmierć mogła kojarzyć mu się z zarówno z rozkoszą erotyczną tzw. małą śmiercią jak i z ukojeniem, wedle słów dekadenckich poetów:  


O przyjdź, jesienią -
W chwilę zmierzchu senną, niepewną -
i dłonie
Swe przejrzyste, miękkie, woniejące
na cierpiące
Połóż mi skronie -
o Śmierci!…

 
i jeszcze:
 

Rozpusta i Śmierć są to dwie przyjemne panny,
Skore do pocałunków, pełne zdrowia, siły,
Ich łona wciąż dziewicze, ubrane w łachmany,
W wiecznym, mozolnym trudzie nigdy nie rodziły. 



Taka śmierć, niosąca spełnienie i ukojenie bywała w czasach twórczości Malczewskiego utożsamiana z nirwaną, której idea wynikała z filozofii Schopenhauera, a zwłaszcza z cechującej ją negacji woli życia i działania. W dodatku według egzystencjalnych, romantycznych wizji, śmierć jest tak samo płodna, jak życie. Wiliam Blake zauważył, że nie tylko Ewa jest Matką Śmierci, ale każda ziemska kobieta rodząca śmiertelne ciało (więcej o tym tutaj: S. Foster Damon, A Blake Dictionary: The Ideas and Symbols of William Blake, with a new index by Morris Eaves, New York 1979, s. 99-100). 



Malczewskiemu na obrazach towarzyszą rozmaite stwory: trytony, syreny, fauny, satyry i chimery pojawiające się w swojskim krajobrazie wiejskim, podobnie jak ma to miejsce w malarstwie Arnolda Böcklina (o jego najbardziej znanym obrazie pisaliśmy TUTAJ), który również łączył motywy mitologiczne ze światem realnym (TUTAJ). Zresztą nie tylko Böcklin tak czynił. Wyobraźnia Malczewskiego wykazuje wiele wspólnych cech z twórczością Maxa Klingera (TUTAJ) i Franza von Stucka (TUTAJ), którzy także odrealniali na pozór zwyczajne postaci i tworzyli światy fantastyczne. To właśnie dzieje się na wspomnianym tryptyku Mój pogrzeb, namalowanym 6 lat przed śmiercią. Malarz ukazał na jego bocznych skrzydłach kondukty żałobne prowadzone przez kobiety niosące krzyż, w których ciało zmarłego na marach dźwigają satyrowie a za trumną idą, ni to wiejskie baby, ni to przebrane za nie fauny, bo spod szerokich spódnic i zapasek żałobnikom wystają kozie nóżki. Między nimi na drodze stoją kamienne kopczyki, symbole Hermesa, posłańca bogów, który swobodnie wędrował pomiędzy światem żywych, zmarłych i Olimpem... Pośrodku nad brzegiem rzeki, w domyśle Styksu, siedzi artysta. Jest w stroju wakacyjnym, ma nawet w ręku słomkowy kapelusz. U stóp Malczewskiego leży Chimera, która właśnie skończyła kopać mu grób, jeszcze trzyma w ręku łopatę. Nad Malczewskim rozpościera się sieć - symbol sieci Piotrowej, czyli Kościoła. Ta luźna, radosna atmosfera unosząca się nad środkową częścią tryptyku dziwnie przeczy tytułowi obrazu, lecz wynika z usposobienia malarza, który żył z rozmachem, zgodnie z zasadą sformułowaną przez Juliusza Słowackiego: A chorobą zgubną, mówią, jest melancholia i zamyślenie zbytnie o rzeczach duszy. Dwie są bowiem melancholije: jedna jest z mocy, druga ze słabości; pierwsza jest skrzydłami ludzi wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się. 



Siła jego obrazów, ich wymowa, przetrwała próbę czasu i inspiruje, ożywia wyobraźnię kolejnych pokoleń twórców. Po okresie negacji i krytyki (że jest przegadany i przesadnie symboliczny), był i jest wciąż na nowo odkrywany. W czasach współczesnych przez filmowców. Jednym z nich był Andrzej Wajda, który w realizowanej w 1970 r. Brzezinie konstruował całe sceny posiłkując się obrazami Malczewskiego. Drugim był Jan Jakub Kolski, który w filmie Grający z talerza umieścił postać śmierci wędrującej przez wiejskie pola, a wzorowanej na kobietach z kosą przewijających się przez obrazy Malczewskiego. Jedna z takich kobiet dotarła w końcu do malarza, który oślepł przed śmiercią ale nie zrezygnował z kierowania własnym życiem. Doktorze, już nie zastrzykuj, bo odchodzę - miał powiedzieć szeptem, gdy umierał. Może nie chciał uśmierzać swego cierpienia albo też, choć ociemniały, ujrzał przy swoim łóżku młodą, radosną kobietę, wspartą na kosy, która znacznie lepiej mogła mu pomóc. Zmarł i kazał się pochować w czarnym habicie  III Zakonu św. Franciszka. Zachowało się zdjęcie leżącego w trumnie Malczewskiego. W tle, za katafalkiem, widać fragment obrazu Tobiasz z aniołami... 



Dzieła: