Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania minimalizm, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania minimalizm, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 marca 2021

Marcin Ryczek: minimum formy, maksimum treści

Ten, kto śledzi nasze wpisy o sztuce, zdążył już zauważyć, że cenimy minimalizm. Szczególnie w fotografii. Tutaj zasada wyrażająca się w sentencji minimum formy, maksimum treści jest wyjątkowo celna. Tak samo uważa fotograf Marcin Ryczek (ur. 1982 r.), który jakiś czas temu za sprawą jednego zdjęcia trafił na okładki znanych pism. Chodzi o tę fotografię:

Niby proste, a ma w sobie to coś”, dzięki czemu można je zapamiętać. Artysta słusznie je interpretuje (dla tych, którzy doszukują się w tym co widzą zawsze czegoś jeszcze, jakiegoś drugiego dna), jako ilustrację yin-yang, harmonijnego połączenia dobra i zła, czarnego i białego, smutku i radości… 

Na innym zdjęciu fotograf wykorzystuje żurawia i symboliczne treści, które dla Japończyków nosi w sobie ten obraz. A oznacza dla nich odrodzenie i szczęście.

Oczywiście, nie zawsze i nie każde zdjęcie musi coś symbolizować. Może dać nam wyłącznie przyjemność estetyczną. Artysta słusznie zauważa: „Powstające zdjęcia są tożsame z moim stanem ducha, myślami i aktualnymi emocjami. Tajemnica, niedopowiedzenie i nieoczywistość to jest to, co mnie fascynuje w fotografii. Czystość formy, minimalizm, odwołania do geometrii w połączeniu z treścią i symboliką tworzą spójną całość” (LINK).


Zgodnie z tym fotograf potrafi spojrzeć na otaczający go świat w sposób świeży, eliminując chaos i zaprowadzając spokój. W rezultacie otrzymujemy kompozycję harmonijną, zarówno pod względem budowy, jak i w przypadku prac kolorowych, użytej tonacji barw. Tak stało się w przypadku zdjęcia ukazującego pielgrzyma, który siedzi na schodach prowadzących do Gangesu. W jednym z wywiadów tak wyjaśnia skąd wzięły się na tej pracy poszczególne elementy: Pielgrzymi z całych Indii przybywają nad rzekę Ganges, by medytować, odbyć rytualną kąpiel, pożegnać bliskich, których prochy po spaleniu popłyną wraz z prądem rzeki, lub samemu czekać na śmierć w świętym dla nich miejscu. W tłumie ludzi stłoczonych na ghatach (schodach prowadzących do rzeki) moją uwagę przykuł medytujący sadhu. Słowo to oznacza ascetę, osobę uświęconą, która odrzuca dobra materialne, skupiając się na tym, co duchowe. Medytujący człowiek był dla mnie symbolem spokoju, wyciszenia, wewnętrznej harmonii i wiary. Mężczyzna siedział na schodach pomalowanych w biało-czerwone pasy, które skojarzyły mi się z flagą Stanów Zjednoczonych. A pierwsze skojarzenia z tym krajem to: wielkie mocarstwo, kult pieniądza, komercja, pogoń za sukcesem, czyli – upraszczając – wszystko to, co wiąże się ze światem materialnym. Zestawienie tych dwóch tak odmiennych światów na jednej fotografii zachęca do refleksji nad różnicą kultur i wyborem wartości, zamykającym się w pytaniu Mieć czy być? (LINK).







Tyle informacji w jednej pracy… Ale wystarczy czasem siatka i gołąb, czy szosa i chodzący po nim pieszy albo schody, mgła i człowiek, a otrzymujemy całą opowieść, którą sami możemy sobie przedstawić. Niewątpliwie elementem, który łączy w wysmakowaną całość te kompozycje jest właśnie człowiek. On jest bohaterem i jedynym punktem odniesienia, nawet na tych fotografiach, na których go wcale tam nie ma. Lecz to widz nadaje sens wykonywanym przez Marcina Ryczka pracom, to on dopełnia je swoją interpretacją… W ten sposób nasz blog staje się częścią prezentowanego dzieła sztuki.





Więcej prac Marcina Ryczka się na jego stronie TUTAJ.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 3 maja 2018

Z mojej płytoteki/chłodnofalowa jazda obowiązkowa: Patric O'Hearn - Indigo, delikatność nostalgii utopiona w błękicie


Patric  O'Hearn amerykański multiinstrumentalista, nagrał w swojej karierze około 20 płyt, ma na kocie również realizację muzyki filmowej. Mimo bogatego dorobku dla mnie najbardziej znaczącym i zaczarowanym albumem jest Indigo, o którym chciałem dzisiaj napisać. Znam wiele płyt z dorobku artysty ale ta jedyna najbardziej przypadła mi do gustu. 


Znawcy twórczości O'Hearna bowiem piszą o tej płycie następująco: to jedna z jego najdelikatniejszych płyt, symfoniczne syntezatory i atmosferyczne struktury tworzą różnorodne dźwiękowe pejzaże, inne niż znane z wcześniejszej twórczości autora. Najważniejszy dla tej płyty jest wyrazisty czysty minimalizm. Płyta może spodobać się lubiącym klimaty Tangerine Dream... (TUTAJ). 

Czy ostatnie stwierdzenie może dziwić, skoro w realizacji nagrania pomagał sam Peter Baumann? Ten ostatni przecież w latach 1971 - 1979 był członkiem Tangerine Dream. Ale nie spodziewajcie się na płycie elektroniki, raczej jest to coś, co nazwać można atmosferyczną chłodną falą, z ponurymi pejzażami wtapiającymi się w błękit indygo... 





Na koniec warto dodać kilka słów o okładce. Zwraca uwagę motyw anielski, skrzydła i wizerunek Matki Boskiej. Madonna della seggiola (Madonna na krześle) z 1589 r. Rafaela Santiego wyobraża Matkę Bożą z Dzieciątkiem i św. Janem Chrzcicielem. Obraz został namalowany tak, jakby malarz oddał scenę odbitą w wypukłym lustrze. Rafael malując Madonnę wzorował się na Mona Lisie, a kompozycja jest naśladownictwem  Doni Tondo Michała Anioła. W rezultacie powstał obraz najczęściej reprodukowany z jego dzieł w wiekach późniejszych. 


Patric O'Hearn - Indigo. Gypsy Joker Music, 1991, Realizacja: Patric O'Hearn i Peter Baumann. Tracklista: 1. Devils Lake 2. Sacrifice 3. Coba 4. Upon The Wings Of Night 5. Sacred Heart 6. The Beauty Within 7. Desire 8. The Ringmaster 9. Espana

Znacie? To posluchajcie...


wtorek, 10 marca 2020

Milad Safabakhsh: Nasz świat i wszystko w nim - od płatków śniegu, liści klonu, po spadające gwiazdy i obracające się elektrony - są tylko widmowymi obrazami

Pamiętacie obraz Podróż na wyspę umarłych, o którym pisaliśmy dość dawno temu? Jest to dzieło, które chyba jak żadne zapadło w wyobraźnię twórców ostatniego stulecia, bo powstało mnóstwo prac je naśladujących (o czym także już u nas było TUTAJ). Ostatnio, przypadkiem wpadła nam o oczy fotografia Irakijczyka: Milada Safabakhsha (ur. 1986 r.). Przedstawia pustą łódkę, znoszoną prądem w kierunku rozmazanych konturów porosłej strzelistymi drzewami wyspy… Nostalgia, która emanuje z tego zdjęcia skłoniła nas do zapoznania się z resztą twórczości tego artysty.
Okazuje się, że został on fotografem z przypadku. Ukończył studia z projektowania graficznego na Shahid Bahonar University w Kerman, tam gdzie mieszka, a zaczął fotografować dopiero w 2012 roku. Od czasu do czasu robił zdjęcia komórką i umieszczał je na swoim profilu. Kiedyś wysłał kilka nich za na profil, prezentujący zdjęcia minimalistyczne. Tam jedno tak bardzo się spodobało, że zostało wyróżnione. Inna grupa na Facebooku sama opublikowało jedną z jego dzieł u siebie. To wystarczyło, aby Milad zajął się fotografią na poważnie.









Stałym tematem pracy artysty jest samotna postać, stojąca w surrealistycznym krajobrazie. Samotność jest przez Safabakhsha rozumiana nie tylko jako fizycznej izolacji, lecz również jako uczucie wyalienowania, zwłaszcza gdy sami decydujemy, a robimy to każdego dnia. Safabakhsh twierdzi, że jest artystą kochającym naukę. Szczególnie interesuje się fizyką kwantową, a jego pierwsza seria zdjęć: The Space In Between dotyczy zasady holograficznej świata, która głosi, że nasz wszechświat powstał w zupełnie inny sposób niż poprzez wielki wybuch. Zgodnie z nią twierdzi, że Istnieją dowody sugerujące, że nasz świat i wszystko w nim - od płatków śniegu, liści klonu, po spadające gwiazdy i obracające się elektrony - są tylko widmowymi obrazami, rzutami z poziomu rzeczywistości, pozostającej poza naszym zasięgiem, dosłownie poza przestrzenią i czasem. Jesteśmy obserwatorami. Jesteśmy świadomością - nie jesteśmy przedmiotami; nie mamy masywności. Jesteśmy bezgraniczni. Świat przedmiotów i masywności jest sposobem na to, abyśmy przeszli przez ziemię w sposób wygodny. To jest jak opis, który został stworzony tylko po to, aby nam pomóc. I zapominamy, że ten opis jest jedynie opisem i dlatego sami więzimy siebie w błędnym kole, z którego rzadko wychodzimy za życia (LINK).   Czy twórczość artystyczna pozwala wychylić się poza ów kołowrotek? Nie wiadomo, czy fotografia to ułatwia, lecz muzyka na pewno…










Inspiracją dla Safabakhsh są fotografowie: Jerry Uelsmann (pisaliśmy o nim TUTAJ) i Michael Kenna (tak samo jak dla Hengki Koentjoro, o którym więcej TUTAJ).
 

Fotograf jest założycielem i redaktorem naczelnym magazynu B&W minimalizm, laureatem wielu nagród (LINK).  Wszystkie prezentowane zdjęcia pochodzą z jego strony.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

sobota, 14 lipca 2018

Wiersze Grzegorza Kaźmierczaka z zespołu Variete: Play Record - migawki z ludzkiej egzystencji

Nie ukrywam, że Variete kibicuję od lat 80-tych. Zespół widziałem na koncertach wiele razy, i w różnych wcieleniach. Na zaprezentowanie całych ich płyt, które stały się kanonem chłodnej fali, przyjdzie jeszcze na naszym blogu czas, dziś natomiast chciałem napisać nieco o tekstach. Tak na prawdę o malutkim tomiku poezji Play Record, który ukazał się na naszym rynku w 2002 roku dzięki wydawnictwu N.A. Marketing z Bydgoszczy. 


Stałem się jego szczęśliwym posiadaczem dzięki rozmowie po koncercie Variete w moim mieście, z wokalistą i autorem, który przysłał mi dedykowany tomik. 


Jest to bardzo skromne wydawnictwo, ale to nie ujmuje doskonałej zawartości jaką zawiera, czyli 15 wierszom-tekstom. Ktoś może zapytać dlaczego teraz o tym postanowiłem napisać? Wcześniej nie miałem muzycznego bloga, poza tym muzyka i ogólnie twórczość które na tym blogu prezentujemy, są uznane, przynajmniej przez nas, za ponadczasowe. Niech to będzie też forma podziękowania mojemu koncertowemu kumplowi za ten prezent, i ogólnie za całą działalność artystyczną. O tomiku przypomniało mi się podczas słuchania płyty Melancholia zespołu z Płocka - Schröttersburg, gdzie, jak pisałem wcześniej, (TUTAJ) warstwa tekstowa pozostawia wiele  do życzenia. Gdyby teksty pisał dla nich Grzegorz...

W tomiku Play Record z 15 wierszy kilka zostało udźwiękowionych i stało się piosenkami Variete. I to na trzech z nich chciałbym się dziś specjalnie skupić, żeby uzmysłowić czytelnikom, jak mocno można spotęgować przekaz wiersza za pomocą muzyki. To oczywiście dla artysty na pewno banał, ale jak mawiają niektórzy: simple is beutiful. Chyba najlepszym tego przykładem jest wiersz American Way.

Jechałem autobusem linii 8 albo 68.
Chodził kanar, sprawdzał bilety
-Bileciki poproszę
Nie mam biletu, jestem bezrobotny.

Facet, który siedział w fotelu obok
-Wiesz co stary, mnie też kiedyś pomogli
i ja tobie pomogę, mam dla ciebie robotę.
-O co chodzi-zapytałem
-przyjdź do mnie,
pogadamy, przyjdź do mnie.

Umówiliśmy się u niego, na za dwa dni,
na godzinę osiemnastą.
Przyszedłem punktualnie.
Był, czekał na mnie.

Na ścianie miał wywieszone marzenia,
-Chcesz mówił, poczytaj,
-Ja chodzę nocami z papierosem pomiędzy
meblami i zamieniam je w cel.

Teraz przypominam sobie wszystko,
to o czym kiedyś zapomniałem,

zgniatali mnie
rodzinny król,
kierat,
rozpacz i miasto.
Wysłuchałem go i powiedziałem
-Nie stary, dziękuję, to mnie nie interesuje.
Wyszedłem. Cześć.

1996

 

Oczywiście każdy czytelnik zapewne poda własną interpretację powyższego wiersza. Mnie uderza w nim fakt, że gdyby autor zgłosił go jako pracę pod tytułem obserwacja psychologiczna, to z pewnością praca ta zostałaby oceniona celująco. Tekst bowiem nie zawiera żadnych ocen, jest bardzo ścisłą relacją psychologiczną, chwilami jakby specjalnie zminimalizowaną. Nie potrzeba pisać, że facet coś powiedział. Wystarczy myślnik. Reszta już sama wynika bezpośrednio z tekstu. Autor ma szczęście, potrafi w życiu dokonać odpowiedniego wyboru między spokojem nawet bez pracy, a życiowym kołowrotkiem. Nie każdy jednak tak potrafi, choć z perspektywy własnych doświadczeń, należy przyznać rację narratorowi. 

Jeśli chodzi o wspomniany minimalizm słowny, tak jest w całym tomiku, dlatego podziw za formę i okładkę, które perfekcyjnie z treścią korespondują. Choćby notka na tylnym skrzydełku o autorze: Grzegorz Kaźmierczak urodził się w 1964 roku. Debiutował tomikiem wierszy Głód i przesyt/Milczenie i wiatr, Warszawa 1993/. Razem z zespołem Variete, w którym śpiewa wydał cztery płyty długogrające. Mieszka w Bydgoszczy.

Zatem reasumując: urodził się poeta, wydaje, nagrywa i mieszka...

Wracając jeszcze do American Way, proszę teraz posłuchać utworu i zwrócić uwagę na doskonałą synchronizację muzyki z tekstem (nieco zmienionym, zapewne w celu dostosowania do muzyki).





Z tego samego okresu pochodzi wiersz pt. Są Dni

Są dni kiedy widzę jaśniej,
no cóż wychodzę wtedy na miasto.
Pierwsze ślady w świeżym śniegu
bez kontaktu.

Idę po kuli,
która się obraca,
i wiem, że zostanę tu
dosłownie chwilę.

1996

 

To jest właśnie dar poety, tego nie da się nauczyć w szkole. Imponuje mi zwłaszcza druga zwrotka - czy istnieje lepsze podsumowanie ludzkiego istnienia? Tak krótki wiersz, a jakże inspiruje do myślenia, do zadumy nad faktem, że mimo gonitwy za sławą, pieniędzmi, sukcesem wszystkich nas czeka to samo - jedyny fakt pewny w życiu czyli śmierć. A tak wygląda to z muzyką Variete:


I żeby pozostać konsekwentnym, wiersz Bohater Liryczny:

Wstałem z ławki na przystanku
jak bohater liryczny,
który niby to
nie ma gdzie pójść,
ale idzie,
i kula ten liryzm, kula
jak śnieg na bałwana.

1996

 

Refleksja nad tym, że poeta jest w pewnym sensie aktorem. Czy musi nim być? Tak, bowiem trudno jest wyżyć ze sztuki. Jesteś artystą? Pierwszą rzeczą jakiej musisz się nauczyć to umiejętność walki z odrzuceniem twojej twórczości. Ja nie jestem artystą, niemniej wykonuję zawód który jest niezwykle twórczy, dlatego doskonale to rozumiem i czuję... Piosenka Bohater Liryczny  otwiera doskonały album Variete pt. Wieczór przy balustradzie:



Wybrane dziś wiersze łączą się ze sobą nie tylko faktem powstania w tym samym roku, ale tym, że można nazwać je swoistymi migawkami z życia, których w tomiku jest wiele. 

Do twórczości Variete jeszcze na pewno wrócimy, tymczasem poniżej komentarz, jaki pojawił się na ich stronie na FB, polecającym wpis z naszego bloga o festiwalu w Jarocinie w 1984 roku (TUTAJ). 

Komentowanie też może być sztuką, a dokładnie fragmentem wiersza... Tym razem,  wycinkiem migawki z ludzkiej egzystencji, jakże dosadnym...


O zespole i poezji Grzegorza Kaźmierczaka więcej TUTAJ

piątek, 25 marca 2022

Z mojej płytoteki: Tangerine Dream - Tangram, czy rzeczywiście ich najlepszy album?

 


Wiele razy na naszym blogu omawialiśmy, i omawiać jeszcze będziemy, albumy Tangerine Dream (LINK). Naszym zdaniem do największych dzieł zespołu należą - debiut - Phaedra z 1974 roku (opisany TUTAJ) oraz znakomity Stratosfear (opisany TUTAJ) z 1976. W obecnym czasie zbliżającej się do nas kolejnej zimnej wojny warto też wspomnieć o doskonałym Exit (rok 1981, opisanym TUTAJ) i utrzymanym w podobnym stylu Hyperborea (wydanym dwa lata później). 

Dzisiejszy album jest uważany przez wielu za najlepsze dokonanie zespołu. Nagrany został w składzie Franke, Froese, Schmoelling czyli w takim samym, w jakim nagrali Exit, choć dzisiejszy album jest zapewne mniej elektroniczny i bardziej wyciszony. Osobiście używam go od kilku tygodni jako usypiacza... Rzeczywiście ponieważ jest brzmieniowo różny od następcy, wielu krytyków uważa go za przełom między dwoma epokami Tangerine Dream. Mowa tutaj o epoce długich elektronicznych, zwykle improwizowanych utworów, opartych głównie na sequencerach, a epoce zapoczątkowanej na Exit, czyli krótkich utworów utożsamianych z brzmieniem new age.


 

Co ciekawe, wielu fanów TG po tej płycie odwróciło się od zespołu. Zatem w ich mniemaniu to ostatni album TG wart uwagi, a jak wspomniano powyżej, również i najlepszy.

Interesującym jest minimalizm towarzyszący tej płycie - dwie suity po jednej na każdej ze stron albumu, oraz bardzo minimalistyczna okładka, bez wkładki wewnątrz. Również informacje na niej zawarte są niezwykle lakoniczne. 

Poza tytułami dowiadujemy się, że Edgar Froese gra na keyboardach, gitarach, Chris Franke na keyboardach i perkusji elektronicznej, a Johannes Schmoelling na keyboardach. Co ciekawe, album został wyprodukowany przez Froese i Franke a nagrany w 1980 roku w studiach Polygon w Belinie a zmiksowany w studiach Hansa w tym samym mieście.

Muzycznie jest niezwykle zróżnicowany, co jest wynikiem przejściowego stylu. Mamy tutaj zatem coś, co chyba najlepiej opisano na blogu TUTAJ. Nie umiemy tego lepiej ująć, zatem pozwolimy sobie na cytat: Podobnie jak w dawnych dobrych czasach mamy tutaj tylko jedną długą suitę podzieloną na dwie części; z jednej strony pojawiają się klarowne rozwiązania melodyczne typowe dla składu Franke-Froese-Schmoelling, z drugiej zaś mamy tutaj jeszcze wciąż przestrzenne, przesycone prawdziwą magią niekończące się pochody sekwencyjne i misternie przygotowaną malarsko sugestywną sferę pobocznych harmonii i efektów brzmieniowych.

Zapraszamy, stawiając jednak 6/6, choć wszystko jest kwestią gustu i... umiejętności układania tej chińskiej łamigłówki sprzed 3000 lat, najlepiej przez sen...


Tangerine Dream, Tangram, producenci: Chris Franke i Edgar Froese, tracklista: Tangram Set 1, Tangram Set 2. Virgin 1980.




niedziela, 22 listopada 2020

Ian Curtis i historia koszulki The Sound and the Fury

Wizerunek Joy Division był przemyślaną, świadomie przyjętą częścią ich estetyki. Opisaliśmy stylistykę zespołu, której naczelną cechą był minimalizm, ogarniający ubiór, wystrój słabo oświetlonych koncertów, ponure zdjęcia i czarno-białe okładki albumów (TUTAJ). W tym konsekwentnym designie mieściły się nawet odstępstwa , takie jak jednorazowo założona przez Iana Curtisa koszulka z nadrukiem The Sound and the Fury (Wściekłość i wrzask) na koncert w Paradiso w Amsterdamie 11 stycznia 1980 (o klubie pisaliśmy TUTAJ a sam koncert można usłyszeć na wydanym bootlegu, który omówiliśmy TUTAJ). Napis był po prostu zacytowanym tytułem powieści Williama Faulknera wydanej w 1929 roku, wyciągniętym z dramatu Szekspira Makbet (Akt 5, scena 5)


Life’s but a walking shadow, a poor player 

That struts and frets his hour upon the stage,

And then is heard no more. It is a tale

Told by an idiot, full of sound and fury,

Signifying nothing.


To życie tylko cieniem jest przelotnym,

Nędznym aktorem, co przez swą godzinę

Na scenie świata pawi się i puszy,

I milknie potem; to opowiadana

Z krzykiem i furią powieść przez idiotę,

Nic nie znacząca.


Koszulka była jednorazowym projektem autorstwa holenderskiej plastyczki Zsa Zsa Linnemann, którą Ian Curtis odwiedził dzień przed występem. Podobno reszta zespołu nie była tym zachwycona, co świadczy, iż wygląd muzyków nie był przypadkowy i musiały istnieć określone przez kogoś ścisłe zasady ich stylu.


Plastyczkę Zsa Zsa Linnemann Ian Curtis poznał rok wcześniej. Przeprowadziła się ona wraz ze swoim chłopakiem Sjefem Somers do Londynu, bo tak byli zafascynowani brytyjskim punk rockiem. Tam chodzili na koncerty i próbowali kontaktować się z muzykami. Udało im się wówczas umówić na spotkanie z Ianem Curtisem, jednak ostatecznie zobaczyła się z nim tylko Zsa Zsa, bo Sjef rozchorował się. I tak Zsa Zsa i Ian Curtis spędzili razem popołudnie i wieczór (tak podał w swojej książce Harold Schellinx, Ultra: opkomst en ondergang van de ultramodernen, een unieke Nederlandse muziekstroming (1978-1983), Amsterdam 2012.). Musiało to być miłe spotkanie, skoro po roku Ian odwiedził Zsa Zsa i pożyczył przygotowywany przez nią na egzamin wstępny do Rietveld Academy projekt, po czym wystąpił w nim na wyjątkowym amsterdamskim koncercie. Wyjątkowym z dwóch powodów: Joy Division wystąpili tam bez suportu, który z niewyjaśnionych powodów nie pojawił się, i W rezultacie koszulka zyskała nieśmiertelność, utrwalona na wielu zdjęciach Lexa van Rossena.



Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki… Trzeba przyznać, że fragment monologu Makbeta, z którego zacytowany jest napis na koszulce wyjątkowo pasuje do Iana Curtisa, zupełnie jakby został napisany specjalnie dla niego…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

czwartek, 25 lipca 2019

Eric Frey: Chcę, by moje zdjęcia zachęciły Cię do snucia marzeń i ukoiły do snu

Moje ulubione tematy to czarno-białe pejzaże w formacie kwadratowym, szczególnie lubię czyste, minimalistyczne kompozycje z tajemniczą atmosferą -  takimi słowami przedstawia się Eric Frey na wstępie swojej stronie internetowej, TUTAJ. Brzmią one niemal jak przestroga znad wiadomych wrót: lasciate ogni speranza, voi ch'entrate (porzućcie nadzieję wszyscy, którzy tu wchodzicie).

Obrazy, które za chwilę zobaczymy może nie przedstawiają równin Hadesu, bliżej im do Pól Elizejskich, niemniej niosą w sobie ładunek egzystencjalnych emocji. Są - tak jak chce ich autor - minimalistyczne, lecz nie jest to chłodny minimalizm skrywający w sobie mocne emocje w stylu malarstwa zen, taki, jaki zaprezentował nam niedawno Hengki Koentjoro (TUTAJ), lecz pełen symbolizmu komentarz ludzkiej egzystencji.  


Frey prezentuje nam iście europejski ból istnienia, wynikający rozdarcia, jakie każdy nas nie raz przeżywał, niewiadomej kresu naszego losu i nieznajomości drogi, która do niego prowadzi - Aczkolwiek sam autor odżegnuje się do nadawania jego pracom głębszego sensu. W jednym z wywiadów powiedział wręcz, że chcę, aby moje zdjęcia były postrzegane jako znak zapytania „?” Lub jako wielokropek „… Chcę, żeby były wystarczająco otwarte, aby ludzie mogli w nich zobaczyć, to co sami zechcą: uspokajającą atmosferę, tajemniczy i niepokojący klimat lub cokolwiek.   Krótko mówiąc, daje swobodę wyobraźni. W przeciwieństwie do reportażu fotograficznego, którego celem jest wyrażenie pewnej rzeczywistości, chciałbym, aby moje zdjęcia zachęciły Cię do snucia marzeń i ukoiły do snu.

W osiągnięciu tajemniczości pomaga autorowi biało-czarna tonacja, choć Fotograf nie stroni od zdjęć kolorowych. Jednak nawet ich kolor jest stonowany, ograniczony do kilku barw, które w dodatku nie kontrastują ze sobą, zupełnie jakby naczelną zasadą Freya było nieść spokój, niczym w wierszu  Charles’a Baudelaire’a (warto zobaczyć TUTAJ) zatytułowanym: Zaproszenie do podróży (L’Invitation au voyages)

Les soleils couchants
Revêtent les champs,
Les canaux, la ville entière,
D'hyacinthe et d'or ;
Le monde s'endort
Dans une chaude lumière.

Là, tout n'est qu'ordre et beauté,
Luxe, calme et volupté.

Gdy słońce ucieka, 
To zaraz obleka 
Fioletem i złotem błyszczącym 
Gród, pola, kanały; 
I oto świat cały 
Usypia w tym świetle gorącym. 

Tam zawsze ład, piękno, przepychy 
I rozkosz, i spokój trwa cichy
(Tłumaczenie: Maria Leśniewska  LINK). 

Równie poetycko mówi o tym autor zdjęć: wchodzę w eteryczną atmosferę, w której przestrzeń i cisza narzucają sposób oddychania, poruszający i mnie.

Wejdźmy więc w świat Erica Frey’a, zobaczmy co nam oferuje, zanurzmy się i oddychajmy wraz z nim niejednoznaczną atmosferą, taką której spokój może zwiastować burzę.

Więcej prac Erica Freya znajdziecie na jego stronie internetowej. I pamiętajcie - wszystkie te zdjęcia są chronione jego prawami autorskimi.














A teraz, gdy zderzyliśmy się z tym, co proponuje nam jego wyobraźnia, pozwólmy aby autor prac sam się nam przedstawił:

Urodziłem się 25 marca 1966 r. Nazywam się Eric Frey, jestem przedsiębiorcą prowadzącym działalność na własny rachunek, specjalizującym się w projektowaniu i wykonywaniu stron internetowych. Mieszkam w Malaucène w departamencie Vaucluse, w regionie Prowansji (we Francji). Posiadam tytuł magistra matematyki, pasjonuję się też fotografią i nowymi technologiami.

W celu promowania mojej pracy fotograficznej musiałem sam się kształcić w tworzeniu stron internetowych (…)

Odkryłem fotografię późno. Bardzo szybko czarno-białe, kwadratowe kadry stały się dla mnie oczywistością. Czerń i biel są niezastąpione ze względu na swoją siłę i świeżość. Jeśli chodzi o kwadratowy format, jest to geometryczna kopalnia złota, która oferuje wiele możliwych kombinacji kompozycji.
 
Moje fotograficzne wybory naturalnie poszły w kierunku struktur raczej minimalistycznych, w których znajduję czyste linie i proste formy geometryczne.
 
Moje fotograficzne wędrówki często prowadzą mnie do odwiedzania tych samych miejsc w poszukiwaniu światła, atmosfery. Bo rzeczywiście, z godziny na godzinę, z dnia na dzień, żadne miejsce nigdy nie oferuje tego samego.  Zdjęcie naprawia chwilę, zatrzymując jej ulotność. Szczególnie podoba mi się ten cytat Rolanda Barthesa który podsumowuje moją wizję fotografii:  "To co w fotografii powtarza się w nieskończoność, wystąpiło tak naprawdę tylko raz"  LINK.

Cóż jeszcze dodać? Artysta lubi jazz i chętnie rejestruje koncerty, szczególnie lubi zespół Esbjörn Svensson Trio oraz Erika Truffaza. Oprócz tego ma zainteresowania kosmiczne, robi zdjęcia gwiazd, galaktyk i wszelkich zjawisk astronomicznych.

Znaliście prace tego znakomitego artysty? Pamiętajcie, że poznaliście je dzięki nam - dlatego czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.