Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Bowie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Bowie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 marca 2021

David Bowie i Love Will Tear Us Apart Joy Division

Fascynacja Iana Curtisa twórczością Davida Bowie jest znanym faktem.  Opisała  ją Deborah Curtis w swojej książce Przejmujący z oddali,  wspominali o niej biografowie wokalisty we wszystkich filmach o Joy Division oraz w wielu publikacjach. My także pisaliśmy o tym nie jeden raz (LINK). 

Lider Joy Division chodził na koncerty Bowiego, odwiedzał RCA bo miał nadzieję go spotkać, miał autograf artysty, a ostatnią płytą, jaką wysłuchał był Idiot, debiut Iggy Popa, której producentem był właśnie David Bowie. Czy to zauroczenie było odwzajemnione? To znaczy – czy David Bowie słuchał Joy Division? Wydaje się, że na to pytanie odpowiedź musi być twierdząca. Fani Iana Curtisa byli o tym tak przekonani, że gdy kilka lat temu na YT pojawiło się nagranie opisane jako wynik przypadkowego spotkania Davida Bowie, Bernarda Sumnera i Petera Hooka w 1983 roku Salford, po którym Bowie wykonał z nimi cover Love Will Tear Us Apart, mało kto wątpił w jego prawdziwość (TUTAJ). Może inaczej – większość zwolenników wymienionych artystów chciała wierzyć w autentyczność tego kawałka. Mimo, że czasowo nic nie zgadzało, bo od maja do grudnia 1983 roku Bowie był w Stanach Zjednoczonych, gdzie realizował tournée Serious Moonlight, a wcześniej nagrywał Let's Dance w Nowym Jorku i ćwiczył do trasy po USA, więc nie miałby nawet kiedy przyjechać do Wielkiej Brytanii, przyjść do pubu w Salford i grać z New Order covery Joy Division… Ale rozum mówi swoje, a serce podpowiada co innego. Dopiero wpis Petera Hooka na Twitterze położył kres legendzie (LINK):



Jednak nie wszystko jest fikcją. David Bowie rzeczywiście znał i lubił twórczość Joy Division. Dowodem na to jest jego wypowiedź z 7 grudnia 1980 roku w BBC Radio One podczas rozmowy z Andy Peeblesem.  W 45:24 nagrania można usłyszeć coś takiego: 

Andy Peebles: "Of the people who've come out of the New Wave scene in Britain, do you have any favorites?"

David Bowie: "Yeah - Wire, I like very much indeed."

Peebles: "Aha"

Bowie: "And I really, I used to, well still do like Joy Division very much.  Those two are I think my favorite British bands.  Well – British.”


Nadal bardzo lubi Joy Division…. Można zrozumieć to w ten sposób, że mimo, iż zespół w grudniu 1980 roku już nie istniał, David Bowie nadal go cenił. Uważa się nawet, że twórczość Joy Division była dla niego inspirująca, na co dowodem ma być piosenka Scary Monsters (and Super Creeps), nagrana wiosną 1980 roku w The Power Station w Nowym Jorku:


Bowie śpiewa w niej o kobiecie trawionej lękiem i klaustrofobią, biegnącej w amoku, ściganej przez demony… Czy nie jest to nawiązanie do She's Lost Control? Podobno to Dennis Davis, perkusista Bowiego, puścił mu przedtem pierwszy album Joy Division. A podczas pracy w studio  producent Tony Visconti nakazał muzykom aby grali jak brytyjska grupa punkowa, czyli jak Joy Division, bo to wtedy była najbardziej znany im punkowy zespół. Ten fakt opisał Chris o Leary w biografii Davida Bowie: Ashes to Ashes: The Songs of David Bowie, 1976-2016 (jest o tym także TUTAJ), dodając, iż perkusista próbował grać tak samo jak Stephen Morris. 

Z kolei inny utwór Bowiego „When I Met You” 



musical Lazarus brzmi jak słabe naśladownictwo stylu Joy Division… Choć to piosenka promująca go była ostatnim utworem jaki wykonał w życiu…


Czytajcie nas codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

środa, 23 stycznia 2019

O tym jak umierał David Bowie, czy naprawdę był idolem Iana Curtisa z Joy Division?

Jeśli spojrzeć na to co wiemy dzisiaj o Ianie Curtisie, legendarnym wokaliście, autorze tekstów i większości linii melodycznych piosenek Joy Division, to jednym z najbardziej inspirujących go twórców muzycznych był David Bowie. Deborah Curtis w swojej książce Przejmujący z oddali wspomina, jak Ian od zawsze chciał zabrać ją na koncert Bowiego (nazwisko wokalisty wymienione jest w książce 24 razy). Podkreśla, że lider Joy Division posiadał w swojej kolekcji autograf artysty, a jego koncert obejrzał dwukrotnie, na oba występy kupując bilety...
W filmie Control jest scena, kiedy Curtis włącza płytę i tańczy naśladując Bowiego... Od nazwy znakomitej piosenki tego ostatniego wziął swoją nazwę zespół Warsaw (opisywaliśmy to TUTAJ):


Wielu krytyków muzycznych i ekspertów od Joy Division twierdzi, że Ian Curtis popełnił samobójstwo bowiem jego mottem życiowym, był fragment piosenki Bowiego pt.  All the Young Dudes:


Speed jive, don't want to stay alive
When you're 25 

O ważności tego utworu w życiu Iana Deborah Curtis pisze we wspomnianej powyżej książce. Przypomnijmy, że Ian Curtis powiesił się mając 23 lata, na miesiąc przed swoimi urodzinami. Ale mało kto zauważa inny fragment tego samego utworu:

Well, Billy rapped all night about his suicide

A jeśli do tego dodać fakt, że płyta Idiot - debiut Iggy Popa była ostatnią płytą jakiej wysłuchał przed powieszeniem się Ian Curtis, a producentem tego albumu był właśnie David Bowie, to wszystko bardzo ładnie zamyka się w całość...

Nie ulega zatem wątpliwości, że Bowie był niezwykle ważny dla Iana Curtisa, choć w filmie 24 Hour Party People (opisaliśmy go TUTAJ) mit ten próbowano obalić. Jest tam scena, kiedy Curtis wraca z pozostałymi członkami zespołu i Tony Wilsonem ze studia nagraniowego po sesji Unknown Pleasures. I wtedy Curtis stwierdza, że jego głos w piosence She's Lost Control, brzmi jak głos Bowiego. On tego nie chce, bowiem w przytoczonym powyżej fragmencie piosenki, Bowie stwierdza, że trzeba umrzeć przed 25 rokiem życia, podczas gdy sam ten wiek już dawno przekroczył i ma 29... Bowie is fucking lier - miał stwierdzić Curtis.


Dlaczego w filmie chciano obalić mit Bowiego, tego się nigdy nie dowiemy. Tym bardziej, że jest to film fabularny a mottem Wilsona jest zdanie: Mając prawdę i legendę - drukuj legendę... 

Bowie rzeczywiście w swoim tekście był kłamcą, dożył w miarę rozsądnego wieku 69 lat, czyli żył trzykrotnie dłużej niż Curtis. Zmarł na raka wątroby, i  kiedy wiedział że umiera, a żył od wykrycia raka 18 miesięcy, nagrał pożegnalną płytę Blackstar. Ponoć ostatni teledysk, Lazarus, nagrany został zaledwie kilka dni przed jego śmiercią:

I jednak mimo tego wszystkiego jest jedna rzecz łącząca Bowiego i Curtisa. Obaj nijako wbrew temu, że stali się za życia wielkimi gwiazdami muzyki, wydają się być ludźmi w pewien sposób niesamowicie skromnymi. 

Niesamowicie skromnymi w obliczu śmierci.

Ian Curtis umierał samotnie, w nocy z soboty na niedzielę (oficjalnie jako datę śmierci podaje się niedzielę 18.05.1980), opuszczony przez rodzinę, kolegów i znajomych. W domu z którego wyprowadziła się żona zabierając dziecko, oglądając Stroszka (o tym filmie pisaliśmy TUTAJ) - film pokazujący jak okropną może dla ludzi niedostosowanych być Ameryka, ta do której na następny dzień miał lecieć. Umierał po wysłuchaniu ukochanej płyty (nie ma wątpliwości, że wysłuchał jej do końca bowiem płyt zawsze słuchał w całości) i napisaniu bardzo prywatnego listu do żony. Listu, którego treści pewnie nigdy nie poznamy.  


Bowie też wybrał samotność. Tym razem jednak bezpośrednio po śmierci. Jak bowiem donoszą media (TUTAJ), ten wielki artysta wybrał sposób kremacji, który jest najtańszym z możliwych (cena to zaledwie od 700 do 900 USD), mało tego, kremacja odbyła się natychmiast po zgonie, i bez obecności osób trzecich (podczas ceremonii nie było nawet najbliższej rodziny). Poza najbliższą rodziną nikt nie wie gdzie artysta jest pochowany. Umarł podobnie jak Curtis w niedzielę, tak jak przewidział to w jednej ze swoich piosenek.. A te pozostały po nim na zawsze.

Teraz Bowie i Curtis na pewno mają wiele wspólnych tematów. A my nie raz o nich napiszemy. Dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie... 

piątek, 28 czerwca 2019

Ian Curtis był wielkim fanem Bowiego

Ian był wielkim fanem Bowiego i po jednym z jego koncertów odwiedził jego garderobę. Miał autografy Davida Bowiego, Trevora Bouldera i Micka Ronsona, jedną z połamanych pałeczek Woody'ego i zapasową strunę gitarową. Bowie grał dwa razy, a gdy Ian i Tony czekali na oba wieczory, Ian zaaranżował wszystko tak, żeby jego przyjaciele zabrali mnie ze sobą na ten drugi koncert. Wtedy pierwszy raz byłam na prawdziwym koncercie. Byłam podekscytowana nawet zespołem grającym w suporcie, którym był Fumble. Uwielbiałam ich interpretację „Johnnie B. Good”, nie zdając sobie sprawy z tego, że każdy zespół rockowy wykonywał tę piosenkę. Kiedy Bowie pojawił się w kombinezonie z nadrukiem, przypominającym śpioszki niemowlęce, wszyscy patrzyliśmy na niego w niemym uwielbieniu. Scena była tak mała, że znajdował się niezwykle blisko widzów, ale nikt nie odważył się dotknąć jego chudych, chłopięcych nóg.
 
Tak koncert Davida Bowiego wspomina Deborah Curtis. Gdy zamieściliśmy tekst o ulubionym utworze Iana Curtisa z repertuaru Davida Bowie’go (TUTAJ), na portalu społecznościowym odezwał się Leigh Smith, prowadzący profil dla grupy fanów lidera Joy Division, który przypomniał o tym, że Ian wszedł za kulisy po koncercie Bowiego w Manchesterze.

David Bowie alias Zyggy Stardust występował w Manchesterze aż czterokrotnie lecz tylko 28 i 29 grudnia 1972 r. z suportem The Fumble. Koncert miał miejsce w Hardrock Concert Theatre a Fumble otrzymał od managera Bowie’ego propozycję udziału w nim zaledwie dzień wcześniej. Najprawdopodobniej Ian Curtis był na obu koncertach lecz z Deborah w dniu 29 grudnia. Zachowała się setlista TUTAJ, bilety, w zasadzie wszystko z tego czasu. Ktoś nagrał występ z 28 grudnia i wydał na płycie, tak więc można przenieść się w czasie i wraz z Ianem, który może gdzieś tam jest na widowni i odsłuchać całość:

Hardrock Theatre na Great Stone Road w dzielnicy Stretford był miejscem szczególnym. Otworzył swoje podwoje w lecie 1972 roku a zamknął na jesieni 1975 r.  Budynek adaptowano potem na sklep B&Q, zamknięty w 2017 r. W ciągu trzech lat działalności w klubie wystąpili prawdziwi giganci muzyki, tacy jak Led Zepellin, Paul McCartney, David Bowie, Tangerime Dream, Faces, Bob Marley i wielu innych. Zanim stał się klubem muzycznym, był kręgielnią Top Rank.


David Bowie zagrał w Hardrock w ramach legendarnej trasy Ziggy Stardust. Dwa razy zaraz po otwarciu we wrześniu 1972 r. Wówczas, 3 września, widział go tam Steven Morrissey, który mieszkał w pobliżu na Kings Road. W wywiadzie przeprowadzonym przez Katherine Diekmann w 1991 roku Morrissey powiedział: Po raz pierwszy zobaczyłem Bowiego w ‘72 roku i była to niesamowita wizja. W tym czasie pogardzano nim, przez co stał się dla mnie absolutnie fajny.  Ian Curtis nie tylko był zafascynowany muzykiem, lecz jak to określił Torn Apart w swojej książce – miał na punkcie Bowiego absolutnego bzika.

W Hardrock panowały dość specyficzne warunki: sufit był umieszczony dość nisko i publiczność siedziała pod samą sceną, przez co kontakt z występującym był niezwykle osobisty. Debbie wspomniała o stroju Bowie’ego, a w internecie jest sporo świadectw innych widzów TUTAJ. Oni z kolei zapamiętali to, że artysta miał na sobie lateksowe, zielone rajstopy i w chwili rozpoczęcia koncertu w Sali włączono fluorescencyjne oświetlenie, które dawało zupełnie nieoczekiwane efekty. 

W obiekcie mieściła się również dyskoteka Village. Specjalna wieża, która wciąż tam jest, była oświetlona neonami, których kolor zmieniał się w zależności od tego, czy tego dnia (a w zasadzie nocy) w klubie był koncert czy dyskoteka. Lecz to już przeszłość. Nie wiadomo, co się stanie z tym miejscem. Nikt się raczej nie zdziwi, jeśli zostanie zburzone, jak wiele historycznych gmachów z terenu Manchesteru. Trzeba przyznać, że włodarze miasta bez sentymentu patrzą na swoje miasto. Czyżby nadal unosił się w nim duch Karola Maksa i Friedricha Engelsa?
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 5 maja 2019

David Bowie: Dzieła sztuki były zawsze jedynymi dobrami, jakie naprawdę chciałem posiadać - niesamowita kolekcja obrazów asrtysty

Dzieła sztuki były zawsze jedynymi dobrami, jakie naprawdę chciałem posiadać - powiedział w wywiadzie dla New York Times David Bowie (TUTAJ). Wspomina on tam o obrazach, z których był dumny, a także o tym, że sam również malował, bo posiadał wykształcenie artystyczne. Wywiad ilustruje zdjęcie muzyka na tle jednego z jego obrazów, który jest na prawdę dobry:

Podobnie zebrana przez niego kolekcja prezentowała - może nie najgłośniejsze nazwiska ze świata malarstwa - lecz znakomitych twórców, głównie brytyjskich z XX wieku: Frank'a Auerbach'a, David'a Bomberg'a, Francis'a Bacon'a i Francis'a Picabia, a także obrazy Basquiat'a, czy kompozycje Damien'a Hirst'a, Harold'a Gilman'a, Peter'a Lanyon'a, Henry'ego Moore'a i Graham'a Sutherland'a. Łącznie było to ponad 200 obiektów, a licząc meble – 400.


Bowie, którego twórczość inspirowała muzyków lat 80. w tym także Iana Curtisa, a jednocześnie który sam czerpał z form muzycznych takich zespołów jak Joy Division, o czym pisaliśmy TUTAJ, podchodził do swojej kolekcji bardzo emocjonalnie, wręcz obsesyjnie. Żartował, że stała się nałogiem i chyba się jej nawet nieco wstydził, bo ukrywał fakt posiadania tak pokaźnego zbioru. Piszemy o byłej kolekcji, już jej nie ma. Uległa rozproszeniu, wystawiona przez jego spadkobierców na aukcję Sotheby's w Londynie w listopadzie 2016 r (pełna informacja o tym TUTAJ). 

Rodzina artysty tłumaczyła się, że wystawiła na sprzedaż zabawki Davida, bo zwyczajnie nie miała gdzie przechowywać tak dużej ilości cennych przedmiotów. Niech teraz idzie w świat to, co Bowie tak kochał, napisali w oświadczeniu jego krewni. Zanim jednak dzieła trafiły do domu aukcyjnego, pokazano je w muzeach na całym świecie: w Bolonii, Los Angeles, Nowym Jorku i Hong Kongu.

Niewątpliwie likwidacja tak spójnej kolekcji jest wielką szkodą, bo zgromadzone w niej przedmioty ukazywały tę ukrytą część osobowości Bowie'go, której nie obnażyła jego muzyka czy role filmowe. Sztuka była dla niego ważna, skoro nabywał obrazy i inne przedmioty bez rozgłosu, nie lansując się na ich tle. Często sam docierał do artystów, odwiedzał ich w pracowniach, kupował dzieła, które najbardziej go poruszały. Nie radził się marszandów, nie ulegał modom, sztuka nie była dla niego inwestycją, tylko inspiracją, a nawet koniecznością. O Boże, ależ bym chciał brzmieć tak dobrze, jak wygląda ten obraz powiedział kiedyś o jednej z prac Frank'a Auerbach'a. I może dlatego w jego zbiorach nie było ani Picassa ani nawet Warhola. Z powszechnie znanych nazwisk pojawił się Jacopo Tintoretto (miał jego XVI-wieczny ołtarz i przypisywane mu szkice) oraz kilka dzieł Marcela Duchamp'a. W ogóle dzieła sztuki wybrane przez Bowie'go były - jak to określił krytyk z Sotheby's - eklektyczne, czyli wielostylowe, a tak naprawdę - świadczące o dość konserwatywnym guście ich właściciela.  W przytoczonym wywiadzie stwierdził, że jego upodobania są katolickie. To właśnie mam na myśli, używając sztuki. Są chwile, kiedy wolę myśleć niż tworzyć, i po prostu cieszyć się dowcipem Picabii lub Duchampa. Bawi mnie to, gdy pomyślę, co oni myśleli, gdy to [te dzieła] robili, i że byłoby to dobrym sposobem na tworzenie sztuki. Czasami chciałbym stać się Duchampem, by poczuć to, co czuł, kiedy pokazał te rzeczy na wystawie i powiedział: „Zastanawiam się, co inni zrobią. Zastanawiam się, co się stanie jutro rano". 

Był zafascynowany malarstwem renesansowym, co więcej - mimo, że sam był postrzegany jako skandalista - dostrzegał ogromną wartość sztuki dawnych epok: Cały pomysł negowania przeszłości został wyhodowany przez kapitalizm i kulturę patrycjuszowską oraz wziął się z pożądania natychmiastowej gratyfikacji. Myślę, że jest to złe zjawisko, które może wytwarzać tylko ludzi przygnębionych i niespełnionych LINK. Spójrzmy teraz na wybrane dzieła z kolekcji David'a Bowie'go:











Ogółem po trzech dniach aukcji kolekcję, którą wstępnie wyceniano na 10 mln GBP, wysprzedano za astronomiczną sumę ponad 26 mln GBP. Najwyższą cenę osiągnął oczywiście ołtarz św. Katarzyny Sieneńskiej pędzla Jacopo Tintoretto, kupiony przez nieznanego europejskiego kolekcjonera za 155 000 funtów. Dzieło to jednak od razu zostało wypożyczone do ulubionego muzeum Davida Bowiego, do Domu Rubensa w Antwerpii, a stamtąd w tym roku trafiło do Wenecji, na wystawę retrospektywną dzieł Tintoretto (wystawa będzie trwać od 11 maja do 29 listopada), gdzie zostanie pokazane z grupą dzieł flamandzkich starych mistrzów, którzy tworzyli pod wpływem Tintoretto, w tym Rubens'a, Van Dyck'a i Maerten'a de Vos. I chciałoby się dodać - David'a Bowie'go, posiadającego go przez ponad 30 lat i także pozostającego pod jego oddziaływaniem.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 21 czerwca 2019

Brel, Bowie i Curtis: Moja śmierć

Jakiś czas temu pisaliśmy o fascynacji Iana Curtisa Davidem Bowie, czego wyrazem była pierwsza nazwa zespołu Joy Division, zapożyczona z tytułu utworu Warsaw. Ale to nie ten utwór Bowiego był ulubioną piosenką Iana, a według Debbie Curtis była to My Death (Moja śmierć), będąca anglojęzycznym coverem pieśni Jacquesa Brela (żona Iana pisze o tym tak: His fanaticism for David Bowie, and in particular his version of Jacques Brel’s song "My Death", was taken at the time to be a fashionable fascination and merely Ian’s recognition of Bowie’s mime, choreographed by Lindsay Kemp).

Bowie do tego utworu wracał aż pięciokrotnie, w zasadzie na każdym etapie swojej kariery. Pierwszy raz w 1972 r. śpiewał ją tylko z towarzyszeniem gitary, w kameralny, przyciszony sposób:
Później interpretował ją rozmaicie, z orkiestrą by znów wrócić do wersji z gitarą. Nie mógł się od niej uwolnić, w 2003 zauważył, że My Death Brela to więcej niż tylko smutna piosenka. Co ciekawe, na okładce płyty z tym utworem Bowie występuje ubrany w czarny garnitur z czarnym krawatem - w stylu przypominającym Brela.

Oryginał jest jednak bardziej dramatyczny. Brel wykonując la Mort, jak brzmi w oryginale tytuł utworu, emocjonalnie akcentował rytm, wręcz patetycznie, wzorując się na hymnie Dies Irae (TUTAJ) przez co całość brzmi dobitniej.

Nie tylko on inspirował się twórczością francuskiego barda. Innym muzykiem zapatrzonym w twórczość Brela a bliskim Ianowi Curtisowi był Iggy Pop, który zetknął się z piosenkami barda za pośrednictwem Franka Sinatry oraz Davida Bowie. 
Pierwszy nagrał angielskojęzyczne wersje Ne Me Quitte Pas i Fils De a drugi My Death i Amsterdam. Ne Me Quitte Pas Iggyego, choć pozbawione siły francuskiego oryginału, oddaje jego pasję i tęsknotę w sposób najbardziej zbliżony do wersji pierwotnej (TUTAJ).

Dramatyzm wykonań Jacquesa Brela i poruszana tematyka czynią z niego pierwszego punka. Poezją kontestował zgodę na konformizm i na nijakie życie. Śpiewał pesymistyczne strofy o śmierci i miłości, tak samo jak młodsze o ćwierć wieku, równie zbuntowane pokolenie lat 70 i 80.  Wprawdzie wersja wykonywana przez Bowiego różniła się od tej oryginalnej, jednak jej sens pozostał ten sam. Zagłębiając je i porównując można zrozumieć obsesję Iana Curtisa na punkcie tego utworu.

Oto wersja angielska:

My Death:

My death waits like an old roué
So confident I'll go his way
Whistle to him and the passing time
My death waits like a bible truth
At the funeral of my youth
We drank for that and the passing time
My death waits like a witch at night
As surely as our love is bright
Let's not think of that or the passing time

But whatever lies behind the door
There is nothing much to do
Angel or devil, I don't care
For, in front of that door
There is you

My death waits like a beggar blind
Who sees the world through an unlit mind
Throw him a dime for the passing time
My death waits to allow my friends
A few good times before it ends
Let's not think about the passing time
My death waits there between your thighs
Your cool fingers will close my eyes
Let's not think about the passing time

But what ever lies behind the door
There is nothing much to do
Angel or devil, I don't care
For, in front of that door
There is you

My death waits there, among the leaves
In magician's mysterious sleeves
Rabbits and dogs and the passing time
My death waits there among the flowers
Where the blackest shadow cowers
So let's pick lilacs for the passing time
My death waits there, in a double bed
Sails of oblivion at my head
Let's not think about the passing time

But whatever lies behind the door
There is nothing much to do
Angel or devil, I don't care
For, in front of that door
There is you

 

a teraz wersja oryginalna:

La mort:

La mort m'attend comme une vieille fille
u rendez-vous de la faucille
Pour mieux cueillir le temps qui passe
La mort m'attend comme une princesse
A l'enterrement de ma jeunesse
Pour mieux pleurer le temps qui passe
La mort m'attend comme Carabosse*
A l'incendie de nos noces
Pour mieux rire du temps qui passe

Mais qu'y a-t-il derrire la porte
Et qui m'attend deja
Ange ou demon qu'importe
Au devant de la porte il y a toi

La mort attend sous l'oreiller
Que j'oublie de me réveiller
Pour mieux glacer le temps qui passe
La mort attend que mes amis
Me viennent voir en pleine nuit

Pour mieux se dire que le temps passe
La mort m'attend dans tes mains claires
Qui devront fermer mes paupières
Pour mieux quitter le temps qui passe

Mais qu'y a-t-il derrire la porte
Et qui m'attend deja
Ange ou demon qu'importe
Au devant de la porte il y a toi

La mort m'attend aux dernires feuilles
De l'arbre qui fera mon cercueil
Pour mieux clouer le temps qui passe
La mort m'attend dans les lilas
Qu'un fossoyeur lancera sur moi

Pour mieux fleurir le temps qui passe
La mort m'attend dans un grand lit
Tendu aux toiles de l'oubli
Pour mieux fermer le temps qui passe

Mais qu'y a-t-il derrire la porte
Et qui m'attend déjà
Ange ou demon qu'importe
Au devant de la porte il y a toi
 
*Carabosse – zła wróżka z bajki o Śpiącej Królewnie, w odróżnieniu od dobrej Wróżki Bzu z tej samej bajki

i polskie tłumaczenie:

Śmierć czeka na mnie jak stara pokojówka
na spotkanie z kosą,
aby przeciąć upływający czas.
Moja śmierć czeka na mnie jak księżniczka
na pogrzeb mojej młodości,
aby pięknie opłakiwać mijający czas.
Moja śmierć czeka jak zła wróżka Carabosse
na zgliszcza naszego ślubu,
by śmiać się z nas w miarę upływu czasu.

Ale ktokolwiek kryje się za drzwiami śmierci,
I już czeka.
Anioł lub demon, nie obchodzi mnie to,
Bo przed tymi drzwiami jesteś ty.

Śmierć czyha na mnie pod poduszką
aż zapomnę się obudzić
by ściąć mrozem czas który mija.
Śmierć czeka, aż moi przyjaciele
przyjdą mnie zobaczyć w środku nocy.

Lepiej powiedzieć, że czas mija.
Śmierć czeka na mnie w twoich czystych rękach,
które będą musiały zamknąć moje powieki
aby lepiej opuścić czas który mija.

Ale cokolwiek kryje się za drzwiami śmierci,
nie mogę już nic zrobić.
Anioł lub demon, nie obchodzi mnie to,
Bo przed tymi drzwiami jesteś ty.

Śmierć czeka mnie w ostatnich liściach
drzewa, które będzie moją trumną
aby lepiej przygwoździć czas, który mija.

Śmierć czeka na mnie w bzach,
które położy na mnie grabarz
aby upiększyć (ukwiecić) czas, który mija.

Śmierć czeka na mnie w podwójnym łożu,
trwa w napięciu w pajęczynie niepamięci
by lepiej zamknąć czas, który upływa.

Ale cokolwiek kryje się za drzwiami śmierci,
nie mogę nic zrobić.
Anioł lub demon, nie obchodzi mnie to,
Bo przed tymi drzwiami jesteś ty.
 
Jacques Brel zmarł na raka płuc. A Ian Curtis paradoksalnie, nie napisał tekstu, w którym by tkwił cień pochodzący z tej piosenki. Mimo że ją uwielbiał. Co nie znaczy, że nie zostawiła śladu w jego duszy. Czerń, smutek i przeczucie śmierci stojącej obok, towarzyszyły mu cały czas. Tylko on przed jej drzwiami chciał pozostać samotny.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie...

wtorek, 3 lipca 2018

O tym jak Joy Division nazywali się Warsaw

Urodzeni w połowie lat 50. XX wieku członkowie Joy Division dorastali z pośród zniszczeń wojennych.  Bernard Sumner w swojej książce wspomina, że odkąd pamięta to jego najbliżsi krewni przez cały czas mówili o drugiej wojnie światowej. On sam, podobnie jak i jego koledzy, nie rozumieli tego wszystkiego co stało się przed ich urodzeniem, dla nich było niepojęte, było dziwaczne, że cały świat podskakiwał sobie do gardeł. Oczywiście myślałem, że to nie tak, że to jest okropne co zrobili naziści, ale to, co mnie interesowało, to było poznanie powodów dlaczego ludzie doświadczają takich złych przeżyć. Mieszkając w Salford, widziałem dużo przemocy i chciałem tylko zrozumieć przyczyny, dlaczego ludzie zachowywali się w ten sposób. – fragment ten pochodzi z książki Bernarda Sumnera: Chapter and Verse: New Order, Joy Division and Me Hardcover, New York 2014, ISBN 1250077729.

Podobnie Ian Curtis wychowywał się wśród wspomnień o wojnie. Jego dziadek, Joseph Curtis, który pochodził z Port Arlington, w irlandzkim hrabstwie Kildare, w 1900 roku wraz z bratem wstąpił do wojska i wyjechał do Indii na dwanaście lat. Gdy wybuchła I wojna światowa zaciągnął się do wojska został przydzielony Konnej Artylerii Królewskiej we Francji. Mimo że dostał się do niewoli, przeżył wojnę i po jej ukończeniu osiedlił się w Anglii. Rozmowy z nim miały ogromny wpływ na Iana, który często go wspominał. Ojciec Iana, Kevin Curtis służył w marynarce wojennej na pancerniku HMS Valiant. Statek ten pełnił misję bojową najpierw w u wybrzeży Norwegii a potem przez większość wojny w basenie Morza Śródziemnego, w okolicach Krety i Trypolisu. Tam w maju 1941 został storpedowany. Ranny podczas pożaru okrętu Kevin Curtis trafił wtedy na kilka miesięcy do szpitala wojskowego w Bath. Za swoje męstwo otrzymał kilka medali za odwagę. Zdając sobie z tego wszystkiego sprawę nie dziwią aluzje z czasów wojny w twórczości Joy Division, ani wcześniejsza nazwa zespołu Warsaw i w ogóle wątki, które niesłusznie ściągnęły na muzyków oskarżenia o poglądy nazistowskie. 


Może warto przypomnieć sobie skąd nazwa Warsaw. Otóż pochodzi z płyty Low Davida Bowie i jest nazwą, czego nie trzeba w Polsce wyjaśniać - stolicy Polski. David Bowie,  który odwiedził Warszawę dwa razy: w 1973 i 1976 podczas podróży pociągiem z Europy Zachodniej do Moskwy. Jechał pociągiem, ponieważ we wczesnych latach 70. bał się latać samolotem. W ten sposób pomiędzy lutym a majem 1973 r., Bowie przemierzył ziemię wokół, przepłynął Atlantyk statkiem, a następnie przejechał przez USA samochodem i pociągiem, po czym przekroczył Pacyfik statkiem i wystąpił w Japonii. Po zakończeniu trasy koncertowej w Japonii w kwietniu 1973 r. postanowił wrócić pociągiem a dokładnie koleją transsyberyjską do Londynu, przejeżdżając prawie 10 000 km, czyli przez cały Związek Sowiecki. W Moskwie przesiadł się na pociąg do Paryża, który w Warszawie zatrzymywał się na całą godzinę, lecz podobno przez cały ten czas był poddany drobiazgowej kontroli paszportowej. Drugi raz, gdy znów jechał pociągiem przez Warszawę w 1976 r. wyszedł na spacer. Podobno doszedł wówczas do Placu Komuny Paryskiej, który teraz jest Placem Wilsona i wszedł do znajdującej się tam księgarni, gdzie sprzedawano również płyty. Kupił kilka, miedzy innymi płytę z nagraniami muzyki ludowej w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. 





Płyta kupiona w Warszawie wywarła na Bowim ogromne wrażenie. Już po powrocie do Anglii muzyk nagrał album Diamond Dogs, wyraźnie zainspirowany niedawną podróżą, poświęcony problemom totalitaryzmu i zawierający wiele odniesień do Roku 1984 Orwella (o wpływie tej powieści na muzykę postpunk pisaliśmy TUTAJ). Do Warszawy w formie piosenki wrócił w 1976 roku, podczas sesji nagraniowej z producentem Tonym Viscontim i Brianem Eno. Ten drugi napisał muzykę do utworu. Bowie stworzył i nagrał partie wokalne. Zasłyszana na niej melodia dla niego wyrażała uczucia ludzi, którzy pragną być wolni, mogą poczuć woń wolności... ale nie mogą jej dosięgnąć. Pośród linii melodycznej Bowie wykonuje wokalizę używając wymyślonych słów, które trochę naśladują tekst zakupionej płyty: Sula vie dilejo, Sula vie milejo, Cheli venco deho Cheli venco deho Malio, Helibo seyoman Cheli venco raero Malio Malio. Oryginalny tekst brzmi Helo, Helo, Helenko! Jakoż Ci się pasie? Mnie się dobrze pasie. Ciebie nie wiem jako. Boś jest tak daleko. Z porównania można zauważyć, że muzyk fonetycznie naśladował pierwowzór. Sama piosenka została powszechnie uznana za najlepszą na albumie i stała się wiodąca podczas tras koncertowych piosenkarza w latach 1978 i 2002. Jej popularność była ogromna, także Ian Curtis miał obsesję na punkcie Warsaw, i dlatego początkowo nazwał tak swój zespół, zmieniając nazwę na Joy Division tylko po to, by uniknąć pomyłek z londyńskim zespołem The Warsaw Pact.


Warsaw była też wielokrotnie interpretowana na nowo przez innych artystów - kompozytora Philipa Glassa czy Scotta Walkera. A gdy kilka lat temu Red Hot Chili Peppers grali koncert w Polsce i wykonali cover tej pieśni.


czwartek, 25 czerwca 2020

Science fiction w muzyce: od Joy Division do Bowiego i King Crimson

Czy pamiętacie film rysunkowy o tematyce fantastycznej, do którego muzykę ułożył legendarny realizator nagrań Joy Division -  Martin Hannett? Pisaliśmy o nim TUTAJ. Jeśli przyjrzeć się baczniej twórczości muzyków lat 70. I 80.  to zauważamy interesującą prawidłowość: praktycznie wszystkie główne ikony rocka - od Jimiego Hendrixa do Davida Crosbyego, od Petea Townshenda do Iana Curtisa - były zapalonymi fanami SF. Joy Division zresztą wystąpili na festiwalu muzyki SF - Futurama (o czym pisaliśmy TUTAJ).


W dodatku spora grupa muzyków nie tylko czytała książki SF lecz była aspirującymi pisarzami SF.

Na przykład brytyjski autor powieści SF Michael Moorcock prowadził zespół o nazwie The Deep Fix, jednocześnie pisząc piosenki dla - i występując z - grupą rockowo-kosmiczną Hawkwind (którą kiedyś Lemmy Kilmister z Motörhead określił jako Star Trek z długimi włosami i narkotykami  LINK ).

Wiele piosenek i albumów w tamtym okresie nie tylko zawierało teksty  z motywami science-fiction, ale było nasyconych futurystycznym brzmieniem i nowatorską modulacją za pomocą różnych urządzeń studyjnych (celował w tym wymieniony już Martin Hannett). Wśród muzyków tego nurtu wybija się David Bowie, który rozpoczął karierę od przybrania tożsamości kosmicznego antybohatera, Zyggy Stardusta. Jego album z  1972 roku Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars to eksplozja wątków SF, począwszy od muzyki po tematykę opartą na rozmaitych mitach. Lecz zanim ten album pojawił się w sklepach muzycznych, alter ego Bowiego czyli Ziggy Stardust był już sensacją międzynarodową, pokazując się na scenie w pomarańczowym kombinezonie i butach.  Jego fani, wzorując się na nim i na  postaciach Star Trek, przychodzili na koncerty Ziggyego sami ubrani w kosmiczne stroje, co jeszcze bardziej zacierało granicę między science fiction a muzyką rockową. Dwa lata później Bowie wysłał Ziggyego Stardust na emeryturę, a na jego miejsce próbował wskoczyć Halloween Jack… Bowie postanowił jeszcze wydać w oparciu o powieść Orwella Rok 1984 (pisaliśmy o niej TUTAJ) album konceptualny,  ale nie otrzymał zgody prawnych spadkobierców pisarza. I tak powstała płyta Diamond Dogs, w której Bowie opublikował własną wizję postapokaliptycznego, futurystycznego świata.
 
Wspominając o Ziggy Stardust, należy zauważyć jeszcze to:

jak i trzeba przywołać inną totalną kreację, którą jest dziwny zespół  the Residents i jego Commercial Album. Jest to chyba najbardziej zakręcona płyta wszechczasów, zawiera  40 piosenek w 40 minut! Pisaliśmy o niej TUTAJ.
 
Obok nich domagają się naszej uwagi ludzie-maszyny z Kraftwerk z ich industrialną muzyką (TUTAJ) a także, debiutancki album grupy prog-rockowej King Crimson, który sam w sobie jest muzyką science fiction. Ten album ma w sobie wielkość i powagę, serwowane z różnym natężeniem, od spokojnego Mirrors po grzmot 21st Century Schizoid Man, przykładem niech będzie fragment tekstu:  Zardzewiałe łańcuchy uwięzionych księżyców/ Zdruzgotane przez słońce (pisaliśmy o tej płycie TUTAJ) .



Można by jeszcze wymienić wiele przykładów dokumentujących silne wpływy SF na muzykę nurtów objętych szerokim spectrum new wave, lecz wystarczy tych kilka, najbardziej spektakularnych. Resztę pozostawiamy naszym czytelnikom, bo wierzymy w ich inteligencję. 

Inaczej przecież nie przystąpilibyśmy to tak futurystycznego zadania, jakim jest pisanie bloga…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie

wtorek, 16 lipca 2019

Isolations News 45: Nowe zdjęcie Iana Curtisa, kolejny nowy teledysk Joy Division i znowu dupa, Throwing Muses i OSTED w trasie, Cure nagrywa nowy album, laleczka Bowie

Na stronie z archiwaliami Joy Division (TUTAJ) opublikowano nowe zdjęcie Iana Curtisa, które zostało wykonane podczas koncertu w Paryżu w 1979 roku. Autorem jest Francois Guilez. Zapowiedziano całą serię, czekamy i dziękujemy!
Kristin Hersh wokalistka i gitarzystka Throwing Muses poinformowała o reaktywacji zespołu celem odbycia pierwszej od 5 lat trasy koncertowej. Trio w składzie Kristin Hersh, David Narcizo i Bernard George wystąpią w Bostonie (23.08.2019), San Diego (30.08), i Pasadenie (31.08). Więcej TUTAJ.
Nowy album the Cure pojawi się jeszcze w tym roku. Robert Smith napisał już wszystkie teksty i o nowej płycie mówi: The lyrics I’ve been writing for this album, for me personally, are more true. They’re more honest. That’s probably why the album itself is a little bit more doom and gloom. 

Czy jest szansa na to, żeby the Cure stworzyli coś na miarę Pornography lub Faith? W wojsku na pytanie do pana pułkownika, czy używając ręcznika kolegi zarażonego chorobą weneryczną istnieje szansa na zachorowanie, pułkownik odpowiadał: szansa jest, aczkolwiek znam przyjemniejsze sposoby...

Reasumując, zawsze można w ramach przyjemniejszego sposobu odpalić Faith i Pornography... 

Więcej TUTAJ 

Stephen Morris będzie 21.08. 2019 przepytywany na temat swojej książki Record, Play, Pause przez Daniela Millera. Szczegóły  TUTAJ. A my już niedługo rozprawimy się z tą książką - czeka na naszej półce.

Uuuuuups, they did it again. Po obejrzeniu kolejnego teledysku z serii Joy Division reimagined videos możemy zadać sobie kilka pytań. 

Pierwsze: jak można obrazem sp*****lić tak doskonały utwór jak Day of the Lords? Drugie: co będzie dalej? Strach się bać... Trzecie: czy przygotowane zostaną nowe wersje piosenek z Closer? Wszak za rok 40. rocznica wydania tego albumu...  Nie róbcie tego!

Podsumowując można stwierdzić, że młodzi, którzy czerpią muzykę z YouTube pomyślą sobie, że Ian Curtis pisał piosenki o samotnych elfach inspirując się Tolkienem. Kompletnie was pop*****liło? Tfu!

Osted w trasie, powyżej najbliższe plany zespołu. Grają jako support the Opposition, a to chyba wiele wyjaśnia... Zresztą posłuchajmy:
Całkiem miły atmosferyczny shoegaze...


A the Oposittion - cały czas aktywni. Myślę, że niedługo nas zaskoczą... Tymczasem powyżej plakat reklamujący jeden z ich kolejnych  koncertów we Francji...

Laleczka Bowie? Coś w tym stylu, bo to Barbie - Ziggy Stardust Bowiego, dla uczczenia 50. rocznicy ukazania się singla Space Odity.

Jak czytamy w ulotce: Barbie® uhonorowuje ostatniego popowego kameleona, angielskiego piosenkarza, autora piosenek i aktora Davida Bowie, którego dramatyczne przemiany muzyczne nadal wpływają i inspirują. Wraz z karierą trwającą ponad pięć dekad David Bowie był awangardą współczesnej kultury jako muzyk, artysta i ikona. 

Mamy mieszane uczucia... Z drugiej strony Kopernik też była kobietą... 
      
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.