Niedawno, przy opisie ukrytego we fresku Leonardo da Vinci (1452-1519) zapisu requiem wspomnieliśmy, że wielki włoski, renesansowy malarz, rzeźbiarz, wynalazca, architekt, matematyk, astronom, inżynier, anatom, geolog, kartograf, botanik i pisarz był także znakomitym muzykiem (LINK). Z notatek jego współczesnych, a przede wszystkim jego biografa Giorgio Vasariego wiemy, że nie tylko świetnie grał na flecie i lirze, ale także śpiewał bosko bez żadnego przygotowania.
Lira da braccio na której grywał Leonardo była instrumentem bardzo podobnym do dzisiejszych skrzypiec, modnym w ówczesnych kręgach intelektualnych. Było w dobrym tonie popisywać się umiejętnościami improwizacyjnymi na tym instrumencie. Używali go poeci i humaniści tacy jak Angelo Poliziano, Marsilio Ficino i Pico della Mirandola. Umiejętności muzyczne Leonardo stały się powodem, dla którego został życzliwie przyjęty przez księcia Mediolanu Lodovico il Moro. Jak to relacjonuje Vasari: Leonardo eskortowanego do Mediolanu, poprzedzała wielka fama, tak więc został przedstawiony księciu jako ten który umiał grać na lutni, instrumencie, który książę bardzo cenił. Przywiózł on z sobą instrument, który własnoręcznie wykonał, nowy i dziwny przedmiot, zrobiony głównie ze srebra, w formie czaszki konia. W użyciu instrument był silniejszy, a brzmienie miał dźwięczniejsze niż inne, przez co przewyższał muzyków, którzy tam odbywali konkurs muzyczny. Był bowiem Leonardo jednym z najlepszych improwizatorów swoich czasów.
Pierwszy nauczyciel malarstwa Leonarda da Vinci we Florencji, Andrea del Verrocchio, był także muzykiem, podobnie jak wielu innych malarzy tamtego okresu. Można sobie wyobrazić atmosferę panującą w takim warsztacie, z Botticellim, Perugino, Ghirlandaio, Lorenzo di Credim przy pracy… Tworzyli obrazy a w przerwach śpiewali i grali. Muzyka cały czas była obecna w ich życiu, Vasari opowiedział nawet o okolicznościach malowania samej La Giocondy: Wraz z Moną Lisą (która była niezwykle piękna) Leonardo wpadł na pomysł zapraszania śpiewaków, muzyków i klaunów, aby występowali podczas pozowania, aby wprowadzić ją w wesoły nastrój i wyeliminować rys melancholii, jaki malarstwo często nadaje portretom; na tym był uśmiech tak przyjemny, że wydawał się raczej boski niż ludzki; ci, którzy to widzieli, byli zdumieni, bo wydawało się, że obraz żyje.
Sam Da Vinci w traktacie o malarstwie chwalił pracę malarza, stwierdzając, że twórczość ta jest znacznie bardziej uprzywilejowana niż rzeźbienie, a wszystko dlatego, że malując może słuchać muzyki: [Malarz] siada przed swoim obrazem, bardzo swobodnie: dobrze ubrany, trzyma lekki pędzel, nakłada przyjemne kolory, ubrany tak, jak mu się podoba; jego mieszkanie jest czyste i wypełnione pięknymi obrazami, a w swojej pracy często może towarzyszyć mu muzyka lub lektura różnorodnej literatury pięknej, której może słuchać z wielką przyjemnością, bo nie przeszkadzają mu uderzenia młotków rzeźbiarza lub jakikolwiek inny taki hałas.
Ale Leonardo nie byłby sobą gdyby tylko słuchał lub wykonywał utwory muzyczne - opracował projekt nowego instrumentu, który nazwał viola organista. Można opisać go na podstawie zachowanych rysunków genialnego malarza jako skrzyżowanie klawesynu i wiolonczeli. Współcześnie, od 2009 roku, po pięciu latach badań, udało się odtworzyć ten instrument właśnie na podstawie XV-wiecznych projektów artysty. Do tego czasu instrument ten istniał jedynie na kartach Codex Atlanticus (1478) jego autorstwa. Do powstania tego urządzenia głównie przyczynił się Sławomir Zubrzycki, polski kompozytor i pianista. Instrument pierwszy raz został pokazany na wystawie Discovery Times Square Exposition Leonardo da Vinci's Workshop w Nowym Jorku. I zadziwił swoim dźwiękiem Niestety, kompozycje da Vinci (poza 40 sekundowym utworem z Ostatniej Wieczerzy) nie zachowały się. Artysta improwizował i po jego repertuarze nie zachował się żaden ślad… Niemniej muzykolodzy podjęli próbę stworzenia ścieżki dźwiękowej, która przypominałaby brzmienie z czasów Leonarda. W efekcie powstała płyta Shaping the Invisible złożona z utworów współczesnych artyście (LINK). Leczy czy tego słuchał malarz, niestety nigdy się nie dowiemy. Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Leonardo da Vinci był malarzem. Także architektem oraz wynalazcą. O tym wiedzą wszyscy. Ale mało kto zna jeszcze jedno jego oblicze. Otóż nowe badania źródłowe dostarczyły dowodów na to, że Leonardo da Vinci wykonał rzeźbę – niewielkich rozmiarów - niemniej jednak. Jest to anatomiczny model czaszki. Od 20 ostatnich lat przedmiot ten był badany między innymi przez wielu specjalistów: lekarzy, historyków sztuki a nawet geologów, którzy dostarczyli solidnych dowodów na korzyść tej niezwykłej atrybucji, ale dopiero Belg Stefaan Missinne dostarczył informacji, które bezspornie potwierdziły autorstwo rzeźby i co więcej, dodały do niego datę powstania bliską 1508 roku.
Na czaszkę natknęli się przypadkiem w sklepie z antykami w Hamburgu w 1987 roku w Niemczech państwo Winfrieda i Waltraud Rolshausen i kupili ją za 600 marek niemieckich (ok. 415 dolarów). Waltraud, który był lekarzem, wystawił ją potem w swoim gabinecie, gdzie może stałaby pokrywając się kurzem po dziś dzień, gdyby nie Dr Roger Saban z Paryża, dyrektor muzeum przy UniwersytecieKartezjusza, w którym znajduje się ogromna kolekcja eksponatów z dziedziny anatomii. Obejrzał on przedmiot w 1996 roku i uznał, że nie jest to jakaś tam rzeźba z alabastru ale bardzo dokładny model czaszki wykonany w skali 1/3. Co więcej, on pierwszy zauważył niezwykłe podobieństwo czerepu do rysunków anatomicznych Leonarda da Vinci z 1498 roku znajdujących się w Królewskiej Kolekcji na Zamku Windsor (LINK) . Rysunki te ukazują czaszkę z trzech stron, z tyłu i z przodu, lecz brakuje na nich szczęki, podobnie jak w rzeźbie znalezionej przez dr Rolshausena. Także inne szczegóły są zbieżne: brak dolnej szczeliny oczodołowej i suturę coronalis - szew wieńcowy oddzielający przednią i tylną część czaszki - w nietypowej pozycji z tyłu czaszki. Wniosek sam się nasuwał: Oto przypadkiem znaleziono jedyną znaną rzeźbę autorstwa Leonardo da Vinci. Z zapisków artysty wiadomo było, że miał taką rzeźbę, a co więcej, że służyła mu ona do poszukiwań sensus communis, czyli miejsca w mózgu, w którym według Leonarda spotykają się wszystkie zmysły, ogół zdolności intelektualnych i twórczych, ni mnie ni więcej jak teoretyzował Leonardo, siedlisko duszy.
Saban dokładnie opisał model, zwrócił uwagę na dokładne odwzorowanie w niej pewnej anomalii, jaką jest jej jednostronne zniekształcenie, spowodowane stanem zapalnym, które w tamtym czasie, w XVI wieku mogły wywołać rozmaite czynniki: choroba zakaźna (gruźlica lub syfilis) albo uraz od kopnięcia konia. Według niego jest to dowodem na korzystanie podczas pracy przez Leonardo da Vinci z prawdziwej czaszki (LINK). W jednym tylko francuski naukowiec mylił się. Uważał, że miniaturka została wykonana z kawałka marmuru czy alabastru. Tymczasem Da Vinci zrobił ją z mieszaniny kwarcu i gipsu na bazie agatu (chalcedonu), wynalezionej przez siebie w latach 1503-1509 i nazwanej mistioni. Komponenty tego sztucznego kamienia pochodzą z okolic Volterra i zawierają w sobie ślady pirytu. Odkrył to Stefaan Missinne, naukowiec z Austrii (LINK).
Po śmierci słynnego artysty odnaleziono wiele wzmianek o rzeźbionych przez niego czaszkach, jedna z nich dotyczy m.in. wyrzeźbionej w kamieniu chalcedońskim, wymienionej w 1524 r. w inwentarzu ucznia Andrei Salai. Również w katalogu Villa Riposo we Florencji, datowanym na 1584 r., znajduje się odniesienie do uczynionego przez Leonarda modelu przedstawiającego czaszkę ze wszystkimi detalami, opisanego przez nieznanego autora w dziele obecnie przechowywanym w bibliotece Bipontina w Zweibrucken. Istnieją również relacje o istnieniu rzekomego modelu dziecięcej czaszki jego autorstwa w zbiorach Habsburgów w Pradze i Innsbrucku. Niemniej tamte najprawdopodobniej nie istnieją, poza tą jedną… Po co Leonardo robił te wszystkie czaszki? Według Missinne starzejący się artysta, który miał skłonność do melancholii, użył czaszki jako swojego osobistego kamienia żalu, czyli przedmiotu do osiągania mistycznych stanów, do przypominania sobie o znanym od średniowiecza egzystencjalnym horyzoncie losu człowieka, wyrażanej w haśle memento mori.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
W ostatnią sobotę opisaliśmy najdroższy obraz świata, czyli Salvator Mundi przypisywany Leonardo da Vinci (LINK). Wiąże się z nim jeszcze jedna tajemnica, którą odkryli informatycy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine. Stworzyli oni wirtualną kopię obrazu, aby przeanalizować detal jakim jest kula trzymana przez Chrystusa w lewej ręce. To głównie przez nią niektórzy eksperci powątpiewali w autorstwo Leonarda. Bo kula na obrazie nie załamuje według nich światła realistycznie, w odróżnieniu od kul na późniejszych kopiach dzieła. I nie jest to sprawa obojętna, bo jak zauważył Michael Daley, dyrektor ArtWatch UK, jest mało prawdopodobne, aby Leonardo, który wiedział wszystko o optyce, tak po prostu postanowił nie zawracać sobie tym głowy.
Naukowcy z Irvine, czyli Marco Zhanhang Liang, Michael T. Goodrich i Shuang Zhao opublikowali niedawno artykuł (TUTAJ), w którym przeanalizowali kulę przy pomocy wielu programów do trójwymiarowego modelowania i animacji a następnie zsyntetyzowali sposób, w jaki kule z różnych materiałów odbijałyby postać Chrystusa. Z wykonanych zadań wysnuli następujący wniosek: Gdyby kula ziemska była litą bryłą, zachowywałaby się jak wypukła soczewka, odwracająca i powiększająca wszystko, co znajduje się za nią, a tego na obrazie nie ma. Jednak rendering kuli na obrazie może nadal być bardzo precyzyjny - jeśli przedstawiona szklana kula jest pusta. To wyjaśniałoby minimalne zniekształcenie sposobu, w jaki namalowana jest szata Chrystusa widziana przez nią. Pusta kula nie powoduje zniekształceń. Co więcej, po zbadaniu, jak światło załamuje się w różnych typach kul, informatycy oszacowali, że kula w Salvator Mundi ma promień 6,8 cm i znajduje się 25 cm przed figurą Jezusa. Grubość jej ścianek, biorąc pod uwagę te proporcje, nie przekracza więc 1,3 milimetra. Cienie obrazu sugerują ponadto zastosowany przez malarza sposób oświetlenia: pada z góry i jest rozproszone. Leonardo był zafascynowany sposobem, w jaki szkło reaguje na światło, prowadził nawet zeszyty, w których zapisywał diagramy dotyczące optyki. Dlatego wiedział w jaki sposób światło załamuje się na szklanej kuli i bez problemu umiał ją namalować i to z ogromną dokładnością.
To jednak jeszcze nie koniec sekretów związanych z Salvatorem Mundi i znajdującym się na nim przedmiotem. Trudne do zinterpretowania są również białe kropki, które da Vinci umieścił na kuli. Eksperci niedawno odkryli, że ich rozmieszczenie idealnie odwzorowuje położenie na niebie trzech najjaśniejszych gwiazd z konstelacji Oriona. Można zauważyć również, że wzmianki o Orionie pojawiają się z niezrozumiałych powodów nawet w Starym Testamencie: On stwarza gwiazdy: Niedźwiedzicę, Oriona, Plejady i konstelacje nieba południowego – możemy przeczytać w Księdze Hioba (Hi 9,9). W księdze Amosa także je wymieniono: Ten, co uczynił Plejady i Oriona przemienia ciemności w poranek, a dzień w noc zaciemnia, Ten, który wzywa wody morskie i rozlewa je po powierzchni ziemi - Pan jest imię Jego (Am 5,8) , a w końcu Izajasz: Bo gwiazdy niebieskie i Orion nie będą jaśniały swym. światłem, słońce się zaćmi od samego wschodu, i swoim blaskiem księżyc nie zaświeci (Iż 13,10).
Co to może oznaczać? Badacze po dłuższych analizach są zgodni - Leonardo na obrazie pokazuje, że Jezus jest również Zbawicielem Kosmosu, a nie tylko Ziemi. Ikonograficznie więc trzy kropki na kuli odnoszą się więc do kosmosu i gwiazd, które w starożytnej kosmologii Ptolemeusza osadzone były w nieruchomej, krystalicznej oraz eterycznej kuli niebieskiej z Ziemią w centrum wszechświata. Widzimy zatem, jak ważne są szczegóły. I gdzie mogą zaprowadzić dociekliwych badaczy.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Znane dzieła sztuki zawsze przyciągają różnych maści fałszerzy, czy innych amatorów łatwego zarobku. Ilość domniemanych prac Leonardo da Vinci jest spora, o uznanie niektórych toczą od lat boje eksperci, o jednym takim obrazie pisaliśmy TUTAJ a dzisiaj opowiemy o kolejnym. Jest to ni mniej ni więcej tylko prawdopodobnie wczesna wersja Mony Lisy, nazywana Isleworth Mona Lisa, wystawiona obecnie w galerii Promotrice delle Belle Arti w Turynie.
Czym jest ten obraz? Jest to portret kobiety upozowanej i fizycznie bardzo podobnej do Mony Lisy wystawianej w Luwrze, różniący się od niej nieco tłem oraz wyrazem twarzy, podobno młodszej i znacznie szczęśliwszej od słynnego oryginału. Wiemy o nim stosunkowo niewiele. Pierwsza pewna informacja pochodzi z 1778 roku. Wtedy został zakupiony przez rodzinę Montacute i sprowadzony do ich siedziby w Anglii. W 1913 roku odkupił go od nich marszand Hugh Blakera z Isleworth w zachodnim Londynie i od jego posiadłości druga Mona Lisa nosi swoją nazwę.
Kiedy Blaker i członkowie jego rodziny zmarli, w 1947 roku obraz został sprzedany amerykańskiemu kolekcjonerowi Henry’emu Pulitzerowi, który większość swojego życia poświęcił próbom udowodnienia, że jest to dzieło da Vinci. Napisał nawet książkę na temat swoich ustaleń. Kiedy zmarł jego spadkobierca przekazał obraz konsorcjum anonimowych osób, które przez 40 lat trzymały go w skarbcu szwajcarskiego banku. Po latach osoby te założyły Fundację Mona Lisy (LINK). Teraz dzieło zostało wydobyte na światło dzienne i pokazane światu jako pierwsza Mona Lisa.
Co można potwierdzić lub wykluczyć? Na pewno można prześledzić historię obrazu do połowy XIX wieku, dokładnie do 1856 roku, kiedy Hugh Blaker zobaczył obraz zatytułowany La Joconde na wystawie sztuki w mieście Yeovil i kupił je dwa lata później. Cofając się w głąb czasu, podobno odnaleziono dokument stwierdzający, że młody szlachcic z Somerset, James Marwood z Montacute Hall, był właścicielem obrazu Leonarda znanego jako La Joconde, który prawdopodobnie kupił podczas podróży po Włoszech około 1778 roku. Ale od kogo go kupił i gdzie – tego nie ustalono. Niemniej Fundacja, do której należy sporna Mona Lisa przytacza bliżej nieudokumentowaną informację jakoby florencki kupiec Francesco del Giocondo zamówił z 1503 roku Mona Lisę z Isleworth, a Giuliano de' Medici, patron Leonarda, kilka lat później obraz wiszący w Luwrze. Jednak inne elementy budzą wątpliwości. Na przykład technika i podobrazie. Eksperci zauważają, że portret z Isleworth jest wykonany na płótnie. Chociaż Leonardo od czasu do czasu malował na płótnie, ogólną zasadą było, że znaczna większość a przynajmniej obrazy uznane za zakończone zostały wykonane na drewnie. Jednak Fundacja powołuje się także na inwentarz majątku z 1525 r. sporządzony przez służącego Leonarda, w którym odnotowano Monę Lisę nadal znajdującą się w kolekcji artysty – mimo że od 1517 roku Mona Lisa była już częścią francuskiej kolekcji dzieł sztuki królewskiej. I jeszcze sposób malowania. Tak zwana pierwsza Mona Lisa nie została namalowana techniką sfumato, czyli wykorzystującej nakładanie warstw w celu uzyskania płynnych przejść między kolorami i tonami, tak jak to miał w zwyczaju Leonardo.
Jak możemy zauważyć, wątpliwości i niedomówień jest sporo. Może aby się ich pozbyć należałoby osobiście obejrzeć obraz? Dzieło w Luwrze widziane na reprodukcjach nie robi specjalnego wrażenia. Trzeba je zobaczyć w muzeum, aby zrozumieć na czym polega jego fenomen i dlaczego oddziałuje na kolejnych malarzy od tylu stuleci (jak choćby TUTAJ).
Pierwszą Mona Lisę można oglądać – jak zaznaczyliśmy na wstępie - w Promotrice delle Belle Arti w Turynie do 26 maja 2024 roku…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Ostatnia wieczerza to drugi po Mona Lisie najbardziej znany obraz namalowany przez Leonarda Da Vinci. Na temat tego dzieła powstała masa książek a ostatnio także filmów. Ilość interpretacji z tym związana poraża, w zasadzie znaleziono na nim niemal wszystko, od UFO po dowody na tajne życie Jezusa Chrystusa…
Wzbudzające sensacje malowidło to właściwie wykonany w latach 1494–1498 fresk zdobiący ścianę refektarza, czyli jadalni, w klasztoru franciszkanów przy kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie we Włoszech. Obraz jest ogromny – ma wymiary 4,6 na 8,8 metra. Tytuł Ostatnia wieczerza, opisuje dokładnie kluczowy moment przekazani za pośrednictwem ewangelicznej narracji św. Jana (13:21), jak to podczas ostatniego posiłku, jaki Jezus spożył z 12 apostołami, zanim został aresztowany i ukrzyżowany ci dowiadują się, że jeden z nich jest zdrajcą. Leonardo pokazał szok odczuwany przez naśladowców Chrystusa kiedy o tym słyszą.
I gdy wydawało się, że o fresku napisano już wszystko, w 2007 roku muzyk i technik komputerowy Giovanni Maria Pala ogłosił, że odkrył zaszyfrowaną na obrazie, ukrytą partyturę uroczystego hymnu, brzmiącą niczym żałobny utwór. Zauważył mianowicie, że chleb i ręce Apostołów to nuty, które gdy doda się do nich pięciolinię i zacznie czytać, zgodnie z manierą Leonarda z prawej do lewej, układają się muzykę. Co więcej, sposób usadzenia w trzyosobowe grupy Apostołowie są wskazówką, że kompozycję trzeba grać w metrum 3 / 4.
Ale to nie wszystko: Pala zauważył, że na obrusie, przy nutach można dopatrzeć się dziwnych symboli – podobnych do starożytnego pisma klinowego. Zbadane przez księdza Luigiego Orlando, biblistę na Papieskim Uniwersytecie Antonianum w Rzymie, pismo klinowe okazało się podobne do sentencji napisanej w starożytnym języku hebrajskim: bo nezer usbi, co oznacza z Nim poświęcenie i chwała.
Odkrycie Pali może być całkiem prawdopodobne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Leonardo był utalentowanym muzykiem, grał na lirze, projektował różne instrumenty i pisał zagadki muzyczne, które czytano od prawej do lewej (takie zaszyfrowane zapisy nutowe nie są czymś nowym, o innym, autorstwa Hieronima Boscha pisaliśmy TUTAJ). Co z tego wynika? Otóż te rewelacje ukazują malarza zupełnie różnego od przypinanych mu fikcyjnych cech osobowości. Leonardo nie był heretykiem, jak niektórzy uważają. Był głęboko i autentycznie wierzącym w Boga człowiekiem…
Zainteresowanych okryciem G.M. Pali odsyłamy do jego książki: La Musica Celata, która potwierdza, że życie przynosi rozwiązania znacznie ciekawsze od najbardziej zawiłej fikcji.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Wiemy kim są The Beatles. Wiemy także kim Pink Floyd. Jedna i druga formacja to już legendy. Muzycy pierwszej spowodowali tzw. beatlemanię, której oznaką było histeryczne zachowanie nastoletnich fanek. Czy jakieś inne zjawisko może się z tym równać? Otóż tak. Takim Beatlesem w dziejach sztuki jest Mona Lisa Leonardo da Vinci. Żadne dzieło nie budzi tylu emocji, z żadnym nie wiąże się tyle opowieści, żadne w końcu tak nie inspirowało, jak to niewielkie, w gruncie rzeczy płótno, o rozmiarach 77 cm na 53 cm.
Przedstawia ono według najbardziej przypuszczalnych ustaleń Lisę Gherardini, żonę bogatego florenckiego kupca Francesco del Giocondo, choć niektórzy przeczą temu podając, że malarz wykonał portret anonimowej damy.
Faktem jest, że tworzył go bardzo długo, bo aż 16 lat, od 1503 do 1519 roku, co według zwolenników jest dowodem na anonimizację modelki. W każdym razie w 2019 roku minęło pięćset lat od namalowania dzieła, czyli pół tysiąca lat, aby uzmysłowić mocniej jaki jest to szmat czasu. Zaistniał na długo przed kalendarzem gregoriańskim, zanim rozpoczął się Sobór Trydencki, przed rzezią św. Bartłomieja we Francji, za to w tym samym czasie gdy Magellan opływał kulę ziemską, Cortez podbijał państwo Azteków, Luter ogłosił w Wittenberdze swoje tezy a do Polski przybyła królowa Bona…
Mona Lisa jest dobrym obrazem. Dobrym w tym sensie, że namalowanym z wielką biegłością: Ukazuje młodą kobietę na tle krajobrazu, o miękkich rysach twarzy, z umiejętnie stosowanym sfumato, za pomocą którego Leonardo dowiódł znajomości anatomii i zręczności w subtelnym korzystaniu z efektów światłocienia. Ale czy to wystarczy, aby płótno osiągnęło status najsłynniejszego obrazu świata? Na taki tytuł zapracowały raczej rozmaite zbiegi okoliczności i meandry zdarzeń. Jednym z nich było przeniesienie płótna do Francji, dokąd przybyło wraz z Leonardem, który po secco do Roma w 1527 skorzystał z gościny Franciszka I. Król polubił obraz i ostatecznie umieścił go w Luwrze, gdzie pozostał już na zawsze. Tam przetrwał trudny czas rewolucji francuskiej, potem wojny Napoleona aż nadszedł wiek XIX. W epoce romantyzmu im bardziej mitologizowano geniusz Leonardo da Vinci, tym mocniej doszukiwano się w Giocondzie tajemniczości, w rezultacie stała się femme fatale, uwodzicielką owianą tajemnicą o zagadkowym uśmiechu.
Spirala popularności zaczęła się jednak nakręcać po kradzieży obrazu w sierpniu 1911 r. Związany z tym rozgłos zwrócił na niego uwagę opinii publicznej całego świata. Opisy dziennikarzy sprawiły, że przed pustą ścianą w Luwrze zaczęli gromadzić się ludzie po to tylko aby gapić się na pustą ścianę…. I dywagować. Po wielu spekulacjach i po dwóch latach obraz został odnaleziony na terenie Włoch. Sprawcę kradzieży spektakularnie aresztowano i skazano a Mona Lisa triumfalnie powróciła do Francji. To wydarzenie spowodował masowe upowszechnienie wizerunku dzieła, którego reprodukcje kolportowano na cały świat. I wtedy obraz znów zaistniał w kolejny sposób, jako bohater cudzej twórczości. W 1919 roku – w 400. Lecie powstania - Marcel Duchamp na pocztówce narysował na twarzy damy brodę i wąsy, a na dole dodał akronim LHOOQ (mający przywołać wulgarną frazę po francusku), co wywołało spory skandal. W efekcie inni artyści uznali, że przetwarzanie znanego portretu przyciągnie uwagę publiczności. Jednym z nich był Andy Warhol. I tak przez dziesięciolecia, wraz z rozwojem technologii, obraz nieustannie powielano, czasem przetwarzano, aż twarz na nim stała jedną z najbardziej znanych na świecie, nawet dla tych, którzy mało interesowali się sztuką.
Kolejnym wydarzeniem znów przyciągającym uwagę były podróże Mony Lisy do Stanów Zjednoczonych w 1963 i do Japonii w 1974. Portret dotarł do Stanów Zjednoczonych w kabinie pierwszej klasy na liniowcu oceanicznym i został wystawiony w Metropolitan Museum w Nowym Jorku i Narodowej Galerii Sztuki w Waszyngtonie gdzie dziennie przychodziło około 40 000 osób. Kilkanaście lat później portret w Japonii witały już potężne witały tłumy. Co więcej, ponieważ podróże stały się coraz bardziej przystępne, coraz więcej osób mogło odwiedzić Paryż i osobiście złożyć hołd dziełu. Mona Lisa doczekała się także milionów reprodukcji używanych w reklamie i środkach masowego przekazu co sprawiło, że Mona Lisa jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów wszechczasów.. Obraz był także obszernie prezentowany w dziełach literackich i filmowych.
Obecnie wisi za kuloodpornym szkłem w Luwrze wystawiona każdego dnia na spojrzenia tysięcy przepychających się widzów, Jest już częścią popkultury.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dwa lata temu (jak ten czas leci!) w poniedziałkowych newsach wspomnieliśmy o obrazie Salvator Mundi, który przypisywany jest Leonardo da Vinci (LINK). Dzieło znane jest poza tym głównie z rekordowej sumy, jaką zapłacił za nie ostatni nabywca, czyli 450 milionów dolarów, co czyni je najdroższym obrazem świata, ale także z długiej i obfitującej w nagłe zwroty akcji historii.
Nawet co do daty jego powstania wśród ekspertów istnieją spory. Przez jednych datowane jest na koniec lat 90. XV wieku, podczas gdy inni twierdzą, że zostało ukończone po 1500 roku. Istnieje także teoria sugerująca, że obraz był zamówiony dla króla Francji Ludwika XII i jego małżonki, Anny Bretońskiej, prawdopodobnie wkrótce po potyczkach o Mediolan i Genuę. Ale to tylko hipoteza, a z rzeczy pewnych wiemy, że obraz przywiozła do Anglii w 1625 roku francuska księżniczka Henrietta Maria, która poślubiła króla Anglii Karola I, znanego kolekcjonera sztuki. W 1650 grawer Wenceslaus Hollar wykonał według niego rysunek, który pozostał w królewskiej kolekcji.
Rok później obraz stał się własnością Karola II i był wymieniany w inwentarzu królewskim pod numerem 311 jako Leonard de Vinci. Przez całe panowanie Jakuba II, następcy Karola II, czyli od 1685 obraz prawdopodobnie pozostawał w Whitehall. Następnie przeszedł na własność Katarzyny Sedley, hrabiny Dorchester i kochanki Jakuba II, po czym… tajemniczo zniknął aż do końca XVIII wieku, podobno wrócił do jednego z klasztorów w Nantes. W następnych latach przechodził z rąk do rąk, uznawany za dzieło Bernardino Luiniego, naśladowcy da Vinci. W tym czasie obraz doznał wielu ingerencji, w tym przemalowania twarzy i włosów Chrystusa. W 1958 roku obraz wystawił na sprzedaż w domu aukcyjnym Sotheby’s sir Francis Cook, właściciel znanej kolekcji. Wyceniono go na 45 funtów (!). Szczęśliwymi nabywcami stali się Warren i Minnie Kuntz, para z Nowego Orleanu. Po śmierci pani Kuntz drogą spadku wraz z resztą majątku przeszedł na własność jej siostrzeńca, Basila Clovisa Hendry'ego. Gdy ten zmarł w 2004 roku we wstępnej ocenie obraz został opisany jako Portret głowy Chrystusa ze szkoły europejskiej (XIX wiek) i oszacowany na zaledwie 750 dolarów. Dopiero w 2005 roku los Salvator Mundi diametralnie zmienił się. Obraz trafił do St. Charles Gallery, małego domu aukcyjnego w Nowym Orleanie. Nowy właściciel, marszand Robert Simon, dostrzegł w nim to coś i zasięgnął opinii Dianne Modestini, kierownika zespołu zajmującego się konserwacją malarstwa na jednej z uczelni w Nowym Yorku (dokładnie pilotującej Kress Program na Paintings Conservation w the Conservation Center of the Insitute of Fine Arts), która podjęła się konserwacji dzieła.
Od tego czasu otwiera się nowy rozdział w historii słynnego obrazu. Modestini rozpoczęła szeroko zakrojony proces badań i sporządziła dokładną dokumentację fotograficzną. A stan obrazu, zanim trafił w jej ręce był bardzo zły - wielokrotnie przemalowywany, a także poddawany bardzo agresywnym sposobom czyszczenia, utracił oryginalne warstwy malatury w okolicy twarzy Chrystusa. Konserwacja stała się więc okazją do ustalenia autentyczności z udziałem wielu specjalistów i ekspertów, w tym renomowanych instytucji, takich jak Metropolitan Museum of Art oraz innych muzeów i galerii w Stanach Zjednoczonych i Europie. Obraz przeszedł wiele badań wędrując wielokrotnie między rozmaitymi ośrodkami.
Warto zauważyć, że przedstawienia Jezusa w sposób odmienny, niż zwyczajowo, czyli prawie bez zarostu. Taki wizerunek Chrystusa charakterystyczny był dla sztuki wczesnochrześcijańskiej, w której ukazywano Zbawiciela w taki sam sposób jak Apolla. Zmiana nastąpiła w okresie panowania cesarza Konstantyna, pod wpływem Veraikonu, czyli chusty św. Weroniki. Odtąd zaczęto malować Chrystusa z falującymi, kręconymi włosami opadającymi na ramiona, z przedziałkiem pośrodku i z obfitą brodą. Ale w okresie renesansu, pod wpływem rzeźb starożytnych znów pojawiły się obrazy Chrystusa wzorowane na wizerunkach Apolla. W taki sposób przedstawił Zbawiciela Michał Anioł w Sądzie Ostatecznym w kaplicy Sykstyńskiej o czym pisaliśmy TUTAJ.
Renowacja Salvatora Mundi została zakończona w 2011 roku i obraz ponownie wszedł na rynek sztuki. W 2013 roku kupił go Yves Bouvier podczas aukcji Sotheby's Private Sales za 75 milionów dolarów aby trzy lata później sprzedać go rosyjskiemu oligarsze Dmitrijowi Rybołowlewowi za 127,5 miliona dolarów. W 2017 roku Rybolovlev sprzedał obraz za pośrednictwem Christie's za rekordową kwotę 450 milionów dolarów. Nabywca najpierw był anonimowy, jego personalia podał dopiero dziennikarz New York Timesa, David Kirkpatrick: był nim książę Bader bin Abdullah bin Mohammed bin Farhan al-Saud, występujący w imieniu księcia Mohammeda bin Salmana z Arabii Saudyjskiej. Miejsce ostatecznego pobytu obrazu stało się przedmiotem spekulacji, wstępne doniesienia wskazywały, że został wystawiony w Luwrze w Abu Zabi, co jednak okazało się nieprawdą.
W grudniu 2019 r. Luwr w Paryżu przygotował tajną broszurę zatytułowaną Léonard de Vinci: Le Salvator Mundi, zawierającą wyniki szczegółowych badań. Książeczka opublikowana w Wydawnictwie Hazana autorstwa Vincenta Delieuvina, Myriam Eveno i Elisabeth Ravaud z laboratorium Luwru (C2RMF) bardzo krótko była do nabycia w księgarni w Luwrze, po czym została usunięta z półek. We wstępie dyrektor Luwru, Jean-luc Martinez uznał obraz za dzieło Leonardo (LINK). Wydawnictwo było reakcją Muzeum na skandal, jaki wydarzył się podczas odchodów 500 lecia urodzin genialnego artysty, oraz na film, który został wyemitowany w telewizji francuskiej. Według niego właściciel obrazu, następca tronu Arabii Saudyjskiej, Mohammed Bin Salman (MBS), który kupił obraz przez pełnomocnika od Christie's New York w listopadzie 2017 r., nalegał, aby oznaczyć go jako 100% Leonardo i umieścić obok Mony Lisy. Kiedy prezydent Macron odrzucił te warunki, MBS odmówił wypożyczenia obrazu. Macron miał działać rzekomo z inicjatywy dyrekcji Luwru, która wątpiła w autentyczność dzieła. Czy jednak wycofanie broszury ostatecznie nie potwierdza konkluzji zawartych w filmie? Bo nadal są eksperci, którzy skłaniają się ku tezie, iż obraz powstał w warsztacie Leonarda i podczas gruntownej renowacji przydano mu pewne cechy, których wcześniej mógł nie posiadać. Mimo kontrowersji większość ekspertów jest przekonanych o jego autentyczności i wyraża chęć wykonania dalszych analiz.
Ale gdzie teraz jest obraz? To pozostaje tajemnicą, podobno MBS trzyma go w specjalnym pomieszczeniu na prywatnym jachcie Serene. I ma tam pozostać do czasu, gdy ukończy budowę muzeum poświęconemu tylko temu jednemu dziełu.
Skąd jednak tyle kontrowersji pomimo tylu badań? Otóż problemem są luki w roweniencji czyli historii pochodzenia i istnienia dzieła, od momentu powstania aż do tej chwili. Ma to ogromne znaczenie dla ustanowienia i potwierdzenia autentyczności. Idealna historia proweniencji zawiera udokumentowane nazwiska wszystkich poprzednich właścicieli oraz daty posiadania przez nich dzieła sztuki od momentu jego wytworzenia. Jeśli praca została otrzymana w spadku lub w darze, zakupiona na aukcji lub w galerii, znajdowała się w muzeum, uczestniczyła w wystawach, to dla proweniencji bardzo ważne są dokumenty, które będą to potwierdzać. Ich brak albo dłuższe okresy niewiedzy odnośnie losów dzieła działają na jego niekorzyść. Historia Salvator Mundi jest długa, rozciąga się od wytworzenia obrazu przez wielkiego mistrza Leonarda da Vinci do współczesności. I białe plamy w ciągu dziejów obrazu będą zawsze kłaść się cieniem na jego autentyczności…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Ile może być warta kopia? Kopie Mony Lisy, najsłynniejszego obrazu na świecie szybko sprzedają się na aukcjach za spore pieniądze (o kilku obrazach z Mona Lisą oraz o obrazie Salvator Mundi pisaliśmy TUTAJ). Jednak po tym, gdy kopia innego, domniemanego dzieła Leonarda da Vinci, czyli Salvator Mundi, została sprzedana 28 listopada ubiegłego roku podczas internetowej wyprzedaży Old Masters zorganizowanej przez Christie's Paris, za ponad 1 milion euro, trzeba uznać, że wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu jest związane z Leonardem, jest warte mnóstwo pieniędzy.
Zlicytowany teraz obraz zawsze uważany był za kopię, ale wykonaną prawie sto lat po oryginale. Dlatego zakładano, że jest wart góra 10 000–15 000 euro. Ale przypomnijmy, że w 2017 roku Christie's sprzedał obraz Salvator Mundi za 450 milionów dolarów. Obecnie ma on pewnie jeszcze większą wartość. Ale cena kopii była wielką niespodzianką – obraz należał do kolekcjonera i handlarza dziełami sztuki Raymonda Hekkinga, który kupił go za równowartość 5 euro na południu Francji i aż do swojej śmierci w 1977 r. był przekonany, że ma oryginał.
Na pierwszy rzut oka zdjęcie paryskiego malowidła nie potwierdzało wartości dzieła. Obraz o wymiarach 63,2 x 51 cm, wykonany na desce topolowej, był opisany w notatkach katalogowych domu aukcyjnego jako szkoła włoska, [około] 1600 roku, według Leonarda da Vinci. Zdjęcie ujawniło poza tym znaczne uszkodzenia warstwy malarskiej, odsłaniające grunt, twarz Chrystusa była nie tyle namalowana co jakby przemalowana. Zauważono także inną różnicę: otóż rękaw szaty przy błogosławiącej dłoni Chrystusa różni się od obrazu saudyjskiego i niemal wszystkich znanych kopii, gdzie widać było tylko luźno zwisający kawałek materiału. Zamiast tego na kopii mamy coś, co wygląda jak mankiet koszuli zapinany na guzik. Podobne rozwiązanie znane jest z zaginionego obecnie rysunku, który nazywany był Worsley /Yarborough Salvator Mundi i przechowywany był w zbiorach Royal Collection Trust na zamku w Windsor. W zasadzie był to szkic draperii wykonany czerwoną kredą z detalami ukazującymi rękawy z mankietami.
Martin Clayton, szef działu rycin i rysunków w Windsorze zasugerował nawet, że mogły istnieć dwie oryginalne wersje Salvatora Mundi. Jego wnioski, oparte na skrupulatnych badaniach kompozycji i techniki powiązanych z przedstawieniem rysunków przygotowawczych draperii Leonarda zostały zaprezentowane na konferencji zorganizowanej przez profesora Franka Zöllnera w Lipsku, poświęconej tylko temu dziełu i mającej na celu rozwiać kontrowersje wokół obrazu narosłe po sprzedaży Salvator Mundi księciu Mohammedowi bin Salman. Zauważył wtedy, że w spuściźnie Leonarda pozostały dwa rysunki studyjne określone przez jego asystenta Francesco Melziego numerami 214 i 218, i datowane na około 1508-1510.
Clayton zwrócił uwagę na liczne, malowane warianty kompozycji Salvatora Mundi,: z których najważniejsza jest wersja znajdująca się wcześniej w zbiorach Worsley i Yarborough, a ostatnio widziana na aukcji w Reims w 1962 r.; druga wersja opisywana jako tzw. wersja Ganay, wystawiana w Luwrze na wystawie Leonardo da Vinci w latach 2019-20 (na tej wystawie, na której nie pojawiła się wersja saudyjska).
I teraz niektórzy zastanawiają się, czy obraz zlicytowany niedawno na aukcji Christie’s nie jest być może kolejną wersją tego samego tego samego tematu wykonaną przez Leonarda? Nie wiadomo na razie co sądzić o tym obrazie. Trudno jednak uwierzyć, że obraz Ganay’a pochodził z pracowni Leonarda. Mógł przecież zostać wykonany przez artystę lub artystów, którzy znaleźli rysunki i karykatury w pracowni Leonarda po jego śmierci. Na ich podstawie sporządzili kopie oryginalnego Salvatora Mundi Leonarda… Alternatywnie, obraz jest dziełem samego Leonardo da Vinci…
Obraz nie został przebadany, nie wykonano żadnych przy nim ekspertyz związanych z ustaleniem użytych pigmentów czy innych tego typu analiz. Tak więc po drugiej Monie Lisie mamy kolejny obraz budzący mocne namiętności i spory wśród specjalistów.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Zaczynamy jak zawsze od tematów z okolic Joy Division. W Gallery 455 przy 455 Smithdown Road w Liverpoolu od ostatniego piątku aż do 27 sierpnia będzie można oglądać (i kupić) prace NatalieCurtis (LINK).
Jeden z czołowych zespołów Factory stracił basistę. Zmarł Paul Ryder z Happy Mondays. Miał 57 lat. Basista i brat frontmana Shauna Rydera zasłabł krótko przed planowanym występem na festiwalu Kubix w Sunderland... Odszedł następnego dnia rano (LINK).
Zmarł też Mariusz Lewandowski, surrealistyczny artysta, malarz, twórca okładek płyt zespołów heavymetalowych… Miał 62 lata, przyczyną śmierci był zawał serca. Pisaliśmy o nim… (LINK). Pogrzeb odbędzie się 20 lipca (LINK)...
RIP Mistrzu, będzie nam Ciebie brakowało.
Z kolei pozostali przy życiu członkowie weterana metalu Pantera ogłosili plany ponownego połączenia się celem odbycia trasy koncertowej w 2023 roku. Wokalista Philip Anselmo i basista Rex Brown podpisali kontrakt z Artist Group International na serię występów po Stanach Zjednoczonych w przyszłym roku. Szczegóły nie są jeszcze ustalone (LINK).
Pantera została założona w 1981 roku i rozwiązana w 2003 roku. W 2004 roku gitarzysta Dimebag Darrell został zastrzelony w Alrosa Villa w Ohio. W 2018 roku brat Darrella, Vinnie Paul, zmarł w wieku 54 lat z powodu ciężkiej choroby wieńcowej i przerostu serca. Pozostali Rex Brown i Phil Anselmo utworzyliby więc trio z Zakkiem Wylde, wieloletnim przyjacielem zespołu (LINK).
W temacie weteranów: 15 lipca w Frontiers Records wyszła nowa płyta Alana Parsonsa: From The New World, która jest kontynuacją albumu z 2019 roku The Secret. Artysta opublikował także teledysk z tekstem do Give Em My Love, piosenki, w której występują wokalista James Durbin i wirtuoz gitary Joe Bonamassa. Nowy album można kupić TUTAJ.
Weteran filmu - Francis Ford Coppola w listopadzie zacznie realizację nowego filmu Megalopolis, o społecznej utopii i możliwości stworzenia lepszego świata. Reżyser, który projekt rozpoczął w 2019 roku, wydał już na niego 120 mln dolarów... (LINK).
Ciekawi nas, czy w tym nowym lepszym świecie będą Niemcy. Jeśli ma być lepszy to pewnie nie.
W teraźniejszości jednak, nadal trwa akcja poszukiwania pewnej części ciała kanclerza Sztoletza. Kto widział może zadzwonić...
Względnie wysłać zawiadomienie przez WIFI. A propos, powyższa grafika jest o tyle ciekawa, ze nawiązuje do poglądu genialnego filozofa Friedricha Nietzsche. Ten twierdził, że Niemcy to kmiotki, śmierdzące piwem i kiełbasą.
Oczywiście w lepszym świecie nie może też być sowieckiego ścierwa. Na powyższej fotce Kadyrow z nagrodą honorującą jego postępy w dziedzinie... dentystyki (LINK).
Facet ogląda TV. Program przyrodniczy. Pada komentarz: Wieloryb ma zwykle 40 zębów, człowiek 32, a panda 8.
O k#@wa - jestem pandą!
Za to powyższe zdjęcie pokazuje wybitnego chirurga inżyniera szczękowego z Niemiec. Łatwo się domyślić, jak wygląda jego uzębienie.
Jeszcze w temacie medycznym, z serii przychodzi baba.
Wróćmy do tematyki filmowej. Można zobaczyć online Hardcore Punk in London – krótki film dokumentalny, który daje krótki wgląd w aktualną londyńską scenę hardcore. Stworzony przez Milo Sherry jako wynik naukowego projektu uważany za doskonałe wprowadzenie i dokumentację tej muzycznej sceny.
Też o filmie, tym razem jednak wideoklipie. Lisa Gerrard zapowiedziała nowy singiel i wideoklip z piosenką When The Light Of Morning Comes z nadchodzącego albumu EXAUDIA, który ma ukazać się w piątek, 22 lipca. Album już jest w przedsprzedaży (LINK) i (LINK).
Z innych nowości: True North, jedenasty album A-ha można już zamawiać w przedsprzedaży (LINK) i posłuchać powyżej singla, który go zapowiada.
Z kolei Kill Shelter i Antipole wydali nowy album Asylum, znalazło się na nim także miejsce dla Clan of Xymox, ponieważ ta płyta stanowi podsumowanie 40 lat współpracy wielu środowisk, zespołów i artystów, wśród nich są: Ronny Moorings (Clan of Xymox), Agent Side Grinder, Ash Code, Stefan Netschio (Beborn Beton), William Faith (The Bellwether Syndicate / Faith and the Muse), Valentina Veil (VV & the Void) i oczywiście ceniony przez nas Antipole (Karl Morten Dahl). Płyta wyszła w dwóch wersjach: europejskiej i amerykańskiej, na winylu, CD i cyfrowej (LINK). O singlu promującym wydawnictwo pisaliśmy (TUTAJ). Z muzykami rozmawialiśmy TUTAJ.
Jeśli pojawili się Clan of Xymox to warto wspomnieć, że na żywo wystąpią w Polsce już 10 września w Krakowie, bilety TUTAJ.
Nick Cave & The Bad Seeds zagrają za to już na początku sierpnia w Polsce aż dwa razy. Artysta z zespołem pojawi się 7 sierpnia 2022 w Arenie Gliwice i 8 sierpnia 2022 w Ergo Arenie w Gdańsku (LINK).
I ostatni news koncertowy. 27 sierpnia 2022 r. w Teatrze Letnim w Inowrocławiu ruszy Ino-Rock. W festiwalu wezmą udział Wishbone Ash (Wielka Brytania), Leprous (Norwegia), Villagers Of IoanninaCity (Grecja), Besides (Polska) i Baśnia (Polska). Bilety TUTAJ.
Powyższa grafika to dobra wiadomość dla wszystkich eko#jebów. Możecie spokojnie jechać na wspomniane powyżej koncerty swoimi elektrycznymi autami. Miliony litrów wody i klęska ekologiczna towarzysząca wydobywaniu litu i innych kobaltów dla waszych cacek - wszystko to w imieniu ratowania planety.
Teraz news antyekologiczny. Czy zapłaciłbyś milion dolarów za stolik? A gdyby był zrobiony z materiału, który mógłby wywołać raka? Tymczasem w ostatnich miesiącach na Sotheby’s New York sprzedano nie jeden, ale dwa stoły projektu Jean Prouvé wykonane z włóknistego betonu Granipoli – francuskiego określenia handlowego na mieszankę cementu i azbestu, włóknistego minerału powodującego raka płuc. Jeden stół poszedł za 998 tys dolarów a drugi za ponad 1,6 mln dolarów (LINK).
Sylwia Spurek nie lubi tego. Tacy jak ona preferują ekostoliki, najlepiej z tworzyw naturalnych, jak choćby biopolimer bronchit.
Nie lubi też doświadczeń na myszach, dlatego o nich teraz. Naukowcy zidentyfikowali mechanizmy neuronalne, dzięki którym dźwięk łagodzi ból u myszy. I nie chodzi tu o rodzaj muzyki, bo myszy poddano wpływowi muzyki klasycznej, pop i nieokreślonymi szumowi, ale o jej częstotliwość. Odkrycia mogą pomóc w opracowaniu bezpieczniejszych metod leczenia bólu (o ile trafi się na kogoś bez słychu muzycznego, resztę mogą zacząć bolec zęby) (LINK). News postanowiliśmy zilustrować niemiecką wersją Mickey Mouse.
Jaś prosi mamę:
- Mamusiu, mamusiu! Kup mi szczeniaczka!
- Nie. Jeszcze Ci myszki nie zdechły.
W temacie zwierząt - znalezisko gigantycznego dinozaura daje wgląd w to, dlaczego wielu prehistorycznych mięsożerców miało tak małe przednie kończyny.
Odkrycie pozwala na poznanie anatomii dużych, mięsożernych dinozaurów. Meraxes mierzyły około 36 stóp od pyska do końca ogona i ważyły około 9000 funtów i według zespołu badaczy wielkość kończyn była odwrotnie proporcjonalna do wielkości czaszki (i szczęki). Czyli gad robił terror głową a nie pazurami (LINK).
Pora na nieco kultury wyższej. Obraz La Bella Principessa Leonarda da Vinci wykonany w latach 1495-1496, przedstawiający z profilu Biancę Sforzę, nieślubną córkę mediolańskiego kupca Ludovica Sforzy, którego hologram dzieła został sprzedany w tym roku za 104 tys dolarów, mógł zostać sfałszowany. Ile zatem jest teraz wart ten jego hologram? Kopia o rozdzielczości 500 milionów pikseli i zamknięta w krysztale została sprzedana kolekcjonerowi znanemu pod pseudonimem @ModeratsArt, który oprócz Principessy zakupił także inne tego typu prace. Ostatni raz oryginał Principessy widziano publicznie w 1998 roku, kiedy Christie's sprzedał go marszandowi Peterowi Silvermanowi za 22 000 $. Od tego czasu niewielu mogło zobaczyć, a tym bardziej przeanalizować. Jednym godnym uwagi wyjątkiem jest Pascal Cotte, który założył francuską firmę zajmującą się skanowaniem multispektralnym w Lumière Technology i twierdzi, że znalazł na nim odcisk palca łączący obraz z samym Leonardo. Te odkrycia zostały z kolei potwierdzone przez Martina Kempa, eksperta od prac da Vinci, w książce La Bella Principessa: The Profile Portrait of a Milanese Woman, opublikowanej w 2010 roku. Niedługo po tym jednak znany fałszerz sztuki Shaun Greenhalgh, który odbywał karę więzienia w latach 2007-2012 za swoją przestępczą działalność stwierdził, że to on wykonał obraz, co wzbudza dalsze wątpliwości co do pochodzenia i autentyczności dzieła (LINK).
Rysunki Karla Lagerfelda zostały sprzedane za prawie trzykrotnie wyższą cenę niż pierwotnie zakładano. Ogółem za rysunki wykonywane w przeciągu całej kariery twórcy domu mody Chanel czyli z lat 1969-2018 osiągnięto zawrotną sumę 350 406 euro (LINK).
Podobno kupił je jakiś ojciec wielodzietnej niemieckiej rodziny za pieniądze oszczędzone przez sikanie pod prysznicem, o co ostatnio apeluje się w niemieckich mediach (LINK).
Na tym jednak nie koniec, zapalony kolekcjoner zbiera teraz na jakieś dzieło Leonardo da Vinci. A to już znacznie większy wydatek i poświęcenie. Postanowił więc zaoszczędzić nie tylko na wodzie, ale i na papierze toaletowym. W związku z tym cała rodzina rano, na czczo, spożywać będzie maślankę zagryzaną kiszonymi ogórkami, smażoną kiełbasą i zapijać piwem.
Jak widać mamy tutaj barierę kulturową. Mali Niemcy uczą się zgoła czegoś zupełnie innego, niż mali Eskimosi. Ci drudzy są od małego uczeni żeby nie jeść żółtego śniegu...
Siedzi sobie stary piracki kapitan na rufie statku. Wiadomo, jak to stary pirat, zamiast nogi kawałek drewna, zamiast dłoni hak i bez jednego oka.
Obserwuje go młody majtek pokładowy. W końcu zdobywa się na odwagę i zaczyna pytać starego kapitana.
- Dlaczego nie ma pan nogi?
- Stare dzieje. Rekin mi odgryzł.
- A czemu ma Pan hak zamiast dłoni?
- Stare dzieje. Ucięta podczas abordażu.
- No, a czemu oka pan nie ma?
- Bo mi mewa nafajdała.
- I od tego stracił pan oko?
- Nie, ale to był mój pierwszy dzień z hakiem.
My kończymy dobrą radą dla wszystkich pań sikających pod prysznicem, i wracamy jutro, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.