Sztuka New Dawn Fades – A Play About Joy Division & Manchester
jest już pokazywana 11 lat. I nadal cieszy się popularnością. W
październiku zespół, który ją pokazuje, znów wyruszy w trasę po Wielkiej
Brytanii. Już teraz wiele seansów ma komplet widzów, ale jest jeszcze
kilka wolnych miejsc, bilety można kupić TUTAJ.
W New Century Hall w Manchesterze 15 października odbędzie się
wyjątkowe wydarzenie: prezentacja najnowszej książki o klubie Hacienda.
Tytuł publikacji to The Hacienda: Threads. Książka, której redakcję
wykonała Rebecca Hook, będzie zawierać wypowiedzi Petera Hooka, który
napisał przedmowę, Johna Coopera Clarke'a, Noela Gallaghera,
Rowetty, Maniego, Irvine'a Welsha, Andrew O'Hagana, Mike'a Pickeringa,
Todda Terry'ego i Rogera Sancheza. Przedsprzedaż już ruszyła TUTAJ.
Dalej Manchester: Morrissey twierdzi, że Johnny Marr zablokował wydanie nowego
wydawnictwa z największymi hitami The Smiths. W jaki sposób? Odrzucił
projekty plastyczne okładki zaproponowanej przez wydawcę czyli Warner
Music, której autorem jest Darren Evans. Nowa płyta ma nosić tytuł
Smiths Rule OK!, Jak to się skończy, nie wiadomo... (LINK).
Działająca w Manchesterze fundacja Headstock, zajmująca się muzyką i
zdrowiem psychicznym, ogłosiła, że w Manchesterze powstanie nowy mural
wspierający akcję Shout85258 - tym razem poświęcony Kurtowi Cobainowi.
To z inicjatywy tej fundacji powstały murale przedstawiające Iana
Curtisa z Joy Division w Macclesfield w Manchesterze i Keitha Flinta z
The Prodigy w Hackney w Londynie.
Mural ma pojawić się na ścianie The
Bread Shed, tuż przy Oxford Road w Manchesterze, czyli niedaleko
miejsca, gdzie Nirvana zagrała swoje dwa jedyne koncerty w Manchester
Polytechnic Students Union w 1989 roku (z Tadem jako supportem) oraz w
Manchester Academy w 1991 roku (z Shonen Knife). Autorem malowidła ma
być Akse, ten sam który wykonał obraz Iana Curtisa (LINK).
W temacie: we wtorek, 10 września, na Instagramie były perkusista Nirvany i
lider Foo Fighters przyznał się w mediach społecznościowych że
niedawno urodziła mu się córeczka, ze związku pozamałżeńskiego. Muzyk od
21 lat jest żonaty, para ma troje dzieci. Najstarsza córka występuje z
ojcem w jego zespole. Muzyk wyłączył możliwość komentowania swojego
wpisu (LINK).
Facet domyślił się, że żona go zdradza. Pewnego wieczoru zaczekał, aż wyjdzie z domu, po czym wskoczył do taksówki nakazał kierowcy ją śledzić. Chwilę później wszystko było jasne - żona pracowała w agencji towarzyskiej! Zszokowany facet mówi do taksówkarza: - Chcesz pan zarobić stówę? -Jasne! Co mam robić? -Wejść do agencji, zabrać moją żonę, wsadzić ją do taksówki i zawieść nas oboje do domu. Taksówkarz zabrał się do pracy. Kilka minut później drzwi agencji otworzyły się z hukiem i pojawił się taksówkarz trzymający za włosy wijącą się kobietę. Otworzył drzwi samochodu, wrzucił ją do środka i powiedział: -Trzymaj pan ją! A facet krzyknął do taksówkarza: - To nie jest moja żona! -Wiem, ku**a, to moja! Teraz idę po pańską!
W temacie dramatycznych wydarzeń:Samozwańczy podróżnik w czasie z roku 2671 wrzucił na TikToka film,
w którym opowiada o pięciu dramatycznych wydarzeniach, które będą miały
miejsce w tym roku. Najpierw 20 września w Australii zostaną odkryte
ponad naturalnej wielkości zwierzęta: 3-stopowe pająki, 60-stopowe
motyle, a nawet żyrafy tak wysokie jak wieżowce. Potem 23 października
pod wpływem energii emitowanej przez Słońce dowiemy się kiedy umrzemy.
Ale niektórzy okażą się być nieśmiertelni. 25 października natomiast
powróci muzyk, o którym wszyscy sądzą, że nie żyje (nie będzie to raczej
Elvis, bo przecież Elvis lives forever). I na koniec, 9 listopada
słońce zniknie na tydzień, a następnie zostanie znaleziony artefakt,
który będzie leczył chorobę, na którą dotąd nie ma lekarstwa (LINK).
Jasiu pyta taty: - Tato, a czy marsjanie to nasi przyjaciele czy wrogowie? Tata pyta się zdziwiony: - Czemu pytasz o takie rzeczy? - Bo wczoraj przyleciał wielki statek i zabrał babcie. - A to przyjaciele.
Niczym UFO pojawia się i znika nowa płyta the Cure. Na początku ubiegłego tygodnia panowie potwierdzili, że ich
pierwszy album od 16 lat będzie mieć tytuł Songs Of A Lost World. A 12
września w pubie The Railway w Crawley, gdzie zespół zagrał swój
pierwszy koncert, pojawił się plakat reklamujący nową płytę. Podobno ta
ukaże się 1 listopada (LINK). Zespół założył nową stronę internetową zachęcającą do zapisania się poprzez nią na newslettera (LINK).
Również The Chameleons zapowiedzieli wydanie nowego albumu Arctic Moon,
który ukaże się w sprzedaży w 2025 roku. Ale zanim to się stanie, w
październiku wypuszczą pięciopiosenkową EP-kę zatytułowaną Tomorrow
Remember Yesterday, za pośrednictwem Metropolis Records (cyfrowo) i
Aufnahme+Wiedergarbe (winyl). Płyta wyjdzie podobno w niskim nakładzie i
to tylko przez sklep internetowy Metropolis (LINK).
Człowiek kameleon w niemieckim aucie: pewien mężczyzna, którego odprawiła ochrona klubu techno, po pewnym
czasie wrócił w przebraniu wynajętym Audi i staranował bramę wejściową. Podobno
chciał rozjechać obu ochroniarzy, lecz ci odskoczyli mu sprzed maski.
Teraz policja szuka tego człowieka. Nie pisalibyśmy o tym ale raz, że
klub urządzono w hali poprodukcyjnej fabryki psich ciasteczek, a dwa
hala ta (i klub w niej) został wraz z innymi klubami puszczającymi
muzykę techno jako zjawisko kulturowe Berlin Techno 13 marca wpisany na
listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego (ICH) w Niemczech,
dołączając do pięciu innych wpisów, m. in.: wspinaczki górskiej, wina
owocowego i bawarskiej parady o nazwie Kirchseeoner Perchtenlauf) (LINK).
- Jak to jest, że w Niemczech produkują tyle dobrych samochodów? Jak się ma takie żony, czymś trzeba się zająć.
Pozostańmy w ojczyźnie Tuska. Pod gruzami domu w Berlinie na Molkenmarkt, zniszczonego podczas II
wojny światowej, znaleziono broń samuraja - wakizashi, czyli japoński
krótki miecz, pochodzący z XVI wieku. Skąd taki miecz znalazł się w
Berlinie? Tej zagadki nie udało się rozwiązać (LINK).
Po czym poznać postępowego Niemca? Nie odwozi dziadków do domu starców, tylko na zabieg eutanazji.
O innym Niemcu - Hans Zimmer, zdobywca Oscara, kompozytor muzyki filmowej i
producent muzyczny, pod koniec przyszłego roku wyruszy w trasę, aby dać
serię koncertów nazwanych The Next Level. Na razie trasa obejmie
Irlandię i Wielką Brytanię. Ale mamy nadzieję, że artysta może ruszy w
Europę. Jak podano w komunikacie prasowym, każdy koncert ma być nowatorskim widowiskiem z przełomowymi elektronicznymi dźwiękami i
spektakularnymi efektami świetlnymi (LINK).
W temacie gitarzystów zagranicznych: gitara, która kiedyś należała do Noela Gallaghera z zespołu Oasis i
którą można było usłyszeć w teledysku do debiutanckiego singla zespołu
Supersonic, została sprzedana na aukcji za 132 000 funtów (LINK).
I naszych: 13 września w Poznaniu razem wystąpili członkowie (prawie wszyscy)
założonego w 1986 roku zespołu Acid Drinkers. Był to koncert zespół
Flapjack w którym występuje były gitarzysta Acid Drinkers, Robert
„Litza” Friedrich oraz perkusista, Maciej „Ślimak” Starosta. A w dodatku
Litza zapowiedział, że po ich występie będzie niespodzianka, oprócz
naszego wyjątkowego gościa, jakim jest Kaliber, będzie dwóch
sympatycznych panów: Titus i Popcorn. A nie tak dawno Tomasz „Titus”
Pukacki zasugerował, że jeśli Acid Drinkers kiedykolwiek miałoby
powrócić, to tylko w oryginalnym składzie... (LINK).
Jeszcze o gitarzystach i ich sprzęcie: firma Celestion z siedzibą w Great Blakenham w hrabstwie Suffolk,
która stworzyła pierwszy głośnik przeznaczony specjalnie do użytku ze
wzmacniaczami gitarowymi, świętuje swoje stulecie. Ich wzmacniacza
używały takie sławy jak: Jimi Hendrix, Brian May, Eddie Van Halen i
Slash. Pierwszym, który go użył był według firmy, Hank Marvin,
gitarzysta zespołu The Shadows, a następnie The Beatles. Pełna lista
gitarzystów, którzy grali z głośnikiem Celestion jest TUTAJ.
Ceniony brytyjski basista Herbie Flowers, który współpracował z
takimi artystami jak David Bowie, Paul McCartney i Elton John, zmarł w
wieku 86 lat. Flowers grał na basie w zespole popowym Blue Mink i
zespole rockowym T. Rex. Uważa się, że to on stworzył słynną linię
basową w utworze Lou Reeda Walk on the Wild Side z jego albumu
Transformer z 1972 roku (LINK).
Na koniec o postarzaniu produktu. Dyski twarde używane w przemyśle muzycznym w latach 90. XX wieku
mogą stać się niemożliwe do odczytania, już teraz nie można otworzyć
jednej piątej dysków cyfrowych przechowywanych przez wytwórnie muzyczne.
Dyski zastąpiły taśmy magnetofonowe, które uznano za nośniki nietrwałe,
narażone na zniszczenie np.: pożarem. Niemniej nikt nie spodziewał się
takiego obrotu sprawy, aby dyski przechowywane w odpowiedniej
temperaturze i wilgotności z niewiadomych przyczyn nie otwierały się. Na
razie odpowiedzialni za przechowywanie danych zastanawiają się co
robić? (LINK).
Jak to co? Przestańcie produkować w Chinach.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
The river is deep and the road is long, daylight comes and I want to go home
Awoke this morning to find my people's tongues were tied and in my dreams they were given books to poison their minds
The river is deep and the mountain high, how long before the other side We are their mortar, their building bricks and their clay their gold teeth mirror both our joys and our pain The river is deep and the ocean is wide, who will teach us how to read the signs
The earth is our mother she taught us to embrace the light, now the lord is master she suffers an eternal night
you blocked up my ears, you plucked out my eyes, you cut out my tongue, you fed me with lies,
Oh Lord.
Motyw wiodący, wydrukowany na okładce siódmej studyjnej płyty Dead Can Dance. Miałem okazję czekać na kolejne albumy, puszczane zwykle w PR3, lub wieczorami przez Tomasza Beksińskiego. Muzyka zespołu uległa bardzo głębokiej ewolucji, od chłodnego debiutu (choć już na nim była to ciekawa odmiana zimnej fali), przez bardziej pompatyczno - symfoniczny Spleen and Ideal (ach ten wstęp!), do uważanego za pikowe osiągnięcie nie tylko DCD ale i całej wytwórni 4AD Within the Realm of a Dying Sun... Po nim nastąpił zwrot. Nie wszyscy fani go zaakceptowali. Pojawiła się monotonia, trudna do zaakceptowania i bardzo eksperymentalna muzyka z płyty The Serpent's Egg. Dodam tylko, że po czasie, album zyskuje. Tak to jest z geniuszami, przerastają epokę... Niemniej wtedy był to album którego (w 1988 roku) nikt nie oczekiwał. Aion też miejscami nie powalał i chyba muzycy zrozumieli, że nie tędy droga realizując całkiem dobry Into the Labyrinth (1993) a po nim (1996) omawiany dziś Spiritchaser - chyba pierwsze wydawnictwo tak mocno i wyraziście przesunięte w stronę tzw. world music (widać to też w przytoczonym powyżej tekście utworu Song of the Dispossessed, czwartej piosenki na albumie).
Gdybym miał porównać ten album i zmianę stylu zespołu, to przypomina mi on mocno rewoltę jakiej dokonali the Opposition nagrywając War Begins at Home (opisany przez nas TUTAJ). Co ciekawe zespół nieżyjącego już Marka Longa nawiązał na swoim albumie do piosenki the Beatles (Babe in Black). I, co być może trudno sobie wyobrazić, po cover wielkiej czwórki sięgają też DCD. Pojawia się na albumie piosenka Georgea Harrisona (dokładnie fragment utworu 3) Within You Without You (prawa autorskie Northern Songs) ze słynnego Peppera... Na owym albumie Harrison skomponował samodzielnie tylko ten utwór, ale co ciekawe, chyba jest on jednym z najbardziej jego psychodelicznych dzieł...
dziś już na stałe zamkniętym - Quivvy Church) jest miejscami bardzo mroczna, otwiera ją instrumentalny ponury Nierika, później mamymonorecytacje Brandona Perry w Song of the Stars:
Jesteśmy jak wiatr Owinięty w świetliste skrzydła Tworzymy drogę, aby duch mógł przejść Dla przejścia ducha
Mamy tutaj solówkę a la The Residents z Commercial Album, i fragment tekstu w języku kreolskim haitańskim... O Indus już pisaliśmy powyżej, po nim motto albumu - Song of the Dispossessed. Dodamy tylko, że to jedyna piosenka całkowicie zaśpiewana w języku angielskim. Po niej znowu instrumentalny Dedicacé Outò, mocno perkusyjny. The Snake and the Moon zaśpiewany w zupełnie nieznanym języku (i znowu słychać solówki rodem z The Residents) a po nim Song of the Nile - także instrumentalny, choć pojawiają się w nim doskonałe wokale (ale bez tekstu). To jedna z najpiękniejszych piosenek albumu...
Całość kończy Devorzhum. I jest to mocne zakończenie.
Krytycy muzyczni pisali, że zespół tym albumem przekierował world music na nowe tory. Po wielu latach, patrząc bardziej całościowo na dokonania DCD, album Spiritchaser wydaje się być kontynuacją pikowego dokonania zespołu Within The Realm... I znowu, wtedy wydawał się nam dziwny, nietypowy, inny. Teraz po latach to wręcz doskonały przyjaciel jesiennych wieczorów.
A może to my staliśmy się już na tyle starzy, że w końcu dorośliśmy do tej muzyki?
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dead Can Dance, Spiritchaser, producenci: Brandon Perry i Lisa Gerrard, 4AD 1996, tracklista: Nierika,
Song of the Stars, Indus, Song of the Dispossessed, Dedicacé Outò, The
Snake and the Moon, Song of the Nile, Devorzhum.
Wrzesień, co nie każdy zdaje sobie sprawę, jest miesiącem szczególnie powiązanym z Krzyżem Świętym. W tym miesiącu ma miejsce szereg świąt liturgicznych, których geneza tkwi w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Na przykład publiczna cześć dla Krzyża Chrystusa datuje się dokładnie na dzień 13 września 335 roku, kiedy to w Jerozolimie poświęcono dwa sanktuaria: jedno zbudowane na miejscu Kalwarii, a drugie na miejscu Grobu Jezusa. Następnego dnia pozostałości Krzyża Świętego odkryte przez Świętą Helenę, matkę cesarza Konstantyna Wielkiego, zostały okazane zgromadzonym wiernym, pielgrzymom, mnichom i księżom przybyłym ze wszystkich zakątków Cesarstwa Rzymskiego. Odtąd na pamiątkę tego faktu zaczęto obchodzić święto, którego obchody pierwotnie trwały całą oktawę czyli osiem dni, podobnie jak święta Wielkanocne i Trzech Króli.
Tradycje Święta Podniesienia Krzyża Świętego zwane także świętem Triumfu Krzyża Świętego przerwał w 614 roku najazd Chosroesa II, króla Persji, który napadł Syrię i Palestynę i zrabował wiele relikwii, w tym relikwię Prawdziwego Krzyża. W 629 roku cesarz Herakliusz z Konstantynopola wkroczył do Persji i je odzyskał po czym pobożnie przewiózł do Jerozolimy, dokąd wkroczył boso, odziany w wór pokutny. 14 września cesarz umieścił Święty Krzyż na swoim dawnym miejscu w Bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Aby uczcić to zwycięstwo, w VII wieku Kościół Rzymski ustanowił formalnie Święto Triumfu Krzyża (nazywane również Świętem Podwyższenia Krzyża) właśnie w tym dniu czyli 14 września.
W dniu 17 września Kościół natomiast wspomina świętego Franciszka, który w 1224 roku podczas medytacji otrzymał stygmaty na Górze Verna. W tym roku mija okrągłe 800 lat od tego wydarzenia. Wreszcie ojciec Pio z Pietrelciny, którego wiele osób nazywało żywym krucyfiksem, został stygmatyzowany 20 września 1918 roku.
Uczczenie Krzyża nie było dla pierwszych chrześcijan łatwą decyzją.
Wiemy od Cycerona, że ukrzyżowanie było uważane za najbardziej haniebną i upokarzającą karę, zarezerwowaną tylko dla niewolników lub tych, którzy nie posiadali obywatelstwa rzymskiego. Ukrzyżowanie oznaczało powolną i bolesną śmierć, ostatecznie spowodowaną uduszeniem.
I ten niesławny krzyż stał się znakiem rozpoznawczym każdego chrześcijanina, przedmiotem medytacji wielu świętych i natchnieniem pokoleń artystów. Ale ich dzieła, mimo że nierzadko imponujące, są tylko efektem ich fantazji. Dopiero niedawno boloński rzeźbiarz i profesor Luigi Mattei, jeden z najbardziej utalentowanych artystów naszych czasów, stworzył obraz Chrystusa cierpiącego w oparciu o wyniki badań naukowych. Przyjmując za pewnik, że Całun Turyński jest rzeczywistym całunem, w który owinięte było ciało Jezusa, i że powstał przez niewytłumaczalne wydarzenia Zmartwychwstania, profesor Mattei postanowił stworzyć posąg (trójwymiarowy obraz) na podstawie wszystkich śladów zarejestrowanych na Całunie. Posąg został ukończony na czas Wielkiego Jubileuszu w 2000 roku. Wzbudził wielkie, światowe zainteresowanie i został wystawiony w różnych miejscach na całym świecie; jego zdjęcia zamieszono w magazynach, gazetach, czasopismach naukowych i filmach dokumentalnych, a docenił go nawet papież Jan Paweł II. Obecnie można go podziwiać w Muzeum Całunu w Turynie.
Rzeźba ukazuje, jak naprawdę wyglądał Jezus. Przedstawia solidnie zbudowanego mężczyznę średniego wzrostu, z szerokimi ramionami, potężną klatką piersiową, umięśnionym brzuchem i udami, wystającymi łydkami i dość dużymi stopami, odpowiednimi dla kogoś, kto musiał dużo chodzić. Profesor Mattei nie był jednak w pełni usatysfakcjonowany, ponieważ posąg był niejako tylko pośmiertną maską. Dlatego przystąpił do stworzenia według Całunu kolejnego posągu, który przedstawiałby Ukrzyżowanego Chrystusa. Powstała wyjątkowa statua o wymiarach 207x170x50 cm, która trafiła do Loggione Monumentale w sanktuarium San Giovanniin Monte w Bolonii we Włoszech. Po raz pierwszy w historii można patrząc na tę rzeźbę kontemplować i podziwiać naukowo zrekonstruowany obraz tego, jaki naprawdę był Chrystus w ostatnich chwilach swojej agonii. Najbardziej uderzająca jest twarz. Pomimo cierpienia i bolesnych skurczów emanuje z niej ogromna godność.
Ciało ludzkie zostało upozowane tak, jakby wisiało na drzewie krzyża. Jest umieszczone w pozycji asymetrycznej: lewe ramię jest proste, ale prawe zgięte pod kątem 90 stopni.
Według historyków podczas konania na krzyżu skazaniec za każdym razem, gdy oddychał musiał wyciągać ramiona, a potem automatycznie przyjąć inną pozycję, asymetryczną. To właśnie wyraźnie ukazuje Całun. Aby wdychać powietrze, Jezus musiał unieść klatkę piersiową, ale ten ruch wiązał się z okropnym bólem, ponieważ mógł to zrobić tylko naciskając na stopy, które były przybite do krzyża, więc najmniejszy nacisk na nie powodował niewiarygodny ból. Jedyną alternatywą było zatem wsparcie na ramionach, ale były one również przebite gwoździami, więc każdy wysiłek, jaki na nie wywierano, był również źródłem strasznego bólu. Wszystko to oznacza, że za każdym razem, gdy Jezus wciągał powietrze, odczuwał przenikliwy ból, więc prawdopodobnie jęczał za każdym razem, gdy potrzebował odetchnąć. Poza Chrystusa z lewą stopą na prawej, zgodnie z prawami fizyki, wymusza większy nacisk na prawe a nie lewe ramię. Dlatego Jezus musiał zgiąć prawą rękę, aby unieść klatkę piersiową, kiedykolwiek chciał oddychać. I ostatecznie zmarł z powodu uduszenia. Na Całunie są dwa ślady, które dowodzą tego ponad wszelką wątpliwość. Po pierwsze, krew spływająca wzdłuż prawego ramienia sięgała tylko do łokcia, podczas gdy w lewym ramieniu krew spływała aż do klatki piersiowej. Po drugie, krew płynęła z prawej strony Jego ust. Stało się tak, bo Jezus, próbując oddychać, musiał pochylić głowę w prawo. I to jest pozycja, którą dla swojej figury wybrał rzeźbiarz.
Mattei ostatecznie wykonał cztery podobne rzeźby, eksponowane na czterech krańcach świata: w Jerozolimie, Rzymie, w Shreveport w Luizjanie i Ann Arbor w Michigan.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Zawsze przed Mszą staram się być w Kościele wcześniej. Jedna z pań , które często pojawiają się i czekamy na otwarcie, powiedziała że ponoć kiedyś sam Jezus zalecał przychodzenie na modlitwę wcześniej. Pewnie to z jakiegoś objawienia, niemniej przychodzę i czasem zerkam na ludzi. W jednym z Kościołów mojego miasta odmawia się Różaniec, w innym ludzie gromadzą się i czasem siostra zakonna - organistka, śpiewa pieśni, z kolei w moim spędzamy czas w ciszy. Niektóre osoby odmawiają Różaniec, inne się modlą z pamięci, a dwie osoby z modlitewników.
I właśnie o modlitewniku (nazywa się Te Deum Laudamus) chciałem dziś napisać, w zasadzie w trzech aspektach. Pierwszy - kupiłem go, bowiem polecany był w sieci jako bestseller wśród dzieł tego typu. Drugi - pokazuje on ewolucję Kościoła, bez względu czy uważamy ją za dobrą, czy nie. I trzeci - jest on bardzo uniwersalny, przez co godny polecenia, z tym że pewne aspekty mogą zdziwić, o czym w punkcie 2.
Jest bestsellerem, rzeczywiście ilość modlitw jest, jak na format (125 x 170 mm) duża, wszystkiego jest aż 350 stron. Co ciekawe (a zawsze trzeba uczyć się od lepszych) zawiera on między innymi masę modlitw na różne okazje, ale głównie modlitwy te napisane zostały przez Świętych Kościoła (z podaniem autorstwa, niektóre nawet mają zaznaczone jaki odpust można uzyskać po odmówieniu). Wśród autorów oczywiście nie mogło zabraknąć św. Tomasza z Akwinu, są też św. Bernard, czy św. Franciszek z Asyżu. Wszystkie modlitwy zawierają głębokie przemyślenie, pobrzmiewają z nich na przykład echa listów św. Pawła. Co ciekawe, w mojej ocenie, największy walor edukacyjny posiada Wyznanie Wiary wg. Świętego Atanazego (można je przeczytać TUTAJ). To tak w kontekście niektórych ostatnich quizów z Twittera. Oczywiście są też litanie, psalmy, modlitwy poranne i wieczorna, oraz jakże często zaniedbywane, modlitwy przed pracą czy posiłkiem. Jest cała masa litanii, pieśni ( z alfabetycznym skorowidzem). I jedna uwaga, są też modlitwy Bractwa Piusa X. Ja je omijam, bowiem status tego bractwa jest nie do końca jasny. W niektórych modlitwach wspomina się islamizm jako grzech, co zatem z dialogiem międzyreligijnym, tak ostatnio popularnym?
I tak płynnie przechodzę do punktu 2 - ewolucji Kościoła, którą widać w modlitewniku. Na przykład mamy tutaj (w mojej ocenie bardzo dobry) rachunek sumienia (w zasadzie jest zwykły i drugi dla osób często się spowiadających). Podoba mi się ten rachunek, i z tego co szukałem w sieci, bije on na głowę te, które można tam przeczytać. Jednak widać choćby w w nim, ewolucję Kościoła, bowiem na przykład udział w neokatechumenacie, czy niegodna postawa podczas przyjmowania Komunii Świętej (na rękę lub na stojąco), modlitewnik uważa za grzechy. Jeśli do tego dodać fakt, że dzieło zawiera też niektóre nabożeństwa po łacinie, to widać w jakim kierunku poszedł Kościół. W każdym razie zdecydowanie nie jest to Modlitewnik dla zwolenników Synodu o Synodalności, czy też drogi jaką pragnie podążać Kościół w Niemczech.
Uniwersalność Modlitewnika podkreśla Spis Treści, poza modlitwami mamy tutaj całą Mszę Świętą (z przygotowaniem), Śpiewy i Pieśni łacińskie,Pieśni polskie i indeks Psalmów. Jest też alfabetyczny spis pieśni. Do tego co najważniejsze, atrakcyjny format, dodane gratisy w postaci poświęconego Różańca i obrazków, różnokolorowe zakładki z materiału (aż cztery). A wszystko, jak na opisane zalety, bardzo tanio.
Całość wydana została przez wydawnictwo Te Deum, a opisałem wydanie III z 2022 roku.
Reasumując, jak już się modlić, to najlepiej słowami Świętych. Polecam - w mojej ocenie idealna skrzynka kontaktowa z Panem Bogiem.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Fascynacja makabryczną historią statku Titanic nie ustaje, choć od jego zatonięcia upłynęło tyle czasu. Powstał już nawet dochodowy przemysł, który ma zaspokoić tę obsesję. I nie jest to wina kasowego filmu Jamesa Camerona. Przyczyny takiego stanu rzeczy są o wiele głębsze. Już w pierwszych chwilach tragedii na nieszczęściu ofiar zarabiały firmy, które tworzyły i dystrybuowały kroniki filmowe wyświetlane kinach. W ciągu kilku dni od zatonięcia, krótkie filmy, które rzekomo pokazywały wielki statek przed jego fatalnym rejsem, pokazywano w zatłoczonych kinach i teatrach po obu stronach Atlantyku. Jedynym problemem ich twórców był brak materiałów filmowych przedstawiających statek przed rejsem. Ale uznano, że to nieważne i pokazywano w to miejsce ujęcia wykonane w Nowym Jorku na Olympic - bliźniaczym statku Titanica - usuwając tę nazwę a także wszelkie inne wskazówki, które mogłyby zdradzić prawdziwą tożsamość statku. Wykorzystano również nagrania kapitana Titanica Edwarda Smitha zrobione na innym statku, udając, że powstały feralnego rejsu. Ta mieszanka faktów i fikcji, wyświetlania z melodramatyczną muzyką w tle okazała się bardzo dochodowym przedsięwzięciem. Warner's Features, który wypromował jeden z tych filmów, twierdził, że sprzedał 100 kopii w ciągu 48 godzin.
Prawdziwy przemysł filmowy posunął się jeszcze dalej. Niecały miesiąc po zatonięciu statku, do kin trafił Saved From The Titanic. Bohaterką filmu była Dorothy Gibson, amerykańska gwiazda kina niemego, która przypadkiem była uczestniczką pechowego rejsu Titanica. Aktorka grała w tej samej sukience, którą miała na statku niejako wspominając to, czego była świadkiem. Film oczywiście okazał się ogromnym hitem, przyćmiewając inny komercyjny sukces związany z Titanikiem, który trafił na rynek niemiecki: Nacht Und Eis, czyli Noc i lód. Oba filmy osiągnęły sukces, przedstawiając nawet rzeczywiste zatonięcie. Niemcy posunęli się aż do pokazania tonącego kapitana Smitha.
Ale zarabiano nie tylko na filmach. Wydawcy wyspecjalizowali się w publikacji książek, które miały upamiętniać i dokumentować tragedię. Pierwsza książka wyszła już miesiąc po zatonięciu, a po niej pojawiło się kilka innych. Drukowane na tanim papierze książki te trafiały na rynek za pośrednictwem armii sprzedawców, którzy chodzili od drzwi do drzwi i zbierali na nie zamówienia.
Obie wojny tylko przytłumiły fascynację statkiem. W 1929 r. powstał najpierw film The Berg. A potem The Atlantic. Wszyscy byli zadowoleni z zainteresowania, tylko nie właściciele linii żeglugowych, którzy obawiali się że ciągłe przypominanie o tonącym statku odstraszy im klientów. Próbowali poprzez znajomą prasę osłabić to niezdrowe hobby. Po drugiej wojnie moda na Titanica znów odżyła. W 1955 roku wydana książka Waltera Lorda A Night To Remember, stała się podstawą dla filmu. Ale nie zawsze sam temat dawał gwarancję dobrych zysków. W 1980 r. Raise The Titanic, oparty na książce Clive'a Cusslera o tym samym tytule, okazał się spektakularną porażką. Koszt jego realizacji wyniósł 40 mln USD, a dochód raptem 7 mln USD. Jego producent Lew Grade gorzko z tego zażartował, mówiąc „Tańsze byłoby obniżenie poziomu Oceanu Atlantyckiego. Wielu sądziło, że Titanic Jamesa Camerona spotka ten sam los, co było mniemaniem błędnym.
Teraz sama nazwa Titanic generuje zyski. Od 1 września można w Warszawie zobaczyć wystawę TITANIC: The Artifact Exhibition (SOHO ART CENTER przy ul. Mińskiej 63), która powstała w Muzeum Nauki w Pittsburghu (USA) i stamtąd ruszyła w tournée po świecie (LINK). Można na niej zobaczyć 160 oryginalnych przedmiotów wydobytych z wraku, tym walizki, porcelanę, garnki i patelnie, płytki podłogowe z palarni pokładu pierwszej klasy, ramę okna z kawiarni Verandah Café, nieotwartą butelkę szampana z rocznika 1900 i wiele innych. Postarano się o pełnowymiarową rekonstrukcję Wielkich Schodów, a także zewnętrzny pokład promenadowy i 15-tonowy fragment kadłuba statku. Do kompletu brakuje tylko samych pasażerów…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
W pierwszej części (TUTAJ) przedstawiliśmy streszczenie fragmentu książki, w którym Stephen Morris opisuje swoje dzieciństwo. W części drugiej (TUTAJ) wojenne pasje perkusisty Joy Division, a w kolejnej historię życia jego ojca (TUTAJ), rodzinne wycieczki (TUTAJ) i pierwsze single w kolekcji Stephena (TUTAJ). W następnym wpisie przedstawiliśmy pierwsze instrumenty z kolekcji Stephena i opisaliśmy jego fascynację the Beatles, jak i amerykańską TV (TUTAJ). W kolejnym (TUTAJ) męczarnie na kursie tańca i fascynację obserwatorium Jordell Bank, oraz kompletnie inne, niż rodziców, zainteresowania kinowe. W kolejnym (TUTAJ) lekcje gry na klarnecie i pierwsze zakupy płytowe. W kolejnym (TUTAJ) pierwsze koncerty i fascynację DavidemBowie wybór roli w zespole jako perkusista (LINK). W tej części (LINK) przedstawiliśmy pierwsze eksperymenty kolegów z LSD, epizod ze studiami i przeprowadzkę do nowego domu. TUTAJ opisaliśmy pierwszych idoli gry na perkusji i zakup instrumentu, a także pierwsze lekcje Stephena gry na nim, a TUTAJ perypetie związane ze zmianą szkoły. Wzrastające zainteresowania winylami i rozbudowę zestawu perkusyjnego opisaliśmy TUTAJ.
Do zestawu perkusyjnego zaczął włączać dwa bębny basowe, werble, 7 tom-tomów, cymbały i hit-hat. Nadal pracował w biurze, co uważał za dobry sposób na uniknięcie pracy u wujka. Ojciec zaczynał wdrażać go też w interesy, zabierał go ze sobą w trasę ubierając dokładnie tak, jak sam był ubrany. Wprawiało go to w stres. Wydawało mu się, że wygląda jak komik z TV Freddie Davies.
Zdjęcie: https://www.discogs.com
W końcu po kilku spotkaniach ojciec jednak stwierdził, że ze Stephena nie będzie dobrego sprzedawcy i kazał zostawać mu w samochodzie. Pracował więc nadal w biurze, za drugim podejściem zdał egzamin na prawo jazdy przez co zyskał w oczach dziewczyn z biura. Te bowiem lubiły, jak podrzucał je do centrum do klubów i odwoził stamtąd nocą. Dorzucały się do paliwa ale też stawiały Stephenowi drinki.
Pod koniec 1974 spotkał Phila Swindellsa - perkusistę grającego w lokalnych zespołach. Grał na perkusji poprawnie, ale Stephen wypracował sobie swój własny styl gry. Pewnego dnia Phil poprosił, żeby Morris zastąpił go podczas jednego z występów, co wprawiło go w panikę. Jak to się stało, że zgodził się na występ bez prób? Jednym z wyjaśnień jest fakt, że była to epoka piku LSD... Wkrótce Phil zaproponował mu grę w innym zespole, bardziej metalowym, mieli bas i dwie gitary. Grali covery All Right Now, Honky Tonk Women i Black Night.
Niestety sposób w jaki grał Morris, bardziej krautrockowy, nie spodobał się kolegom z grupy. W końcu ją opuścił i grał z doskoku z innymi. Jak to opisuje, problemem był jego unikalny styl, niestety zbyt unikalny dla zbyt wielu...
Kolekcja płyt Stephena rozrastała się w gigantycznym tempie, próbował kupować jeden winyl na tydzień. Nie interesowały go zespoły z mainstreamu, mimo tego z pasją oglądał Top of The Pops naśmiewając się z promocji tandety. Ale jednocześnie marzył żeby tam wystąpić...
Pamięta jak w 1972 roku wystąpili tam Hawkwind i Bowie. Kibicował żeby było więcej takich artystów, marzył o występie Duul, ale tych nie puszczono. Z perspektywy czasu program okazał się raczej lansowaniem tradycji showbiznesu, niż gwiazd rocka.
C.D.N.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
W ubiegły czwartek w Los Angeles zmarł Derek Boshier, kluczowa postać brytyjskiego pop-artu, Miał 87 lat. Urodzony w Portsmouth artysta uważany jest jednego z pionierów brytyjskiej sztuki pop. Pochodził z rodziny robotniczej, co zawsze było jego powodem do dumy oraz źródłem inspiracji. W latach 1959–1962 studiował w Royal College of Art w Londynie. Był rówieśnikiem takich wybitnych artystów, jak Allen Jones, Peter Phillips i David Hockney. Jego przedstawiciel prasowy stwierdził, ogłaszając śmierć artysty, że Derek Boshier bez wątpienia pomógł stworzyć i zdefiniować ruch pop-artu w Londynie i USA.
Po ukończeniu nauki w Royal College, Boshier wykładał w Central School of Art and Design, gdzie jednym z jego uczniów był John Mellor, później znany jako Joe Strummer z The Clash. Nic więc dziwnego, że Boshier zaprojektował śpiewnik wydany wraz z drugim albumem The Clash: Give 'Em Enough Rope z 1978, w którym znalazł się zbiór rysunków i obrazów.
W 1979 r. wystawa Boshiera zatytułowana Lives przykuła z kolei uwagę Bowiego, który poprosił znajomych o przedstawienie go artyście. I tak rozpoczęła się ponad ich trzydziestoletnia przyjaźń.
W tym samym roku Boshier wykonał projektu okładki albumu Lodger, na której widać Bowie’go jak leży rozłożony niczym ofiara zbrodni. Potem przyszły kolejne realizacje, m. in. projekt albumu Let's Dance. Dwa lata później Bowie poprosił Boshiera o stworzenie scenografii na trasę koncertową Serious Moonlight Tour z 1983 roku.
W latach 80. przeniósł się do USA gdzie stał się jednym z najpopularniejszych profesorów, najpierw na University of Houston, a później w California Institute of the Arts, dzieląc się swoją miłością do sztuki i skłonnością do aktywizmu politycznego ze swoimi studentami. Był przeciwnikiem konsumpcjonizmu i zwolennikiem kontroli posiadania broni. Pozostawił po sobie bogatą twórczość, która wywiera wpływ na kolejne pokolenia studentów. Jeszcze tej wiosny pokazał swoje prace w prestiżowej Night Gallery w Los Angeles (LINK).
Miał 87 lat. RIP.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.