czwartek, 10 grudnia 2020

Kinowa jazda obowiązkowa: Rękopis znaleziony w Saragossie

Rękopis znaleziony w Saragossie nakręcony 50 lat temu według powieści Jana Potockiego, uważany jest za najwybitniejszy film polski i wymieniany wśród czołówki najlepszych obrazów światowej sztuki filmowej. Film był podziwiany przez wiele postaci, twórców tzw. rewolucji kulturalnej z lat 60., w szczególności jego fanami byli gitarzysta Grateful Dead Jerry Garcia, który sfinansował wydanie powieści i wersję cyfrową filmu wykonaną w Stanach Zjednoczonych, a także Martin Scorsese (który opublikował pod wpływem obrazu całą serię  Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema), Francis Ford Coppola i Luis Buñuel. Neil Gaiman, znany autor komiksów i powieści, który nawiązywał do książki i filmu w co najmniej trzech różnych pracach, tak napisał o filmie Oglądałem go tygodniami, w kółko – całe dwie i pół godziny, warte owych dwóch i pół godzin – i jest dziwaczny, genialny, zawiły, zabawny, przerażający, seksowny i niesamowity film, a potem odłożyłem go i dałem przyjacielowi: tak to było. Pomyślałem, że powinien mieć dalszy ciąg. Rozgrywa się w Hiszpanii, wyprodukowany został przez Polaków w 1965 roku, i jest wyjątkowy (LINK). Kiedy indziej opisał fabułę dokładniej (LINK). Natomiast sam David Lynch powiedział o nim: Simultaneously erotic, horrific and funny… This is one mother of a film. Fascynacja filmu wynika prawdopodobnie także z tego, iż nie w sposób zakwalifikować go. Nie jest to w zasadzie film surrealistyczny, nie jest to także horror ani film fantastyczny czy psychodeliczny. To jest po prostu dziwny film. Ma zagorzałych zwolenników, którzy założyli  strony internetowe o filmie jak choćby TUTAJ.  wiwiw

The Saragossa Manuscript (trailer) from Cinefamily Archive on Vimeo.

Ci (mamy nadzieję nieliczni), którzy jeszcze nie widzieli filmu, a chcieli by po przeczytaniu naszego postu wiedzieć – o czym jest – muszą wiedzieć, że odpowiedź na to nie jest tak prosta jak się wydaje. Historia ma konstrukcję szkatułkową.  Jej autor rozpoczął jej spisywanie w 1805 roku i prowadził aż do samobójstwa w 1815 roku. Jej bohaterem jest kawaler Alfons van Worden, który jedzie wśród bezdroży pustyni i gór Sierra Morena do Madrytu, by tam objąć stanowisko kapitana gwardii walońskiej. W drodze na młodego oficera, granego przez Zbigniewa Cybulskiego, czyha wiele niebezpieczeństw, duchy, a przede wszystkim dwie mauretańskie księżniczki, będące jego dalekimi kuzynkami, na które natykał się co i rusz. Gdy tylko je spotyka zaraz zasypia, a rano budzi się w zupełnie innym miejscu, najczęściej pod szubienicą braci Zoto


To samo przytrafia mu się, gdy nocuje w gospodzie Venta Quemada i potem u pustelnika, który opiekuje się nawróconym lecz dotkniętym opętaniem zbójem Paszeko. Oprócz nich natyka się na Cyganów, członków inkwizycji, kabalistę…  Przejeżdżane przez bohatera filmu pustkowie okazuje się wyjątkowo przeludnione. W dodatki każda z osób opowiada Alfonsowi swoją historie i udziela przestróg, aby uważał, bo góry roją się od duchów i żywych trupów…




Czarno-biały film kręcony w Polsce, w plenerach jury krakowsko-częstochowskiej, skutecznie przenosi odbiorcę w świat osiemnastowiecznej Hiszpanii, wydawałoby się równie rzeczywisty co obecny. Nie brakuje w nim i akcentów humorystycznych, należy do nich scena u pustelnika, którego mimo jego deklaracji o nadzorze i ciężkiej pracy z groźnym zbójem Paszeko chyba się z nim zdążył zaprzyjaźnić a przynajmniej porozumieć, doskonała jest też scena pojedynku ojca Alfonsa van Wordena z nieznanym szlachcicem.

Film, z racji wielu wątków, które niby zazębiają się, ale są osobnymi obrazami, można oglądać od dowolnego momentu i niekoniecznie do końca, za każdym razem odczujemy jego aurę tajemniczości i poczucie nieuchronności fatum. Warto w tym miejscu wspomnieć o twórcy opowieści, o Janie Potockim. Lecz Neil Gaiman zrobił to za nas TUTAJ

Rękopis znaleziony w Saragossie – produkcja z 1964 r.,  reżyseria Wojciech Jerzy Has, premiera w 1965 r. Scenariusz na podstawie powieści Jana Potockiego napisał Tadeusz Kwiatkowski. Obsada: Zbigniew Cybulski jako Alfons Van Worden; Iga Cembrzyńska - Emina, księżniczka mauretańska; Elżbieta Czyżewska - Zalotna Frasquetta Salero; Gustaw Holoubek - Don Pedro Velasquez, matematyk; Stanisław Igar - Don Gaspar Soarez;  Joanna Jędryka - Zibelda, księżniczka mauretańska; Janusz Kłosiński - Don Diego Salero, mąż Frasquetty; Bogumił Kobiela - Senor Toledo i wielu innych… (LINK).

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 9 grudnia 2020

Dokument o Minimal Compact pt. Raging Souls, cz.2 - epoka sukcesów płyty Raging Souls i pierwsze rozłamy w zespole


Pierwszą część filmu opisaliśmy TUTAJ. Dzisiaj zaczynamy od powrotu Rami Fortisa do zespołu, który nastąpił w wyniku splotu kilku okoliczności. Tworzył wtedy w grupie Chromosome i ten zespół bardzo zainteresował Malkę Spiegel, zaczęli ze sobą się przyjaźnić, pisać listy a to stało się później czymś więcej. Ale Spiegel nie uważa że to ona przyciągnęła Fortisa do zespołu, bardziej zrobił to Berry Sakharov. Tony Van Deer Veen - menadżer tras zespołu Minimal Compact, uważa że wiele się zmieniło po powrocie Fortisa, ale nie fundamenty grupy, bowiem jego zdaniem Fortis jest też bardzo nerwowy i pełen energii, jak inni członkowie grupy. Zaproszenie Fortisa było dobre dla zespołu, czasy się zmieniały i połowa lat 80-tych przynosił okres większego otwarcia muzyki na publikę. Ich koncerty dzięki Fortisowi stały się bardziej energiczne. 

W tym czasie realizowali Deadly Weaplons na którym zwrócili się w kierunku muzyki psychodelicznej zachodu. Rytm piosenki tytułowej był przypadkiem, ponieważ perkusista popełnił błąd, ale to spodobało się pozostałym muzykom... Stało się też charakterystyczne w stylu Minimal Compact... 


Piosenka stała się pierwszym hitem zespołu, choć niektórzy uważali że zaśpiewana jest tak, iż brzmi Next Time Israel. Zespół zaczął być popularny, zapełniał kluby głównie we Francji, ale też we Włoszech, Belgii czy Szwajcarii. Grali na sławnych salach, jak choćby legendarny Paradiso w Amsterdamie.


Punktem przełomowym było przyłapanie Berry Sakharova na lotnisku w Izraelu, kiedy przemycał kokainę. Muzyk tłumaczy, że kiedy żyli w Amsterdamie używanie narkotyków było bardziej legalne. Chciał przemycić nieco kokainy do Izraela i kiedy został złapany skazano go na 8 miesięcy więzienia. 

Przyznaje, że było to dla niego nowe doświadczenie, żył w izolacji od wszystkich i wszystkiego. Z kolei muzycy zespołu twierdzą, że był to dla nich wielki cios. Chcieli lecieć z trasą do Japonii żeby promować Deadly Weapons a to co się stało, oznaczało w zasadzie koniec grupy... Ale człowiek z Crammed Discs - technik Vincent, który potrafił imitować każdego muzyka, zastąpił Berry Sakharova i ich uratował. Jednak przez ten rok w zespole wiele się zmieniło i po powrocie Berryego trudno było odbudować poprzednie relacje. Pracowali nad Raging Souls - bardziej popowym albumem, który powstał w Brukseli gdy wszyscy byli w związkach lub mieli rodziny. Stąd jest on bardziej romantyczny...


Pojawił się Colin Newman i coś zaiskrzyło między nim a Malką... Wtedy zaczęły się napięcia w zespole, i wtedy też powstałą piękna ballada When I go...


Fortis stwierdza w filmie, że lubi ją, bo go do dziś strasznie wkurza... Następnie opowiada o polskiej edycji albumu...


Opowiada jak po koncercie w Warszawie, kiedy grali jeszcze przed upadkiem komunizmu, podeszło do niego dwóch fanów z Czechosłowacji, chwaląc się, że nielegalnie przekroczyli granicę z Niemcami, żeby ich zobaczyć. Wtedy zdał sobie sprawę jak mocną siłę ma ich muzyka. Ich piosenka When I Go znalazła się w filmie Wings of Desire. Wtedy Berry przyniósł pomysł, żeby nagrać Immigrant Song. Doskonale do nich pasowała, była to forma żartu, czuli się jak imigranci, mimo że interesowali się sytuacją w swoim kraju, żyli poza nim.
 

Wtedy zespół przeniósł się do Brukseli - tam scena zdominowana była przez Joy Division czy Toxedomoon. Rozpoczęli intensywną współpracę z wytwórnią Crammed Discs.

O tym jednak napiszemy w kolejnym wpisie - dlatego czytajcie nas, u nas codziennie coś nowego, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 8 grudnia 2020

Prace Sidneya Hurwitza: Portret, krajobraz i martwa natura ery przemysłowej

Ryczący samochód, który zdaje się pędzić po taśmie karabinu maszynowego, jest piękniejszy od Nike z Samotraki.*  Zdanie to wypowiedział Marinetti, guru futuryzmu. Jego idee podchwycili konstruktywiści i literaci. W Polsce sloganem: Miasto, masa, maszyna odpowiedział mu Tadeusz Peiper, wyznaczając tym samym nowe wyzwania stojące przed poezją. Wierzył on w rozwój cywilizacji, w harmonijne współdziałanie człowieka ze światem maszyn (nota bene już w latach 20. XX wieku przewidział możliwość bezpośredniej komunikacji za pomocą urządzenia mieszczącego się w kieszonce kamizelki). Ten świat - świat maszyn - stał się tematem twórczości wielu artystów. Pisaliśmy już o niektórych: o malarzach - Jacku Clarksonie (TUTAJ) i Charlesie Sheelerze (TUTAJ) oraz fotografie Matthew Christopherze (TUTAJ). Dzisiaj natomiast chcemy zademonstrować prace Sidneya Hurwitza (ur. 1932 ). 

Hurwitz rysuje maszyny i architekturę przemysłową. Znieruchomiałe bryły i plątaninę zżeranych przez rdzę metalowych konstrukcji. Rejestruje pieczołowicie opuszczone urządzenia, które przecież tak niedawno stawiano z nadzieją na wspaniały efekt. Z tych oczekiwań nie zostało zbyt wiele, skoro ukazane konstrukcje nie są już używane. Lecz na grafikach Hurwitza dostały szansę na nowe życie - stały się za jego sprawą gigantycznymi dziełami sztuki, monumentalną rzeźbą, działającą na przestrzeń swoją masą i efektami światłocienia. 







Z wielu akwatint wybraliśmy te, które według nas najlepiej przywołują światło i cień oraz rejestrują zawiłą geometrię brył stworzonych z cegieł i cementu, stali i kamienia, dźwigarów i belek. Artysta pokazał nam iż silosy, a także rury, kanały , otwory wentylacyjne, szopy, kominy, taśmociągi, balustrady i drabiny niosą w sobie nieoczekiwany ładunek poezji i nostalgii. On sam nazwał je portretem, krajobrazem i martwą naturą ery przemysłowej (LINK). 







Ta fascynacja porzuconymi w latach 80. ośrodkami przemysłowymi doprowadziła do rozkwitu twórczości Hurwitza, który ukończył przecież studia w końcu lat 50. W ostatnim ćwierćwieczu XX wieku odwiedzał opuszczone zakłady okolic Bostonu, Ohio w stanie Indiana i w Maryland. W tym ostatnim wielkie wrażenie na nim wywarł kompleks przemysłowy Bethlehem Steel Company w Sparrows Point, produkujący kiedyś stal do budowy okrętów. Był także dwukrotnie we Włoszech  (w 1990 i 2002 roku), gdzie także robił zdjęcia, a z nich grafiki prezentujące tamtejsze industrialne konstrukcje. W 2002 r. udał się z kolei do Duisburga w Niemczech, aby przyjrzeć się nieczynnej hucie Thyssen-Krupp AG, która została zamknięta w 1985 r. Tak samo tam, jak i podczas zwiedzania młynów  w Betlejem w Pensylwanii, widok gigantycznej instalacji – nieczynnej i nieruchomej - i całkowicie opuszczonej, był dla artysty doświadczeniem niemal mistycznym, a na pewno niesamowitym (LINK). Mamy nadzieję, że tak samo odczują to nasi czytelnicy. 

*F.T. Marinetti, Akt założycielski. Manifest futurystyczny, cyt. za: G. Gazda, Futuryzm w Polsce, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk: Ossolineum, 1974, s. 42.

Prace Sidneya Hurwitza prezentowane w naszym opisie pochodzą z TEJ strony, można na niej zobaczyć ich więcej. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Isolations News 118: Będzie wspólny projekt Hooka i Killing Joke, Bono o spotkaniu z Ianem Curtisem, muzycy o Hookym, Dave Haslam rozmawia ze Stephenem Morrisem, fotki Natalie Curtis, A Certain Ratio i Deftones wznawiają, mural Ciechowskiego i konkurs Brylewskiego, KSU koncertuje a misiu nie jest już w NSDAP

5 marca przyszłego roku pojawi się nowa EP-ka Petera Hooka i Killing Joke. Płyta wyjdzie w limitowanej edycji 2000 egzemplarzy i będzie zawierać trzy utwory - więcej o tym TUTAJ a zamówienia można składać TUTAJ. Nagrania pochodzą z sesji z 1993 roku (LINK). Cudowne odnalezienie nagrań zawdzięczamy wynalazkowi z Wuhan.


Jeszcze słowo o o basiście Joy Division - Peterze Hooku, tym razem od innych muzyków, za to zapewne przez przypadek, na kanale Yamaha Guitars


Temu samemu wynalazkowi z Wuhan zawdzięczamy cud poznania faktu, że w zasadzie Ian Curtis był niczym Pszczółka Maja, którą wszyscy nie dość że znali, to jeszcze kochali. O czym mogliśmy dowiedzieć się z kolejnego epizodu Transmission, tym razem od wokalisty U2 Bono (LINK). Skoro wszyscy tak kochali Iana dlaczego wtedy, tamtej nocy z 17 na 18.05. 1980 roku został sam?


Z kolei jego jedyna córka - Natalie Curtis oferuje kolejną fotkę (foto 2), na której występuje w roli modelki. Autorem również tej fotografii jest Matt Colombo (dwa tygodnie temu pisaliśmy o zdjęciu Nr 1 - TUTAJ). O okolicznościach sesji Natalie pisze tak:  Zabrałam wtedy Matta Colombo do Blackpool. Zimą. Było lodowato. Ale niesamowicie (LINK). To jak w piosenkach Iana...


Z kolei Dave Haslam przeprowadził wywiad ze Stephenem Morrisem - perkusistą Joy Division i New Order. Całość dostępna jest TUTAJ.


Skoro już weszliśmy w klimat kapel z Factory - A Certain Ratio informuje o przedsprzedaży wznowionego wydania ACR Loco To Each na białym winylu. Płyta wyjdzie tylko w 1000 egzemplarzy (LINK).


W temacie wznowień - Robert Smith z The Cure zremiksował klasyk Deftones p.t. Teenager, który pierwotnie pojawił się na kultowym albumie zespołu White Pony w 2000 roku. Na początku tego roku zespół obchodził 20-lecie albumu, a niedawno ogłoszono, że Deftones upamiętni tę okazję, wydając zremiksowaną wersję płyty zatytułowaną Black Stallion - która będzie dostępna 11 grudnia. Na razie zespół cieszy się coverem Smitha, który wrzuciliśmy powyżej.


   
Rok po wydaniu płyty Deftones, bo w 2001 zmarł Grzegorz Ciechowski, lider zespołu Republika (pisaliśmy o nich TUTAJ). 19 lat po tym, na szczycie budynku przy ul. Reja 25 w Toruniu powstał mural upamiętniający muzyka. Jego inicjatorką jest wdowa po zmarłym... (LINK), (LINK). Przypomnijmy, że na ścianie domu w którym Ciechowski napisał Kombinat, i gdzie jakiś czas mieszkał, tamtejsza Spółdzielnia Mieszkaniowa Kopernik od lat myśli o wmurowaniu tablicy (TUTAJ), a w mieście jest zaledwie jeden plac poświęcony muzykowi. Ten Toruń to musi być straszne zadupie i skupisko leśnych dziadków w różnych spółdzielniach...


W temacie legend polskiej muzyki lat 80 - tych - ogłoszono konkurs skierowany do twórców tekstów i muzyki. Jest to, jak go nazwano: konkurs songwriterski im. Roberta Brylewskiego. Organizatorem i pomysłodawcą imprezy jest Marcin Zabrocki z Poleskiego Ośrodka Sztuki w Łodzi. Szczegóły TUTAJ  (aczkolwiek widząc członków Jury wybór tekstu jest łatwy do przewidzenia, taki bardziej gwiazdkowy… )


Jeśli pojawił się Brylewski, to wiadomo - punk, a skoro punk to Punk Fest, który ogłasza zmianę - zamiast występów w dniu 12 grudnia tego roku impreza została przeniesiona na 11 grudnia przyszłego roku. Tak samo całość odbędzie się w gdańskim klubie B90. Na dwóch scenach wystąpią: Moskwa, Sex Bomba, The Bill, Zielone Żabki, Leniwiec, Gaga, Włochaty, Alians, Prawda, Nauka o Gównie, Uliczny Opryszek i WC (LINK).
 

Za to w tym roku 12 grudnia w Krakowie w klubie Kwadrat wystąpi Luxtorpeda (LINK) a następnego dnia, czyli 13 grudnia w tym samym miejscu będzie można zobaczyć zespoły Sedes i KSU (LINK). My z punka dawno wyrośliśmy, ale KSU trzeba oddać, że ich chłodnofalowe wydawnictwo DEMO 1983 bardzo nam przypadło do gustu, o czym zresztą pisaliśmy TUTAJ

Ale to nie znaczy, że nie potrafimy wcielić na naszym blogu stylistyki punkowej. Nie wierzycie? To jedziemy. Nowa edycja festiwalu berlińskiego, który planowany jest w dniach od 11 do 21 lutego 2021 roku przyniesie zmiany: po pierwsze dawna nagroda Srebrnego Niedźwiedzia im. Alfreda Bauera została zawieszona i odtąd przyznawany będzie Srebrny Niedźwiedź już bezimienny - organizatorzy nagle odkryli nazistowską przeszłość twórcy nagrody. Chyba zauważyli w końcu, że był Niemcem, czyli w naszym języku mówiąc - Szkopem. A po drugie nagrody mają być bezpłciowe, tzn. nie za rolę najlepszej aktorki i aktora lecz za najlepszego bohatera i najlepszą rolę drugoplanową. Z tym, że rola drugoplanowa jest rodzaju żeńskiego a bohater rodzaju męskiego... (LINK). Poza tym to dyskryminacja pozostałych pięćdziesięciu kilku płci (nie wiemy dokładnie ilu, bo tych cały czas przybywa). 

Tak jak przybywa wpisów na naszym blogu - i jeśli chcecie je poznawać, czytajcie nas - u nas codziennie coś nowego - tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 6 grudnia 2020

Z mojej płytoteki: Joy Division w Queens Hall w Leeds, 8.09.1979, czyli bootleg z koncertu na Futuramie


 To było bardzo dziwne wydarzenie i w zasadzie nikt nie potrafi uzasadnić, dlaczego Joy Division wystąpili na festiwalu muzyki science fiction, czyli Futurama w Leeds. Festiwal odbył się w Queens Hall - budynku z tradycjami, który kilka lat później (w 1989 roku) został rozebrany. 
 

W sali jednak, zanim to się stało zagrali między innymi Roxy Music czy the Clash. Z drugiej strony jednak zespoły tam występujące narzekały na fatalną akustykę, a publika na chłód. Podobnie było z występem Joy Division, podczas którego pod sceną walały się tony śmieci.
  



Bootleg wydany został przez małą francuską wytwórnię Planete Claire Records, która mimo podania swojego adresu na okładce mieści się zupełnie gdzieś indziej, bowiem na okładce podany jest adres... biura turystycznego... Można i tak.. 


Na winylu widnieje grawer West 912.A i West 912..B.



Nagranie pochodzi z magnetofonu kasetowego, i uwiecznione zostało na kasecie TDK za pomocą trzymanego w ręce mikrofonu. Tak wspomina ten koncert jeden ze świadków: 

8.09 zespół zagrał na Futuramie w Leeds. Sala była niesprzątnięta i walały się śmieci, poza tym było zimno, sala była w stylu areny. 

Dave Simpson opowiada, że ten festiwal był pierwszym na którym widział Joy Division. Utkwiło mu też w pamięci Section 25. Joy Division zostało wprowadzone przez Tony Wilsona jako awesome Joy Division i zaczęli od Dead Souls. Zaszokował go długi wstęp, bo zwykł być przyzwyczajony do kilkusekundowych. Prawdopodobnie Ian powiedział tylko: dobry wieczór - jesteśmy Joy Division a później nastała muzyka. Mówi, że ten występ całkowicie odmienił jego życie. Przestał z dnia na dzień słuchać Sham 69 czy UK Subs... Zaczął Joy Division, the Bunnymen i audycji  Peela. O festiwalu pisaliśmy wcześniej TUTAJ, pojawił się też on we fragmencie na jednym z opisanych przez nas bootlegów (TUTAJ).


Na YT istnieje najlepsza jakościowo wersja tego koncertu, jednak z nieznanych przyczyn zaczyna się od Shadowplay (może to próba?). Później rzeczywiście jest powitanie przez Curtisa i grają I Remember Nothing. Nieco dziwny wybór jak na początek koncertu, ale przyjęty przez publikę entuzjastycznie. Po nim Wilderness. Rzeczywiście słychać problemy z nagłośnieniem, zwłaszcza jeśli chodzi o wokale. Transmission brzmi wręcz powalająco - ten bas na początku, ale i mocny, bardzo stanowczy głos Iana Curtisa. To samo dotyczy zagranego jako następny utworu Colony. Jak słychać Curtis zmienił jego tekst - tutaj jest on zupełnie inny niż znamy z Closer. Przed Disorder znowu sprzęga, ale są też charakterystyczne syreny, które poprzedzały ten utwór w wersji koncertowej w 1979 roku. Ta wersja jest też znacznie szybsza niż znamy z Unknown PleasuresInsight jest w wersji znanej z sesji dla Johna Peela (TUTAJ)Shadowplay zagrane jest standardowo. Podobnie jak She's Lost Control, choć i tym razem grają nieco szybciej niż na swoim debiucie. Całość występu kończy Atrocity Exhibition, które w tamtym czasie Curtis zapowiadał zawsze: Welcome to Atrocity Exhibition. Słychać jak publika entuzjastycznie przyjmuje zespół, musieli czuć się doskonale, koncert jest mocny i niesamowity. Szkoda że jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia. No ale cieszmy się z tego co mamy. Po owacjach na bis grają Dead Souls, poprzedzony ciekawą solówką na gitarze. Na końcu pada: Thank you, good night... 

Deborah Curtis w swojej książce wyraża zdziwienie, że zespól zagrał na festiwalu muzyki science fiction. Opisuje też jedną z recenzji, której autor napisał że na koncercie można było poznać żony i dziewczyny członków grupy. Ataki Iana wtedy nasilały się, miał je nawet przed koncertami, był zbyt przeciążony. Niemniej na koncerty potrafił jeszcze zbierać siły. Kładł się często na podłodze i w takiej pozycji starał się oddalić moment nadejścia ataku...

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


Joy Division, Queens Hall in Leeds, 8.09.1979, Planete Claire Records, setlista: I Remember Nothing, Wilderness, Transmission, Colony, Disorder, Insight, Shadowplay, She's Lost Control, Atrocity Exhibition, Dead Souls. 

sobota, 5 grudnia 2020

O wpływie sytuacjonizmu na wizerunek Factory Records

Niedawno jeden z użytkowników Twittera zamieścił wpis, w którym i przypomniał o wpływach stylistyki plakatów produkowanych podczas rozruchów 1968 roku w Paryżu na wygląd i typografię posterów oraz logo wytwórni Factory Records w Manchesterze (LINK). Zapytany o szczegóły stwierdził: Tony Wilson was obsessed by the May 68 Paris events, he also was a keen ambassador of the Situationists. Peter Saville was great at hijacking the political graphics out of revolutionary Italy or France. Factory recycled, but with class & flair. Rzeczywiście, tak było. Człowiek, który w zasadzie stworzył scenę punkową w Manchesterze, Tony Wilson, nazwał swój klub Hacienda nawiązując nazwą do stwierdzeniem Ivana Chtcheglova, twórcy eksperymentalnego domu mobilnego który stał się potem inspiracją dla sytuacjonistów: Hacjendę trzeba zbudować (z Formulary for a New Urbanism (1953)).


Wpływ sytuacjonizmu wynikał ze spotkania Wilsona z Christopherem Grayem, członkiem Situationist International, podczas studiów licencjackich na Uniwersytecie w Cambridge. Wilson zauważył także kiedyś na łamach gazety The Sunday Times, że na zajęciach z filozofii zajmował się sytuacjonizmem (LINK). Kiedy indziej powiedział: Byłem w Cambridge z innymi niedoszłymi sytuacjonistami, takimi jak Paul Sieveking i należałem do Kim Philby Dining Club, do którego, jak uważam, przyłączyło się kilka osób z Angry Brigade. Wszyscy chcieliśmy zniszczyć system, ale nie wiedzieliśmy jak. Wiedzieliśmy o Strasburgu i taktykach sytuacjonistycznych twórczego plagiatu, według których zmiany oparte są na pragnieniu. To, co proponowali sytuacjoniści, tak uważałem wtedy i nadal tak myślę, to jest jedyna rewolucja, jaką mógłbym chcieć i sobie wyobrazić. (cytowane za: Andrew Hussey, The Game of War: The Life and Death of Guy Debord, London 2001, s. 214).

Wydarzenie strasburskie, o którym wspomina Wilson, znalazły ślad w nazewnictwie Durutti Column, nazwanym tak na cześć wydarzenia na Uniwersytecie w Strasburgu w 1966 roku, na którym studenci rewolucjoniści, pod wpływem anarchistów, przyjęli założenia pism sytuacjonistów. Następnie przystąpili do wydawania komiksu, na ogromnych płachtach, które wystawili w nocy na terenie miasta, co spowodowało wstrzymanie ruchu w porannych godzinach szczytu. Jeden z paneli przedstawiający dwóch kowboi nosił nazwę The Return of the Durutti Column tak samo jak największa anarchistyczna kolumna jednostka wojskowa utworzona podczas hiszpańskiej wojny domowej. 



Gwoli wyjaśnienia Situationist International  (Międzynarodówka Sytuacjonistyczna) działała od 1957 do 1972 roku. Była postmarksistowską organizacją, a raczej ruchem (bo miała dość luźną strukturę), który korzystał z wielu oryginalnych idei Karola Marksa, ale próbowała je dostosować do nowych czasów. Od Marksa Sytuacjoniści przyjęli koncepcję alienacji towarów. Zgodzili się z Marksem, że produkcja towarów dla zysku jest głównym celem systemu kapitalistycznego, a to prowadzi do alienacji. Jednak w przeciwieństwie do Marksa uznali, że ważniejsza jest konsumpcja. Dla nich, konsumpcja była równie wyobcowana jak produkcja, w dużej mierze z powodu pośrednictwa dystrybucji, przez co ustały stosunki między ludźmi. Według nich lekiem na to były sytuacje, które powinny być tworzone w sposób wolny, indywidualny, a nie według określonego modelu. Twierdzili, że każdy istniejący tekst, slogan i dzieło sztuki można wykorzystać do skonstruowania nowej sytuacji. Do było postepowanie, do którego realizacji miał służyć proces nazwany przez nich détournement polegający na zwróceniu kapitalistycznych sloganów i logo firm przeciwko reklamodawcom. Miało się to stać dzięki aktom buntu, działalności wywrotowej i negacji. Czyż punk nie stał się ruchem, w którym te poglądy najtrafniej znalazły swoje ujście? W przeciwieństwie do rocka, w którym najbardziej ceni się wirtuozerię i przestrzeganie konwencji, punk wolał spontaniczność, łamanie konwencji, a nawet amatorstwo. Nic dziwnego, że jedno z kluczowych wydarzeń, które doprowadziło do powstania Factory Records i jego ideologii inspirowanej sytuacjonistami był występ Sex Pistols w Manchester Free Trade Hall 4 czerwica 1976 (pisaliśmy o tym TUTAJ).

Wpływ sytuacjonizmu w rozwój Factory Records najbardziej widoczny jest jednak w plastycznych produkcjach wytwórni. Logo Factory do złudzenia przypomina jeden plakatów powstałych podczas paryskiej rewolty studenckiej w maju 1968 roku, skierowanej przeciwko konserwatywnemu rządowi Charlesa de Gaullea i trwającej wojnie w Wietnamie. W przeciągu kilkunastu dni zastrajkowało wówczas ponad 10 milionów osób, stanęły prawie wszystkie zakłady pracy i uniwersytety. W trakcie tych zawirowań powstało Atelier Populare (Pracownia Publiczna), złożone z wykładowców i studentów głównej paryskiej szkoły artystycznej, czyli Ecole des Beaux Arts. Artyści ci także strajkowali i wykonali pierwsze uliczne plakaty buntu.  Plakaty Atelier Populare zostały zaprojektowane i wydrukowane anonimowo, a dystrybuowane były bezpłatnie. Widywano je na barykadach, niesiono podczas demonstracji i umieszczano na murach w całej Francji.



Plastycy Factory Records wykorzystali również grafikę strasburskich Two Cowboys (Dwóch Kowbojów) jako część plakatu promującego zespół LINK, o czym zresztą wspominaliśmy TUTAJ. Pomysł okładki z papieru ściernego albumu także był zainspirowany książką sytuacjonistów: Asgera Jorna i Guya Deborda: Mémoires (1959), która również miała mieć okładkę z papieru ściernego. Takich punktów stycznych pomiędzy sytuacjonizmem a Factory Records było więcej… Może jeszcze o nich kiedyś napiszemy.

Jeśli chcecie je poznać, czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 


piątek, 4 grudnia 2020

Historia niesamowitego posteru z Ianem Curtisem z Joy Division

Lider Joy Division uwieczniony w pozycji, jakby się obracał i zaczynał kierować w stronę wyjścia. Wyjście zdaje się przypominać kształtem trumnę, a zamiast schodów do nieba z piosenki Led Zeppelin w tle pokazana jest szara ulica na górze której znika jakaś sylwetka. Być może to jeden z pozostałych członków zespołu, i aluzja do zdjęcia Antona Corbijna z londyńskiego metra (warto zobaczyć TUTAJ i TUTAJ) na którym wszyscy członkowie Joy Division schodzą po schodach, a jedynie Ian Curtis przystaje i obraca się. A może ta symboliczna postać ma wyobrażać biegnący dalej świat za którym wokalista Joy Division już nie podąża, bo wybiera czarne drzwi...       

Człowiek który stworzył powyższy plakat nazywa się prawdopodobnie Phillip Williams, choć trudno to ustalić bowiem w zbiorze jego pamiątek po punku i postpunku końca lat 70-tych zwracają się do niego po imieniu, a w archiwach posługuje się pseudonimem thebook. Wśród jego imponujących zbiorów zebranych TUTAJ znajdują się np. setlista koncertu the Buzzcocks, czy list jaki otrzymał od legendarnego dziennikarza muzycznego Johna Peela (warto zobaczyć TUTAJ). 

Dla nas jednak najważniejsze są trzy artefakty: pokazany powyżej, wykonany techniką sitodruku, poster z Ianem Curtisem, oraz list i karteczka, które otrzymał od samego Alana Erasmusa - jednego z trzech założycieli Factory Records

Był wtedy studentem college'u sztuk pięknych i postanowił wysłać do Factory Records przygotowany własnoręcznie poster z Ianem Curtisem. Wykonał go po śmierci legendarnego wokalisty i tekściarza. Pozostałe egzemplarze rozdał znajomym...

W odpowiedzi otrzymał list:

I rzeczywiście, jak napisał pod kolejną fotografią, album Closer przyszedł na jego adres domowy około tydzień później... W środku tym razem znajdował się odręczny liścik, również autorstwa Alana Erasmusa:

Ciekawe, czy ma ciągle ten album - próbowaliśmy się z nim skontaktować, niestety bezskutecznie. 
 
Tymczasem jego znakomity poster, został techniką (jak mawiają fachowcy) na blachę uwieczniony na moim ciele z pełnym i świadomym naruszeniem praw autorskich Phillipa
 
Ale to już zupełnie inna historia, o która pojawi się tutaj innym razem...


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.