Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania cocteau twins, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania cocteau twins, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2024

Niezapomniane koncerty: Somesurprises w KEXP - ambitny shoegaze/dreampop, a może zwyczajnie rock atmosferyczny?

Foto: LINK

Na początek zaskoczenie, bo okazuje się, że posiadająca dość nietypową urodę gitarzystka i wokalistka amerykańskiej grupy Somesurprises, ma pochodzenie egipsko-angielsko-amerykańskie. Poza faktem, że gra i śpiewa, pisze też teksty piosenek. Mowa o Natashy El-Sergany, która urodziła się w Letterkenny w Irlandii i wychowana na północy Anglii, a następnie wyjechała na Florydę (mając zaledwie 10 lat). Zamieszkała finalnie w Seattle w stanie Waszyngton. 

Somesurprises to czteroosobowy zespół, w którym poza Natashą występują: Josh Medina - gitara, klawisze, Laura Seniow - gitara basowa i Benjamin Thomas Kennedy - perkusja. 

Zespół w wywiadzie udzielonym podczas dzisiejszego występu twierdzi, że prezentuje styl shoegaze, choć naszym zdaniem jest to bardzo unikalny styl, rozbudowany, przestrzenny. Kiedyś w Polsce (w latach 90-tych) mówiono o tzw. rocku atmosferycznym. I chyba to określenie doskonale pasuje do muzyki zespołu. Świeża, ambitna, piękna, coś między Cocteau Twins (lecz znacznie bardziej miękko i mniej schematycznie) a  Slowdive (ale  Somesurprises są bardziej eksperymentujący).

Zaczęli od kaset, tak też w 2016 roku wydali Voice Memos. Był to zbiór przypadkowych i wyciszonych utworów nagranych na żywo i bez dogrywek. W 2019 nagrali kolejną kasetę - Somecandy. W 2019 pierwszy album o takiej samej nazwie jak grupa, a obecnie lansują tegoroczny Perseides. O tym albumie na pewno jeszcze napiszemy, jednak jak dowiadujemy się ze strony zespołu (TUTAJ) El-Sergany nagrywała i demowała utwory w niemal całkowitej izolacji, zaczynając od początku 2021 roku w legendarnych studiach Crybaby w Seattle.  

Motto zespołu (i nowej płyty): Jeśli rany koła czasu wyssały twoje serce z życia, podobnie jak Hafez, w demona żalu rzuć strzałę spadającej gwiazdy.

Dzisiaj usłyszymy:  Cherry Sunshine, Bodymind, Why I Stay, Perseids (poza pierwszym wszystkie utwory pochodzą z najnowszej płyty).

Pierwszy, Cherry Sunshine, jest idealny na otwarcie, rytmiczny, rozkręca się i jak tekst wskazuje jest o wiśniowym wschodzie słońca. Bodymind jest o pamięci cielesnej, przy okazji Natasha pokazuje swoje możliwości wokalne. Warto zwrócić uwagę, jak narasta ściana dźwięku w tej piosence (choć kończy się dość przewidywalnie) 

Kiedy już tu wszedłeś, nie mogłam pozwolić ci odejść
Natkniesz się na armię
Kiedy już rozpracuję twe ciało
Nie pozostanie we mnie żaden umysł
Kiedy już zrozumiem, że ten umysł nie istnieje
Bądź kimś, kto po mnie zostanie

Kiedy już się dowiem
Kiedy już się dowiem
Kiedy już zrozumiem ten umysł

Dołączę do żywych i będę się radować!
I radujcie się!


Why I Stay - tutaj lekko przesuwamy się w kierunku Belly, wokalnie przypomina się bowiem Tanya Donelly. Piękna piosenka, również w warstwie tekstowej. 

Możesz się zastanawiać, dlaczego tu zostaję, ale ja wiem
Jeśli odejdę, nie wrócę
Za każdym razem, gdy odchodzę, wiem
Nie wrócę

Słońce nie może prześcignąć Księżyca
Noc nie może dogonić dnia
Każdy porusza się po własnej orbicie
I nie możesz tego wymusić

Możesz się zastanawiać, dlaczego tu zostaję, ale ja wiem
Jeśli odejdę, nie wrócę
Za każdym razem, gdy odchodzę, wiem
Nie wrócę

Możesz się zastanawiać, dlaczego tu zostaję, ale ja wiem
Jeśli odejdę, nie wrócę

Całość kończy tytułowy utwór z ostatniego albumu: Perseids. Przytoczone powyżej motto piosenki bazuje na pewnym poemacie, ale o tym napiszemy, kiedy omówimy album. Tymczasem popłyńmy z rojem meteorów w kolejny wiek...

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 


Somesurprises w KEXP, 9.07.2024, tracklista: Cherry Sunshine, Bodymind, Why I Stay, Perseids.
 

poniedziałek, 30 września 2024

Isolations News 295: Nagrobkowa płyta the Cure? nowy film o the Beatles, wraca Interpol, U2 i Robin Guthrie bo musi, Żaba z Bagna w radio, najstarszy ser świata, dwa księżyce, z pamiętnika Niemki, żryj pasikoniki, zegarek Bonda i bezpłatny festiwal muzyczny dla osób z demencją


Na początek powieje chłodem, bowiem w zeszłym tygodniu The Cure zademonstrowali fragment singla Alone z nowej płyty, a w klipie można poznać słowa i muzykę do całej piosenki. Album który pojawi się 1 listopada już jest w przedsprzedaży (LINK). Może być hit na miarę wielkich albumów jak Faith czy Pornography. Czekamy, tym bardziej że Cure nagrywają z taką częstotliwością, że to może być ich ostatnia płyta (coś jakby nagrobkowa).
 
Matka i syn idą cmentarną aleją i mijają nagrobek z napisem: ”Tu leży dobry prawnik i człowiek honoru”. Chłopiec przeczytał napis, spojrzał na mamę i spytał: Mamusiu, dlaczego pochowali tu dwóch mężczyzn? 
 

Tyle w temacie mecenasa Romana. Ale nie w temacie nagrobków. Otóż podczas wykopalisk w 2003 r. na cmentarzysku Xiaohe w Xinjiang w Chinach znaleziono pochówek sprzed 3600 lat. Był badany 21 lat i po tym okresie zespół naukowców stwierdził, że na szyi mumii znajdował się ser, który pierwotnie został wzięty za naszyjnik. Zidentyfikowany kawałek sera został zrobiony z mleka koziego i krowiego. Skawalony nabiał został uznany za najstarszy ser na świecie (LINK). 

News ilustrujemy obrazem tworzenia tzw. paradoksu sera. Im więcej sera tym więcej dziur. Im więcej dziur - tym mniej sera... Taka zagadka krąży wśród ćwierćinteligentów którzy spali, kiedy na fizyce i chemii wykładali pojęcie gęstości. Dlatego nowoczesna szkoła likwiduje lekcje fizyki i chemii (LINK). W dalszym programie jest likwidacja szkoły. Nie ma chleba, za to są igrzyska...

 

Skoro o igrzyskach - info z Manchesteru: w Bridgewater Hall miał miejsce bezpłatny festiwal muzyczny dla osób z demencją. W zasadzie nie jest ważne kto grał czy śpiewał (program jest TUTAJ), ale wśród licznych patronów oczywiście jest LGBT Foudation.

- Mamo, dzieci w szkole się ze mnie śmieją że jestem homofobem.
- To nieprawda synku, ale jak ci tak ktoś jeszcze powie to przywal ped@@owi! 

W temacie par z takich samych. Ziemia będzie miała dwa księżyce. Ten drugi będzie asteroidą 2024 PT5  o rozmiarach mniej więcej autobusu. Kiedy w tą niedzielę przeleciał obok Ziemi został tymczasowo uwięziony przez grawitację naszej planety i będzie orbitował wokół przez około dwa miesiące po czym poleci dalej. Ale wróci w 2055 roku (LINK). Wtedy świat będzie uratowany, dzięki zmianom klimatu jakie zajdą po 20 latach uwolnienia się UE od zarazy samochodów spalinowych.


Za to wtedy ludzie będą inni, bowiem jeść będą nowoczesną żywność, między innymi... pasikoniki! Wprawdzie Unia Europejska na razie odrzuciła projekt wprowadzenia sztucznego mięsa, ale wiele wskazuje na to, że już niedługo do trzech rodzajów owadów, które możemy jeść, zostaną dopisane koniki polne (LINK). Ponoć ich jedzenie poprawia sen, włosy i ... libido. Już wiem czemu moja suczka ugania się za nimi i zajada na kilogramy... 
 
Kiedyś za komuny hasłem było: chłopy pijta brom, to nie stanie wom. Teraz za Eurokomuny będzie: Jak se chcesz pofikać żryj pasikonika!
 

Dnia 28 listopada na platformie Apple TV+ premierę będzie miał dokument zatytułowany po prostu: 1964. Produkcja pokaże kulisy organizacji podróży the Beatles do Stanów i koncertu z 27 lutego 1964 roku. Występ czwórki spowodował w Ameryce gwałtowną beatlesmanię. Dokument niejako zapowiada przewidzianą na 2027 r. premierę czterech fabularnych filmów produkcji Sama Mendesa, które ukażą biografię każdego z muzyków, czyli Paula McCartneya, Johna Lennona, Georga Harrisona i Ringo Starra. Filmy te będą opowieścią przedstawioną z punktu widzenia każdego muzyka.

Jaki to ma związek z fikaniem? Ano taki, że zarówno w Hamburgu, jak i w USA muzycy poczęli wiele nieślubnych dzieci, których liczba wciąż jest nieznana. 

Z pamiętnika Niemki:

- Nie znam tożsamości ojca mojej córeczki. Jeździ BMW, które teraz ma dziurę w obiciu drzwi po moim obcasie. Możecie sprawdzić w okolicznych serwisach BMW, czy ktoś tam ostatnio nie naprawiał takiej usterki.

Może w tym celu należy wynająć detektywa? Jeden z nich ostatnio został uznany winnym kradzieży kokainy z policyjnego magazynu w celu sprzedaży narkotyku na ulicach Manchesteru. Ukradł aż 4 kilogramy specyfiku kiedy pracował jako policjant. Wpadł po tym, gdy został zauważony na nagraniu kamery monitoringu jak upuszcza małą torebkę kokainy przed szkołą podstawową, do której chodzi jego córka (LINK).

Najlepszym detektywem - agentem był Bond. James Bond. 

Ten siedzi w barze i przysiada się atrakcyjna dziewczyna. Rozmawiają, gdy nagle ona zwraca uwagę na nietypowy zegarek Bonda. I pyta:

- Czemu ten zegarek jest tak duży?

- Bo on nie tylko wskazuje godzinę, ale też potrafi przewidzieć przyszłość, odpowiada Bond.

- I co przewiduje obecnie?

- Że jest pani bez bielizny...

- Ależ agencie Bondzie - ja jestem przecież ubrana! 

- A tak, faktycznie, potrafi śpieszyć się 15 minut...

A gdzie śpieszą się mieszkańcy Manchesteru? Do szmateksu! Miasto bowiem słynie z mnogości punktów oferujących ubrania z drugiej ręki. W dodatku w ten weekend po raz czwarty z rzędu w mieście odbyły się krajowe targi używanej odzieży. Mieszkańcy byli z tego bardzo, bardzo zadowoleni, choć aby wejść na targi trzeba było kupić bilet (LINK).  

Nam udało się zdobyć selfie typowego Brytyjczyka po dokonaniu zakupów.


Jeśli UK to w 1997 roku, po 15 latach istnienia, Cocteau Twins zakończyli działalność. Ich ostatni album studyjny ukazał się w 1996 roku (Milk And Kisses). Po rozpadzie zespołu Robin Guthrie rozpoczął udaną karierę solową. Wydał sześć albumów, kilka EP-ek i dziewięć kolejnych albumów we współpracy z Haroldem Buddem, Johnem Foxxem i innymi. W lipcu wydał nową EP-kę, złożoną z czterech utworów ambientowych Atlas:


A w zeszłym tygodniu udzielił wywiadu - opowiedział w nim jak doszło do powstania tej E-pki, wspominał Cocteau Twins i... zapowiedział nową płytę, która wyjdzie po tym, gdy pojedzie do Kanady. Wyda ją, bo jak mówi: muszę coś sprzedać, żeby mieć co jeść, ale gdybym nie musiał nic sprzedać, nie usłyszelibyście jej, więc może to i dobrze, że muszę (LINK).


Zespół U2 za to nie musiał, ale udostępnił dwa nowe utwory Country Mile i Picture Of You (X + W) pochodzące z sesji nagraniowej płyty How To Dismantle An Atomic Bomb. Obie piosenki, których kiedyś nie dołączono do wydanego albumu, teraz pojawią się na płycie Re-Assemble Edition zawierającej także inne utwory, które nie znalazły się na wymienionej płycie jak i na jak i na How To Re-Assemble An Atomic Bomb. Nowe wydawnictwo będzie dostępne jako podwójne wydanie cyfrowe od 22 listopada, ale jego przedsprzedaż ruszyła (LINK).

Pisaliśmy wiele razy, że oni skończyli się po Unforgettable Fire (LINK). Amen.


Za to Interpol, który skończył się po drugiej płycie, będzie świętował 20. rocznicę jej wydania, czyli albumu Antics z 2004 roku, który ukazał się nakładem Matador Records. To arcydzieło opisaliśmy TUTAJ. Rocznicowe wydanie wyjdzie w trzech etapach i edycjach: 18 października tego roku wydanie na czerwonym winylu, w tym samym dniu, ale tylko w Meksyku trójkolorowy album LP (czerwony, biały, zielony) a na końcu, dostępny od 24 stycznia 2025 roku: zestaw 3xLP zawierający także 30-stronicowy album i koncert zarejestrowany w 2005 roku w Palacio de los Deportes. W sklepach od 18.10.24. 
 

Przedsprzedaż TUTAJ.

Nic za to nie musi Jacek Żaba Żędzian, twórca festiwalu Rock na Bagnie, który ma własną audycję w radio! (nasz wywiad z Jackiem TUTAJ). Jej tytuł to Żaba z Bagna i można ją można usłyszeć w Radio AKADERA. Artysta zapowiedział, że będzie prezentował cały przekrój muzyki punkowej i jej pochodnych, gdyż wbrew pozorom, jest to muzyka bardzo różnorodna. Zajrzy też czasem na krajowe punkowe podwórko, opowie o historii i korzeniach punk rocka oraz tym, co nowego słychać w Rock na Bagnie (LINK).  

Polecamy, a mistrza pozdrawiamy!

Co myśli żaba tuląc się do jeża?
- Miłość jest cierpieniem.

Jak słuchanie nowych dokonań U2 i Interpol. Albo czytanie nas. A my wracamy już jutro, dlatego czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 29 września 2024

Dokument o Joy Division na kanale Stained Glass Stories: nasza recenzja

Jakiś czas temu opisywaliśmy bardzo dobry film o historii zespołu Cocteau Twins wyprodukowany przez kanał Stained Glass Stories (TUTAJ). Ponieważ miesiąc temu twórcy kanału postanowili zmierzyć się z historią głównych bohaterów naszego bloga, czyli Joy Division, warto co nieco o owym dokumencie napisać. 

Film zaczyna się od dość krótkiego wstępu opisującego każdego z członków zespołu. Oczywiście w tak krótkim dokumencie nie da się zawrzeć detali z życia artystów, jednak może warto dodać te, istotne dla późniejszej twórczości zespołu (te które wywarły wpływ na muzykę). Tak więc Bernard Sumner wychowywał się w bardzo trudnych warunkach (kalectwo matki i jej późniejszego męża), o czym można przeczytać w jego biografii streszczonej przez nas TUTAJ. Jeśli wspomniano o uzależnieniu od Legactilu Iana Curtisa w młodości (choć w jego biografii napisanej przez Middlesa i Reade tego faktu nie podano), to dlaczego nie wspomniano o przygodach Stevena Morrisa, który sam opisuje je w swojej biografii (streszczonej przez nas co środę TUTAJ)? 

Dalej  w filmie zaczyna się historia Joy Division i tradycyjnie już dla tego typu opracowań, podane są fakty wspólnej fascynacji punkiem Sumnera i Hooka, i rozpoczęcie przez nich gry w zespole, ale nie ma w tym miejscu nic na temat wcześniejszych udziałów w swoich zespołach zarówno Curtisa jak i Morrisa, a warto wiedzieć, że zanim dołączyli oni do Joy Division grali w innych grupach. Fakty te wspomina zarówno Morris w swojej biografii, jak i Jon Savage w swojej ostatniej książce (LINK). Co istotne, to Ian Curtis we wcześniejszym swoim projekcie z nijakim Iainem Grayem, wymyślił nazwę Warsaw dla ich wspólnego zespołu (warto zobaczyć TUTAJ): Po dokoptowaniu basisty zaczęli próby w klubie Great Western w Moss Side, choć mieli kłopoty ze znalezieniem miejsca prób, zewsząd byli wyganiani przez kurtkę Iana. Curtis wtedy nie śpiewał, bardziej recytował swoje teksty, jak opisuje to Gray: pochrząkiwał pochylony nad swoim tekstem. Nie mieli wtedy perkusisty, a jako nazwę Ian wybrał Warsaw  z powodu wpływu albumu Bowiego. W okolicach lutego ich zapał wygasł.. 

Dalej w filmie dowiadujemy się, że Warsaw grali jako support Buzzcocks... Taki fakt nie jest nam znany, owszem Joy Division supportowali Buzzcocks, ale Warsaw? Warsaw postrzegani byli w Manchesterze jako tandetny postfaszystowski band, ich koncerty raczej wzbudzały śmiech, a repertuar, którego głównym autorem był Hooky, nie wzbudzał entuzjazmu (przypomnijmy choćby At A Later date czy Gutz). Dlatego zespół oddalił się na chwilę z klubów by zmienić styl, więcej próbować i przechrzcić się na Joy Division (po drodze byli jeszcze Stiff Kittens). We fragmencie o debiucie Warsaw zamiast okładki An Ideal For Living pojawia się okładka jakiegoś bootlegu (An Ideal Begining). Debiut Warsaw przede wszystkim był nie tyle kiepskiej jakości jeśli chodzi o nagranie, ale był nagrany cicho. W jednej z książek o zespole jest opisana scena, kiedy poprosili DJa o puszczenie swojego singla w jakimś klubie w Manchesterze. Ten uległ prośbie, ale gdy tylko singiel zaczął grać, publika zeszła ze sceny bo nagranie było bardzo ciche. Problem tkwił też w fakcie, że okładka zaprojektowana przez Bernarda Sumnera kojarzyła się z nazizmem, i w pierwszej kolejności podczas wznowienia, to jej właśnie pozbył się menadżer zespołu Rob Gretton, zastępują okładką Stevea McGarrego (LINK). 

Jeśli natomiast chodzi o genezę nazwy Joy Division warto wspomnieć, że książkę Katzetnika przyniósł Sumner (LINK), który był też pośrednio inspiratorem okładki Unknown Pleasures. Inaczej wyglądała też historia wyboru menadżera zespołu. Owszem Gretton był na koncercie Joy Division, ale Sumner wspomina, że zaczepił go podczas rozmowy telefonicznej kopiąc w budkę i składając nietypową ofertę. Brzmiało to mniej więcej tak, że ma ofertę pracy przy sprzątaniu kibli, ale może zostać menadżerem Joy Division. Sumner zabrał go na próbę zespołu, a postali nie mieli pojęcia kim jest nowy obserwator ich gry. 

Kiedy omawiany jest debiut płytowy zespołu na minalbumie A Factory Sample powinno pojawić się nazwisko Martina Hannetta, miejmy nadzieję że pojawi się później (i tak też jest). Natomiast w całym filmie panuje dość mocny miszmasz jeśli chodzi o chronologię zdjęć, ale też i nagrań (choćby posiłkowanie się wersjami piosenek ze Still, które przecież ukazały się po śmierci Curtisa i brzmiały inaczej niż zespół sobie tego życzył w czasie ich nagrywania, a wersje z tego albumu są raczej mniej lub bardziej nieudanymi wizjami Hannetta). Podobnie jest ze zdjęciami, warto było jednak wspomnieć Kevina Cumminsa, jako jednego ze świadomych kreatorów ponurego wizerunku zespołu. Postać legendarnego fotografa nie powinna być  pomijana, zwłaszcza we fragmencie filmu kiedy omawiany jest unikalny wizerunek grupy (nie padają też nazwiska wielu innych osób, bez których dziś nie wiedzielibyśmy tyle o zespole, i które miały kolosalny wpływ na to jakim zespól się stał, czyli poza Cumminsem nie padają choćby nazwiska Micka Middlesa, Antona Corbijna czy Jona Savage'a). 

Przy omawianiu muzycznych inspiracji obok Kraftwerk, czy Velvet Underground, nie pada nazwa the Doors... A przypomnijmy, że Jim Morrison był wielkim idolem Iana Curtisa. Ten ostatni miał przecież podobny tembr głosu, przez co koncerty Joy Division w USA były reklamowane jako występy nowych the Doors. 

Podczas opisywania Hannetta i jego sposobu nagrywania koniecznie należało wspomnieć o uzależnieniu od narkotyków. Tak jak późniejsze albumy the Beatles są dziełem narkotyków w synergii z talentem muzycznym, tak samo produkcje Hannetta (jakże inaczej brzmiące niż zespół na żywo) były wynikiem jego eksperymentów z narkotykami, o czym wspominają sami muzycy. Martin po wyjściu zespołu ze studia zamykał się w nim, zażywał narkotyki, miksował, a rano, już na trzeźwo, słuchał swoich dzieł. 

Podczas omawiania okładki Unknown Pleasures warto było wspomnieć, że nie ma na niej nazwy zespołu (pierwsi ten zabieg zastosowali the Beatles), ale to może mniej istotne. Okładka jest fakturowana - to najważniejsze. Chodziło bowiem o to, żeby po wzięciu jej do ręki czuć było fakturę muzyki, co dotyczyło głównie słuchaczy z wadami wzroku lub jego brakiem. 

Odnośnie Closer to trudno też zgodzić się, że okładkę zaakceptował Curtis, wkoło tego faktu istnieją kontrowersje, a biorąc pod uwagę (pokazaną w filmie) ewolucję okładki LWTUA można sądzić, że Factory zastosowała chwyt reklamowy (jeśli tak to można nazwać - pisaliśmy o tym TUTAJ). Potraktowanie wątku samobójczej śmierci Curtisa w filmie to temat na zupełnie osobny wpis. 

Reasumując, film jest dobry dla początkujących fanów zespołu. Być może należało w nim poszerzyć kilka wątków, a inne skrócić. Niemniej można go (mimo kilku zastrzeżeń) polecić jako wstęp do budowania wiedzy o zespole. Takiej podstawowej wiedzy, pamiętając jednak, że diabeł tkwi w szczegółach... 

 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

                   

piątek, 24 maja 2024

Ten album warto znać: Tem(pi)el - MMXIII - nostalgiczny szwedzki postrock

 

Jeśli spojrzeć na nasz bardzo stary wpis TUTAJ w którym prezentowaliśmy koncert znakomitej Anny von Hausswolff, to okazuje się, że producent jej debiutu pt. Ceremony, Filip Leyman też miał ambicje muzyczne zakładając w Göteborgu z Albertem af Ekenstamem zespół Tem(pi)el. 

Jak podkreślają (TUTAJ) Filip Leyman szukał projektu, w którym miałby pełną swobodę artystyczną. Jednocześnie jego marzeniem było tworzenie muzyki, która powstawałaby w połączeniu nowoczesnej technologii – syntezatorów, automatów perkusyjnych i samplerów – z instrumentami akustycznymi i klasycznym instrumentarium. 

Tak też jest na znakomitym albumie MMXIII, z 2013 roku.  Albert af Ekenstam, gitarzysta między innymi Sumie Nagano, współtworzący z Leymanem miał bardzo podobne zainteresowania muzyczne. Poszukiwał także możliwości rozwijania własnych pomysłów. Projekt dojrzewał i ewoluował przez dwa lata. Do zespołu w międzyczasie dołączyła artystka Love Hultén, której niezwykłe pomysły wizualne stały się ważną częścią Tem(pi)el.

Podczas sporadycznie powtarzających się, ale sprawnie realizowanych sesji studyjnych, muzyka stopniowo rozwijała się w undergroundowym studiu Filipa Leymana. W zaskakująco naturalny sposób szybko przekształciła się w odmianę post-rocka, w którym gatunki elektroniczne spotykają się z ciężkim, głębokim rockiem. Można określić to słowami Rene Descartesa: Kraina niedźwiedzi, wśród skał i lodu.

Niestety mimo tworzenia znakomitej muzyki, dzieło MMXIII jest jedynym w dorobku zespołu, a szkoda...

Album zaskakuje różnorodnością, jest krótki i zawiera tylko 7 piosenek. Pobrzmiewają w nim echa Swans, Cocteau Twins, czy elektroniki Tangerine Dream, jest melodyjny i chwilami dość mocno rockowy. Niemniej nie brakuje w nim nostalgii. 

Na otwarcie Departure - typowo postrockowy, prosty riff zostaje mocno rozbudowany o okraszony solówkami. Napięcie narasta.. Expedition wprowadza świetny klimat. W tle pobrzmiewa Dif Juz. Przechodzi w pewnym momencie na pierwszy plan i jak brzmi! Desolate to początkowo elektronika, słychać Tangerine Dream do którego dołącza perkusja. Ciekawe... Gitary wracają na Disclosure, utwór rozkręca się leniwie, ale po chwili znowu brzmi niczym stare, dobre 4AD. Escape trzyma poziom, będąc jednocześnie jednym z najbardziej nostalgicznych utworów na albumie. Brzmienie gitary w tej piosence staje się znakiem firmowym albumu. Relief znowu wolno się rozkręca a całość kończy Transcendence - klimatami ponownie (przynajmniej na początku) zahaczając o elektronikę rodem z  Tangerine Dream. A później znowu ściana gitar.

Reasumując, ciekawa muzyka, zmuszająca do myślenia bogactwem klimatów i pejzaży. Szkoda że nic więcej nie nagrali...

  

Tem(pi)el - MMXIII, Kning Dics, 2013, tracklista: Departure, Expedition, Desolate, Disclosure, Escape, Relief, Transcendence.

 

piątek, 26 kwietnia 2024

Ten album warto znać: Second Still i ich EPka pt. Equals - ambitna zimna fala

Jakiś czas temu opisywaliśmy na naszym blogu zespół Second Still z USA (TUTAJ). Początki kapeli to rok 2014 i Brooklyn, a skład to Ryan Walker (gitara), Alex Hartman (bas) i Suki San (wokal i teksty). Co ciekawe, nazwa zespołu, kojarzyć się może z albumem Still zespołu Joy Division z 1981 roku. Ale naszym zdaniem jest zaczerpnięta z doskonałego albumu Modern Eon pt. Fiction Tales (opisanego TUTAJ) też z 1981 roku.

 

Muzyka zespołu spodoba się wszystkim wielbicielom wspomnianego Joy Division, ale też the Cure (oczywiście tego z czasów Faith czy Pornography), X-Mal Deutschland czy bardzo wczesnego Cocteau Twins, ale szczególnie polubią ją wielbiciele Siouxsie and the Banshees. No i ten bas - ewidentnie zajumany z New Order (w tle słychać wołanie Iana Curtisa: Hooky play high), a powodowany fatalną akustyką Knot Mill, gdzie zespół próbował. Ach ten klimat...

Jeśli ktoś zna koncert zespołu z PressureDrop.tv (jest TUTAJ) z 2017 roku, to omawiane dziś wydawnictwo, ponieważ ukazało się rok później, pokazuje lekką ewolucję stylu muzyki kapeli. Brzmienie jest zdecydowanie bogatsze niż na wspomnianym show, pojawiła się elektronika, a piosenki nabrały delikatności. Są oczywiście zimne, ale już nie tak bardzo jak wcześniej.

Początek to znakomity i nastrojowy In Order:

Stworzeni do zatracenia w mieście
Jesteśmy czymś, czujemy się inaczej
Mogłabym się naćpać
Ocal mnie od moich wspomnień
Mogę być lepsza niż ludzie wokół mnie

Gdy płakałam
Zabierz mnie na drugą stronę piekła

Prowadzona przez zagubiony głos
Moje odbicie, nieuniknione
Mogłabym się naćpać (mogłabym zamknąć oczy)
Jestem lepsza od ludzi wokół mnie

Gdy płakałam
Zabierz mnie na drugą stronę piekła

Odkrywasz, że zawsze będziesz ją kochał
Odkrywasz, że zawsze będziesz ją kochał

Ashes jest utrzymany w starym zimnym i chropowatym stylu. Piosenka podsumowuje sens ludzkiego istnienia:

Spotkałeś los, twój duch przygasł
Nadszedł ogień, trzymaj się mocno
Myślisz, że wszyscy wiedzą
Chcesz po prostu, chcesz...
Umrzeć 

Automata - piękna piosenka ze wspomnianą głębią... Jest tu dużo przestrzeni, refleksji nad powtarzaniem przez człowieka codziennych czynności, które czynią z nas bezrozumne maszyny. Utwór najbardziej przypomina dokonania Siouxsie and the Banshees. Ale skoro ci nie istnieją to dobrze, że mamy Second Still... 

Czy jestem prawdziwym człowiekiem?
Czy zastanawiam się tak jak reszta z nich?
Czy jestem marzycielem
Jeśli wiem, że moich marzeń wciąż mi brakuje?

Nie mogę dzisiaj ze sobą żyć
Właśnie to mówię
Nie mogę się dotknąć, a mimo to coś czuję

Czy to pustka w moim sercu?
Kiedy patrzę w lustro, czuję pożądanie
Mój umysł był zaprojektowany na obraz twojego ojca

Nie mogę dzisiaj ze sobą żyć
Właśnie to mówię
Nie mogę się dotknąć, a mimo to coś czuję

Jak długo trwa zakończenie programu i rozpoczęcie piosenki?
(Czy ja śnię?) Jak długo (czyja to twarz?)
Aby mój program się skończył (Czy tracę całą siebie) i zaczęła się moja piosenka
(Czy ja śnię?) Jak długo (czyja to twarz?)
Aby mój program się skończył (Czy tracę całą siebie) i zaczęła się moja piosenka?

Opening znamy ze wspomnianego powyżej koncertu. I tak też brzmi, może poza nieco bardziej miękkimi wokalami. Piosenka opisuje walkę między niebem a piekłem... Całość oryginalnego wydawnictwa kończy Altar - o dziwnej kobiecie - zjawie. Bardzo nowoczesna i akustyczna zimna fala. Wideo z kanału, którym posiłkujemy się w tym wpisie, zawiera jeszcze bonus track - Walls. I bardzo dobrze, bo gdyby do CD Garlands (TUTAJ) zawierającego bonusy z singlami Cocteau Twins, ktoś chciał dodać kolejny utwór - to proszę bardzo... Utwór o inwestycji w nowe uczucia, o poważnej inwestycji. 

Możesz zapomnieć
Wszystko co powiedziałeś
Jestem przyjaciółką
Która cię pokocha

Daj temu czas
Daj temu czas
Widziałeś, jak waliły się ściany
Ale lada dzień one wrócą
Nie spiesz się tym razem

On ją pokocha
Ale więcej dostanie
Nie daj się oszukać
Dla mnie jesteś więcej niż głupia

Daj temu czas
Daj temu czas
Widziałeś, jak waliły się ściany
Ale lada dzień wrócą
Nie spiesz się tym razem    

Mimo wszystko to znakomite wydawnictwo, bowiem jak długo muzyka pozostaje inspiracją i na odpowiednim poziomie uzupełnia pikowe dokonania minionych lat, tak długo cieszy ucho. Bo dziś niewielu już tak gra.   

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


 


Second Still, Equals, 2018, producent: Second Still i Chris King, tracklista: In Order, Ashes, Automata, Opening, Altar.   

piątek, 8 marca 2024

Nasza relacja: Darker Waves Festival, Los Angeles 18.11.2023. cz.1

Kolega Nieprzypadek po swojej relacji z koncertu wokalisty Ultravox (TUTAJ) zaprasza dziś na pierwszą część relacji z festiwalu Darker Waves Festival w Los Angeles. I to jest wspaniała relacja, za którą w imieniu załogi i czytelników dziękujemy!

Prolog

Jeśli w środku polskiej nocy przeraźliwie dzwoni telefon zza Oceanu, może to oznaczać tylko jedno: Mr. Colourbox wyhaczył jakiś koncert. A jeśli dzwonek nie milknie i nie odpuszcza - musi to być coś wyjątkowego.

- Czego!? - pytam półprzytomny, a jego podekscytowany głos wyrywa mnie z jakiejś bajkowej przygody, bo przecież we śnie zwykle przeżywam różne jazdy. Podobno między wymiarami.

Tymczasem ze słuchawki dobiega niekontrolowany bełkot,     z którego trzeba wychwycić jakiś sens, przesiewając przez sito zrozumienia wszystkie przecinki. A sens brzmi dość radośnie:

- Wstawaj do cholery i trzymaj się! Wiedziałem, wiedziałem, że jeszcze coś się wydarzy!

- Ale co? - na razie budzę się dość wolno.

- Słuchaj, sprawa jest… koncert! Nieee, właściwie nie żaden koncert. Cały festiwal!

- Piosenki amerykańskiej w Zielonej Górze?

- Skoncentruj się: do Los Angeles zjeżdżają Romantycy Muzyki Rockowej, Human League, Soft Cell, Tears for Fears…

- Przecież oni wszyscy już chyba nie żyją?

- Słuchaj dalej: OMD, Echo & The Bunnymen, New Order, Clan of Xymox i cała masa innych!

- Jedziemy, nieważne kiedy, nieważne jak - ocknąłem się na dobre - załatwiaj bilety!

Przygotowania

Zdobyć wejściówki na taki event to niezłe wyzwanie. Polowanie zacznie się o godzinie De-iks, rzucą się chętni z całej planety i wypadałoby wskoczyć na czoło peletonu i jakoś oszukać Centralny Wyrównywacz szans, zwiększając swoje. Aaaaby tak się stało - warto znać osoby, które gromadzą punkty, kupony i inne lojalnościowe bzdety, ale dzięki nim mają zniżki, specjalne dostępy i inne cuda-wianki. Poprzez taką osobę i furtkę z napisem preorder udaje się! W normalnej sprzedaży bilety rozchodzą się w minutę-osiem, a potem jest już  pozamiatane. Jest co prawda lista oczekujących... Tak, tak, piszpan na Berdyczów. My nie musimy.

Skoro znana jest data imprezy: 18.11.2023 mamy pół roku by się przygotować. Ułożyć sobie wszystko w robocie i najważniejsze: wymyślić mocne alibi, by otrzymać urzędowe zezwolenie wyjazdu z domu. Wiadomo: z naczelnym urzędem kontroli rozrywki nie ma żartów. Wszak nasza formuła jest znana i sprawdzona: żadnych zbędnych bagaży no i przecież na jeden dzień nie pojedziemy. Nie karkuluje się, gdy dookoła Dziki Zachód. Ihaaa!

- Powiedziałeś już? - Pytam po kilku dniach - Bo u mnie luzik, przypomnę jakiś tydzień przed wyjazdem: "przecież mówiłem, że jadę".

- Nie. Czekam na odpowiednią sposobność - tłumaczy Mr. Colourbox - mam już gotowy tekst.

Najważniejsze, że bilety lotnicze zakupione, samochód wynajęty, pierwszy nocleg zarezerwowany, a potem - jak zwykle: plan bez planu, gdzie oczy poniosą, byle dalej, do przodu, przed siebie.

Później

Pięć miesięcy i dwa tygodnie później:

- Powiedziałeś już?

- Jutro jej powiem, będzie dobry moment.

Jutro będzie futro. Jutra nie było. Świat się skończył. Spadliśmy z nieba do piekła. Z tym, że na niebo ktoś zesłał potop, straszny potop, a piekło w jednej chwili zamarzło. Co w takiej sytuacji? Jechać samemu? Nie jechać? Szukać zastępstwa? Wszystko poszło się ye ye ye. Nie ma nic. No nic. Niezły kalejdoskop.

- Ratujmy co się da. Ja jadę.

Słowa - jak śpiewał klasyk - are very unnecessary, they can only do harm. Przejdźmy więc do czynów. Od jakiegoś czasu błąkam się po tym Dzikim Zachodzie, pokonując setki mil, lecz westernowe przygody, których Festiwal w Los Angeles miał być ukoronowaniem - to opowieść na inną opowieść, która być może kiedyś zostanie spisana - ale najpierw muszą zostać odtajnione akta miasta Las Vegas.

W drodze

W każdym razie zbliża się dzień festiwalu (to już jutro), a dziś jest dziś. Mr. Colourbox ostatecznie wywalczył z władzą domową wydanie paszportu na 3 dni i ma dziś wieczorem dolecieć. Ominęło go wiele wydarzeń, niektóre wymknęły się spod kontroli, bo oto na tzw. autostopa pojawił się Ten… Trzeci. Ten Trzeci nie interesuje się muzyką, choć jest jednym z mocniejszych rock'n rollowców, jakiego spotkałem. Dziś więc musimy jeszcze przebić się na drugi koniec Los Angeles i dojechać do placówki dyplomatycznej, bo Ten Trzeci zgubił gdzieś paszport, prawdopodobnie wtedy, gdy trąbił na hejnał. Zazwyczaj Ten Trzeci leży rozwalony na tylnej wersalce auta, ale akurat wtedy musiał wyleźć, bo była stacja paliwowa, a jemu się nafta skończyła. No i stało się, po prostu stało się. Sam nie wiem co było prostsze: wytrzymać z Tym Trzecim, czy znaleźć w nocy w Las Vegas, gdzie byliśmy jeszcze wczoraj, fotografa, który wykona zdjęcia biometryczne do nowego paszportu. Przygody!

Jednakże - chyba dzięki przedkoncertowej adrenalinie - ten etap podróży udaje się szczęśliwie zakończyć i oto, po odebraniu Mr. Colourboxa z lotniska LAX, jedziemy we trójkę w stronę plaży Huntington, by przenocować w okolicy. Kto jedzie? ja, Ten Trzeci, Mr. Colourbox oraz 12 kilo winyli/u, które dla mnie przytargał. Bless you.

Szybki login w likierni (gdyż w normalnych sklepach po 9 pm w L.A. panuje prohibicja na mocne), więc w bagażniku wesoło pobrzękuje szkło, a my szybko na bazę, gdzie trzeba się posilić. Nie jesteśmy wybredni - obowiązuje zasada: im gorzej tym lepiej. Czyli wybieramy najgorsze (a więc najlepsze) motele, spelunki i zakazane nory oraz podejrzane zaułki. I fajnie jest, bo wszystko jest. Jest wszystko.

Bombowa niespodzianka

Za pierwszym lepszym rogiem znajduje się jakaś pizzeria, jeszcze czynna, więc wbijamy. Mają tu wina (bynajmniej nie mea culpa) białe, czerwone, mają również takie napoje z meksykańskiej agawy, a nawet Chopina z polskiego ziemniaka oraz coś z włoskiego chmielu. Atmosfera panuje wesoła, ludzie się bawią. I gdy bawią się już całkiem dobrze obsługa zaczyna wietrzyć lokal. Zostają zajęte tylko dwa stoliki: ten nasz i ten dłuuugi obok. Zebrała się tam spora, gwarna ekipa. Niestety obsługa daje do zrozumienia, że bar już closed, więc czas się przenieść do pokoju. Goście z sąsiedniego stolika podnoszą się jako pierwsi. Jakieś krzyżowe spojrzenia, na nasze koszulki: Ultravox i Talking Heads. Nie często spotykane w dzisiejszych czasach.

- O, przyjechaliście na festiwal? - pytają tamci.

- Tak.

- Będziecie grać?

- Zasadniczo to nie, my tu sobie dzisiaj gramy, a jutro jako widownia.

- O, fantastic! Where are you from? - zasadniczo to co chwilę słyszymy gdzieś takie pytanie, więc jesteśmy na to przygotowani.

- From Poland.

- Niemożliwe, och patrzcie, oni przyjechali z Polski - tamci gadają między sobą - Naprawdę? Z Polski? Jak do tego doszło?

- Nie wiem - chciałoby się odpowiedzieć, bo taka prawda - tłumaczymy więc pokrótce teorię nieprzypadku/a.

- A wiecie kim my jesteśmy? - pyta lider tamtej grupki.

- Nie.

- Jesteśmy B’52’s!

- Bi fifti tu? Tu? Z nami? Niemożliwe! - A jednak. Jakby nie było: legenda amerykańskiej muzyki popularnej. I najśmieszniejsze jest, że to nie my ich wyhaczyliśmy, nie my staliśmy gdzieś pod płotem czekając na autografy lub choćby spojrzenie. To oni zaczepili nas. Ludzi z dalekiej Polski. I robi się jeszcze bardziej przyjemnie, bo są takie sytuacje, na świecie, gdy nie obowiązują sztywne konwenanse i inne etykiety. Jest swojsko, bezpośrednio i autentycznie, strzelają migawki selfiaków.

- Widzimy się jutro pod sceną! (Wtedy jeszcze wierzymy, że to teoretycznie możliwe).

Ten Dzień, który nastał

Jutro, a w zasadzie już dziś trzeba zorganizować logistykę. Jak zwykle budzę się tu przed 4 rano (co w domu jest nierealne). Idę na plażę, ogarniam bardachę w pokoju, budzę towarzystwo, bo:

- Trzeba kupić materac w Walmarcie - na najbliższą noc zmieniają nam pokój na mniejszy.

- Trzeba kupić napoje chłodzące na drogę powrotną z koncertu.

- Trzeba znaleźć kryjówkę dla owych napojów, bo przecież na koncert z nimi nie wpuszczą.

- Trzeba przeflancować Tego Trzeciego do nowego pokoju, bo zmęczony on ci jest.

- Trzeba się najeść na zapas.

- Trzeba jakoś dotrzeć na koncert, a to ok. 10 km stąd - zaczynają wpuszczać od 10 rano!

- Trzeba to wszystko jakoś przeżyć. Nie tylko "godnie". Ale w ogóle. Jakoś.

Z Mr. Colourboxem jesteśmy mistrzami Wielkiej Improwizacji. Bez gadania każdy wie co ma robić i jak ogarniać tematy. Robimy niezbędne zakupy, dmuchamy materac (bo wieczorem wentyl mógłby się rozpuścić w ustach), organizujemy przeprowadzkę Temu Trzeciemu.

I (teraz już) wiemy jak wybrać idealną lokalizację w celu ukrycia flaszki w krzaczorach. Bo raz nam się nie udało. Na studniówce, gdy schowaliśmy rzeczoną w męskim kiblu w stalowym górnopłuku. A w krytycznym, spragnionym momencie jej tam zabrakło. Ktoś wtedy okazał się sprytniejszy i zajumał. Teraz nauczyliśmy się na błędach i wcześniej zbadaliśmy teren. Festiwal odbędzie się na pięknej, szerokiej, porośniętej palmami plaży. Zasięg ogrodzonego terenu robi wrażenie. Mamy tam spędzić cały dzień, a może i dłużej. Jaki więc zabrać ekwipunek, jeśli prawie nic nie można wnosić na teren imprezy? A przecież może padać, wiać lub grzać w czerep słonecznym żarem, a wieczorem z pewnością się ochłodzi. Różnice temperatur w ciągu dnia mogą wynosić ok. 20 st C.

Wchodzimy

Na wyjazd zabrałem strój uniwersalny, który przytuliłem chyba nie?przypadkiem. Stary, gruby, czarny, skórzany płaszcz, który przeleżał ponad 50 lat w piwnicach wiekowej warszawskiej kamienicy, przykryty warstwą kurzu i zatęchłych gratów. Udało się go odpicować i pasuje, niczym szyty na miarę: zarówno na mnie, jak i do okoliczności muzycznych. Podobno kiedyś należał do oficera lotnictwa lub marynarki, teraz więc znowu może polatać lub popłynąć - westernowo-zimnofalowym szlakiem. Epicko.

Przechodzimy przez potrójne kontrole bezpieczeństwa, Mr. Colourbox musi oddać mały plecaczek do depozytu. Nawet to nie przejdzie.

- Ale gdzie oddać?

- Proszę tu położyć [tu, to znaczy na glebie*, na kupce innych takich plecaków, przy bramce wejściowej].

- A jakieś pokwitowanie?

- Nie ma, ale spokojnie, on tu będzie leżał.

Kilkanaście godzin później (opuszczając teren festiwalu):

- O, zobacz! Leży!

- Niesamowite, można sobie wziąć swój plecak, ale równie dobrze można się pomylić i zabrać każdy inny. Nikt nie pilnuje, nikt nic nie sprawdza.

*Jeśli chodzi o glebę, to w strefie wejściowej, na całej szerokości, pokryta jest fioletowo-różową wykładziną, co stanowi pewien dysonans poznawczy, biorąc pod uwagę teoretycznie "mroczny" charakter festiwalu. Również logo imprezy jawi się w słonecznych odcieniach, a w naszym mniemaniu powinno raczej emanować barwami z piekła rodem: smolistą czernią, ognistą czerwienią lub trupią szarością, no ale może Kalifornia ma piekło wymalowane w innych barwach? Może piekło jest tu - na ziemii? Pod słonecznym niebem, wśród palm, nad turkusowym morzem? Może. W każdym razie można sobie na tej wykładzinie strzelić pamiątkową fotę “tu byłem” i przejść dalej, gdzie kłębi się już spory tłumek.To kolejka do pamiątek, czyli merczu, więc jeden z nas zajmuje w niej miejsce, a drugi idzie się zorientować - na co można liczyć, by zbytnio na tym festiwalu nie wyschnąć.

- Co załatwiłeś?

- Woda jest za darmo.

- To świetnie, a nie-woda?

- Takie coś wziąłem - Mr. Colourbox pokazuje tekturowe pudełko z soczkiem owocowym, na pierwszy rzut oka: coś jakby napój dla dzieci - Pij połowę, potem uzupełnimy pojemnik wodą i będzie jak znalazł, żeby się nie odwodnić, zaraz zapanuje upał.

- Ależ to jest obrzydliwe! - sączę ów napój o smaku czerwonych owoców, wyprodukowany bez dodatku owoców.

- Zobacz jaki woltaż! aż 11! To było najefektywniejsze.

- Aaaa, no to pyszne! Bardzo dobry ten napój w sumie. Po ile?

- Po 12 (USD)

- Trzeba to jakoś przełknąć.

Później odnajdziemy na terenie festiwalu liczne stoiska gastronomiczne z kuchnią z różnych stron świata, a także bary z dość szerokim asortymentem elementów magicznych, w cenach, które z czasem… im dłużej tu koncertowaliśmy… przestały już szokować, bo jakoś się wzięły i znieczuliły. Te ceny. A para-owocowe soczki w kartonikach okazały się całkiem wydajne, więc bardzo je polubiliśmy. Oczywiście zachowując dyscyplinę taktyczną i rozkładając siły w czasie. Wszak jesteśmy profesjonalistami.

Skala

Historycznie - jeśli chodzi o tak duże i czasochłonne festiwale - to udawało nam się skutecznie je omijać, koncentrując się na "zwykłych koncertach". Nawet tych stadionowych nie bardzo lubimy, a długogrające? W 2023 r. trafiła nam się dość intensywna impreza "Jarocin" w warszawskiej Stodole, czyli ponad 10 godzin w ciągłej akcji, do czwartej w nocy i rzeczywiście było ciężko, ale jakoś przeżyliśmy. Tutaj to jednak zupełnie inna skala przedsięwzięcia i postaramy się to opisać. Na pewno przeszło to nasze oczekiwania, bo okazało się, że rozstawiono aż trzy wielkie sceny. Podobno organizatorzy planowali sprzedać ponad 60 tysięcy biletòw, sądząc jednak po tłumach, które przetaczały się przed naszymi oczami - mogło być nawet więcej fanów muzyki. Czy byliśmy na to gotowi? NIE. Ale staraliśmy się dostosować i wycisnąć maxa.

Gastronomia

O napojach już gadaliśmy i jeszcze pogadamy, a jeśli chodzi o podkład pod te napoje, to było w czym wybierać. Co prawda jakiekolwiek danie, np. kawałek pizzy lub pudełko orientalne kosztowało co najmniej kilkanaście Dolarów, ale wszystko świeże, szykowane na miejscu. Przykładowo pizzę wypiekano w piecu opalanym drewnem, chińszczyznę podawano z wielkiego woka, dania  meksykańskie, koreańskie, amerykańskie i różne inne również przygotowywano ad hoc. Nic swojskiego nie znaleźliśmy, żadnej grochówki lub kiełbasy z grilla, ale ogólnie było smacznie, szybko i sprawnie - nie można powiedzieć złego słowa.

Pamiątki

Wróćmy jednak do merchu, bo oto odstaliśmy godzinę w kolejce do namiotu z gadżetami i już możemy zacząć wybierać. Liczyliśmy na płyty - niestety nie było żadnych. Na pierwszy rzut oka oferta raczej skrojona pod amerykańskie gusta: o kolorowych symbolach festiwalu już wspominaliśmy - promowano słodko-radosne grafiki z zachodzącym słońcem, palmami wesołymi emotkami, co raczej średnio kojarzy się z nazwą festiwalu, a muzycznie? Zobaczymy. Przynajmniej nazwy grup zostały wymienione na koszulkach, więc będzie to jakaś pamiątka do kolekcji dziesiątek innych koszulek, a w najgorszym wypadku skończy jako koszulka nocna lub do prac domowych. Ażurowe czapeczki też nie urywają głowy. I tak sobie oglądamy, co by tu można nabyć, bez wielkiego obciachu i w rozsądnej cenie, gdy naszą uwagę przykuwają tajemnicze, dotykowe tablety, na których rejestrowana jest sprzedaż. Tablety mają funkcję obrotową, można je skierować w stronę kupującego, więc grzecznie uśmiechamy się do sprzedawcy i ciach!

- Zobacz! tu jest coś więcej niż na wystawie!

- Faktycznie! Elektroniczne czary mary? Z boku ekranu można rozwinąć menu, a w nim alfabetyczną listę zespołów biorących udział w wydarzeniu.

- Przewijaj! O kurde: New Order, OMD, Soft Cell, Tears For Fears i tak dalej… klikając na dany zespół ukazuje się lista dedykowanych gadżetów: koszulek, plakatów, czapek, znaczków i innych artefaktów, nie prezentowanych na wystawie. Upewniamy się niepewnie, czy aby wszystko widoczne na tablecie znajduje się tu i teraz w sprzedaży?

- Tak, oczywiście - trzeba kliknąć na model, rozmiar, pokazuje się cena.

- Bożzzz, toż to o to chodziło! To łan moment pliz, musimy się rozeznać.

- Klikaj! Jesteśmy w domu.

A gdy już porządnie kliknęliśmy, sprzedawca zanurkował na zapleczu i zaczął kompletować zamówienie. Poczuliśmy się jak kiedyś, gdy najlepszy towar chowano pod ladą, wyłącznie dla wtajemniczonych. Epoka wszak się zgadza: będziemy słuchać muzy z lat 80-tych!

Pierwsze dźwięki

I oto - gdzieś w oddali - rozbrzmiewają pierwsze dźwięki muzyki. Na pierwszy rzut ucha jakiejś latynoskiej. Pora jest mocno przedpołudniowa, słońce zaczyna przypiekać, za chwilę powinno dobić do 26 stopni Celsjusza w cieniu. Tylko że tu nie ma cienia, a więc odczuwać będziemy znacznie mocniej, zwłaszcza po tych soczkach. Czyli będzie ekonomicznie: mniejszy koszt, zwiększony efekt. Siadamy sobie na piasku pod palmą, jej wąski, wysoki na 30 metrów pień cienia nie daje, ale można się przynajmniej wygodnie oprzeć i wyssać zawartość kartonika. Booster zaczyna działać, ale na razie spokojnie. Przed nami cały dzień i jeszcze pewnie pół nocy.

Jak to zwykle bywa granie zaczyna się od mniej znaczących no-nejmów, by zakończyć na gwiazdach podczas rzeczonej nocy.

Sączą się więc jakieś wynalazki, w tym wypadku ze sceny, a my sobie siedzimy, jest dobrze, obserwujemy przetaczające się przed oczami, coraz bardziej kolorowe tłumy, które się wyspawszy, dotarłszy tu wreszcie z odległych zakątków Kalifornii.   

- Co tam gra? - pytam.

- Nigdy nie słyszałem - Odpowiada Mr. Colourbox - ale chyba musimy się ruszyć, bo dźwięki nowofalowej sekcji rytmicznej zawsze wywoływały u mnie ciary i właśnie zaczynam coś podobnego odczuwać na grzbiecie.

Czas więc zbierać i otrzepać z piasku skórzany płaszcz, który teraz służy za wygodne siedzisko, bo on się jeszcze przyda.

Logistyka

Wszelkie informacje na temat festiwalu organizatorzy dawkowali w sieci bardzo oszczędnie i trudno się było zorientować, jak to będzie wyglądać na miejscu. Wspomniano tylko, że wykonawcy mogą występować na różnych scenach, nawet w tym samych czasie, ale dokładny rozkład otrzymaliśmy dopiero teraz. Zresztą wcześniej takie bzdety nie zaprzątały nam głowy, gdyż najważniejsze było, by się tam (czyli tu) dostać, a potem się zobaczy. Ale właśnie nastał czas tego "potem" i żeby zanadto nie oblać się potem, należało w miarę precyzyjnie opracować timing i logistykę.

- Sfotografujmy plakat, tam jest rozpiska: kto, gdzie i kiedy.

- Dobra, mamy do obskoczenia 3 sceny, wygląda, że występy podzielono na pół godzinne moduły. Większość wykonawców dostaje po jednym module, a tzw. headlinerzy - czyli  gwiazdy - po półtora lub dwa moduły.

- Ciekawe jak sobie z tym poradzą, choćby ze zmianą instrumentów i dekoracji na scenie, skoro występy odbywają się na styk i nie ma przerw pomiędzy modułami.

- Ciekawe, to jak my sobie poradzimy, zobacz - tu musimy chyba zacząć fruwać od sceny do sceny, no bo jak obejrzeć coś co gra jednocześnie tu i tam?

Dwie największe sceny, nazwane DARKER (oznaczona kolorem fioletowym) i WAVES (w kolorze niebieskim) zlokalizowane są wzdłuż linii wody, naprzeciwko siebie, ale ich fronty ustawiono pod lekkim kątem, tak, aby fale dźwiękowe z potężnych kolumn głośnikowych nie wchodziły sobie w paradę. Trzecia scena TIKI (oznakowana na żółto) jest nieco mniejsza, tworzy z pozostałymi dwoma trójkąt, a dźwięki będą płynąć z niej wzdłuż Pacific Coast Highway, czyli ulicy, którą przyjechaliśmy i która ciągnie się wzdłuż całego wybrzeża. Wcześniej się zastanawialiśmy, jak organizatorzy rozwiążą temat kąpieli w oceanie, no bo to przecież logiczne i oczywiste, że rozgrzani muzyką i naspidowani różnymi magicznymi pierwiastkami widzowie ruszyliby radośnie, wprost w dość zdradliwe prądy, albo mówiąc dosłownie: "zbawienne" fale Pacyfiku. No dobra, o falach oceanu jeszcze będzie. Na końcu. Niestety w rzeczywistości dość brutalnie, acz skutecznie odgrodzono cały teren festiwalu: zarówno od strony wody, jak i ulicy. Mysz się nie prześlizgnie. A fale dźwiękowe? Zobaczymy. Na końcu.

Ludzie

Taki festiwal ściąga fanów z całego świata, więc lądujemy w prawdziwym tyglu kulturowo-narodowościowym, a jednocześnie na rewii przedziwnej mody.

Tu nie ma granic obciachu lub kiczu, bo nie ma żadnych granic, których nie dałoby się przekroczyć. Podobno wyobraźnia nie zna granic. Mamy więc przed sobą fantazyjne kreacje, prowokacyjne części garderoby, wyczesane fryzury i nakrycia głowy oraz oryginalne makijaże.

Może to zabrzmi trywialnie, ale teoretycznie to właśnie muzyka łączy owo wielobarwne ptactwo. A co je dzieli? Również muzyka, a detalicznie: muzyczne preferencje, bo za chwilę ludzie rozproszą się po całym terenie, pójdą pod różne sceny, słuchając swoich ulubieńców. Tymczasem indywidualne upodobania muzyczne najlepiej widać po… koszulkach.

Oglądamy je z zainteresowaniem, gdyż sami mamy ich sporo i nie wahamy się używać na co dzień. Pokaż mi swoją koszulkę, a powiem ci kim jesteś?

Można "założyć", że na taki festiwal każdy wybiera tę ulubioną lub szczególnie ważną koszulkę. Stąd widzimy T-Shirty wszystkich najpopularniejszych wykonawców muzyki rozrywkowej, niekoniecznie reprezentowanych na tym festiwalu, od metalu, przez punk i inne gatunki rocka, aż po różne ambitne klimaty. Mamy wrażenie, że na koszulkach reprezentowani są wszyscy najważniejsi wykonawcy, począwszy od lat 70. No dobra: oprócz polskich i tu trzeba uderzyć się w piersi, że nie założyliśmy nic swojskiego. Na usprawiedliwienie: koszulka Siekiery była już noszona podczas tego wyjazdu, gdzieś w okolicach Wielkiego Kanionu. Raz udało się usłyszeć polski język, ale tylko w postaci krótkiego "yak sze masz na sdrovie", a próba nawiązania bliższej relacji skończyła się szybciej niż się zaczęła.

W każdym razie koszulki to świetny punkt zaczepienia, aby do kogoś zagadać. No bo jak przejść obojętnie, jeśli ktoś ma na sobie T-Shirt np. Cocteau Twins?

Występy

Gdy już pooglądaliśmy sobie ludzi, zlokalizowaliśmy sceny, punkty gastronomiczne, bary oraz kible oraz gdy dowiedzieliśmy się, że nasze bilety, co to podobno miały być VIP, upoważniają nas jedynie do darmowego zaczerpnięcia kranówki do kartoników po alkosoku, możemy udać się na występy czyli przecisnąć bliżej sceny. Akurat manewry wymijająco-rozpychające mamy dobrze opanowane i na próbę atakujemy scenę niebieską waves

- Kogo mamy na rozkładzie na początek?

Depresion Sonora

- Śpiewają po hiszpańsku

- Kompletnie nie kojarzę.

- Ale mają tu dobrą latynoską publikę

- No ale my siadamy.

- Jasne, trzeba oszczędzać kręgosłupy na później. Rozkładaj płaszcz.

Mareux

Po krótkiej chwili:

- Proponuję próbny spacerek pod scenę fioletową DARKER, Zmierzymy odległości i czas potrzebny na taki transfer.

- A co tam będzie grane?

- Mareaux. To lokalny muzyk, z Los Angeles, chyba o bliskowschodnich korzeniach. Przerobił po swojemu piosenkę The Cure "The Perfect Girl" i zrobił to tak sprytnie, że dzięki Internetom rozniosło się po świecie i stał się sławny.

- Dzięki jednej piosence?

- Poniekąd.

- I to nie swojej?

- Chrum.

- Podobno był nawet niedawno na koncertach w Polsce… Dzieciaki szaleją…

- No faktycznie zupełnie inna ta jego wersja. Raczej nie do poznania.

- W Poznaniu już grał.

- He, he, chodzi mi o to że trudno powiedzieć, czy lepiej, czy gorzej niż oryginał.  

- Jest już znacznie lepiej, bo słońce porządnie daje w łeb. Trzeba założyć czapki, bo nas za bardzo zmuli.