Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Kinowa Jazda Obowiązkowa, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Kinowa Jazda Obowiązkowa, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2020

Kinowa jazda obowiązkowa: Piotr Szulkin - dzieła wybrane i kilka złotych myśli mistrza

Od dłuższego czasu na naszym blogu publikujemy serię pt. Kinowa Jazda Obowiązkowa (TUTAJ), w której opisujemy starsze, ale i nowe dzieła kina warte uwagi. 

Kilka razy pisaliśmy w niej o filmach Piotra Szulkina (TUTAJ), geniusza polskiego kina, który niestety opuścił nasz padół w 2018 roku...

Tym większego znaczenia nabiera omawiane dziś wydawnictwo z serii Arcydzieła Polskiego Kina, które nabyłem w 2009 roku, a które dzisiaj osiąga zupełnie horrendalne ceny! A jest za co płacić, bo wydawnictwo jest po prostu przepiękne. Nie dość, że mamy w środku największe dzieła reżysera na DVD, to są też bonusy w postaci filmów Kobiety Pracujące, i Mięso (Ironica).
Oczywiście nie brakuje klasyki - Wojna Światów (pisaliśmy o tym filmie TUTAJ), O-Bi, O-Ba. Koniec cywilizacji (opisany TUTAJ), Ga, Ga, chwała Bohaterom (TUTAJ) i Golem.



 
Przeglądając boks i patrząc na zdjęcia aktorów z filmów Szulkina nasuwa się refleksja. Bez względu na to co dzisiaj dzieje się z grającymi w tamtych filmach, należy przyznać jedno - dzisiaj nikt nawet o milimetr nie zbliżył się do poziomu ich gry w tamtych czasach. To co serwuje nam współczesne polskie kino to tandeta i plastik. Pogoń za sensacją, knajacki język, braki fabuły i ogólne jej spłaszczenie - to mówiąc w skrócie rodzime kino w pigułce. 

A tzw. gwiazdy? Szkoda na darmo strzępić języka... Pogoń za sensacją, robienie wkoło siebie szumu na plotkarskich portalach, czy próbowanie kreowania się na autorytety np. polityczne, co wypada co najmniej blado - to tak w skrócie charakterystyka aktorsko - celebryckiego modelu życia.    

Wróćmy do wydawnictwa - rarytasem jest książeczka, w której poza przedstawieniem sylwetki reżysera i wycinków prasowych z recenzji krytyków po premierach filmów, mamy absolutny hit - wyciągi z wybranych wywiadów z Piotrem Szulkinem.

Poniżej kilka cytatów (do obszerniejszego omówienia wywiadów wrócimy, podobnie jak do opisu książki autora).  Okazuje się bowiem, że niemal każda odpowiedź Szulkina zawiera jakieś złote myśli...

Dawanie nadziei przez wypowiedź artystyczną, to jak miłość bliźniego, której świadectwem miałyby być napisy na nagrobkach. Ciągle szukam takiego nagrobka:" tu leży taki a taki, który był wyjątkowym draniem".

Aby być autorytetem, trzeba być bystrym człowiekiem. Ja nie byłem bystry.

W Starym Testamencie Bóg nie jest specjalnie miłym partnerem dla swych dzieci - ludzi. W Nowym, Jezus próbuje to naprawić, ale doznaje druzgocącej porażki.

Arka istnieje, ale nie wiem, czy jesteśmy warci tego, by nadeszła. 

Nastąpiło odwrócenie wartości - tworzymy wartości z przedmiotów i sytuacji społecznych, które ich nie posiadają.

Kino amerykańskie wysysa z Europy najlepszych ludzi. Europa jest laboratorium eksperymentalnym dla amerykańskiego kina. Oni powinni nam za to płacić. 

Istnienie Herzoga tworzyło dla mnie obraz nowych Niemiec. 

Trzy czwarte amerykańskich produkcji to robota propagandowa.
Głębsza analiza wypowiedzi skłania do wniosku, że Szulkin stawiał już dawno diagnozę nie tylko odnośnie rodzimego kina, czy polityki, ale i sytuacji w naszym kraju. Na ile diagnoza ta okazała się ponadczasowa postaramy się odpowiedzieć w kolejnym wpisie z tej serii. 

Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.    

niedziela, 27 października 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Na czym polega fenomen filmu Joker, czyli świat oczami człowieka chorego psychicznie

Zwykle w cyklu: Kinowa jazda obowiązkowa dokonujemy opisu fabuły filmów, i staramy doszukiwać się tzw. drugiego dna. Dzisiaj jednak nieco odstąpimy od tej zasady, znacząco ograniczając opis fabuły, bardziej natomiast skupiając się na analizie ukrytych podtekstów. 

W internecie dostępnych jest już wiele recenzji filmu Todda Phillipsa, możemy na przykład wyczytać stękania malkontentów, że nie ma Batmana, a Joker bez Batmana to nigdy nie będzie pełna historia... Otóż nie, bo w tym filmie poza pseudonimem głównego bohatera (w tej roli Joaquin Phoenix) i nazwą miasta - Gotham, z Batmanem nie kojarzy się więcej nic. Zatem widzowie o psychice nastolatków którzy ekscytują się latającymi ludzikami i wypasionymi skrzydlatymi samochodami, mogą miast iść do kina, zmienić pampersy i pobawić się zabawkami - ten film nie jest dla was. Właśnie na tym polega jego wielkość, że może obejrzeć go  przysłowiowa pani Krysia z warzywniaka, która nigdy nie słyszała o Batmanie, Robinie i wszystkich tych komiksowych pierdołach, i po prostu go w pełni przeżyć. Zwyczajnie zobaczyć coś, czego w filmach nie porusza się często - chodzi bowiem o świat widziany oczami człowieka chorego. Człowieka mającego urojenia, zwidy, których tylko część jest w filmie zdemaskowana, tak że w zasadzie widz do końca nie wie, co było urojeniem, a co prawdą. 

Zatem można zapytać, dlaczego dla widza ta niemożność rozróżnienia urojeń od rzeczywistości  stała się w ogóle możliwa? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Nazywa się świetny scenariusz i geniusz kreacji głównego bohatera. Nawet osoby, którym nie przypasowała fabuła, a film określany jest potocznie jako ciężki i mroczny, jednoznacznie chylą czoła przed grą aktorską Phoenixa. Geniusz to mało powiedziane, ten człowiek, który w zasadzie przez całe 120 minut nie znika z pierwszego planu, do tego stopnia kreuje postać Jokera, że widz nie jest w stanie oderwać wzroku od ekranu. Chyba pierwszy raz w życiu byłem w sytuacji, że nie chciałem żeby film się skończył... 

A fabuła... Tutaj tkwi sedno. Bowiem główny bohater mimo, że miejscami odrażający, straszny, i na pewno nie do końca poczytalny, jest wykreowany w sposób co najmniej wzbudzający litość, o ile chwilami nawet nie sympatię i współczucie. 

To właśnie otoczenie odmawia mu pomocy, podjudza go, to otoczenie epatuje przemocą, nakazuje mu dźwigać ciężar trudnej przeszłości, chorego dzieciństwa i niezrozumienia dla jego odmienności, jaką jest choroba psychiczna. Czy trudno zatem zrozumieć, że ten zachowuje się tak jak się zachowuje? Że w końcu pęka i staje się zupełnie nieobliczalny, będąc jednak absolutnie nieszkodliwym wobec osób, od których nie zaznał zła? Jednocześnie nie traci w tym obłędzie zaskakującej trzeźwości w ocenie sytuacji...          

Fabuła filmu nie jest wielce skomplikowana i bardzo przypomina (włącznie z zakończeniem) opisywany przez nas TUTAJ obraz John Doe - Samozwańczy Strażnik. W obu dziełach poruszony jest wątek zemsty, powstania ruchów społecznych, kreowania przywódcy wywodzącego się z ludu. Oba filmy mają bardzo podobne zakończenie. Ale oglądana w nich gra aktorska to dwie zupełnie inne bajki. Również niebanalną rolę gra doskonała oprawa muzyczna Jokera,  wśród wykonawców Lou Reed, Velvet Underground, czy Radiohead.  

John Doe - Samozwańczy Strażnik to film do obejrzenia przy herbacie, w ramach rozrywki w sobotni wieczór. Joker to dzieło, które wryje się na zawsze w psychikę każdego człowieka posiadającego przynajmniej minimalny poziom empatii i wrażliwości.   Między innymi z tym właśnie wiąże się fenomen filmu, który jak donoszą media może stać się największym kasowym hitem w historii kina. Dlaczego tak właśnie będzie i dlaczego dzieło Phillipsa obsypane zostanie Oskarami ? 

Otóż świat się znacznie zmienił. Coraz więcej osób wkoło nas ma problemy adaptacyjne. Sprawa dotyczy nie tylko starszych, nie  umiejących nadążyć za rozwojem technologicznym, powszechnym postarzaniem produktu i nowinkami. Niestety również masa ludzi młodych ma kłopoty w pracy. Zostają w tyle w przysłowiowym wyścigu szczurów, coraz trudniej im wytrzymać presję otoczenia, mobbing, i mówiąc najogólniej powszechne zezwierzęcenie. 

Brak zasad, skrupułów, niedotrzymywanie obietnic, powszechnie panujące zakłamanie (dziś kłamstwo nazywane  jest pieszczotliwie ściemnianiem) i brutalizacja życia, stają się dla człowieka wrażliwego czymś trudnym do zniesienia. Zmuszają młodych do masowego korzystania z pomocy psychoterapeutów a w licznych przypadkach nawet psychiatrów... I to właśnie do nich, to właśnie do nas trafia ten film...

Jest tak, bowiem w takich warunkach nietrudno popaść w chorobę psychiczną... W takich warunkach nietrudno stać się Jokerem. 

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.  

sobota, 13 listopada 2021

Kinowa jazda obowiązkowa: Nowy Pitbull Patryka Vegi jest już w kinach - czy warto?

Jest już w kinach, a ponieważ Patryk Vega ostatnio nie miał najlepszych chwil reżyserskich, nie chciałem się wybrać.  

I zrobiłbym ogromny błąd, bowiem nowy Pitbull to, nie zawaham się użyć tych słów, znakomity film. Przez niemalże dwie godziny nie ma ani jednego momentu dłużyzny. Widz trzymany jest non - stop w napięciu, pod koniec nieco nużą fragmenty Księgi Wyjścia, odsłuchiwane z uporem maniaka przez Gebelsa (w tej roli Andrzej Grabowski), ale to  być może, tylko moje odczucie.


I to chyba jedyna rzecz, która  nie podobała mi się w filmie. Jest jeszcze jedno miejsce w fabule, które razi niespójnością (chodzi o przyjazd rosyjskiej mafii) za to więcej jest takich, które robią powalające wręcz wrażenie. 

Zatem co mi się podobało? Fabuła, scenariusz i reżyseria - wszystko autorstwa samego Vegi. Znane już z jego filmów klimaty: mafia pruszkowska, Pershing, Masa i przede wszystkim główny (obok znakomicie zagranego Gebelsa) bohater, Nos (w tej znakomitej roli Przemysław Bluszcz). Nie jestem znawcą kina, i być może popełnię faux pas, ale pan Przemysław nie wbił mi się do głowy wcześniejszymi rolami, za to twierdzę, że gra w Pitbullu to jego rola życia. Zagrał genialnie i w filmie jawi się gwiazdą pokroju samego Hopkinsa w Milczeniu Owiec (gra zresztą podobnie, sprawia wrażenie postaci nieco psychopatycznej).   

A nie było zagrać łatwo, bowiem Nos nie miał prostego życia... 

Od dziecka musiał walczyć o przetrwanie. Z biednego dzieciaka zaszedł w hierarchii mafijnej bardzo, bardzo wysoko... Zapłacił za to ogromną cenę. 


W filmie równolegle - po stronie dobra, mamy wątek policjanta Gebelsa, i obaj, zarówno Nos jak i Gebels mają synów. Zatem jak łatwo się domyślić - jasne staje się ciemne a ciemne... jeszcze bardziej mroczne. 

Druga rzecz robiąca wrażenie - Vega nie jest lamusem. Mimo tego że ma już 44 lata, doskonale odnajduje się  w dzisiejszych realiach. Potrafi do filmu wpleść wątki absolutnie nowoczesne, mamy więc zamach bombowy za pomocą drona, nietypowy gang dokonujący włamań nie używając do tego łomów czy podkopów, ale w zupełnie inny -  nowoczesny sposób, czyli  komputerowo. 


Sam film też zaczyna się niekonwencjonalnie, a motywy przeszłości przeplatają się z teraźniejszością. Co prawda zakończenie jest łatwe do przewidzenia, ale można to Vedze wybaczyć. Co ważne, być może wplecenie wątku religijnego zmusiło reżysera do znacznego ograniczenia wulgaryzmów, pierwszy raz w tego typu produkcji wychodzi się z kina bez zwiędniętych uszu.  

Podsumowując, znakomity film , doskonała muzyka, akcja, i całość obsadzona w naszych realiach. 

Polski film roku? Nie mam wątpliwości. Jazda obowiązkowa dla fanów mocnego, męskiego kina akcji. Nasza ocena: 6/6 - musicie to zobaczyć.


      

sobota, 19 października 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Nieśmiertelny - dla śmiertelników życie wieczne to marzenie, dla nieśmiertelnych wręcz przeciwnie...


Ponieważ urodziłeś  się inny, ludzie będą się ciebie bali 

Film Nieśmiertelny (rzeczywisty tytuł to Góral - Highlander) został zrealizowany w 1986 roku i nie ukrywam, że widziałem go na premierze w kinie i od tamtego czasu należy do moich ulubionych filmów.  Myślę, że obok Stroszka Wernera Herzoga, (opisywanego TUTAJ), dzieł  genialnego i zmarłego niedawno, Piotra Szulkina (patrz TUTAJ) i jednego filmu o którym jeszcze nie pisaliśmy, Nieśmiertelny to mój top wszechczasów i nic tego nie zmieni. 

Genialny klimat, trzymający w napięciu od pierwszych sekund i znakomita gra aktorska - to wszystko razem sprawiają, że brytyjsko - amerykański film ma w sobie coś niezwykłego... Być może nieco kiczowate zakończenie lekko psuje klimat, ale to jest do wybaczenia.  Podobnie jest zresztą z kolejnymi częściami i serialem - nie oglądajcie, nie róbcie tego, jeśli chcecie zachować pozytywne wspomnienia z pierwszej części.

Zatem przenieśmy się do równoległych światów - jeden z nich ma swój początek w XVI wieku w Szkocji, gdzie rodzi się Connor MacLoad z klanu MacLoadów (w tej roli znakomity Christopher Lambert)... I wszystko jest normalnie do czasu, gdy MacLoad zostaje śmiertelnie ranny podczas bitwy z antychrystami i zamiast umrzeć - przeżywa...  

Śmiertelnie rani go, mający rosyjskie korzenie, Kurgan (znakomita rola Clancy Browna) jednak mimo ostatniego namaszczenia, które przyjmuje MacLoad, udaje mu się wylizać. Wtedy zostaje wygnany z rodzimej wsi jako przeklęty, mający widocznie pakt z samym diabłem...

Równolegle w XX wieku w Nowym Jorku ten sam MacLoad, tym razem nazywający się Nash, pokonuje w walce na miecze tajemniczego mężczyznę, ucinając mu głowę. Policja bada podobnie przypadki śmierci w innych miastach. Ujmują Nasha, ale nic nie są w stanie mu udowodnić.

Skoro jest śledztwo i skoro mamy film akcji nie może zabraknąć wątków miłosnych... Pojawia się bowiem Brenda J. Wyatt (w tej roli Roxanne Hart), która współpracuje z Policją, ale tak na prawdę jest zainteresowana mieczem, którego ślady pojawiają się podczas śledztwa. 

Drugi wątek miłosny dotyczy XVI wieku i życia MacLoada po wygnaniu, z jego żoną Heather (w tej roli Beatie Edney). W tym samym czasie w filmie pojawia się Hiszpan - Juan Sanchez Villa-Lobos Ramirez (Sean Connery) mający za zadanie nauczyć MacLoada władania mieczem i sztuki walki wręcz. 

Wątek miłosny między Connorem a Heather  pomijam, bowiem nie potrafię go oglądać - jest chyba najbardziej wzruszającym wątkiem filmowym, jaki kiedykolwiek widziałem...
Chyba pod względem ładunku emocjonalnego może mu dorównać jedynie wątek śmierci Wuja z powieści Kurta Vonneguta pt. Syreny z Tytana... 

Wracając jednak do filmu, Kurgan morduje Sancheza i gwałci Heather, pojawia się też w Nowym Jorku, gdzie zabija innego nieśmiertelnego... 

Czy dobro zwycięży nad złem? Można to dość łatwo przewidzieć, ale wszyscy ci, którzy nie widzieli znakomitego filmu Russella Mulcahy powinni koniecznie go zobaczyć. To nie tylko znakomity thriller fantasy, ale i wzruszająca historia miłosna, która jak zwykle w filmach tego typu, kończy się happy endem...

Film Nieśmiertelny, poza tym, że jest znakomitym kinem akcji, pokazuje nam, że wszystko jest względne, jak to mawiają relatywiści. Dla śmiertelników życie wieczne jest marzeniem, co innego dla tych którzy je posiadają - oni marzą o śmierci... 

Nie zapomnijcie, że poznaliście ten film dzięki nam, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.   

środa, 3 lipca 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: Taksówkarz - jeden z filmów które bardzo lubił Ian Curtis

W książce Jona Savage'a, opisywaną od jakiegoś czasu na naszym blogu, Iain Gray z którym Ian Curtis założył zespół Warsaw wspomina:  Miejscowi patrzeli ze zdziwieniem i pytali - kto to jest? Był bardzo miłym człowiekiem, Gray mówi: patrzyłeś na niego  i myślałeś: Boże jak przerażająco wyglądający facet, spodnie ze skóry, kurtka z napisem Hate na plecach, coś jak De Niro z filmu Taksówkarz, bo wiem że bardzo lubił ten film.

Uznaliśmy zatem, że warto w Kinowej Jeździe Obowiązkowej wspomnieć i polecić film Martina Scorsese z 1976 roku, celem oddania klimatu dużego miasta w USA w tamtych czasach, ale i celem rozwinięcia myśli Iaina Graya.

Film opowiada o weteranie wojny w Wietnamie, byłym członku Marines - Travisie Bickle (w tej roli Robetr De Niro), który poszukuje sposobu na życie. W końcu ponieważ cierpi na bezsenność postanawia to wykorzystać i podejmuje pracę taksówkarza. Ponieważ jest odważny, nie odmawia kursów w niebezpieczne dzielnice, przy okazji poznając nocne życie wielkiego miasta, prostytucję, przemoc, gwałt, zdrady. W swoim pamiętniku nazywa te zjawiska brudem i zastanawia się, kiedy zostanie on wymieciony z ulic miasta. Jednocześnie doznaje zauroczenia dziewczyną, Betsy, pracującą w sztabie wyborczym senatora Charlesa Palantine ubiegającego się o nominację w wyborach na prezydenta.
Zabiega o spotkanie, do którego dochodzi, i kiedy zaczynają spotykać się regularnie, popełnia błąd, przez który zraża dziewczynę do siebie. Nie pomagają kwiaty i telefony.


Wtedy w bohaterze następuje zmiana, kupuje broń, zaczyna ćwiczyć i zdrowo się odżywiać. 

Pisze w swoim dzienniku: Samotność towarzyszyła mi przez całe życie, wszędzie: w barach i samochodach, na chodnikach i w sklepach, nie ma przed nią ucieczki, jestem samotnym dzieckiem Boga. W moim życiu nastąpiła kolejna zmiana, dni mijają jednostajnie jeden za drugim, wszystkie takie same, to nieprzerwany ciąg i nagle... następuje zmiana.

Regularnie ćwiczy też na strzelnicy, konstruuje wymowne ulepszenia, mające na celu stworzenie czegoś co nazywa: prawdziwą mocą, nie do powstrzymania.

Jednocześnie próbuje uwolnić z profesji prostytutkę Iris ( w tej roli Jodie Foster), co w końcu prowadzi do poważnych kłopotów.. włącznie z próbą samobójczą.


Problematyka podjęta w filmie Scorsese jest podobna do tej, jaką wiele lat później podjęto w filmie John Doe - Samozwańczy Strażnik (opisywanym przez nas TUTAJ). To szukanie odpowiedzi, jak dalece jednostka może w samozwańczy sposób walczyć ze złem.  Ciekawym natomiast jest pokazanie dwóch twarzy głównego bohatera. Z jednej strony próbuje on wkomponować się w społeczeństwo i zasady w nim panujące, z drugiej kiedy próba taka nie udaje się, posuwa się do czynów drastycznych żeby społeczeństwo dostosować do siebie. Prowadzi to zderzenia z górą lodową, które jednak, jak to zwykle a amerykańskich kinie kończy się happy endem.

Wiele razy opisywaliśmy na tym blogu inspiracje Iana Curtisa (choćby TUTAJ, czy TUTAJ). Warto przytoczyć wypowiedź Bernarda Sumnera:  Ian interesował się skrajnościami życia. Chciał tworzyć ekstremalną muzykę, chciał być ekstremalny na scenie, bez półśrodków. Ja inspirowałem się opowieściami dziadków o wojnie. Ian inspirował się szaleństwem i obłędem. Mówił że jego siostra czy ciocia pracuje w domu dla osób chorych psychicznie i zwykła opowiadać mu o pacjentach, na przykład ludziach z dwudziestoma sutkami, dwoma głowami co robiło na nim ogromne wrażenie.  Jak na 20-latka fascynacja dość brutalnym filmem udowadnia nam, że Iain Gray określając Curtisa jako znacznie starszego i dojrzalszego, miał bardzo dobre odczucia.     
Przy okazji dowiedzieliśmy się, jak wyglądał pierwowzór inspirujący wokalistę Joy Division do noszenia tzw. donkey jacket  (opisanej TUTAJ)  z napisem HATE na plecach.  

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 19 czerwca 2019

Kinowa jazda obowiązkowa: 30 dni mroku - film dla ludzi o mocnych nerwach


Szczerze mówiąc wydaje się, że schemat walki dobra ze złem, jak i typowa dla horroru tematyka zombie pijących ludzką krew są już tak zgrane, że niewiele da się tutaj wymyślić. Ale to tylko złudzenie.  Wystarczy zdolny reżyser (w tym przypadku David Slade) i znakomity scenariusz (autorstwa trio: Stuart Beattie, Brian Nelson i Steve Niles) żeby szczękać zębami ze strachu na filmie  30 dni mroku z 2009 roku (produkcja Nowa Zelandia i USA).

Gdzieś na dalekiej Alasce w małej miejscowości, z której do najbliższej osady jest ponad 100 km, zaczynają dziać się dziwne rzeczy, i to na krótko przed nadchodzącą właśnie porą 30 dobowej nocy...

Pojawiają się dziwne zachowania u nieznajomego mieszkańca (Ben Foster), a miejscowy policjant, Eben Oleson (w tej roli Josh Harnett) zaczyna niepokoić się coraz większą liczbą dziwnych spraw... W końcu coś zaczyna mordować, najpierw psy, później ludzi....

Mieszkańcy stają się zupełnie bezradni wobec zła. Mottem filmu wydaje się być zdanie wypowiedziane przez przywódcę zombie Marlowa (w tej roli Danny Huston): jeśli człowiek napotyka na siłę, której nie potrafi dać rady, zaczyna niszczyć samego siebie...  
Niełatwo domyślić się, że w miasteczku toczy się regularna wojna dobra ze złem, leje się krew i widz na prawdę poddawany jest niesamowitym zwrotom akcji. Osoby o słabych nerwach niech włączą sobie Misia Uszatka, reszta może obejrzeć jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat.

I kiedy wydaje się że grupka ocalonych nie ma szans, w walce z obdarzonymi nadprzyrodzonymi mocami intruzami czy przemienionymi byłymi mieszkańcami miasteczka, dochodzi do kilku wydarzeń, które zdają się zmienić sytuację. Niestety tylko na krótko.. 
Wtedy  Eben nie tylko odkrywa metody unicestwiania obcych, ale opracowuje plan ratunkowy. Jednak moc jaką dysponują intruzi zdaje się być nie do pokonania. 

Kiedy wydaje się, że zło zwyciężyło, miasteczko płonie a na horyzoncie nie ma już ratunku, pozostaje tylko jedna iskierka nadziei. Wariant Kamikaze... Czy będzie on wystarczający by pokonać obdarzone niezwykłymi mocami zło?

Film z pozoru będący doskonale wyreżyserowanym i trzymającym w napięciu horrorem, tak na prawdę stawia widza przed kilkoma poważnymi dylematami. Nie jest zatem zwykłą banalną historią.

Widzimy bowiem problem chłopaka który musi w dość drastyczny sposób wejść w dojrzały wiek ratując bliskich, mamy problem głównego bohatera i jego postawy i pytanie: ile można poświęcić dla ratowania bliskich osób?  W końcu postawa żony Ebena (w tej roli Stella Oleson) zwłaszcza w końcówce filmu, czy tak powinna zachować się kochająca osoba? 

Niech każdy odpowie sobie sam podczas oglądania tego niesamowitego filmu. Pamiętajcie, że poznaliście go dzięki nam, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

niedziela, 8 kwietnia 2018

Kinowa jazda obowiązkowa: Solaris, ale nie tylko film, bo ta muzyka...

Rzadko spotyka się ekranizacje książek, które byłyby na tak wysokim poziomie, aby dotrzymać jakością pierwowzorowi. I chociaż film Solaris w reżyserii i wg. scenariusza Stevena Soderbergha, jedynie bazuje na książce Stanisława Lema, to ponury klimat, doskonała obsada aktorska, a co najważniejsze muzyka Cliffa Martineza, gwarantują niezwykłe przeżycie intelektualne. W końcu na tym blogu takie klimaty są nam bliskie, więc film z pewnością powinien zadowolić jego stałych czytelników (o ile tacy w ogóle istnieją). Chris Kelvin (w tej roli George Clooney), to lekarz psychiatra, raczej samotnik od czasu śmierci żony. 


Okazuje się, że na stacji kosmicznej, na której znajduje się misja z jednym z jego znajomych dr Gibarianem, dzieją się dziwne rzeczy. Sam Gibarian prosi Kelvina o pomoc, używając argumentacji że ten idealnie się do tego nadaje, a Kelvin decyduje się zbadać sytuację na miejscu. 


Warto dodać, że film zrealizowany jest w doskonałej konwencji kolorystycznej, należy docenić niesamowite efektu specjalne, poniżej scena (w kolorze) zbliżania się pojazdu Kelvina do stacji koło Solaris:


Kelvin na stacji odkrywa, że Gibarian nie żyje, a problemem są "goście" - istoty z pozoru tylko żywe, będące wytworami sumień załogi. Również jego nawiedza gość - żona, która popełniła samobójstwo, przy niemałej winie samego Kelvina. 



Lekarz jeszcze w miarę trzeźwo myśląc pozbywa się imitacji Rheiy wystrzeliwując ją w kosmos,


ale budząc się rankiem odkrywa że ona jest znowu przy nim.  Sprawy zaczynają się komplikować, Rhea próbuje samobójstwa, ale umiera tylko na chwilę, a zmartwychwstanie okazuje się być cechą charakterystyczną gości. 


Kapitan Gordon znajduje sposób ich trwałej neutralizacji, a Rhea odkrywając, że jest tylko sztucznym tworem, a nie prawdziwą żoną Kelvina, postanawia się jej poddać. Kelvin wpada w rozpacz i przypomina sobie scenę samobójstwa prawdziwej, ziemskiej żony:

    

Odtwarza ostatnie przesłanie gościa przed neutralizacją:

  
Film kończy się bardzo zaskakująco i wcale niejednoznacznie. Można go interpretować na wiele sposobów: kontakty z obcą cywilizacją, może nawet z samym Bogiem, który poprzez wizyty ucieleśnionych wyrzutów sumienia przeprowadza proces pokuty w swego rodzaju czyśćcu, by w końcu dokonać aktu odpuszczenia. Mnie natomiast w filmie najbardziej urzekł jego klimat, który głownie wytworzony jest za pomocą znakomitej muzyki Cliffa Martineza. 



Samobójstwo Rhei i wyrzuty sumienia, które ma z tego powodu Kelvin, prowadzą do całego labiryntu zawirowań i zdarzeń, uzmysławiając nam, że są rzeczy nieodwracalne, po których nic i nigdy nie będzie już wyglądało tak samo.