niedziela, 18 czerwca 2023

Z mojej płytoteki: EAST i Sodom, znakomita muzyka instrumentalna węgierskiej legendy progrocka

 

O węgierskiej legendzie rocka progresywnego pisaliśmy na naszym blogu kilka razy. Zanim zatem omówimy ich kolejny album, który czyni opis ich dyskografii niemal zamkniętym (bo opiszemy jeszcze Jatekok z 1981 roku), przypomnijmy o albumie Huseg z 1982 roku (TUTAJ), Live Csepel z 1981 roku (TUTAJ) i Resek a Falon z 1983 roku (LINK), już z nowym wokalistą.   

Zatem wychodzi nam, że albo nagrali ten album już bez udziału nowego wokalisty, albo mieli opóźnienie, co w tamtym czasie było normalne - od nagrania do wydania nieraz mijał rok, czasem i więcej. 

Szodoma przypomina mi wstęp do Jatekok. Doskonale panowie wprowadzają nas w album, bowiem cała płyta jest instrumentalna. Tym samym motywem zresztą się kończy i dobrze, bo wpada w ucho. A swoją drogą Varga Janos genialnym gitarzystą był i basta. Drugi utwór - Árverés  jest nieco bardziej jazzującyZnowu przypominają się muzyczne pejzaże zarówno z Jatekok jak i Huseg. I ten leniwy bas w tle...     
 
Asszonyok Panaszdala, co znaczy lament kobiety, to jeden z najlepszych utworów na albumie. I znowu Varga pokazuje mistrzostwo, a mi tutaj przypomina się chyba najlepszy utwór EAST - Varni Kell z Huseg. I gdyby ktoś chciał kiedyś wydać wznowienie tego doskonałego albumu, to ten utwór powinien być wgrany zaraz po Varni Kell.
 
 
Átoktánc - Taniec Klątwy, jest nieco bardziej eksperymentalny. Ciekawy bas, perkusja, i solówki tnące leniwy rytm. Lea z kolei, jest bardziej leniwa, spokojna. Znowu okazuje się, że  Varga robi cały klimat. Na koniec Pusztulás - czyli Destrukcja - i wracamy do początku... 
 
Kiedyś była muzyka, kiedyś zespoły potrafiły gać ponadczasowo, nam dane było to widzieć i się temu przyglądać. Teraz za to, mamy o czym pisać.
 
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.  

EAST, Sodom, Krem 1984, tracklista: Szodoma (Sodom), Árverés (Auction), Asszonyok Panaszdala (Women's Lament), Átoktánc (Dance Of Curse), Lea (Lea), Pusztulás (Destruction).


sobota, 17 czerwca 2023

Tajemnice Arki Przymierza

 Jak wszyscy pamiętamy, Arka Przymierza po odnalezieniu jej przez Indiane Jonesa trafiła do przepastnego magazynu muzealnego i w ten sposób znów zaginęła na kolejne wieki…  Oczywiście film jest fikcją, choć Arka Przymierza pozostaje najbardziej tajemniczym artefaktem, jaki kiedykolwiek istniał. Przypominamy, że jej wygląd został dokładnie opisany w Biblii: była to duża skrzynia z drewna akacjowego o wymiarach ok. 140x80x80 cm, obita obustronnie złotą blachą. W Arce przechowywano laskę Aarona (która zakwitła), dzban z manną i dwie kamienne tablice z tekstem Dekalogu otrzymane przez Mojżesza na górze Synaj. Zamknięta była specjalnym wiekiem na wierzchu ozdobionym posążkami cherubinów. Po bokach miała pierścienie, przez które przewlekano drążki do przenoszenia Arki. Bo Arka oprócz tego, że skrywała przedmioty świadczące o Bożej opiece nad wybranym ludem, to przede wszystkim oznaczała realną obecność Boga w narodzie izraelskim i zawarte z nim przymierze dające Izraelitom rękojmię zwycięstwa nad nieprzyjaciółmi (Lb 10,35; 1 Sm 4,3-12; 1 Krl 3,15). Tę bliskość i opiekę Jahwe wyrażał tajemniczy obłok unoszący się nad namiotem i Arką Przymierza (Wj 40,34-38). 

Przechowywana w Kiriath-Jearim Arka (w 2019 r. archeolodzy odkryli świątynię z VIII w. p. n. e. służącą do tego celu LINK) około 957 r p.n.e. została umieszczona przez króla Salomona w zbudowanej przez niego Świątyni. I wraz z jego śmiercią historia Arki kończy się dość nagle. Tradycja żydowska i większość uczonych przypuszczają, że pozostawała ona w świątyni przez prawie 400 lat, aż do zniszczenia Jerozolimy przez Babilończyków w 586 r. p.n.e. Nie figuruje jednak w wykazie łupów, które Babilończycy zabrali ze świątyni… Być może dlatego, że Arka została wywieziona z Jerozolimy już pod koniec X wieku, po najeździe faraona Sziszaka za panowania syna Salomona, Rechoboama. Ale ten fakt na pewno zostałby odnotowany w annałach izraelskich i egipskich.  Są zatem dwie możliwości – mogła zostać zniszczona podczas najazdu nieprzyjaciela, lub też kapłani zdołali ją przenieść w bezpieczne miejsce. Według Księgi Machabejskiej Arka została ukryta w jaskini na górze Nebo przez proroka Jeremiasza, który zapowiedział, że Miejsce to pozostanie nieznane, aż Bóg na powrót zgromadzi swój lud i okaże mu miłosierdzie (Mch 2,7) .

I tutaj rozpoczyna się współczesna historia Arki Przymierza, niejako zapowiedziana w filmie o przygodach Indiany Jonesa. Otóż w XX wieku lokalizowano Arkę w dwóch miejscach – pierwszym był kościół Matki Bożej Marii z Syjonu w Aksum w Etiopii, gdzie oglądać ją mogli tylko wyznaczeni Strażnicy Arki.  Z tym, że brytyjski historyk i archeolog Edward Ullendorff widział tę Arkę podczas II wojny światowej i stwierdził, że nie był to oryginał. Informację tę potwierdził Tudor Parfitt, który pracował z Ullendorffem w londyńskiej School for Oriental and African Studies i bezpośrednio od niego usłyszał relację z wizyty w tym miejscu. Otóż Ullendorff widział Arkę w 1941 roku, kiedy jako oficer armii brytyjskiej stacjonował w tym kraju. Ale ponieważ Ullendorf pozostał w Etiopii po wojnie i został osobistym przyjacielem cesarza Etiopii, Haile Selassie, nie chciał urazić  Etiopczyków twierdzeniem, że Arka wewnątrz kościoła Najświętszej Marii Panny z Syjonu nie była prawdziwa. Ullendorff przyznał się do tego publicznie dopiero w artykule zamieszczonym Los Angeles Times w 1992 roku, ale miał nadzieję, że władze Etiopii nie dowiedzą się o tym co w wywiadzie powiedział (LINK).


Kolejne ślady Arki pochodzą z Szilo, obecnie leżącym na obszarze Autonomii Palestyńskiej, w którym archeolodzy w 2017 roku znaleźli 10 ceramicznych dzbanów datowanych na X w. p.n.e., co według nich wskazuje kierunek przemieszczania się Arki. Jest to o tyle istotne, bo według biblijnego opisu Szilo zostało zniszczone, gdy Izraelici zostali pokonani przez Filistynów, którzy zrabowali Arkę (LINK). 

Ale prawdziwie sensacyjnego odkrycia dokonał wspomniany już Tudor Parfitt, profesor hebraistyki w School for Oriental and African Studies w Londynie.  Utrzymuje on, że odnalazł Arkę Przymierza, a raczej jej fragmenty.

Podobno przez długi czas przechowywano ją w grocie, w pobliżu rzeki Limpopo w Afryce Środkowej. Tam zlokalizował ją Harald von Sicard i w latach czterdziestych ubiegłego wieku przeniósł do muzeum w Bulawayo, skąd według późniejszych pogłosek zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Według niepotwierdzonych doniesień ukryto ją ponownie w jaskini u podnóża Dumghe, w okolicy Mberengwa, a następnie przeniesiono w góry Soutpansberg. Ostatecznie Parfitt odnalazł ją w magazynie muzealnym w Harare w 2007 roku. Znajdowała się tam jako ngoma lungundu, coś na kształt bębna, który według miejscowej legendy kapłani z klanu Buba, członkowie kapłańskiej kasty Lembów mieli przynieść z Izraela. Zdaniem Parfitta ngoma pod wieloma względami przypomina biblijną arkę z czasów Mojżesza. Podobnie noszono je na drążkach wsuwanych w pierścienie, na niegodnych sprowadzało śmierć, było siedzibą Boga i traktowano je z lękiem oraz z czcią. Wprawdzie badania na obecność węgla radioaktywnego wykazały, iż ngoma z Harare powstało około 1350 roku ale według Parfitta przedmiot ten wykonano ze szczątków oryginalnej Arki Przymierza, która została zniszczona wieki wcześniej a na wynik badania mają wpływ także późniejsze przekształcenia z użyciem wtórnych kawałków drewna.


Lud Lemba, który strzegł ngoma zawsze twierdził, że ma żydowskie pochodzenie. Ich fascynującą historię opisał w latach 50 XX w. wspomniany von Sicard (Ngoma Lungundu, eine afrikanische Bundeslade. Studia Ethographica Upsaliensis, vol. 5, 1952). Okazuje się, że Lemba od wieków przestrzegają wielu żydowskich zwyczajów, w tym: obrzezania, powstrzymania się od wieprzowiny i zawierania małżeństw tylko w obrębie swojego plemienia. Korzystając z nowych technologii, Tudor i inni badacze dowiedli, że opowieści Lemby o ich żydowskiej przeszłości mogą mieć podstawy. Testy DNA wykazały, że 52 procent z nich ma chromosom Y znany jako modalny haplotyp Cohena – charakterystyczny tylko dla starożytnych kapłańskich rodzin żydowskich.  Według Parfitta plemię opuściło Judeę w czasach biblijnych i migrowało razem z Arką przez Jemen do wschodniej Afryki, a potem przez Etiopię do obecnego Zimbabwe. Parfitt swoje ustalenia zawarł w książce: The Lost Ark of the Covenant: Solving the 2500 years old Mystery of the Fabled Biblical Ark, wydanej nakładem Harper Collins w 2008 roku.

Czy ngoma z Muzeum Nauk o Człowieku w Harare jest ostatnią pozostałością po Arce Przymierza? Tego nikt nie wie. Jedno co jest pewne – teoria o żydowskim pochodzeniu Lemba okazała się prawdą, tak jak wcześniej twierdził to Parffit. Jednak jest to jeden z argumentów, istotny ale nierozstrzygający. Według Apokalipsy św. Jana Arka Przymierza ukaże się ponownie w Świątyni Pana w Czasach Ostatecznych. Na razie niech to nam wystarczy, jak i biblijny opis Arki oraz tajemniczy artefakt z Muzeum z Zimbabwe.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

piątek, 16 czerwca 2023

Super deluxe edition Revolver - najważniejszej płyty the Beatles cz.15: For No One, czyli historia solówki na... rogu

 

 

Kilka tygodni temu rozpoczęliśmy na naszym blogu omawianie specjalnego wznowienia albumu Revolver zespołu the Beatles (TUTAJ) streszczeniem wstępu Paula McCartneya. Następnie streściliśmy relację Gilesa Martina (TUTAJ) - współrealizatora nagrań, a fenomen albumu omawiał raper Questlove (TUTAJ). Opisaliśmy też historię zastosowania sitaru (TUTAJ) i jak powstawały efekty specjalne (TUTAJ), oraz zaczęliśmy omawiać rozdział zatytułowany Track by Track, w tym historię powstania piosenki Taxman (LINK), Elanor Rigby (LINK), I'm Only Sleeping (LINK), Love You To (LINK), Here, There and Everywhere (LINK), Yellow Submarine (LINK), She Said She Said (TUTAJ), Good Day Sunshine (LINK) i And Your Bird Can Sing (TUTAJ). Dziś historia piosenki For No One.

For no one to jedna z pierwszych piosenek obserwacyjnych McCartneya, i jeśli się w nią wsłuchać to można dojść do wniosku, że jest bardzo podobna do piosenki umieszczonej na pierwszym singlu Paula pt. Another Day


Paul zresztą przyznał, że to o tej samej kobiecie. McCartney uważa, że  tym utworze wyraził wieloznaczność form języka angielskiego. Piosenkę zaczął pisać podczas wakacji w Kloster koło Davos w marcu 1966 roku, gdzie przebywał z Jane Asher, ówczesną narzeczoną. To były jego pierwsze wakacje narciarskie, spodobała mu się jazda na nartach podczas filmu Help! stąd pomysł takich wakacji.


 

Zdjęcia ze strony: LINK

Piosenka wpadła mu do głowy w łazience, często tak się zdarzało podczas wakacji i pełnego relaksu. Pierwszy jej tytuł to Why Did It Die a oryginalny rękopis zawiera dodatkowe zdanie. Paul wyjaśnił, że w pierwszej wersji chodziło o rozstanie miedzy parą ludzi, oparł się na własnych przeżyciach. Fragment o tym, że w oczach nic już nie widać opisuje tan straszny moment uświadomienia sobie końca uczuć.


Sesja odbyła się 9.05.1966 a wzięli w niej udział tylko Paul i Ringo. Paul grał na pianinie i śpiewał a Ringo grał na perkusji. Jest 10 wersji tej piosenki, ale tylko trzy są kompletne. W jednej z nich pojawia się klawikord, jest to wynik inspiracji dokonaniami Bacha i Haydna. Instrument zakupił osobiście George Martin za kwotę równoważną w 2022 roku 1700 GBP. George Martin był zachwycony dźwiękiem tego instrumentu, a Paul zagrał na nim w tej piosence. W utworze zastosowano też przyspieszanie taśmy, ale wokal zostawiono niezmieniony. 19.05 nagrano finalną wersję na której pojawił się też róg. Zagrał na nim Alan Civil, instrument od dzieciństwa lubił Paul z powodu jego czystego brzmienia. 

Alana zaproponował George Martin i Paul wspomina, że to była  jego znakomita cecha - znał doskonałych muzyków grających praktycznie na dowolnym instrumencie. Civil był muzykiem National Philharmony Orchestra, a od 1966 roku grał w BBC Symphony Orchestra aż przez kolejne 22 lata. Solo na rogu zaśpiewał Martinowi Paul, a ten przetłumaczył je na zapis nutowy. Co ciekawe, jeden z dźwięków nie mieścił się już w skali instrumentu, ale mimo tego Martin wręczył zapis Civilovi. Co ciekawe, Civil zagrał też dźwięk spoza skali. 


Paul stwierdził, że to typowa cecha wielkich muzyków, potrafią wydobyć z instrumentu więcej niż on oferuje w standardzie (na powyższym zdjęciu Paul okazuje Civilowi zadowolenie z efektu jego pracy). Artysta otrzymał za wkład w album równowartość dzisiejszych 1000 GBP ponadto grał też w orkiestrze w piosence A Day in the Life. Został też uhonorowany na okładce Revolver jako wykonujący solo.

C.D.N.

Czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.


czwartek, 15 czerwca 2023

Malarstwo braci Andrzeja i Jerzego Głuszak: od Pomarańczowej Alternatywny do malarstwa transcendentalnego

We wtorek opisaliśmy dwóch artystów: Mariana Michalika ojca i Borysa Michalika syna (LINK). Dzisiaj chcemy zaprezentować kolejną parę malarzy, tym razem są to bracia-bliźniacy: nieco starszy Andrzej Głuszak i chwilę młodszy Jerzy Głuszak. Jak to bliźniacy urodzili się tego samego dnia, w niedzielę 4 marca 1956 r. (tego samego roku, w którym przyszedł na świat np.: Ian Curtis). Obaj ukończyli Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu (dawną Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych). Dyplomy uzyskali w pracowni prof. Konrada Jarodzkiego (Jerzy w 1981, Andrzej w 1982 roku).
 

A że był to Wrocław, lata 80 XX wieku, okres rozwoju kontrkultur, obaj uczestniczyli w rozmaitych happeningach, performanceach i działaniach teatralnych mocno nasyconych polityką:  akcjach Pomarańczowej Alternatywy oraz grupy Luxus (Andrzej był nawet współautorem pierwszego happeningu Pomarańczowej Alternatywy we Wrocławiu pt.: Tuby, czyli zadymianie miasta, który miał miejsce 1 kwietnia 1986 LINK). Ale to nie wszystko, bliskie im były także rozmaite inicjatywy muzyczne, założyli nawet zespół Chirurgia Plastyczna, o którym bliżej niestety nic nie wiemy, niemniej o roli muzyki na wrocławskich uczelniach i w czasie strajku studenckiego oraz obu braciach w jednym z wywiadów wspomniał Marek Puchała, dawny perkusista zespołu Klaus Mitffoch (pisaliśmy o nim TUTAJ). Mówił tak: Częścią zmiany była muzyka, bardzo ważna dla nas w tamtym okresie. Jeszcze przed strajkiem w szkole były instrumenty, które załatwili bracia Głuszkowie i tak zacząłem grać z nimi na perkusji. Pałki miałem ze szczebli z oparcia krzesła. Muzyka, coraz bardziej prymitywna, oddziaływała na naszą sztukę. Powoli nabieraliśmy wyrazu. Moja gra na perkusji polegała na tym, że nie było solówek, zawijasów. Liczyła się paka. Wzorem była dla mnie konstrukcja afrykańskiej muzyki, w której chodzi o wspólnotę. Nie ma w niej lidera, a kiedy rozłożysz ją na czynniki pierwsze, to zostają tylko poszczególne dźwięki. […] Radykalizm muzyki […] polegał na brutalności i szczerości (LINK).

Tak to było w tamtych latach. A po tzw. transformacji ustrojowej w 1989 roku Głuszakowie zajęli się tym, co umieli najlepiej: malarstwem, rysunkiem, ilustracją i graficznym projektowaniem.

Andrzej maluje abstrakcje - świetliste, przesycone barwami widma, które sprawiają wrażenie woali ukrywających inną rzeczywistość.








Jerzy natomiast tworzy figuralne, surrealistyczne kompozycje w stylu Rene Magritte, których wymowa niekiedy trąci żartem, lekką ironią czy nawet sarkazmem. On sam charakteryzuje swoją twórczość w następujący sposób: W moich pracach staram się uchwycić to, co nieoczywiste i nieco tajemnicze. Język metafory, symboliki i poetyki szybciej pozwala dotrzeć do odbiorcy i wywołać w nim odpowiednie skojarzenia i refleksje, Wyobraźnia pomaga mi wzbogacić siebie, ale także i innych o nowe treści wynikające z przemyśleń, przetworzeń obrazu o obszary wizualnie i plastycznie ciekawe. Sztuka pozwala mi na w miarę precyzyjne ilustrowanie świata, rzeczywistości wielowymiarowej, pełnej dosadnej potoczności, ale i tych miłych niedookreśleń, abstraktu, czasami pozwalających przenieść nas na krótko w transcendencję (LINK).











My możemy dopowiedzieć, że widać na nich wpływ wielu dzieł o których była mowa na naszym blogu: Arnolda Bocklina (LINK), Caspara Davida Friedricha (LINK), Paula Delvaux (LINK). Aluzje do ich prac witamy niczym starych znajomych…

Cóż jeszcze możemy do tego dodać? Może tylko zachętę, aby śledzić działalność obu braci. Warto…

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 14 czerwca 2023

Streszczenie książki Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records cz.1. Książka inna niż wszystkie




Książka Micka Middlesa pt. From Joy Division to New Order. The True story of Anthony H. Wilson and Factory Records, wydana została przez wydawnictwo Virgin Books w roku 1996. W moim posiadaniu jest wznowienie z roku 2002.

We wstępie autor zaznacza, że chciałby przedstawić historię w nieco innym kontekście, niż robiono to dotychczas. Middles uważa, że historia Factory, Joy Division i New Order nie może być traktowana w oderwaniu od historii dwóch bliźniaczych miast Manchesteru i Salford. Autor nie uważa, że Manchester jest lepszy od jakiegokolwiek innego miasta, tylko twierdzi, że to wyjątkowe pod wieloma względami miasto. 

Wstęp lokuje nas w czasie kiedy New Order przeżywają chwilowy kryzys i Rob Gretton, pojawiający się na samym początku książki, nie jest pewien czy zespół coś jeszcze kiedyś nagra. Od czasu kiedy zaczynali karierę upłynęło już kilkanaście lat, Gretton, który ma swoją wytwórnię płytową Rob's Records, a obok niego w mieście działają jeszcze  Manchester Records, Blue Records i Pleasure, twierdzi, że gdyby teraz startowali z Joy Division i Factory pewnie by nie odnieśli sukcesu. Wspomniane wytwórnie publikują muzykę noisy i indie (Manchester Records), swing i soul, oraz muzykę czarnych (Blue Records) a trzecia ambient i techno.


Autor odwiedza też Tony Wilsona, który jest na etapie Factory Too (rok 1996). Tony twierdzi, że jedyną rzeczą jaką potrafi robić w życiu to bycie dobrym dziennikarzem. Nie umie pisać tekstów, komponować muzyki, nagrywać, tworzyć okładek, dlatego postanowił zrobić to z grupą innych ludzi, ekspertów. Tony uważa, że wyjątkowość miasta polegała na tym, że  artystycznie jest ono wielkie i dlatego mógł tutaj spotkać tak fantastycznych przyjaciół. W tym mieście jest ogromna siła, nic nie zatrzymało się od czasów the Buzzcocks i roku 1976. W mieście pojawiło się kilka topowych zespołów, jak choćby Simply Red, Oasis czy Take That.

Middles dodaje go tego jeszcze unikalną architekturę miasta, od klasycznej greckiej do nowoczesnej industrialnej, i fakt, że miasto zawsze było centrum innowacji. Dumą miasta pozostają dwie świetne drużyny piłkarskie, tutaj wynaleziono komputer, bombę atomową, tutaj nastąpiło spotkanie Rollsa i Roycea, miała miejsce bitwa pod Paterloo. Miasto swego czasu było stolicą europejskiego nocnego życia, a także powstało r'n'b tutaj jak i w Liverpoolu. Oczywiście działały w nim takie zespoły jak Buzzcocks czy Joy Division, the Smiths, Stone Roses, Happy Mondays i Oasis.


Rzeczywiście wstęp książki jest ciekawy, a streszczenia kolejnych rozdziałów już wkrótce.

C.D.N. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 13 czerwca 2023

Pejzaże Mariana Michalika: W krainie realizmu magicznego

Przyjemnie ogląda się współczesne pejzaże, w których zachodzące słońce nie jest pomidorem, woda arkuszem blachy, a chmury watą cukrową. I takie obrazy tworzył Marian Michalik (1947-1997). Tworzył – bo teraz maluje wschody i zachody słońca na niebie, bo zginął w wypadku samochodowym w 1997 roku, miał zaledwie 50 lat…






 

Początkowo zajmował się grafiką użytkową, do czego przygotowała go nauka w częstochowskim Liceum Plastycznym. W zasadzie poza tą szkołą nie miał innego, artystycznego wykształcenia. A mimo to doskonalił swój warsztat i w roku 1979 otrzymał potwierdzenie swoich umiejętności: stał się pełnoprawnym członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. W PRL otwierało mu to wiele drzwi: mógł swoje prace wystawiać, mógł je legalnie sprzedawać, a w przede wszystkim kupić akcesoria malarskie, farby, krosna, itd.








Malował nie tylko krajobrazy ale także martwe natury, nawiązując do dzieł małych mistrzów holenderskich, nadając obrazom jednak nastrój realizmu magicznego. Malował więc pejzaże i martwe natury. Nie natrafiliśmy na żaden portret, na obraz na którym znajdowałaby się jakaś ludzka postać. Zamiast tego wyrażał emocje kolorem i kompozycją: pedantycznie ustawionymi kompozycjami przedmiotów i warzyw oraz kolorytem nieba na pejzażach. Na tych ostatnich prawie zawsze cały obraz wypełniało niebo: zasnute chmurami, wieczorne i poranne.

Był podobno, jak wspominają jego znajomi ciepłym, uczynnym człowiekiem, chętnym do pomocy adeptom malarstwa. Dlatego w 2001 ufundowano w Częstochowie nagrodę im. Mariana Michalika dla młodych malarzy polskich. Dotychczas laureatami są: Grażyna Smalej, Wojciech Kubiak, Jarosław Lewera, Małgorzata Synak-Idczak, Jacek Sztuka i Bartosz Wiłun.








Jego syn Borys Michalik także był malarzem. Był, bo zmarł w 2018 roku. Urodzony w 1969 roku był absolwentem tego samego liceum co jego ojciec. Początkowo był także bliski stylistycznie ojcu, lecz z czasem poszedł w kierunku malarstwa surrealistycznego. Tworzył refleksyjne krajobrazy, ale również magiczne światy na pograniczu jawy i snu. Częstym ich motywem są unoszące się w powietrzu statki, samochody czy pociągi. Sam artysta za element spajający jego twórczość – a jednocześnie źródło malarskich inspiracji  –  uważał niebo.   

Niedawna, 22. Rocznica śmierci Mariana Michalika była jednym z powodów zorganizowania w 2019 roku wystawy Michalik. Ojciec i syn (LINK). Dzisiaj obrazy obu twórców możemy zobaczyć w Muzeum w Częstochowie, Wiśle oraz na wielu aukcjach…

Krótkie wspomnienie o obu Michalikach zakończymy obrazem nagrobka, który namalował Marian i ofiarował w prezencie swojemu przyjacielowi, na którym wypisał rady Solona  640–561 p.n.e. Nie opowiadaj o tym, czegoś nie widział, a zmilcz o tym co wiesz, bądź łagodny dla bliźnich, o rzeczach niejasnych wnioskuj na podstawie jasnych.


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.