niedziela, 19 listopada 2023

Z mojej płytoteki/ z katalogu 4AD: Stars and Topsoil (1982-1990) - składanka Cocteau Twins z doskonałą szatą graficzną Vaughana Olivera

 


Tak się złożyło, że trzecia niedziela z rzędu poświęcona jest na naszym blogu dokonaniom Cocteau Twins. Dziś wydawnictwo z 2000 roku, kompilacja wydana zapewne w celach podtrzymania legendy sztandarowego zespołu z 4AD. Jednak w przypadku tego wydawnictwa, Vaughan Oliver przeszedł samego siebie. Szata graficzna jest imponująca, a była ku temu możliwość, bowiem 4AD wykazało się wyjątkowym rozmachem. Wytwórnia przyzwyczaiła nas do skromności, wydawnictwa z lat osiemdziesiątych zawierały zwykle dość skromne okładki, względnie Oliver dodawał grafikę na kopertach. Tutaj mamy coś zgoła odwrotnego. Piękne to mało powiedziane, grafiki jak zwykle dopracowane, epatują tajemniczością, jakimś spokojem i jak zawsze odrobiną nostalgii.


Wewnątrz znajduje się komentarz Alana Warnera z Dublina. Autor zaznacza, że muzykę zespołu można traktować jako swoistego rodzaju zoo - krainę różnorodności która zadziwia a w której, tak jak w prawdziwym zoo, nie obowiązuje żaden dress - code. Autor uważa, że prezentowana kompilacja (swoją drogą ktoś w 4AD przeoczył i nie zmieniono słowa CD na słowo winyle) pokazuje jak daleką drogę przeszli muzycy z zespołu, którzy karierę zaczynali w małym miasteczku Grangemouth, pełnym rafinerii i fabryk chemicznych. Wspomina zdjęcie z wczesnego okresu, kiedy tam mieszkali, na którym widać uśmiechniętą Frazer, między jakże młodymi dwoma muzykami, patrzącymi z zaciekawieniem, tak jakby chcieli powiedzieć, że wkrótce świat muzyczny stanie przed nimi otworem (być może myślał o zdjęciu poniżej). 


Porównuje Cocteau Twins do takich kapel jak PIL, Can, Beefeart czy Last Exit, które zamknięte były w bańce swojej unikatowości. Uważa, że ich debiut, jak i kolejne dwa albumy (w tym Treasure) doskonale wypełniły pustkę epoki post Joy Division. Cocteau Twins byli unikalni, ale też i bardzo pracowici, zaskakując cały czas nowymi EP-kami. Mimo tego, że zmieniali styl, zawsze brzmieli unikatowo, i zawsze inaczej niż inne zespoły. 


Autor uważa, że centralnym punktem muzyki zespołu jest wokal Elizabeth Frazer, naśladujący instrument, co czyni muzykę zespołu podobną do powierzchni wody falującej w płytkiej zatoce. Uważa, że ten rodzaj śpiewu pozwala na to, iż każdy z nas słyszy taki tekst, jaki sam chce, co czyni muzykę zespołu jeszcze bardziej uniwersalną.
 

Muzykę Cocteau można porównać do dokonań Can, z wokalem Damo Suzuki. Zwłaszcza istnieje podobieństwo do albumu Future Days. Damo miał swój styl śpiewu, mieszał języki i wymyślał własne słowa. Igor Strawinski kiedyś powiedział, że jest jedynie naczyniem, przez które płynie jego muzyka. Podobnie można powiedzieć o Cocteau Twins. Mimo że od 1996 zespół nie gra już razem, Warner wyraża nadzieję, że to nie koniec. Nie ma artystów, są ich dzieła, i możliwe że zespół jeszcze wróci, żeby zakończyć pracę nad swoim niedokończonym albumem, a on znowu poczuje się jakby jego zoo ożyło...

Album obejmuje 18 utworów i pokazuje przekrojowo rozwój zespołu. Mamy tu muzykę poczynając od Garlands, a kończąc na Heaven or Las Vegas (uznany niedawno za najlepszy szkocki album muzyczny) i singlu Iceblind Luck z 1990 roku. To bardzo dobra przeglądówka dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji zapoznać się z muzyką zespołu. Każdy znajdzie bowiem tutaj coś miłego dla siebie, poczynając od typowiej zimnej fali, przez dreampop, kończąc na czymś, co eksperci nazwali ethereal wave. A za czym dziś tak tęsknimy...

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie. 

Cocteau Twins, Stars and Topsoil, 4AD 1990. tracklista: Blind Dumb Deaf, Sugar Hiccup, My Love Paramour, Pearly-Dewdrops' Drops, Lorelei, Pandora, Aikea-Guinea, Pink Orange Red, Pale Clouded White, Lazy Calm, The Thinner The Air, Orange Appled, Cico Buff, Carolyn's Fingers, Fifty-Fifty Clown, Iceblink Luck, Heaven or Las Vegas, Watchlar.


sobota, 18 listopada 2023

Drabina w Starym i Nowym Testamencie, starożytnym Egipcie i rytuałach masońskich

Drabina. Dwie żerdzie połączone ze sobą poprzecznymi drążkami są urządzeniem znanym od początku cywilizacji. Drabina w starożytnych domostwach była jednym z najpotrzebniejszych sprzętów. Za wyjątkiem masywnych budowli zaopatrzonych w schody, jedynie dzięki drabinie można było uzyskać dostęp do wyższych kondygnacji. Dość szybko drabina nabrała jednak znaczenia symbolicznego i motyw drabiny rajskiej opartej na ziemi i skierowanej ku niebu, jako dźwigni umożliwiającej przystęp do niebieskich przybytków stał się elementem wyrażającym religijne wyobrażenia najpierw w starożytnym Egipcie, a potem w innych kulturach. 

Egipcjanie wierzyli, że bogowie Ozyrys, Ra i Horus po to szykują zmarłym drabiny aby ci dostali się do nieba. Z kolei w świątyniach Mitry budowano osiem bram, umieszczanych jedna nad drugą, symbolizujących drogę oczyszczenia, w celu dotarcia do najwyższego kręgu zaświatów. Obraz drabiny przeniknął także do symboliki chrześcijańskiej. Drabina, jako arma Christi, czyli jedno z narzędzi męki, często na obrazach opiera się o krzyż bo według służyła do umieszczenia Chrystusa na krzyżu a potem do zdjęcia Jego ciała. Według tradycji Wschodu Zbawiciel sam, po drabinie, wspiął się na drzewo kaźni. 


I tak drabina, związana ze śmiercią Jezusa niesie w sobie ogromy ładunek znaczeń, choć w Biblii wcześniej występuje tylko dwa razy: w Pierwszej Księdze Machabejskiej służy do oblegania i zdobycia miasta, a w Księdze Rodzaju występuje w opisie snu patriarchy Jakuba, który miał wizję drabiny opartej na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili po niej w górę i schodzili na dół. Na szczycie drabiny znajdował się Bóg, który mu oznajmił: Ja jestem Pan, Bóg Abrahama i Bóg Izaaka. Ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twemu potomstwu. A potomstwo twe będzie tak liczne jak proch ziemi, ty zaś rozprzestrzenisz się na zachód i na wschód, na północ i na południe; wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz; a potem sprowadzę cię do tego kraju. Bo nie opuszczę cię, dopóki nie spełnię tego, co ci obiecuję. 


W Ewangelii taką metaforyczną drabiną łączącą ziemię z niebem stał się Chrystus, Bóg–Człowiek, obiecany i zapowiedziany Potomek Abrahama, Izaaka i Jakuba, w którym wszystkie ludy ziemi dostępują Bożego błogosławieństwa. Już średniowieczni filozofowie (m.in. św. Augustyn czy św. Tomasz z Akwinu) w swoich tezach filozoficznych wykorzystywali pojęcie drabiny bytów, w której człowiek zajmował jeden ze szczebli. W tym przypadku drabina symbolizuje hierarchię społeczną, a jej kolejne szczeble oznaczają poszczególne stanowiska, którą można także interpretować jako pomost łączący niebo z ziemią. Symbolizuje również trud drogi jaka czeka człowieka, wart jednak mimo to poświęcenia aby ten osiągnął wytyczony cel. Potwierdził to zresztą sam Chrystus, zapowiadając, iż na końcu czasu wszyscy ujrzą „niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących [do nieba] i zstępujących [z nieba] na Syna Człowieczego (J 1, 49-51). Było to wyraźne przywołanie obrazu drabiny Jakubowej, która inspirowała i inne interpretacje symboliczne. 


Najczęściej spotykamy symbolikę o charakterze moralnym, osiągania stopni doskonałości duchowych ale jednocześnie drabina obrazuje Stary i Nowy Testament, zaś jej szczeble – poszczególne cnoty chrześcijańskiego życia. Temat drabiny od początku istnienia sztuki chrześcijańskiej był chętnie podejmowany i zarówno wyobrażenie snu Jakuba jak i drabina jako jedno z arma Christi było chętnie ukazywana przez artystów wszystkich stylów i epok. Niektórzy trzymali się ściśle biblijnego opisu, inni modyfikowali go. I tak na przykład obraz Jacob's Ladder (Drabina Jakubowa) namalowany przez angielskiego poetę, pisarza, rytownika i malarza Williama Blake'a (1757-1827) dla Thomasa Buttsa, a datowany jest w przybliżeniu na lata 1799-1806 zamiast drabiny pokazuje spiralne schody ciągnące się do otwartych niebios…
Oczywiście z drabiną, jako z przedmiotem powiązanym z zaświatami i śmiercią  związane były także rozmaite przesądy Jeden z najdawniejszych pochodzi z początków chrześcijaństwa i dotyczy liczby 3. Liczba ta jest uważana za świętą, ponieważ reprezentuje Trójcę Świętą (Ojciec Święty, Syn Święty i Duch/Duch Święty), co sprawia, że trójkąt jest świętym symbolem. Kiedy drabina opiera się o ścianę, linie łączące drabinę, ziemię i ścianę tworzą trójkąt. Przejście przez ten trójkąt (tj. przejście pod drabiną) było uważane za symboliczne naruszenie Trójcy Świętej. A taka ingerencja w Trójcy Świętej uznawana była za bluźnierstwo i grzech niewybaczalny, wraz z takim zachowaniem pojawił się strach i przesądy.

Inne zabobonne zachowania mają swoją genezę w starożytnym Egipcie, gdzie drabinę  umieszczano w grobowcach zmarłych, aby ich dusze mogły przedostać się po drabinie do zaświatów. Przejście pod drabiną oznaczało wtargnięcie do świętej przestrzeni, co uniemożliwiało duszy zmarłego dalszą podróż. Niektórzy wierzyli, że sprowadza to na nieszczęśnika, który się tego dopuścił, klątwę.

Lęk przed przechodzeniem pod drabiną w średniowieczu był powodowany z kolei używaniem drabiny podczas kary śmierci przez powieszenie, bo skazaniec wspinał się na szubienicę po drabinie. Niektórzy wierzyli więc, że gdy ktoś zostanie powieszony, jego duch przebywa w trójkącie utworzony przez drabinę – zatem przejście pod drabiną uznawano za zapowiedź wyroku śmierci.

Drabina pojawia się także w rytuałach masońskich, gdzie jest uważana za schody, przez które można przejść z tego świata do Niebios. Symbolizuje więc w pewnym stopniu podróż masona ku światłu. Powiązane z nią są określone rytuały. Przyjmowany do stowarzyszenia adept poprzez obraz drabiny zapoznawany jest z podróżą, u której celu są trzy cnoty teologiczne: Wiara, Nadzieję i Miłość, oznaczające trzy rozdziały życia: młodość, dorosłość i starość (LINK).

Dzisiaj także sięga się po uniwersalne treści, a także po obraz drabiny. Niedawno, bo 13 listopada w Rzeszowie demonstranci protestujący w obronie Palestyńczyków ustawili instalację  nazwaną Drabiną do nieba, której inicjator, Jerzy Fąfara, wyjaśniał, że zniszczone buty na stopniach drabiny symbolizują ludzi, którzy poszli do nieba. Oni odeszli a pozostały tylko buty.
 

W innej pracy drabina zestawiana jest z drogą, a dokładnie z autostradą, która łączy i prowadzi do celu. Taki rodzaj interpretacji stosuje Stanisław Fijałkowski, który tworzył cykl o tym tytule tak go wyjaśnia: Autostrada jest nowoczesnym symbolem Drabiny Jakubowej. To łączność ziemi z niebem, czyli materii z duchem. Uważam, że tylko symbol prosty, zarazem wieloznaczny, bliski abstrakcji daje się rozmaicie interpretować. Każdy może go na swój sposób przeżywać, w zależności od bogactwa, jakie w sobie nosi.

Jak widzimy drabina nadal inspiruje.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 17 listopada 2023

Piątek z the Beatles: Po Revolver był Pepper - cz.5. Układ utworów na albumie miał być zupełnie inny, a zespół nagrał 3 dodatkowe piosenki

 

Tak się złożyło, że od jakiegoś czasu piątkowe wpisy poświęciliśmy the Beatles. A ponieważ po Revolver nadeszły czasy Peppera, warto napisać co nieco o tym albumie. Zwłaszcza, że dysponuję oryginałem z epoki w stanie idealnym, jak i wydaniem rocznicowym CD z 1987 roku, czyli wydaniem specjalnym 20 lat po ukazaniu się oryginału. I tym wydaniem zajmiemy się teraz. W części pierwszej opisaliśmy fakty związane z narkotykami, oraz opinię o albumie George'a Martina (TUTAJ). W części drugiej (TUTAJ) pracę inżynierów nad albumem, a w trzeciej (TUTAJ) chronologiczny opis powstających piosenek. TUTAJ opisaliśmy narkotykowy odjazd Lennona podczas nagrywania Getting Better.

Kolejną nagraną piosenką była With a Little Help From My Friends, co miało miejsce 29.03.1967 pod roboczym tytułem Bad Finger Boogie. Zmiksowany z take 11, napisany przez Paula i Johna, zaśpiewany przez Ringo. Skład realizatorski to Martin, Emerick i Lush. Po nim jako ostatni nagrano Sgt. Pepper (Reprise) co miało miejsce 1.04. 1967 z take 9. Napisany przez Paula, ale zaśpiewany dodatkowo przez Johna i George'a. Skład realizatorski był jak w powyższym nagraniu. Dodatkowe trzy piosenki nagrane podczas sesji, ale odrzucone z albumu, zostały wydane na singlu i soundtracku Yellow Submarine. Były to Strawberry Fields Forever, nagrany 24.11.1967, Penny Lane (nagrany 29.12.1967) i It's Only A Northern Song (nagrany 13.02.1967).
 
 
Ideą było żeby album posiadał 2 strony ciągłej muzyki bez przerw, co w żargonie nagrywania nazywa się banding. Układ miał pierwotnie być następujący: Sgt. Pepper..., With A Little..., Being for the..., Fixing a Hole, Lucy..., Getting Better, She's Leaving...
 
 
Zespół miał pierwotnie na okładce zamieścić projekt wykonany przez duńską grupę o nazwie Fool (pokazany powyżej). Ale Peter Blake zagadał Paula i zaproponował zatrudnienie profesjonalnych artystów. John i Paul wpadli na pomysł, że na okładce ma być zespół podczas koncertu, ale szybko idea ta została zastąpiona wizją Johna, że ma to być zespół, który właśnie skończył koncert, być może w parku. Za zespołem miał stać tłum, i miało to stanowić formę kolażu. 
 
Peter Blake poprosił Beatlesów, żeby podali listę osób, tak też John podał Jezusa, Ghandiego i cynicznie - Hitlera. Ponieważ było to kilka miesięcy po niefortunnej wypowiedzi Johna o Jezusie, z Jezusa zrezygnowano. George dostarczył listę guru. Ringo oświadczył, że zgadza się ze wszystkimi propozycjami innych. Listę osób sporządził Peter Blake wraz z Robertem Fraserem. Sporządzili kartonowe figury i ustawili razem. EMI zdało sobie sprawę, że osoby żyjące mogą ubiegać się o prawo do wizerunku, dlatego Brian Epstain napisał list osobiście do każdej z osób.
 
Mae West, aktorka z USA, odpisała że nie chce być na okładce, co ma robić jej osoba w klubie samotnych serc? Ale kiedy zespół ją poprosił, zmieniła zdanie. O zrobienie zdjęć poproszono kolegę Frasera - Michaela Coopera. Blake ustawiał figury aż dwa tygodnie. Figury z ostatniego rzędu przymocował do ściany, a kolejne do nich, co pozwoliło uzyskać efekt wielopoziomowy. Wypożyczył też figury woskowe, chciał żeby patrzyły na całość. chłopak od zieleni zrobił gitarę z hiacyntów.  
 
C.D.N. 
 
Czytajcie nas  - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.             

czwartek, 16 listopada 2023

Aspekty ludzkiej egzystencji i nieuchronność przemijania na obrazach Enrico Brandani

Malarz i ilustrator Enrico Brandani urodził się 1 stycznia 1914 roku w Aleksandrii w Egipcie, zmarł w szwajcarskim Bernie a żył 65 lat. Jego twórczość malarską, którą można uplasować pomiędzy surrealizmem i ekspresjonizmem egzystencjalnym jest na tyle interesująca, że zasługuje na odnotowanie, zwłaszcza że artysta nie doczekał się nawet wzmianki w popularnej Wikipedii. Zresztą podobnie jak i jego ojciec, dyrektor Włoskiego Towarzystwa Filodramatycznego w Kairze i komediopisarz. Malarz być może po nim odziedziczył nie tylko imię, ale i zmysł humoru, tak charakterystyczny dla jego prac.

Brandani uzyskał gruntowne wykształcenie, ukończył najpierw Uniwersytet Sztuk Pięknych w Kairze, a później studiował na Akademii w Rzymie. W latach trzydziestych zaczął wystawiać swoje prace w licznych galeriach, i to nie tylko we Włoszech, ale wkrótce także w całej Europie. W kolejnych latach także malował, ale ostatecznie zajął się ilustratorstwem, gdzie mógł wykazać się swoim wszechstronnym talentem. Udzielał także lekcji malarstwa, m.in. jako profesor Akademii Sztuk Pięknych w Bolonii w latach 1956–1979. Był żonaty z malarką Renée Yolandą Hauser (1918-2008), zdolną autorką martwych natur i pejzaży, jednak także niedocenioną.









Jak już wspomnieliśmy, interesowały go aspekty ludzkiej egzystencji, nieuchronność przemijania. Na jego obrazach często pojawiają się postacie ludzkie, choć kształtował je na sposób nieco abstrakcyjny. Liczne prace fascynują surrealistyczną stylistyką, za pomocą której przekazywał znane sobie historyjki. Sądząc z tego co i jak malował, inspirował się sztuką Salvadore Dali i Chirico, choć zmysł humoru brał u niego górę i jego obrazy utraciły grozę przynależną pracom obu surrealistów a pozostały opowieściami, anegdotami.









Co ciekawe, jest także autorem obrazów religijnych. Widać nie poszedł drogą wyznaczoną przez Andre Bretona lecz własną i nawet jego nadrealizm jest żartem z rzeczywistości a nie jej zaprzeczeniem.


Nie możemy zamieścić strony instytucji gromadzącej prace Enrico Brandani, choć jego obrazy można nabyć w wielu europejskich galeriach, ale żadna nie zechciała stworzyć kolekcji, opracować je, a tym samym pozostawić artystę w naszej pamięci. Po to jednak jest nas blog…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 15 listopada 2023

Streszczenie książki Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records cz.19. Prawda o Martinie Hannettcie

 


Książka Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records, wydana została przez wydawnictwo Virgin Books w roku 1996. W moim posiadaniu jest wznowienie z roku 2002.
 
Streszczenie pierwszego rozdziału pojawiło się TUTAJ, drugiego TUTAJ, fragment trzeciego TUTAJ, kolejny TUTAJ a ostatni fragment rozdziału trzeciego pt. The Wythenshave Connection (TUTAJ). Streszczenie rozdziału czwartego pt. From Safety To Where? o dzieciństwie i młodości członków grupy opisaliśmy TUTAJ. Kolejny post TUTAJ dotyczył debiutów the Dammned i the Clash, oraz rozmowy miedzy Ianem Curtisem a Pete Shelly z Buzzcocks. Następny omawiany fragment opisywał scenę punk miasta, na której wyłaniało się wiele ciekawych zespołów w tym Stiff Kittens - jeden z pierwszych zespołów Iana Curtisa,  i alternatywne nazwy, które wtedy muzycy rozważali (TUTAJ). Później opisywaliśmy historię pierwszego koncertu Warsaw (warto zobaczyć TUTAJ), oraz klubu Electric Circus (TUTAJ). Fragment dotyczący mało znanych faktów z życia Roba Grettona, ale i kilka ciekawostek ze świata sceny punk Manchesteru opisaliśmy (TUTAJ). Ostatnia noc w Electric Circus i skandal na koncercie Warsaw jak i wizyty Iana Curtisa w RCA opisaliśmy TUTAJ. Nagrywanie przez Joy Division albumu dla RCA opisaliśmy TUTAJ. TUTAJ natomiast przedstawiliśmy historię pozyskania przez zespół Roba Grettona na pozycję menadżera. Pierwszy wywiad krajowy zespołu opisaliśmy TUTAJ, a początki Factory TUTAJ. Z kolei TUTAJ zajęliśmy się mitem związanym z nazwą wytwórni, a TUTAJ opisaliśmy prawdziwą inspirację okładki A Factory Sampler, a TUTAJ przedstawiliśmy zarys historyczny jej powstania.
 

Problemy kadrowe Durutti Column nasiliły się, muzycy którzy odeszli zasilili rynek i przyczynili się do powstania Simply Red. Wilson wspomina, że Vini był i jest najlepszym gitarzystą jakiego w życiu słyszał. Wtedy w głowie Tony'ego narodził się pomysł, żeby nie tworzyć wkoło niego zespołu, tylko dodać mu jeszcze jednego muzyka. 
 
Nadeszła pora spotkania Vini z Martinem Hannettem. Tony zarezerwował Cargo Studios na dwa dni, ale Martin przedłużył na trzeci. Vini wspomina że to nie były łatwe dni, Martin był kompletnie impregnowany na jego zachowanie. Vini miał wtedy myśli samobójcze i głęboką depresję. Siedział na fotelu dwa dni i krzyczał na Martina. Hannett nic sobie z tego nie robił, w końcu odkrył na syntezatorze brzmienie ptaków. I wtedy Vini się otworzył i zaczął grać, co spodobało się Martinowi. Tak powstał Sketch For Summer...
 

Piosenka trwa aż 5 minut. 
 
Wielu jest w mieście świadków pracy Martina i krąży o tym wiele legend. Prawda jest taka, że miał ekstremalne metody pracy, zostawiał muzyków w stanie kompletnego wyzucia i rozczarowania. Jednocześnie potrafił być bezproduktywny a przy tym niebotycznie drogi. Niektórzy wspominają, że nie dawał żadnych wskazówek, był zafiksowany na pracy, wiele sesji kończyło się bezproduktywnie. Gro muzyków określa jego karierę, że była niesamowicie nierówna.
 
 
Zatem historie krążące o Martinie można podzielić na dwie podstawowe grupy. Inżynierowie ze studia Strawberry wspominają, że nie spotkali nikogo, kto miałby większe wizje niż Martin. Podczas gdy zespół grał, leżał na kanapie i słuchał. Wtedy po pewnym czasie muzycy podchodzili do niego i słuchali instrukcji. Tak realizował poszczególne kapele. Inni uważają, że często zmieniał zdanie, raz uważał dany fragment za fatalny, by na drugi dzień uważać go za genialny. Był zdaniem innych wspaniały, specyficzny, niekonsekwentny, perfekcyjny technicznie, był tym który potrafił wycisnąć ezoteryczny ludzki wysiłek z nudnych zimnych maszyn. 
 
Nocami jechał na obrzeża miasta swoim Volvo na wrzosowiska Lancashire i Yorkshire. Naprzeciwko parkował drugi samochód, byli to ludzie z Blackburn, z AMS. Oni potrafili uchwycić wizje Martina i sprzedać ją swoim inżynierom - mówił że to mu gra w głowie, a oni to konwertowali na efekty elektroniczne.  
 
C.D.N. 
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.        

wtorek, 14 listopada 2023

Przedstawiam czas, stosując filtr rozmytego ruchu - obrazy i rzeźby Andy Denzlera

Andy Denzler (ur. 1965) to szwajcarski artysta urodzony i mieszkający w Zurichu. W swoich pracach bada poczucie czasu, zatrzymując jedną chwilę w czasie, tak jakby zatrzymywał film.  Powoduje to zniekształcenia, rozmyte pasma, jakbyśmy w zwolnionym tempie patrzyli na przesuwające się kadry życia. Denzler ma wiele przemyśleń na temat czasu. Tak kiedyś powiedział o tym nieprzekraczalnym wymiarze: przede wszystkim w swojej twórczości odwołuję się do czasu i wywołuję narrację za pomocą kompozycji, światła i ruchu. Przedstawiam czas, stosując filtr rozmytego ruchu. Kiedy indziej stwierdza Bez ruchu nie byłoby życia, wszystko zaczyna się od ruchu… Na tyle zafascynowały nas te wynurzenia artysty, że zapoznaliśmy się z jego pracami. I uznaliśmy, że możemy je pokazać na naszym blogu. Bo stosowana przez niego technika jest prosta a przez to interesująca, a ponadto stosuje ją nie tylko w malarstwie ale także w rzeźbie. A malujących i rzeźbiących twórców nie jest wielu.

A zatem, skoro wytłumaczyliśmy się z naszego wyboru, pora pokazać najpierw jego obrazy:












I zaraz potem rzeźby:



Artysta, jak widzimy, stawia w centrum swojej uwagi ludzką postać.  Są to w większości portrety jego przyjaciół i znajomych, a w procesie twórczości wykorzystuje fotografie i filmy. Jest to sztuka figuratywna, oparta na dobrych wzorcach. Wymieniając swoich ulubionych malarzy wymienia Freuda, Velázqueza i Rembrandta, czyli kolorystów, którzy stawiali na formę ale także starali się przemycić to, co ukryte, czyli psychologiczny portret pokazywanych osób. Filmowy ruch i zniekształcone momenty to stałe cechy jego obrazów i rzeźb, jakby nieostrych. Dzięki temu jego obrazy są żywe, bardzo spontaniczne i natychmiast rozpoznawalne.

Artysta wiele wystawia, już 23 listopada będzie prezentował swoją kolejną wystawę Distorted Moments w Ludwig Museum Koblenz. Więcej jego prac można zobaczyć na jego stronie (TUTAJ).

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.