Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania beksiński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania beksiński, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2018

Zdzisław Beksiński: Twórczość i pasje muzyczne cz.1


O Zdzisławie Beksińskim już pisaliśmy i to dwukrotnie (daliśmy recenzję biografii TUTAJ, oraz opisaliśmy jeden z jego obrazów TUTAJ, jednak jest to twórca, którego prace zawsze budziły ogromne emocje, co wywoływało to zdziwienie u samego Beksińskiego, bo nie znosił rozmów o swoich dziełach, nawet kiedyś powiedział, że Uwielbiam cudzysłów i pozycję niezaangażowanego obserwatora. Cały świat jest czymś nad wyraz nieprawdziwym, sztucznym, groteskowym i żenującym. Bóg stwarzając człowieka miał swój zły dzień i spartaczył robotę... - Dlatego postanowiliśmy napisać o nim więcej. Niniejszy post jest pierwszym, opiszemy jego twórczość, po kolei etapy twórczości a na końcu krótko przedstawimy jego fascynacje muzyczne, bo muzyka zajmowała ważne miejsce w jego życiu.

Beksiński urodził się 1929 roku w Sanoku. Matka wiązała z nim wielkie nadzieje. Kolekcjonowała jego dziecięce rysunki, podsuwała książki o malarzach i sztuce, lecz skrycie marzyła o karierze pianisty dla swojego syna. W tym celu posyłała go na lekcje nauki gry na fortepianie. Los przesądził jednak sprawę. W zabawie z niewybuchem mały Zdzisław stracił dwa palce, i tak nic innego mu nie pozostało jak zostać sławnym malarzem... Pierwsze wystawy miał już gdy chodził jeszcze do liceum im. Królowej Zofii w Sanoku. Po latach tak wspominał tamten czas: Rysowałem oficjalnie uwspółcześnione, ale zrzynane z Grottgera sceny partyzanckie, a ponieważ Playboy wtedy nie istniał, więc wykonywałem też nieoficjalnie rozmaite rysunki, które zdobyły aplauz u kolegów, ale nie u księdza. Był pierwszym, który się naprawdę na mnie poznał, grzmiąc z ambony w trakcie rekolekcji: „Jest tu jeden taki między wami, który robi takie ohydne rysunki”. Ławki w kościele zaczęły trzeszczeć, inni uczniowie obracali się w moim kierunku: „Synu, ja ci przepowiadam, umrzesz, a twoje wstrętne dzieła straszyć będą jeszcze pokolenia". Artysta był zachwycony tą zdecydowaną opinią i uważał ją za swoją pierwszą pozytywną recenzję.

Malarz pochodził z zacnej, zasłużonej rodziny. Dziadek, Mateusz Beksiński, był powstańcem styczniowym i założycielem fabryki kotłów parowych, która po latach została upaństwowiona i zmieniła profil produkując autobusy. W tej fabryce przez pewien czas pracował w niej również Zdzisław Beksiński, miał jednak inne, dość konkretne plany. Po maturze bardzo chciał zostać filmowcem i przymierzał się do zdawania egzaminów do Szkoły Filmowej w Łodzi, jednak na to nie zgodził się jego ojciec, obiecując, że gdy ukończy wydział architektury na Politechnice Krakowskiej, to on sfinansuje mu potem studia w szkole filmowej. Zdzisław został zatem architektem. Po studiach ożenił się z Zofią Stankiewicz, która była jego przyjacielem, muzą i modelką przez swoje całe późniejsze życie, aż do śmierci w 1998 r.

W 1955 r. Beksiński wrócił zatem z żoną do Sanoka gdzie przyjął pracę plastyka w sanockiej fabryce autobusów Autosan, tej założonej przez jego dziadka, w której pracował jego ojciec. Nie wytrzymał tam długo, został zwolniony i znalazł zatrudnienie w malarni, gdzie wykonywał przede wszystkim propagandowe, komunistyczne transparenty. Nie zrealizował już swoich marzeń o szkole filmowej - ojciec, który jak pamiętamy miał łożyć na jego studia - zmarł. Te niezrealizowane pomysły o reżyserii czy pracy operatora filmowego artysta kompensował fotografią artystyczną. W zasadzie reżyserował każdy kadr zdjęcia, każdą fotografię: ustawiał modela, wybierał scenografię, światło, tworzył temat... Potem jednak uznał, że lepsze efekty osiąga w rysunku czy obrazie i około 1960 r. przestał zajmować się fotografią artystyczną. Niemniej jego zdjęcia od razu wywarły wrażenie w środowisku fotografów. Indywidualną wystawę miał już w 1954 r. Pokazał na niej fotogramy, a wśród nich ten, który dał mu rozgłos owiany nutką skandalu. Był to akt jego żony (o czym nikt poza nim nie wiedział), pokazanej z tyłu, w pozie jak najbardziej akademickiej, jednak z ciałem oplecionym ciasno sznurkami jak baleron. Taki sposób ukazania ciała kobiecego wzbudził ambiwalentne emocje, od entuzjazmu po odrzucenie. Już w tym wczesnym dziele można zobaczyć typowe cechy twórczości Beksińskiego: solidność warsztatową, wyobraźnię i swoistą ironię.
W sztuce europejskiej panował wtedy niepodzielnie abstrakcjonizm a w Polsce socrealizm. Beksiński nie poszedł za wskazaniami ani jednego, ani drugiego stylu, zachował własny, a mimo to w 1956 r. zyskał uznanie stając się twórcą przychylnie odbieranych fotogramów i fotomontaży, pełnych interesujących efektów świetlnych, do których wykonania używał wszelkich dostępnych materiałów - od zdjęć milicyjnych, osobistych, lekarskich po reprodukcje dzieł sztuki i zdjęcia amatorskie. Zestawiał je tak, jak robili to dadaiści czy nadrealiści, uzyskując efekty niezwykle ekspresyjne, pokazując świat realny, w który nagle wkroczyło coś nieoczekiwanego i odrealnionego... Powstałe prace emanowały emocjami narzucającymi nastrój odbiorcy. Po jednej z wystaw poznał Janusza Boguckiego, który był wówczas znanym krytykiem. Ten zachwycił się jego pracami i potem przez wiele lat promował twórczość. W 1960 jedna z jego wystaw towarzysząca ekspozycjom innych polskich fotografików pokazanych podczas kongresu Międzynarodowego Zrzeszenia Krytyków Sztuki AICA, na tyle zainteresowała prezesa tego stowarzyszenia, że zaproponował on Beksińskiemu półroczne stypendium w USA, czego artysta nie przyjął.



Równolegle do fotografii Beksiński zajął się rysunkiem oraz rzeźbą. Jak sam wspomina tamten okres: ...Zaczynałem jako ekspresjonista podobnie jak zaczynało wielu młodych polskich malarzy tego okresu. Nie wiem, na ile znali się wzajemnie, faktem jest jednak, że ja nie znałem żadnego z nich, a tym niemniej to co w tym okresie robiłem i co wynikało mi jakby z duszy było niemal analogiczne: krzyczące postacie na pustyni, ludzie z głowami z kamienia, jakieś kobiety rodzące, jacyś ludzie w trakcie kopulowania, defekacji, umierania, rozstrzeliwani, czy wieszani, więzienia, miasta bez okien itp. Stylistycznie było w tym coś z ducha Cwenarskiego czy Wróblewskiego, potrafiłem machnąć nawet pięć obrazów wielkiego formatu dziennie, byłem absolutnie bezkrytyczny, szybko się niecierpliwiłem, więc nie widziałem sensu w malarskim dopracowaniu tego, co już zostało błyskawicznie namazane temperą lub węglem na ogromnym arkuszu tektury. Tym niemniej myślę, że tylko wtedy naprawdę byłem szczery. A może tylko naiwny?... Sądzę, że fakt włączenia się do awangardy, był w istocie pierwszym nałożeniem maski. Prace z tamtego pierwszego okresu twórczości zachowały się w ilościach na prawdę szczątkowych, bo artysta uznał po latach, iż były marne. Tak marne, że znalezione po latach mogłyby negatywnie obciążyć jego obraz jako twórcy. Dlatego spalił je w ogródku.

Na szczęście można zobaczyć rzeźby z tego okresu - i jak je nazywał - reliefy. Wykonywał je z gipsu, metalu i drutu, po czym poddawał skomplikowanym zabiegom chemicznym i mechanicznym, po których otrzymywały wiele warstw: polerowanych, patyny, wytrawionych. W efekcie powstały jednorodne, niczym skamieliny przedmioty, które zostały stworzone tylko kaprysem artysty. Po co w ogóle powstały? Beksiński tłumaczył, że obrazują pewne utarte skojarzenia: Dla  przykładu takim typem skojarzenia będzie skojarzenie typu pisma z charakterem człowieka, kojarzenie utworu muzycznego z budowlą (naturalnie nie mieszkalną!!!),  kojarzenie form szklanych i gładkich z mrozem, strachem, bieli z niepokojem, form obłych i puszystych z ciepłem i spokojem etc. Naturalnie te doświadczenia można w  racjonalny sposób odnieść do doświadczeń codziennego życia, lecz ponieważ wszyscy tu na ziemi wychowujemy się w podobnych warunkach, u nas wszystkich skojarzenia te są podobne.




Oprócz tych wszystkich technik: fotografii, rzeźby i płaskorzeźby, rysunku wykonywał - o czym mało kto wie - malarstwo na szkle.  Były to nie tyle obrazy co heliotypy czyli rodzaj fotografii na szklanych kliszach, które malował nieczułą na światło czerwoną farbą. Następnie drapał w warstwie farby rysunek i pod pytę wkładał papier fotograficzny. Dalej działo się tak samo jak z każdym zdjęciem: robił odbitkę. Obrazy te artysta wykonywał przez rok około 1957, a znaleziono je przypadkowo - pod podłogą jego warszawskiego mieszkania, które po jego śmierci przygotowywano na sprzedaż, w paczce mieszczącej 29 sztuk.



Tak zaczynał Zdzisław Beksiński, znany głównie z obrazów zaludnionych przez dziwne, niczym z koszmarów sennych, stwory. Ale o tym w kolejnym wpisie za jakiś czas...

bibliografia:
LINK
LINK

poniedziałek, 21 maja 2018

Beksiński - In hoc signo vinces


W Muzeum Archidiecezji Warszawskiej w dniu 20 maja tego roku odbył się wernisaż wystawy prac Zdzisława Beksińskiego: Beksiński - In hoc signo vinces. Miejsce ekspozycji wybrano nieprzypadkowo. To tu Piotr Dmochowski w 1995 r. zorganizował pierwszą większą wystawę prac Beksińskiego jeszcze za życia artysty, na której jednak, zgodnie z tradycją malarz nie pojawił się. Było to ważne wydarzenie, na które stawiły się znane osobistości kościelne. Malarz podkreślał później, że umieszczenie jego sztuki w muzeum kościelnym nie oznacza by można go było uznać za twórcę religijnego. I tu dotykamy semantyki obrazów Beksińskiego, którą jedni uważają za obrazoburczą, wręcz satanistyczną, a inni widzą w niej pierwiastek mistyczny dowodzący przejawu głęboko ukrytych odniesień religijnych.  Tymczasem prawda, jak to zwykle, leży pośrodku. Sam Beksiński podkreślał że do religii miał stosunek całkowicie obojętny (pisaliśmy o tym TUTAJ), o czym świadczą jego słowa: Ja osobiście (…) nie mam zdania na temat Boga. Jeżeli »istnieje« on jakoś w mojej wyobraźni, to jako antropomorficzny facet z brodą w kąpielowym ręczniku, taki jakiego wytworzyło mi religijne wychowanie w szkole i obrazy oglądane w dzieciństwie. Inny nie istnieje i nie istnieje także nic, co by zastępowało lub mogło zastąpić faceta w ręczniku kąpielowym. (…) Innego Boga i innego nieba po prostu nie pożądam. Jednak na pewno malarz nie był zdeklarowanym ateistą. Był ochrzczony, przyjął pierwszą komunię, w Krakowie wziął ślub kościelny, ochrzcił syna. Wiesław Banach przypomniał, że po tragicznej śmierci Tomasza dał na mszę za niego, tłumacząc sobie i przyjacielowi, że jeżeli (a więc znowu warunkowo) Bóg jednak istnieje i mogłoby to pomóc duszy, to nie mogę tego zaniedbać.
 

Na obrazach Beksińskiego oprócz zwyczajowych dla niego, makabrycznych motywów: rozsypujących się trupów, kości, kościotrupów, upiornych ptaków, różnych trucheł i dziwacznych, przerażających stworzeń co jakiś czas powtarza się krzyż w różnych odmianach. Nawet ostatnie dzieło ukończone w dniu śmierci przedstawia arkusz perforowanej, zaatakowanej korozją cienkiej blachy zgięty w fałdy układające się w zarys krzyża. Ciągłe nawracanie do krzyża Beksiński próbował sobie i innym wytłumaczyć. Kiedyś stwierdził, iż Nie wycofuję się jednak z tego, że jest to [krzyż] dla mnie motyw szczególny, ale właśnie jako wizja, a nie jako wyznanie wiary. Dominuje nad nim historia sztuki, a nie wiara. Nie wykluczam, że malując obraz, nie do końca zdaję sobie sprawę o co mi chodzi, ale na pewno wiem, o co mi nie chodzi.

Na plakacie promującym wystawę w Muzeum Archidiecezjalnym w Warszawie również widzimy krzyże - jeden zawieszony na murze a drugi na kołysce. Na pierwszy rzut oka mamy przed sobą wizję wręcz świętokradzką, na której na krzyżu wisi bliżej nieokreślone truchło a przy kołysce siedzi kościotrup odziany jak Matka Boska w błękitny płaszcz, lecz po wnikliwym przyjrzeniu się można uznać, że jest tu raczej wizja śmierci, będącej nieuchronnym celem każdej żyjącej istoty. Jedyną nadzieję głoszą słowa wyryte na murze In hoc signo vinces (łac. pod tym znakiem zwyciężysz) które ponad świecącym krzyżem na niebie miał usłyszeć Konstantyn Wielki w czasie marszu na Rzym, przed stoczeniem bitwy z Maksencjuszem, tzw. bitwy przy moście Mulwijskim w 312 roku. Ta sentencja stała się mottem wystawy i może stanowić komentarz do całej twórczości Zdzisława Beksińskiego, wycofanego agnostyka tworzącego upiorne wizje, którym nie nadawał nigdy tytułów, aby niczego nikomu nie sugerować…

Beksiński -  In hoc signo vinces jest pierwszym etapem serii wystaw, które prezentują prace artysty we Francji (w Galerii Roi Doré w Paryżu, wystawa miała miejsce na przełomie tego i poprzedniego roku) i w Polsce (Muzeum Archidiecezji Warszawskiej w Warszawie). Zostanie na niej pokazane i 30 zdjęć artystycznych.   Poza tym wystawie będzie towarzyszyć katalog zawierający reprodukcje wszystkich 80 pokazywanych prac oraz kilka wypowiedzi organizatorów wystawy [informacja z otrzymanego maila od Piotra Dmochowskiego, któremu za nią dziękujemy]. 


Obrazy, poza dwoma oraz rysunki i fotografie, pochodzić będą z kolekcji Piotra Dmochowskiego, dwa płótna będą ze zbiorów Muzeum Archidiecezjalnego. Niewątpliwie, będzie to ważne wydarzenie dla wszystkich miłośników sztuki polskiej, bo trzeba pamiętać, iż dzieła te są niezmiernie rzadko pokazywane i pozostają niedostępne dla publiczności, a Beksiński jest jednym z czołowych artystów polskich XX wieku i jego twórczość wywarła ogromny wpływ na współczesne sztuki plastyczne, film oraz polską scenę muzyczną. Wystawa potrwa do 20 września 2018 r.

wtorek, 30 października 2018

H.R. Giger: Życie zdominowane jest przez seks i śmierć

Tym, kim Zdzisław Beksiński (o którym sporo pisaliśmy TUTAJ) jest dla sztuki polskiej, tym dla sztuki anglosaskiej jest Hans Ruedi Giger. W zasadzie obaj artyści należeli do tego samego pokolenia. Urodzony w 1940 r. niewielkiej miejscowości Chur w Szwajcarii Giger przeniósł (podobnie jak Beksiński) w świat sztuki lęki, które dręczyły go od dzieciństwa oraz te, których doświadczył w życiu dorosłym.
Niepokojące obrazy Gigera zaludnione przez potwory wprost z sennych koszmarów, przywodzą na myśl obrazy Salvadora Dali (którego zresztą Giger znał osobiście), Hieronima Boscha TUTAJ oraz Pietera Bruegela

Dzieła Gigera odbijają niczym w lustrze strach ich twórcy przed obłędem i śmiercią, stając się próbą syntezy śmierci człowieka, z jego seksualnością ze światem maszyn. Tak unikalny styl przyciągnął szybko uwagę Hollywood, dla którego artysta stał się autorem projektów plastycznych do takich filmów jak Obcy - ósmy pasażer Nostromo, Gatunek, Poltergeist 2Diuna w reżyserii Alejandro Jodorowskiego, a także filmu Batman Forever, choć niestety jego projekt batmobilu nie został w nim użyty.

Giger szczególnie został zapamiętany przez szeroką publiczność w 1979 roku, po filmie Ridley'a Scotta'a Obcy - ósmy pasażer Nostromo, do którego stworzył postać ksenomorfa - zmiennokształtnego kosmity, który mógł przetrwać w każdych warunkach i stanowił poważne zagrożenie dla całego ludzkiego gatunku. Mroczna wizja pozaziemskiego, pozbawionego oczu potwora z ociekającymi śliną szczękami była tak odmienna od tego, czym starali się epatować miłośników horrorów designerzy lat 60. i 70., że hollywoodzcy producenci nie tylko uhonorowali film Oscarem za efekty specjalne, ale natychmiast zarzucili Gigera propozycjami współpracy. Ten jednak nie był przecież początkującym malarzem i mógł wybierać propozycje. Zaczynał przecież jeszcze w 1966 r. od rysunków tuszem (podobnie zresztą jak Beksiński). W 1972 r. zaczął używać areografu, wykonując przez kolejne dwie dekady ponad 600 prac na papierze, głównie monochromatycznych, choć nie tylko, z użyciem sprayu, tuszu, farb akrylowych. Na początku lat 90. porzucił rysunek i zaczął tworzyć rzeźby, rozmaite konstrukcje oraz zajął się projektowaniem wnętrz, m in. otworzył ekskluzywny bar z bardzo oryginalnym wyposażeniem.
Jakby paralelnie do twórczości życie szwajcarskiego artysty obfitowało w tragiczne wydarzenia. Jego ukochana, aktorka Li Tobler, popełniła samobójstwo, a on sam zakończył swoje życie tajemniczo i gwałtownie. Zmarł 12 maja 2014 roku w wyniku obrażeń doznanych po upadku ze schodów. 

Pozostały po nim niepokojące, szare krajobrazy, w których przewijają się zwoje jelit, kawałki maszyn, które w kolorach matowego księżyca wyglądają niczym ludzkie genitalia oraz upiorne, mityczne demony, sugestywnie oddziałujące na wyobraźnię kolejnych pokoleń widzów.  Giger w jednym z wywiadów powiedział, że według niego życie zdominowane jest przez seks i śmierć, i może dlatego w jego dziełach te dwie siły razem idą, czasem zmagając się ze sobą niczym mityczny Eros i Thanatos.
Nic zatem dziwnego, że ulubione motywy Gigera, wśród których przeważają symbole śmierci i sadomasochistycznej, perwersyjnej seksualności, zwróciły uwagę muzyków gatunku punk i heavy methal. Zresztą, ubierający się zawsze na czarno i mieszkający w dziwnym, przez siebie zaprojektowanym domu, Giger sam wyglądał na gwiazdę muzyki pop. W każdym razie artysta podjął współpracę z muzykami i zaprojektował okładki do płyt dla wielu heavy metalowych zespołów wśród których są: The Shiver (Walpurgis, 1969), Celtic Frost (To Mega Therion, 1985), Atrocity (Hallucinations 1990), Danzig (Danzig III: How the Gods Kill, 1992), Carcass (Heartwork, 1993) i Triptykon (Eparistera Daimones, 2010 i Melana Chasmata, 2014). 

Motywy jego autorstwa ozdobiły okładki Brain Salad Surgery (1973) Emersona, Lake & Palmer, Mumien (1974) Floh de Cologne, Attahk (1978) Magmy, KooKoo (1981) Blondie, Atomic Playboys (1989) Steve'a Stevensa i Hide Your Face (1994) - okładki te można zobaczyć TUTAJ.
I te prace zostały docenione i zauważone. Okładka albumu Gigera dla Debbie Harry i Emerson, Lake & Palmer znalazły się wśród 100 najlepszych w historii muzyki wymienionych w ankiecie wypełnionej przez czołowych dziennikarzy rockowych, a jeden z obrazów, który został w formie plakatu dołączony do płyty Frankenchrist (1985) - amerykańskiego punkowego zespołu Dead Kennedys - wzbudził skandal, który zakończył się wręcz wojną kulturową w USA, pozwem sądowym i oskarżeniem o szerzenie pornografii. Chodzi tu o obraz Pejzaż XX (1973). Więcej o tym TUTAJ. Na tym nie skończyła się współpraca Gigera z przemysłem muzycznym. Malarz wyreżyserował teledyski dla Blondie (Backfired, 1981, Now I Know You Know, 1981) i Böhse Onkelz (Dunkler Ort, 2000), a ponadto zaprojektował specjalny stojak na mikrofon dla Jonathana Davisa frontmana zespołu Korn.
A skoro już mowa o Korn i o Obcym, to ponieważ jesteśmy blogiem muzycznym, nie może zabraknąć pewnego teledysku...
Czy Giger i Beksiński wiedzieli o sobie? Oczywiście, że tak, w jednym z wywiadów Beksiński usłyszał, iż Giger nazwał go jednym z najważniejszych artystów naszych czasów oraz przyznał że wywarł na niego wpływ. W odpowiedzi Beksiński stwierdził, że to chyba bardziej Giger wpłynął na mnie, bo poznałem jego sztukę wcześniej niż on moją. Bliska mi jest jego maniera, ale nie tematyka, wszystkie te demony. Bardzo lubię jego prace wykonane przy użyciu aerografu, ale u komunistów nigdzie nie można było kupić sprężarki TUTAJ

A co powiedział jeszcze HR Giger o Beksińskim? Znane mi jest nazwisko Beksińskiego i znana mi jest jego sztuka. Odkryłem go stosunkowo późno, około 1985 r., po tym, jak jego paryska galeria przesłała mi jedną z jego książek. Mam teraz ich kilka. Byłem pod wrażeniem jakości jego obrazów. Oczywiście najbardziej fascynowało mnie to, że nieraz uciekał się do użycia mumii i kości. Tak, wiem, że czasami wspomina się nas razem, tzn. w tym samym kontekście i ja czuję się tym faktem zaszczycony. Mam nadzieję, że jemu też się podobała moja sztuka. Przeraziłem się wiadomością o jego morderstwie i żałuję, że nigdy nie miałem okazji go spotkać.
Minęło kilka lat i teraz obaj mogą wymienić się swoimi poglądami na sztukę, muzykę i życie, o ile to ich jeszcze w ogóle interesuje...
 

Popatrzmy jeszcze na sfabularyzowane malarskie wizje HR Gigera: 

sobota, 13 października 2018

Zdzisław Beksiński: Twórczość i pasje muzyczne cz.2

Niedawno pisaliśmy o początkach twórczości Zdzisława Beksińskiego, o powstałych w latach 50. fotografiach, rysunkach, rzeźbie i pracach na szkle TUTAJ

Dopiero od 1960 r. artysta zaczął malować te wszystkie obrazy, które kojarzą się przeciętnemu człowiekowi z nazwiskiem Zdzisław Beksiński. Najobszerniejsza kolekcja jego prac znajduje się w Muzeum Historycznym w Sanoku oraz w posiadaniu Piotra Dmochowskiego, jego paryskiego marchanda. Oglądają je tysiące ludzi a pozostawione przez nich opinie pełne są epitetów takich jak apokaliptyczne, straszne, traumatyczne, okrutne, wstrząsające… 

Na pewno artysta czułby z tego powodu satysfakcję, bo zależało mu na wywołaniu silnego wrażenia estetycznego, i choćby dlatego aby nie sugerować odbiorcy niczego, powstrzymywał się od nadawania obrazom tytułów. W ogóle wydaje się, że jego płótna powinno oglądać się odrzuciwszy najpierw wszelką wewnętrzną klasyfikację. Idealnym widzem jego dzieł byłaby osoba całkowicie wolna. Wolna od skojarzeń wypływających z naszej europejskiej cywilizacji i powiązanych z nią schematów kulturowych. Taki swoisty Caspar Hauser, o którym pisaliśmy TUTAJ. Ktoś taki, dla którego logiczny jest brak logiki, podobnie jak ma to miejsce w widzeniach sennych, w których wszystko może się zdarzyć i nic nas nie dziwi. Bo na obrazach Beksińskiego możemy zobaczyć drobiazgowo, doskonale namalowane krajobrazy, lecz pełne onirycznych wizji, wśród których są rozpadające się budowle, dziwne wraki, rozsypujące się trupy i kościotrupy, animalistyczne stwory i spersonifikowane zwierzęta.




Wiele przedstawia płonące w nocy miasta, cmentarze z tysiącami zniczy czy ognisk pośród których plączą się nieokreślone stwory o zabandażowanych, krwawiących głowach. Widać ślady gwałtownych wydarzeń - wypalone pozostałości jakiś budowli obsypane są szczątkami cywilizacji, po której pozostały różne sprzęty i kości ludzi, których nie miał już kto pochować. 


Gdzieniegdzie piętrzą się więc góry ze sprasowanych ze sobą trucheł żołnierzy po których pozostały poniewierające się wszędzie hełmy…. Mimo narzucanego braku skojarzeń obrazy przywołują biblijną frazę: Marność nad marnościami... I tylko czasem malutka postać ludzka błądzi w mroku szukając z pochodnią w ręku może śladów innego człowieka a może przebrzmiałego świata idei? Ale co stanie się gdy dwie istoty w końcu się znajdą? Otóż na jednym z obrazów widzimy taką parę wtuloną w siebie, kobietę i mężczyznę. Ale nie oddają się miłości. Są martwi. Ich ciała rozkładają się, a spod pękającej skóry widać już kości. Czas już ich omija a oni trwają w niezmiennym uścisku… Niektórzy przyrównują to malarstwo do równie destrukcyjnych wizji Hansa Rudolfa Gigera, twórcy wielu przerażających stworów ożywionych za sprawą hollywoodzkiego kina (jednym z nich jest Ósmy pasażer Nostromo), jednak w porównaniu z nimi płótna Beksińskiego są o wiele bardziej malarskie, operujące po mistrzowsku plamą barwą i mimo wydawałoby się ograniczonego spektrum kolorów, porażają przepychem odcieni.



Wielu próbuje dokonać niemożliwego i jednak zinterpretować jego dzieła. A przynajmniej doszukać się syndromu lęku przed śmiercią. Jednak bliski przyjaciel malarza - Norman Leto - nie pozostawia złudzeń, bo jak mówi w jednym w wywiadów: Beksiński chciał mieć przede wszystkim spokój. Spokój, żeby móc malować, bawić się nowym gadżetem, czytać instrukcje obsługi, cokolwiek. Święty spokój kosztuje. Mógł walczyć o wyższe ceny obrazów, mógł zmieniać galerie, przeprowadzić się do dużej pracowni. Nie wiem, czy Zdzisław Beksiński czekał na śmierć, ale często o niej rozmawialiśmy. Przede wszystkim chciał mieć spokój i w jako takiej wygodzie przesiedzieć w życiowej poczekalni. A gdyby się dało, odwlekałby swą śmierć w nieskończoność, byle malować (TUTAJ).


Jednak mimo niechęci do interpretacji swoich dzieł, Beksiński, według Krzysztofa Banacha, innego wieloletniego przyjaciela i dyrektora Muzeum w Sanoku, Zdzisław Beksiński chciałby, żeby istniał Bóg i żeby istniało życie wieczne. Marzył wręcz o tym, bo to, czego bał się od młodości panicznie, to była nicość. Obawiał się, że po śmierci nie ma niczego. A wtedy wszystko - cały jego trud, łącznie z tą sztuką, jest właściwie nic niewarty, bo ileż dłużej może przetrwać? Ale z drugiej strony i tak nie widział innego narzędzia dla siebie niż twórczość. Chciał przetrwać chociaż trochę. Oczywiście, jeśli ktoś po jego śmierci uznałby, że to w ogóle jest warte zachowania. On nigdy nie był przekonany, że to co robi, ma wartość wysokiej klasy, a on sam będzie przez następne lata hołubiony i "wieszany" w muzeach TUTAJ

Więc stało się tak jak pragnął. Jest sławny. Jego obrazy mocno zapadły w pamięć i są rozpoznawalne. W dodatku pod koniec życia oprócz tradycyjnych obrazów tworzył od 1997 również komputerowe fotomontaże i te także funkcjonują w obrocie publicznym, w reklamie. Można by jeszcze wspomnieć o licznych wystawach malarza w kraju i za granicą, o współpracy z Piotrem Dmochowskim, który skutecznie wypromował jego twórczość za granicą, można by... tylko po co? O tym wszystkim pisze w każdym biogramie artysty. My raczej popatrzmy na jego obrazy. Spójrzmy obojętnym okiem niezaangażowanego emocjonalnie widza.... Czy damy radę?


niedziela, 11 marca 2018

Beksińscy - Portret podwójny

Pamiętam, to był początek lat 80-tych ubiegłego wieku, kiedy ojciec prenumerował gazetę o sztuce pt. „Projekt”. Wydawana na kredowym papierze, dużego formatu zawierała wywiady z artystami, informacje o wystawach itd. W jednej  z nich zamieszczono wywiad ze Zdzisławem Beksińskim, zdjęcia artysty z jego pracowni i to co najbardziej urzekło - zdjęcia obrazów… (dzięki Internetowi można łatwo ustalić, że był to wywiad Wojciecha Skrodzkiego opublikowany w 1981 roku). Od tego czasu Zdzisław Beksiński staje się jednym z moich ulubionych artystów. Mam kopię kilku jego obrazów, w czasie swojej aktywności malarskiej namalowałem również sam nieudolną kopię innego. Później dowiaduję się, że Tomasz Beksiński - ulubiony prezenter radiowy, ale i autor ciekawych felietonów muzycznych, to syn wielkiego malarza. Ze smutkiem przyjmuję wiadomość o śmierci Tomasza (24.12.1999). Śmierci świadomej, z wyboru, przy kolejnej próbie samobójczej. Odwiedzam muzeum w Sanoku, kiedy Zdzisław Beksiński jeszcze żyje. Geniusz jego obrazów poraża. Jest tam ten który jedna z moich ulubionych polskich grup Collage wykorzystała na okładce swojego albumu….  Śmierć Zdzisława (21.02.2005) - ojca, zupełnie bezsensowna, wielki artysta zabity przez gówniarzy - motyw rabunkowy.
 
Z radością witałem artykuły i opracowania o obu, w sieci powstała strona o Tomaszu, duża liczba stron o Zdzisławie.  Na YT można obejrzeć filmy, programy itd.  Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Magdaleny Grzebałkowskiej  „Beksińscy - Portret Podwójny”. Na okładce ojciec i syn odwróceni do siebie plecami, wypełniają  podobną część powierzchni. Zapewne niesłusznie - ojciec przecież był gwiazdą formatu światowego, syn krajowego. Ojciec żył dłużej, stworzył nieporównywalnie więcej. Dlatego w książce więcej miejsca, siłą rzeczy, poświęcone jest Zdzisławowi. Czy można napisać książkę o życiu rodziny w sposób taki, żeby stała się czymś w rodzaju powieści sensacyjnej? Żeby nie można było się od niej oderwać? Autorka pokazuje że jest to możliwe. Przyjęta konwencja, bogaty wybór źródeł (z przypisami co nadaje działu wymiar opracowania historycznego) no i ogromna ilość nieznanych informacji, czyni z powieści Grzebałkowskiej dzieło niezwykle wartościowe.  Co poza tym najbardziej urzeka?  Na pewno fakt odkrywania przez autorkę pewnych procesów których opis znacznie wybiega poza typowo biograficzny. Możemy dowiedzieć się w jaki sposób w Zdzisławie rozwijał się specyficzny sposób spojrzenia artystycznego…
 
Jednym z najsilniejszych wzruszeń dzieciństwa jest kontemplacja Wyspy Umarłych malarza Arnolda Bocklina. Na obrazie do skalistej wyspy dopływa łódź z postacią w białym całunie na pokładzie. Pośrodku wyspy rosną drzewa jak stare cmentarne cyprysy. Morze jest spokojne, ale na granatowym niebie zbierają się chmury.”
 
W książce otrzymujemy obraz Zdzisława Beksińskiego jako człowieka unikającego wszelkich ideologii i religii, stroniącego od ludzi (chyba, że przyjmowani są w jego domu), odmawiającego przyjmowania odznaczeń, honorów, do tego stopnia neurotycznego, że nie będącego w stanie pojawiać się nawet na otwarciu swoich własnych wystaw (mimo że przedtem potrafi jechać i sprawdzić czy obrazy są dobrze rozwieszone). Jego stosunek do świata dobrze podsumowuje zdanie: „Zdzisław Beksiński do trzech największych totalitaryzmów będzie zaliczał: faszyzm, komunizm i katolicyzm.” Jego stan psychiczny z kolei cytaty: „Beksiński od wczesnej młodości cierpi na nerwicę natręctw”. „Natręctwa się zmieniają. Przez jakiś czas Zdzisław Beksiński wychodzi przez drzwi tylko pod kątem prostym. Potem przestaje stawać na złączeniach płyt chodnikowych. Przed urodzeniem syna małe dzieci budzą w nim taki strach, że konsultuje się z psychiatrą. Kiedy w latach 50-tych pod wpływem prób świadomego oddychania, które ma mu pomóc w pozbyciu się natręctw, zapomina jak się oddycha, idzie do lekarza”.
Co czyta Zdzisław? „Ponad moje siły jest lektura wszystkich Szołochowów, Hemingwayów. Nie wiem, nie rozumiem, obce, nudne, głupie, płaskie, obojętne… W tym co lubię, panuje także potworny mętlik. A więc Dostojewski i Czechow, Kafka, Schultz, ale także i Tomasz Mann, dziewiętnastowieczne sentymentalne opowieści o duchach i science fiction, a więc na przykład Margaret Oliphant i Brandbury, i Lem, gdyby jednak dalej poszperać w rzeczach nieraz i drugorzędnych i obrzydliwych, to znalazłby się tam (…) i Poe i Meyrink, Dziady Mickiewicza, Rilke. Pasjonuje mnie to co dotyka spraw niezrozumiałych, tajemniczych, jak paralelność zjawisk i zdarzeń w czasie, wyobraźnia ludzka, psychika chora - rzecz dotycząca schorzeń psychicznych, choćby była słaba artystycznie, jest mi podejrzanie bliska.” Wizje obrazów Zdzisława Beksińskiego - mroczne, niesamowite, odrealnione. Ktoś mógłby pomyśleć, że może powstają pod wpływem narkotyków. Jednak nie, a malarz swoją obawę przed nimi tłumaczy strachem przed wizją jaka mogłaby wytworzyć jego psychika… „Ostatecznie Zdzisław Beksiński LSD nie próbuje, ale ma wiele wyobrażeń na ten temat. W 1972 roku pisze do Henryka Wańka: Co do mnie to ja się zupełnie otwarcie boję LSD. A konkretnie boję się wizji o charakterze delirycznym, przez co rozumiem jaskrawe i namacalne halucynacje stymulowane przez treści zepchnięte do podświadomości, a więc na przykład pająki wielkości psów, wydziobywanie oczu przy pomocy drutu kolczastego etc. Nikt nie wyjaśnił do końca, czy przypadkiem wizje po LSD nie mają charakteru oczekiwanego przez podmiot lub też charakteru podświadomie oczekiwanego, za czym przemawiałyby wizje Andrzeja będącego lamą (ha, ha)". „W sumie widzę w wielu doznaniach mistycznych w czasie trip coś w rodzaju banalnej turystyki facetów otępiałych od oglądania formy rzeczywistości, jaką mamy dostępną codziennie. A przecież każda noc przynosi nam na dodatek rzeczywistość równie kolorową i zaskakującą jak ta (…) dostępna nam w dzień. Gdzie ja dziś w nocy nie byłem: (…) na stacji kolejowej Mrzana (…) oglądałem egzekucję w roku 1921, w której rozstrzelano w trakcie odjazdu pociągu osobowego z Warszawy do Zakopanego (…) skazańców, wśród których były małe dzieci po trzy lata, które potem toczyły się z nasypu (…) po czym niektórych poprawiono z pistoletów, bo byli niedostrzeleni, po czym komandir wydał rozkaz, by trupy do Wisły, (…) po czym w innym śnie udusiłem Tomka, który w trakcie duszenia nie był Tomkiem, lecz moim kuzynem Jurkiem, potem była powódź i wykopywałem zwłoki ojca, które jak zwykle w moich snach leżą pod lipą u nas w ogrodzie., jest to paskudny sen powtarzający się w wielu wariantach wielokrotnie”, „więc jest rzeczą zastanawiającą fakt, iż zanim nastąpiła moda na Indie (…) relacje ze spożycia meskaliny nie zawierały NIC z duchowego odrodzenia, lecz tylko informacje, że w dechę, jakie kolory, bracie zesrać się można, widzisz wszystko jakbyś sfiksował (…) podczas gdy teraz trudno chwycić relację, która by nie donosiła, że kilka geometrycznych wzorków lub spotęgowanych kolorów spowodowało Duchowe Światło na miarę satori (…). Ponieważ nie należę do przeciwników, a raczej do ludzi, których do pisania tego stymuluje zazdrość  , ze nie mogą dostąpić eksperymentu (nawet poczciwy Huxley dodaje, ze są tacy którym  ukazuje się piekło – nie ma najmniejszych wątpliwości co do tego, że ja do nich należę), i chęć udowodnienia sobie,  że nie stracili tak wiele, nie łykając pigułki”. 

Strach, mrok i klimaty nie z tego świata towarzyszą również jego synowi: „Horrorom pozostaje wierny do końca. Pięć lat przed śmiercią powie: Wywiad z wampirem to film o mnie. Odebrałem go jako obraz tragizmu - także mojego.” Tomasz od młodych lat ogarnięty jest wizją śmierci. Życie jest dla niego udręką, z którego jedynym możliwym wyjściem jest samobójstwo. Samounicestwienie traktowane jest jako jedna ze zwyczajnych czynności… "Grudzień 1977 roku. Czterdzieści minut dziennie w tramwaju na uczelnię. Kolejki po żarcie. Smród papierosów w pociągach. Nieznośna woń współpasażerów. Uczenie się niepotrzebnych bzdur. Potrącanie mięsa na ulicach sprawia radość. Odkupić spalony czajnik Henryka Wańka. Zabić się. Sylwestra spędzić w Sanoku. Jechać na święta do rodziców." "Styczeń 1978. I gdyby było czym… to chyba bym się skończył. Miałem do wyboru tylko podcięcie sobie żył albo powieszenie się. Gaz odpadał, bo było za mało czasu. Z cięcia żył zrezygnowałem: gdyby mnie, nie daj Boże, uratowali, to potem mogłem się rozstać z samobójczymi myślami, a gdybym sobie pouszkadzał ścięgna, to mógłbym mieć bezwładne ręce do końca życia. Jak się już zabijać, to na dobre. Wieszanie odpadało z powodu braku haka – wyjście na balkon było skreślone – zimno! Tak więc przeżyłem, choć tarzałem się po łóżku, jęcząc i myśląc co tu ze sobą zrobić." Podejmuje kilka prób. Wszystkie na razie nieudane. Ale ulepsza metodę… „Tomek od jutra idzie na  obserwację do szpitala psychiatrycznego, potem może na jakąś sensowną terapię, ale problem polega raczej na tym, by znalazł sobie cel w życiu i nauczył się walczyć z przeciwnościami uniemożliwiającymi mu realizację tego celu. (…). Obiektywnie rzecz wyglądała następująco (bo winien jestem jakieś wyjaśnienia): Z niedzieli na poniedziałek zamknął się w swojej kuchni i obkleił każdy centymetr drzwi, okna oraz wywietrznika (do którego napchał ręczników) plastrem, jaki mam od Pana. Po paru godzinach około 4 rano, gaz eksplodował, wyrywając szyby z okna i drzwi – nastąpiło  szybkie spalanie pozostałej ilości gazu, która przy eksplozji nie mogła połączyć się z tlenem. Odłamki szkła poprzecinały Tomkowi łokieć prawej ręki, przecinając ścięgna, oraz przecięły plecy na dość długim odcinku. Poza tym doznał licznych, ale na szczęście lekkich poparzeń (…). Eksplozja była na tyle silna, że wg opinii sąsiadów z dołu wydawało się, że budynek się wali.”.

W procesie twórczym Beksińskiemu - ojcu pomagają wizje. Tak opisuje powstanie obrazów o Katyniu.  „W roku 1982 po usłyszeniu w Wolnej Europie jakiejś audycji na temat Katynia pożyczyłem od znajomego wydaną chyba w Londynie książkę pt. bodajże Zbrodnia Katyńska w świetle dokumentów - właściwie sprawę znałem stosunkowo dobrze od czasów okupacji, a teraz chodziło o powtórne zweryfikowanie niektórych wyobrażeń na ten temat. W trakcie lektury (był to początek 1982, stan wojenny i odpowiednia atmosfera do lektury) (…) niektórych fragmentów zaczął mi się pojawiać obraz tego, co chciałbym namalować, mimo iż początkowo, biorąc książkę  do ręki, nie miałem w ogóle zamiarów artystycznych związanych z lekturą. Pierwsza wersja tego co namalowałem, ma format poziomy 73x87 i została sprzedana przez galerię Wahl (chyba) zaraz w 1982 lub na początku 1983. Był to obraz całkowicie nieudany, stojące postacie w hełmach i szynelach unosiły się jak chmura w powietrzu, w sumie pomysł będący inspiracją do namalowania obrazu, wywietrzał w trakcie roboty, sam nie wiedziałem, co namalowałem, tyle że wiedziałem, że jest to niewiele warte (…). Czułem, że format musi być większy, ale nie miałem wtedy większego formatu i sposobu, jak go oprawić, ani w co go oprawić etc. Musiały upłynąć dwa lata zanim powtórnie, mając już materiał, wróciłem do wizji pierwotnej, tej z początku 1982. W pierwszym założeniu, postacie wyłaniające się z quazi - wykopu miały stać na czymś w rodzaju bajorka wypełnionego ciemnoczerwonofioletową cieczą, z której też miały się wyłaniać jakieś szczątki. Oczywiście zadziałało przekleństwo niskiego sufitu i niemożności swobodnego malowania u dołu obrazu, o czym pisałem w poprzednim liście. Bajorko zmieniło się w załamany strop, spod którego widać było głowy i hełm poniżej, strop został zamalowany i w ogóle przerabiany był tyle razy, że nie pamiętam już, co jest obecnie: jakiś taki dół i wykop czy coś niezbyt sprecyzowanego. To, co wyżej, malowało się szybciej i łatwiej. Dość szybko zamiast poszczególnych postaci zrobiłem coś w rodzaju zrostu bez wyliczania, czyja ręka czy noga do kogo należy - czułem, że tak jest lepiej, problemy zaczęły pojawiać się w trakcie zmęczenia tematem - jak zwykle zacząłem czuć się ograniczany tym, co sobie założyłem, i wydawało mi się, że porzucając założenie, zrobię lepszy obraz. Tak więc pojawił się problem tego typu, że ten tłum stał jakby w oczekiwaniu na coś, czego w tym obrazie nie było, czułem, że konieczne jest dodanie tego czegoś, a nie wiedziałem, co by to być mogło, co by wiązało grupę ludzi czy tłum ludzi poubieranych w hełmy i szynele. Myślałem o czymś, co unosiłoby się na pierwszym planie w powietrzu, np. latający hełm - musiałbym namalować to coś całkiem inaczej niż resztę, tak aby było jakby bardziej materialne, bardziej ostre, wypolerowane... Porzuciłem tę myśl i zdecydowałem, że od tyłu na żółtym niebie pojawi się zeppelin, ponieważ jednak tło jest rozmyte, nieostre, postacie na horyzoncie ledwie zamarkowane jako amorficzny tłum, powstał problem, gdyż nie można było tego, co jest najdalej (czyli zeppelina), namalować ostrzej niż to, co jest bliżej. Namalowałem go blado, że wyłania się od prawej strony, ale wyglądał w najlepszym wypadku jak pershing. Napisałem więc na pierwszym planie u stóp postaci Zeppelin. Źle to wyglądało. Zamalowałem napis. Wysunąłem zeppelina do przodu, tak że widać było stery, co znacznie pogorszyło samą wizję (chodziło o to, by się wysuwał, a nie stał na niebie w całej okazałości), ale wydawało mi się, że już zaczyna być dobrze. Na dwóch hełmach dodałem szpice takie, jakie miała armia niemiecka w pierwszej wojnie. (…)zamalowałem sterowiec, gdyż mnie wydawał się (...) poetyczny, ale odczytywany był całkiem w bok, a mimo wszystko zależy mi na właściwym odczytaniu przez ludzi tego, czego sam nazwać sensownie nie potrafię. No i na tym rzecz zakończyłem."
 
Zarówno Zdzisław jak i Tomasz napotykali  na problemy z dźwiganiem ciężaru sławy. Zdzisław ogólnie unikał ludzi, podobne problemy dopadły Tomasza, kiedy stał się znanym dziennikarzem radiowym. W 1998 roku Aneta Awtoniuk i Tomek Beksiński pojadą do Katowic na koncert Genesis: „Po koncercie obstąpił go tłum ludzi, w których zobaczyłam siebie z czasów liceum. Ale ci ludzie byli w różnym wieku. I każdy z nich miał problem, nie było wśród nich nikogo pozytywnego. Najczęściej byli nieszczęśliwie zakochani. On był ich księciem ciemności, nie wyobrażali sobie, żeby mógł po bułki rano chodzić. Był wtedy w szoku, chciał się schować, a oni nie odpuszczali, byli natarczywi. Byliśmy kiedyś na dużej imprezie muzycznej w hotelu Forum. Przed wejściem stała spora grupa ludzi - polowali na gwiazdy. Jak wyszliśmy, napadli Tomka, widziałam, jak dziewczyny go dotykały, wyciągały ręce. A on z dotykiem obcych miał kłopot. Jak go ludzie obstępowali w publicznych sytuacjach, to irytował się, oganiał. Wkurzało go, gdy byliśmy w kinie, a ludzie do niego podchodzili. Mówił, że jest tu prywatnie. A oni chcieli się odnosić do konkretnych słów z audycji. On im mówił, że to taka konwencja, że sobie nie życzy.”
 
Ojciec pozostawił po sobie niezliczone ilość dzieł, syn…
 
Magazyn Muzyczny”. 1983-1991: 11 artykułów, 9 recenzji płyt, 4 felietony. „Tylko Rock”. 1991-1999: 26 artykułów, 42 recenzje, 18 felietonów".
 
Z jednym fragmentem książki nie zgadzam się. Pamiętam jak Tomasz fascynował się Marillion. Autorka opisuje zakończenie tej fascynacji następująco: "Nie toleruje zdrady. Kiedy Fish, wokalista jego ukochanego Marillionu, odchodzi z zespołu, Tomasz przestaje słuchać grupy." O ile mnie pamięć nie myli, Tomasz bardzo czekał na przyjazd Marillion do Polski. I pamiętam jak po spotkaniu z nimi oświadczył w jednej z audycji, że o Marillion nie chce więcej słyszeć. Musiało dojść do jakiegoś incydentu podczas spotkania. Tym należy tłumaczyć fakt odwrócenia się Beksińskiego od Fisha i kolegów. 

Kolejna próba samobójcza. Relacja ojca:
 
"Kiedy zaszedłem do jego mieszkania, był już nieprzytomny. Leżał na ziemi. Wezwałem pogotowie od milicjanta, który mieszkał w sąsiedztwie, bo wówczas tylko owe służby miały telefony. Pogotowie zawiozło go do szpitala na Solcu, stamtąd zadzwoniłem do żony, ona z kolei do naszego znajomego profesora”. Tomasz kilka dni jest nieprzytomny. Zdzisław mówi do profesora Noszczyka: „Samobójstwo nie jest tchórzostwem ani ucieczką. Przeciwnie. Kiedy człowiekowi świat wydaje się piekłem, samobójstwo to akt odwagi i męstwa. Więc skoro Tomek tego dokonał, czy musimy go budzić?”. „Musimy” -  odpowiada lekarz.
 
Był bardzo wyrazisty w ocenach muzycznych. Jedna z jego eks określiła to jako „świecenie światłem odbitym”. Wątpię. Po prostu miał gust. A że przenosił teksty płyt na życie prywatne i odbierał jako historie o sobie? Chyba nie ma w tym niczego dziwnego. Artyści też są ludźmi i opisują swoje przeżycia, czasem podobne do tych jakie mają zwykli śmiertelnicy. Sam wiele razy utożsamiałem historie z piosenek z tymi które przeżyłem…  
 
"Zapraszałem go czasem do nocnych audycji w Trójce z piątku na sobotę. Próbowałem przekonać do kilku płyt w tamtym czasie istotnych. O utworze The Verve Bitter Sweet Symphony z 1997 roku powiedział, że go zniesmaczył i miał ochotę go wyłączyć już w pierwszej minucie. Nie trawił Oasis, który w latach dziewięćdziesiątych był na topie. Uważał, że rzępolą na gitarach i niczego istotnego w ich twórczości nie ma. Nie zaakceptował nigdy rapu, hip-hopu, chamskiego disco w dresie. Ale były też dwa albumy, do których go przekonałem. Na płycie Secret Samadhi grupy Live spodobał mu się Rattlesnake. O krążku The Bends Radiohead powiedział: Tam jest jeden kawałek, który mnie wzrusza. Zapytałem który. Ostatni, Street Spirit (Fade out). Grał te piosenki w swoich audycjach. Rozmowy z nim o muzyce zawsze zahaczały o życie prywatne. Pamiętam kilka wizyt u niego, gdy prosił, żebym przeczytał felietony do Tylko Rocka, które miał wysłać redakcji. Felieton o The Wall przełożył potem na swoje życie. Opowiadał mi bardzo długo o tym. Nie chcę się wgłębiać w szczegóły. Podejrzewam, że każdą ważną płytę i utwór przenosił na życie prywatne, bo działały jak lustro, w którym się przeglądał. Zaskoczył mnie raz. Wiedział, że jestem absolwentem germanistyki, więc poprosił, żebym przetłumaczył dla niego kilka tekstów zespołu Rammstein. Wiesz, to takie fajne, marszowe - powiedział. Ja tego nie kupuję - odparłem - ale rozumiem, że mają na siebie pomysł. I jeszcze zaskoczył mnie AC/DC. Miał kilka ich płyt na półkach."
 
Swoje nieudane doświadczenia z kobietami Tomasz zrzucał na karb ich niedoskonałości: Tomasz Beksiński: „kobieta jest bublem genetycznym, a dobry (?) Bóg w chwili jej stwarzania był chyba mocno pijany lub tak podniecony wizualnym efektem swoich mocy twórczych, że resztę kompletnie schrzanił. (...) Odkąd obejrzałem w dzieciństwie Kobietę węża, miałem wątpliwą przyjemność spotykać na swojej drodze wszelkiej maści femme fatale żerujące na moich uczuciach i - przede wszystkim - portfelu."
 
To wszystko spowodowało, że podjął kolejną, tym razem udaną próbę…  "Nie będę też w dalszym ciągu mesjaszem dla durnych radiosłuchaczy ani autorytetem dla telewidzów i czytelników. Ja już jestem martwy, tato. To, co zrobię i do czego przygotowuję się spokojnie od paru miesięcy, będzie tylko postawieniem kropki nad i. Nie szukaj w koszu ani w zsypie opakowań po lekach. Wszystkie dawno wyrzuciłem, żebyście nie wiedzieli (Ty i dobrzy doktorzy), czego się najadłem. Żywię głęboką nadzieję, że się już nie zbudzę. Wierzę, że nie ma życia po śmierci. Wierzę, że to naprawdę koniec. Tego właśnie pragnę. Tomek”. Reakcja ojca może być dla wielu zaskoczeniem… Na potrzeby filmu o Tomku Beksińskim studentów łódzkiej filmówki mówi: „Odczułem coś w rodzaju ulgi niewątpliwie, że w jakiś sposób się to rozwiązało. Najgorszy z możliwych, ale się rozwiązało. Bo oczekiwanie przez kilkadziesiąt lat na coś takiego to jednak jest doświadczenie, które jest koszmarne zupełnie. Ten węzeł w brzuchu, który zawsze jest. Człowiek patrzy na tę drugą osobę, czy się uśmiecha, czy się nie uśmiecha, czy jest ponura, czy może dzisiaj coś się będzie zaczynało. Nieznajomość - bo nie chciał się dzielić - jego kłopotów prywatnych, o kogo chodzi, o co chodzi. To, że ktoś kocha życie, to nie znaczy, że wszyscy kochają życie. On na przykład na pewno nie kochał. On z dużym wysiłkiem woli je kontynuował”.
 
Został sam. Wydaje się że po śmierci żony Zofii i syna chyba trochę zdziwaczał…
 
Po trzydziestu latach wciąż jest tego samego zdania: jeśli witaminy, to w tabletkach, jeśli kawa, to w proszku, najsmaczniej można zjeść w McDonaldzie (kanapka McRoyal na pierwszej pozycji), najlepszym napojem świata jest obecnie pepsi max. Z owoców mogą być truskawki, ale rezygnuje z nich, bo za dużo jest roboty z odrywaniem ogonków. Marzy o truskawkach w tubce, na razie zjada jogurty. Górne szafki segmentu w pracowni zalepił ulotkami z pizzerii. Obok zawiesił swoje Tezy Gastronomiczne: „Wszystkie potrawy na świecie można podzielić na potrawy zdrowe oraz potrawy smaczne. Określenia te wzajemnie się wykluczają: potrawy zdrowe nie są smaczne, zaś potrawy smaczne nie są zdrowe. Jako przypadki szczególne potraktować należy potrawy zarazem niesmaczne i niezdrowe, natomiast potrawy zarazem smaczne i zdrowe w ogóle nie występują w przyrodzie. Powyższe stawia pod znakiem zapytania teorię ewolucji i stanowi pośredni dowód na istnienie Boga. Pieprzu jest zawsze za mało. Nawet niewielki dodatek oliwy jest w stanie kompletnie popsuć smak każdej potrawy. Czosnek jest niejadalnym paskudztwem. Cukinia, patison, melon, kabaczek i dynia są niejadalnym paskudztwem. Owoce morza są niejadalnym paskudztwem. Grzyby są niejadalnym paskudztwem. Rydze nie są grzybami. Amen”.

Do końca pozostaje konkretny: „Gdy dostaje zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego na spotkanie ludzi kultury, najpierw się martwi, bo trzeba będzie odmawiać (a jeśli sprawi przykrość prezydentowi Kwaśniewskiemu?), ale zaraz oddycha z ulgą. Na zaproszeniu jest błąd, wystawiono je na Zygmunta Beksińskiego. Wieczorem wpisuje do dziennika: „A więc Zbigniew nie pójdzie”. Tym bardziej, że nie cierpi być zapraszanym: „Wizytę u Nyczków Beksiński opisuje w liście do Śnieg-Czaplewskiej: „Nie można zrobić mi większej krzywdy, niż zapraszając mnie na kolację - przepraszam, można, zapraszając mnie na obiad. Nie trawię nawet zaproszeń tego typu, bym wpadł po południu. NIE-NA-WI-DZĘ być zapraszanym
 
Warto odwiedzić świat Zofii, Zdzisława i Tomasza Beksińskich. Dzisiaj, kiedy nie ma już ich fizycznie pośród nas, ich świat żyje między okładkami doskonałej książki Magdaleny Grzebałkowskiej.


poniedziałek, 29 października 2018

Zdzisław Beksiński: Twórczość i pasje muzyczne cz.3

Opisaliśmy jakiś czas temu etapy twórczości Zdzisława Beksińskiego TUTAJ, lecz jest jeszcze coś, bez czego by nic nie zdziałał a jeśli nawet, to prawdopodobnie efekt jego pracy osiągnąłby inny kształt. Chodzi o muzykę, która była istotną częścią jego życia, która była spoiwem łączącym go z Tomaszem, jego synem. Można by wiele pisać o tym co lubił słuchać i kiedy oraz w jaki sposób, lecz po co. Najlepiej niech sam o tym opowie. Gwoli wyjaśnienia, wszystkie utwory zamieszczone w tym tekście są tymi, które lubił Beksiński, a zatem posłuchajmy czym była dla niego muzyka, jak ją odbierał i dlaczego:

Jeżeli czegoś szukam, używam, pasjonuję się, to jest tym przede wszystkim muzyka. Poza tym interesuje mnie trochę film... Słucham oczywiście dużo pop-music, ale nic wyłącznie: Na muzyce się kompletnie nie znam, kilkuletnie bębnienie w dzieciństwie na fortepia­nie, w czasie którego moja nauczycielka większą zwracała uwagę na to, bym miał roz­luźnione przeguby, niż na to, by mi wyjaśnić, co właściwie robię, nie nauczyła mnie przecież niczego. Wspominam to jak koszmar, któremu kres położyła utrata - na skutek eksplozji - palców lewej ręki. Należę więc do Klubu Wyjącego Psa i muzykę odbieram wyłącznie bebechami jakby to określił Witkacy. Za to odbieram jej dużo, całymi godzinami, jestem jak to się zwykło mówić osłuchany, chociaż rzecz jasna niesystematycznie, poza tym wszystko mi się stale myli, więc na Boga nic egzaminuj mnie tu z nazwisk, stylów, wpływów...

Ogólnie lubię muzykę, tym bardziej nadaję się do odbioru bebechowego, a więc przede wszystkim drugą połowę XIX wieku oraz sam początek wieku XX, muzyka naj­nowsza też, ale z pewnymi zastrzeżeniami: Zachwycony jestem raczej jej brzmie­niem, instrumentacją, natomiast utwory traktowane jako całość są dla mnie w większości wypadków nie dość ekspresyjne, nie dość naładowane uczuciem - oczywiście nie jest to żadna krytyka z mojej strony, po prostu nie nadaje się do tego typu percepcji, jaki jest mi potrzebny i do jakiego przywykłem. W owym uczuciowym czy bebechowym odbiorze muzyki pomaga mi piekielnie nagłośnienie pracowni - zawsze wszystko jest dla mnie nie dość głośne, na skutek czego nieustanne poszukiwanie wzmacniacza idealnego, który by nie zniekształcając dźwięku wyrywał zarazem futryny z okien. Badałem się, nie mam przytępionego słuchu, ale odczuwam potrzebę, by muzyka dosłownie miażdżyła lub rozrywała na strzępy. Okazuje się jednak, że po czternastogodzinnym nieprzerwanym słuchaniu, tylko muzyka pozwala mi równocześnie przez cały ten czas malować i to na stojąco i nie zwracać w ogóle uwagi na zmęczenie - jest to stymulator silniejszy od kawy! 


Oczywiście są całe obszary muzyki niedostępnej dla mnie, właściwie wszystko nieomal, co było przed połową XIX wieku jest dla mnie zbyt dalekie i zbyt trudne w odbiorze. Beethoven mnie nudzi i męczy, może niektóre sonaty fortepianowe i skrzypcowe w mniejszym stopniu, ale symfonii słuchać nie potrafię, mimo iż wielokrotnie próbowałem i znam je nieomal na pamięć, jeszcze gorzej jest z barokiem, a przecież wreszcie stale słucham wszystkiego, co tylko jest dostępne na płytach, usiłuję się po prostu przyzwyczaić i to we własnym interesie, bo dla kogoś, kto słucha muzyki po 10 i więcej godzin dziennie, jest jej stale za mało, chciałbym uzyskać jakieś nowe, nadające się do eksploatacji obszary, jakieś nowe pastwiska - traktuję to wręcz jak pożywienie - ale trawa tam jest niejadalna, przejrzysta konstrukcja i brak uczucia, na pewno gdzieś ono się znajduje, ale ja nie posiadam klucza i przy­zwyczajenie się par force niczego tu nic zmienia.

Gdy słyszę Skriabina, to natychmiast cały mój organizm ulega jakby podłączeniu do dźwięków wypeł­niających pracownię - nie ma już muzyki, której się słucha, lecz dźwięki i jak stanowimy całość, czuję się jak wąż zahipnotyzowany fujarką fakira, jak pies reagujący na harmonijkę ustną...

Gdy słucham beethovenowskich wariacji na temat Diabelnego, pozostaję całkowicie zimny i krytyczny - wiem, o co idzie, podążam za ideą konstrukcji, ale rzecz jest dla mnie po prostu nudna i tyle. Brak tu dla mnie możliwości zespolenia się z muzyką - istnieje po prostu jej odbiór, nic poza tym. Oczywiście w ramach tego, co lubię i co lubię w mniejszym stopniu, a nawet wśród rzeczy, których właściwie nie lubię, np. Bacha, są rzeczy, których słucham chętniej, których słucham mniej chętnie, i takie, których nieomal wcale nic słucham. W zdaniu tym jest tylko pozorna sprzeczność.

W zasadzie lubię bowiem przede wszystkim muzykę smutną, tragiczną, patetyczną, ekstatyczną, potężną, melancholijną, neurasteniczną wreszcie, a nawet groteskową i persyflażową, ale wręcz nic cierpię muzyki pogodnej, wesołej, pełnej werwy i humoru, lekkiej, żartobliwej, ludowo-skocznej i tak dalej, nic na to nie poradzę, nie muszę się chyba tłumaczyć przed tobą z własnych gustów, sam ich zresztą nie rozumiem. Poza tym bardzo lubię też muzykę ostrą, rytmiczną stereotypową, dawniej był to jazz, od wielu już lat jest to muzyka pop, a szczególnie stereotypowe grupy heavy rocka i hard rocka. Właściwie w słuchaniu potrafię przechodzić bezpośrednio od Brucknera do Budgie czy Nazareth - o wiele trudniejsze jest przejście od Brucknera do Beethovena, mimo iż jest to szlak bardziej wydeptany
.


Beksiński słuchał muzyki różnej ale zawsze pełnej emocji, takiej, która musi być słuchana na full. Jedna z anegdot, którą sam opowiadał uzasadniała powód takiego sposobu odtwarzania nagrań. Zresztą jest to opowieść typowa dla Beksińskiego: Otóż kiedyś malował przy rozkręconych do maximum głośnikach, gdy poczuł nagły dreszcz, który go przeszedł od czubka głowy aż po palce nóg… Po czym okazało się, że nie było to wrażenie wywołane muzyką, a skutek uderzenia w głowę obrazu, który pod wpływem drgań spadł mu na głowę… Lecz to tylko żart, bo artysta autentycznie wzruszał się przy niektórych utworach. Przy IV Symfonii G-dur Gustava Mahlera płakał.

Innym utworem szczególnie cenionym przez malarza było Requiem Alfreda Schnittk:

Nietrudno zauważyć, że cenieni przez niego kompozytorzy należeli do tzw. nutu romantycznego, choć Beksiński był wybrednym koneserem i nie lubił każdego przedstawiciela tego stylu, np. nie znosił Berlioza…  Pełna lista jego ulubionych dzieł znajduje się TUTAJ. Warto zapoznać się z tymi utworami aby posłuchać czegoś w nurcie cold wave sprzed kilkuset lat…

czwartek, 1 listopada 2018

Dlaczego skały wyobraźni Wyspy Umarłych Arnolda Böcklina wciąż przyciągają artystów?

Jakiś czas temu opisaliśmy jeden z najbardziej tajemniczych a zarazem najsłynniejszych obrazów XIX wieku, czyli Wyspę Umarłych (Die Toteninsel) Arnolda Böcklina TUTAJ

Od chwili powstania dzieło to inspiruje. Mamy już dziesiątki odniesień do różnych wersji obrazu i to nie tylko w malarstwie, lecz także w literaturze, w dziełach filmowych, teatralnych, w poezji i muzyce. Malowidło powielone w tysiącach egzemplarzach cieszy niezmienną popularnością. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wiele znanych osobistości chciało mieć w swoim domu jego kopię. Pisaliśmy, że jedną z wersji zatrzymał u siebie Hitler, także Lenin umieścił kopię obrazu nad swoim łóżkiem w mieszkaniu w Zurichu. A oprócz nich inni: Freud, Strinberg, Rachmaninow, Clemenceau, Dali, Druillet, Giger, Beksiński… 

Nic dziwnego, że obraz zdobył uznanie filmowców. Niektóre widoki Skull Island w oryginalnej wersji King Konga są uderzająco podobne do formacji skalnych lipskiej wersji Wyspy Umarłych. Val Lewton producent filmu o King Kongu miał zresztą obsesję na punkcie tego obrazu, użył wyspy w tle kolejnego filmu (I Walked With a Zombie), by w końcu nakręcić film o tej samej nazwie, który dzieje się na greckiej wyspie przypominającej scenerią obraz Böcklina. Pojawiły się i inne wpływy, między innymi trzeci film Michaela Powella i Emerica Pressburgera Opowieści Hoffmana (The Tales of Hoffman) oraz Obcy Ridleya Scotta (Alien) został osadzony w podobnej scenerii. W ostatnim czasie na obrysie kamiennej Wyspy Umarłych wzorowany był The Black Lodge and White Lodge w jednym z odcinków serialu Twin Peaks.

Dlaczego tak się dzieje? Czemu artyści wręcz oddają hołd temu obrazowi? Dlaczego wydawałoby się, niezależni malarze, jakimi byli HR Giger i Zdzisław Beksiński, namalowali własne wersje Wyspy Umarłych?
 
Ten fenomen jest trudny do wyjaśnienia. Bo cóż szczególnego znajduje się na obrazie Arnolda Böcklina? Otóż widzimy gładką powierzchnię wody, po której sunie łódka. Są w niej dwie osoby jedna owinięta w biały płaszcz stoi a druga wiosłuje. Celem ich podróży jest wyspa porośnięta cyprysami o wysokich brzegach skalnych, wynurzających się ostro z wody. Cyprysy kojarzą się zwykle, zwłaszcza w świecie śródziemnomorskim, z cmentarzami, śmiercią i pogrzebem. W skalnych ścianach wyspy znajdują się drzwi i okna wyryte w stromych ścianach klifu, co sugeruje obecność człowieka na wyspie.
 
Spokój morza i widok skalnych jasnych ścian poddają widzowi obrazu skojarzenie z miejscem wiecznego spoczynku. Wrażenie to podtrzymuje biały płaszcz osoby w łódce, z tkaniny przypominającej te, w które były pakowane zwykle martwe ciała. Usytuowanie łodzi z dwoma postaciami pomiędzy widzem a celem ich podróży ma istotne znaczenie dla malowidła. Zabieg ten wciąga widza w akcję toczącą się na obrazie, w ten sposób staje się on wręcz trzecią niewidzialną osobą biorąca udział w wyprawie. Postać, którą widzimy od tyłu, którą namalowano w taki sposób specjalnie, aby każdy mógł się z nią identyfikować, jest często uważana za duszę i uosabia tych, którzy odeszli z tego życia i stanęli w obliczu tego, co leży poza śmiercią. Przedstawiony na łodzi wioślarz może być zatem Charonem. Oprócz nich w łódce jest obiekt, który zwykle uznaje się za trumnę. Najprawdopodobniej więc obraz ma prezentować podróż duszy do następnego świata. Dlatego uczuciami, które zwykle odczuwa widz przed obrazem, są niepokój, samotność, tajemnica, oczekiwanie. 

Zakres interpretacji dzięki wielowarstwowym znaczeniom nadawanym użytym symbolom także jest zróżnicowany. Die Toteninsel można postrzegać jako elegię lub metaforę melancholii, smutku i izolacji. Można również uważać to dzieło za przenośnię podstawowych ludzkich myśli o śmierci, o życiu pozagrobowym i transcendencji.

Zawarta w obrazie struktura czasu także jest elementem, poprzez który autor nawiązuje z widzem narrację, wzmagając sugestywność obrazu.  Malarz osiągnął to narzucając kierunek ruchu: Oto łódka oddala się od widza i płynie ku środkowi wyspy. Także inne elementy kompozycji: położenie łódki na przecięciu osi symetrii, na połączeniu kontrastów barwnych (ciemnej wody i jasnej skały oraz ciemnej przestrzeni na wyspie i jasnego nieba) wywołują efekt wznoszenia się i przenoszenia łódki, a wraz z nią i widza z ciemności do światła. Gdy jeszcze dodamy do tego niepokojące sylwetki drzew, które zdają się poruszać, otrzymujemy zadziwiająco spójną kompozycję złożoną z symboli czasu i ruchu, realizującą się w atmosferze śmierci, straty i skruchy. Ukrytym tematem obrazu staje się w ten sposób Wniebowstąpienie i łagodne przejście ze świata żywych do świat umarłych.
 
Co jest jednak takiego w wizji Böcklina, że wciąż inspiruje tak wielu kreatywnych ludzi? Czy to, że udało mu się namalować obraz, w którym uchwycił krawędź, granicę, rozpiętą gdzieś między morzem a lądem, między spokojem i burzą, dniem i nocą, życiem i śmiercią, rzeczywistością i fantazją? Salvador Dalí powiedział kiedyś: Ruchome piaski automatyzmu i marzenia senne znikają wraz z przebudzeniem. Skały wyobraźni pozostają. Skały wyobraźni Böcklina wciąż przyciągają, nawet JG Ballard w swoim opowiadaniu z 1966 roku Kryształowy świat (The Crystal World) przywołał drugą wersję obrazu Böcklina aby opisać mrok początkowej sceny w Port Matarre
 
Spójrzmy na koniec na kilka dzieł będących hołdem lub tylko nawiązaniem do dzieła Böcklina. Może odpowiedź na zadane pytania pojawi się sama?