W niedawno zamieszczonym poście wspomnieliśmy o Musée des Vampires et Monstres de l'Imaginaire(Muzeum Wampirów i Wymyślonych Potworów) przy 10 avenue du Père-Lachaise w Paryżu, oczywiście we Francji. Teraz chcemy napisać o nim nieco więcej. Gdy za oknem ciemno, a w domu jasno w świąteczny czas, przyjemnie posłuchać strasznych historii o wampirach…
A więc wspomniana placówka znajduje się na tyłach kawiarni, nieopodal bramy Gambetta na cmentarz Père-Lachaise nazwanej tak od pobliskiego hotelu. Jest to muzeum prywatne, założone w 2005 roku i prowadzone przez pisarza i znawcę anglosaskiej literatury Jacquesa Sirgenta.
Najpierw jego siedzibą był budynek w Lilas pod Paryżem gdzie można było dojechać paryskim metrem, niemniej zmiana i obecne położenie chyba daje więcej możliwości. Choć to chyba nie koniec kłopotów, bo dom, w którym teraz jest galeria został sprzedany a wystawę od 2020 roku otwarto w kawiarni Le Bear…
Zbiory zebrane przez Jacquesa Sirgenta prezentują się niczym kolekcje z XIX wieku, czyli tworzą tak charakterystyczny dla tamtego stulecia gabinet osobliwości. Są tam stłoczone na niewielkiej powierzchni obrazy, stare książki, lalki, maski i inne akcesoria w tym np.: kusza na wampiry a nawet coś, co jest nazwane pułapką na wilkołaki i datowane na koniec XIX wieku podobno pochodzi z Serbii, a wygląda jak potrzask na grubego zwierza, może nawet niedźwiedzia. Jacques Sirgent zbierał te wszystkie przedmioty od bardzo dawna, wśród nich są naprawdę cenne eksponaty, jak choćby maszyna do pisania, na której Bram Stoker napisał Drakulę, czy oryginalne plakaty filmowe i teatralne związane z realizacjami o wampirach z autografami aktorów, którzy grali główną rolę.
Podczas zwiedzania można dowiedzieć się dużo o historii i symbolice wampira, w tym na rolę wampirów w kulturze i dziejach Francji. Oczywiście nie brakuje także przerażających opowieści o ludziach-potworach, o seryjnym mordercy Kubie Rozpruwaczu oraz o Elżbiecie Batory, Krwawej Hrabinie z Čachtic, której (niesłusznie jak opiewają ostatnie odkrycia) przypisuje się upodobanie do krwawych okrutnych praktyk. Jeśli komuś jeszcze mało, autor wystawy muzealnej może oprowadzić chętnych po najbardziej przerażających miejscach w Paryżu…
Wizyta w Muzeum możliwa jest tylko po uprzednim umówieniu. To zapewnia kontakt z przewodnikiem, czyli samym Jacquesem Sirgentem, który sam oprowadza po swoim królestwie.
Muzeum otwarte jest od 10 rano do północy, zaanonsować się można pisząc pod następujący adres elektroniczny: museedesvampires@sfr.fr lub telefonując pod numer: 06 20 12 28 32 Właściciel prowadzi poza tym bloga LINK.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Temat wampiryzmu funkcjonuje w kulturze ludowej i świadomości w zasadzie od pradziejów. Postać wampira występowała w legendach od starożytności.
W Grecji, na mężczyzn czyhała empuza, demon zmieniający się w zwierzęta lub piękne dziewczyny, uwodzące mężczyzn i wypijające z nich krew. Niemniej znawcy tematu uważają, iż mit wampira ma swe korzenie w słowiańszczyźnie, dokąd przeniknął podczas wędrówce ludów indoeuropejskich z rejonu obecnej Anatolii i Bliskiego Wschodu. Nie wiadomo na ile jest tę teorię da się zweryfikować, w każdym razie podobno Słowianom zawdzięczamy kreację postaci typowego wampira, takiego, jakiego znamy obecnie.
W Czechach od wczesnego średniowiecza funkcjonował na przykład upir i nalepsi, czyli ożywione, gnijące ciała osób niedawno zmarłych. Podobno posiadały one podwójne serca i dusze i żywiły się krwią ludzi, których potem dusili. Wyobrażano ich sobie jako chodzące zwłoki o bladej cerze z jasnoczerwonymi oczami, z ostrymi pazurami u rąk i nóg oraz ostrymi, szpiczastymi zęby. Słowianie wierzyli, że dziecko, które rodzi się z zębami, przemieni się w wampira, a w Bułgarii dodatkowo, że człowiek, który jest wampirem po śmierci wraca i zachowuje postać zwykłego człowieka… W średniowieczu te opowieści ogarnęły całą Europę i dzisiaj nie ma kraju, w którym nie byłoby legendy o wampirach i związanych z nimi przesądów.
Temat wampira odżył w XIX wieku, wraz z romantyzmem i modą na rzeczy dziwne i niezwykłe. Lecz nie pojawił się sam z siebie. Przełom nastąpił w 1819 roku, za sprawą powieści Johna Polidoriego zatytułowanej po prostu Wampir. Po niej nastąpił wręcz wybuch popularności wampirów co w rezultacie całkowicie je odmieniło. U Polidoriego wampir nie jest żywym trupem a buntownikiem, wyalienowanym i skłonnym do okrucieństwa ale skazanym na wieczne cierpienie… Fascynacja opinii publicznej wzrosła po tym, gdy autor książki popełnił samobójstwo. Powieść ta zapoczątkowała wręcz lawinę publikacji o wampirach, z których najbardziej nośna okazała się historia Brama Stokera o Drakuli, arystokracie z Transylwanii. Na jej podstawie w 1927 roku na deskach Fulton Theather wystawiono sztukę, w której Drakulę zagrał nieznanym dotąd węgierski aktor Bela Lugosi. Jej ekranizacja utrwaliła na długie lata obraz wampira. Potem wampir stał się bohaterem jeszcze wielu filmów, sztuk, powieści a nawet piosenek, zwłaszcza w nurcie gothic-rock, stąd kilka utworów o wampirach i wampiryzmie prezentujemy.
A dzisiaj? Wydawałoby się, że ludzie XXI wieku nie wierzą już w bajki o wampirach. Ale to tylko pozory. Jeśli chodzi o wiarę w zabobony, wydaje się, że wzrasta proporcjonalnie do rozwoju cyfrowych mediów. Dowodem na to jest aukcja na eBayu z 2010 roku. Wtedy na tej platformie aukcyjnej ktoś zaoferował na sprzedaż przedmiot, który był ni mniej ni więcej tylko sercem wampira Auguste Delagrange. Było to drewniane pudełko wyścielone drewnianymi wiórami, w którym znajdowało się coś, co wyglądało na zasuszone czy zmumifikowane serce ze sporą dziurą. W ofercie był jeszcze drewniany kołek, którym podobno unicestwiono potwora. Na pokrywce od spodu znajdowała się jeszcze kartka z odręcznym opisem, czy świadectwem dotyczącym całej tej historii.
Napisano w niej, że Auguste Delagrange był wampirem i seryjnym mordercą, grasującym w początkach XX wieku w Luizjanie i odpowiedzialnym za zaginięcie aż 40 osób. Znajdowano je potem rozczłonkowane i bez krwi we własnych domach lub w ich pobliżu. Kontynuował on swój proceder aż niejaki Henry Jante, ksiądz rzymskokatolicki wraz z czarownikiem voodoo Mosesem Amashanem (skądinąd dziwaczna para) znaleźli go i przebili mu serce. Te wyjęto a szkielet Delagrange'a trafił do The Vampire Museum w Nowym Orleanie.
Historia arcyciekawa, serce robi wrażenie jest w tym tylko jeden szczegół - opowieść nie jest prawdziwa. Serce wykonano z wołowego mięsa i oklejono warstwą wosku aby wyglądało na zasuszone, kołek jest tak naprawdę śledziem do namiotu wojskowego z okresu I wojny światowej a pudełko…. No cóż, pudełko jest skrzynką na narzędzia z lat 30. XX wieku.
Najlepsze jest jednak to, że publikowany wizerunek owego Auguste Delagrange jest podobizną Léona Delagrange’a (1872-1910), francuskiego rzeźbiarza i l pioniera lotnictwa który zginął podczas pokazów lotniczych w Wielkiej Brytanii. Dalej już wszystko się nie zgadza, bo nie ma szkieletu wampira. Ba, nie ma nawet Muzeum Wampira w Nowym Orleanie. Jest jedynie Voodoo Museum. Muzeum Wampira jest za to we Francji (Musée des Vampires) przy Alei Père-Lachaise 10.
Ostatecznie autor serca wampira przyznał się, że je wykonał. Był nim jeden z założycieli i współuczestników firmy Propnomicon, produkującej na zamówienie dziwne rekwizyty i przedmioty ozdobne (LINK). Czy jednak mit serca wampira upadł? Ależ skąd. Historia żyje własnym życiem w Internecie, powielana na tysiącach stron. A serce z wołowiny sprzedano za 256 dolarów USA. I to jest naprawdę fascynujące…
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dziś omawiamy kolejny fragment z książki Micka Middlesa i Lindsay Reade (poprzednio omówione fragmenty: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20 i 21).
Mick Middles był zaproszony na prywatny koncert Joy Division do studia TJ. Był na nim również Rob Gretton. Zespół zagrał około 9 piosenek, dziennikarz nie pamięta dokładnie tytułów. Pamięta intro na perkusji, Bernarda trzymającego dość wysoko gitarę i grającego dość delikatnie oraz stojącego po środku Iana. To było bardzo mroczne brzmienie, Middles wspomina, że na myśl przyszło mu Siouxsie and the Banshees, ale brzmienie Joy Division było mocniejsze, bardziej agresywne. Widać było, że trudno im zagrać dla jednej osoby.
Pod koniec 1978 roku Ian przygotowywał się do roli ojca. Poddawany był presji z wielu stron, przez fakt ze zostanie ojcem, przez rosnącą sławę zespołu i fakt, że był bardzo młody. Terry wspomina mordercze wyjazdy na koncerty, kiedy to zespół potrafił wracać do domu o 6 nad ranem i niczym zombie muzycy udawali się do pracy.
27.12. zagrali swój pierwszy koncert w Londynie w klubie The Hope and Anchor w Islington (pisaliśmy o nim TUTAJ).
Publika nie dopisała, miejsce było mało znane, dodatkowo Barney był wtedy chory na grypę. Atmosfera podczas powrotu była kiepska. Dodatkowo Barney i Ian pokłócili się o śpiwór. Wtedy Ian dostał pierwszego ataku epilepsji. Steve pojechał do szpitala w Luton gdzie Ianowi podali barbiturany i odesłali do lekarza.
To było wielkie zaskoczenie dla Doreen i Carole. Obie wspominają, że w młodości Ian cieszył się bardzo dobrym zdrowiem, nigdy nie miał żądnego ataku. Jedyny problem zdrowotny jaki go spotkał to torbiel na brzuchu koło pępka, który został wycięty. 23.01.1979 roku oficjalnie u Iana zdiagnozowano epilepsję.
Ataki epileptyczne wynikają z zakłócenia komunikacji między mózgiem a neuronami - z przerwanych sygnałów (analizę choroby przedstawiliśmy TUTAJ). Jego matka twierdziła, że mógł być w dzieciństwie kopnięty w głowę, dodatkowo do tego dokładał się stres małżeński i koncertowy. Carole z kolei twierdzi, że Ian w wieku 15 lat mógł pić alkohol podczas dyskotek. Kiedyś nawet jakiś znajomy Carole zapytał czy wie, że Ian bierze narkotyki. Bała się o tym powiedzieć ojcu, bo ten gdyby je znalazł pewnie by go zabił. Zapewne później dużą rolę odegrało jego zaangażowanie koncertowe, siła i pasją z jaką występował. Do tego dochodziły nieregularne posiłki i alkohol - wszystko to wraz ze zmęczeniem zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia ataku.
Bez względu na przyczynę, Ian znalazł się w grupie około 70% ludzi którzy mogą mieć ataki bez specjalnego powodu. Mark Reeder uważa, że główną przyczyną ataków Iana był stres koncertowy, presja na pisanie piosenek, nerwy związane z utrzymaniem rodziny...
Może miał ataki jako dziecko ale o tym nawet nie wiedział. Albo wiedział, tylko to umiejętnie ukrywał. W tamtych czasach epilepsja uważana była za upośledzenie, co czyniło ją chorobą wstydliwą. Reeder wie co mówi, bo sam miał ataki epilepsji. Wynikały one głownie z wypalenia, stresu i przepracowania.
C.D.N.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Artyści Hudson River School działający blisko wiek, od połowy XIX wieku aż prawie do połowy XX wieku cały czas inspirują. Niedawno opisaliśmy naśladujące ich twórczość malarstwo Matthew Hasty (LINK) a dzisiaj chcemy pokazać krajobrazy Tracy i Sushe Felix.
Opisujemy ich razem, bo i w życiu i w artystycznej działalności wspierają się i dopełniają. Są prawie równolatkami, Tracy urodził się w 1957 roku, Sushe jest od rok młodsza. Poznali się na zajęciach plastycznych w liceum, zaczęli ze sobą chodzić po studiach a w 1984 roku pobrali się i zaraz otworzyli galerię sztuki o nazwie Tracy Felix Art Space. Sushe zaczęła wystawiać swoje obrazy w Denver jesienią 1984 roku, a Tracy w 1988 roku. Od początku malują widoki znane każdemu mieszkańcowi Zachodu Stanów Zjednoczonych. Ich akceptacja miejsca, gdzie przyszło im żyć jest widoczna w całej ich twórczości. Dlatego ich prace są chętnie kupowane przez kolekcjonerów prywatnych oraz przez muzea i galerie.
Co tak urzeka odbiorców? Chyba przyjęta przez nich stylistyka. Oboje w sposób widoczny nawiązują i do wspomnianego stylu Hudson River School jak i do modernistycznych form plastycznych tak popularnych w epoce art deco. I przez to wyróżniają się, że nie można pomylić ich dzieł z wytworami innych malarzy.
Kompozycje Sushe składają się z przetworzonych w abstrakcyjne formy gór, z jak to ona określa dramatyczną geologią połączoną z zabawnymi formacjami chmur. Ale to nie wszystko. Warto zwrócić uwagę naszych czytelników na mocny koloryt jej prac i interesujące kształty schematycznie potraktowanej roślinności. Słońce rzuca wiązkowe promienie, pogrążając i doświetlając poszczególne części pejzażu. Jej prace przypominają nam tkane z wełny indiańskie gobeliny…
Także stylizowane pejzaże olejne Tracy łączą elementy typowo estetyczne z unikalną interpretacją geografii Kolorado. Jak sam się przyznał Zdecydowanie przesadzam z kolorami i nadmiernie podkreślam kształty chmur i formacje skalne. (…) Urodziłem się w pobliżu gór Sangre de Cristos w dolinie San Luis w stanie Kolorado i dorastałem pod szczytem Pikes Peak w Colorado Springs. W życiu tyle czasu spędziłem na wędrówkach i nartach w górach, że czuję się ich częścią. Moje obrazy to wyraz miłości do krajobrazu Zachodu [USA]. Szczyty górskie, dzikie chmury, rozległe niebo i niesamowita geologia to komponenty, których używam do wykonania obrazu. Chcę, aby widz nakreślił w wyobraźni na podstawie moich obrazów własne zdanie o mojej pracy. Każdy widzi i odczuwa je inaczej, tak jak w naturze (LINK).
I rzeczywiście chmury na jego obrazach przybierają formę dość niecodzienną. Są niczym skrawki waty lub białe, lodowe kleksy, a czasem białe wstęgi niczym rozlane i zawieszone w nieważkości mleko. Widz jest zawieszany wysoko nad ziemią i jego udziałem staje się niesamowity widok, szeroko rozpostartą panoramę gór, w której rzeki i lasy zostają zredukowane do niebieskich wstążek i punkcików drzew. Krajobrazy autorstwa Tracy są nierealne, jakby ze snu a jednocześnie doskonale rozpoznawalne. Ci, którzy jak on chodzili po górach w okolicach Kolorado czy Denver potrafią nazwać wiele szczytów.
Podsumowując twórczość dzisiejszych bohaterów, warto podkreślić, że oboje odnieśli sukces. I to we wszystkich aspektach życia. Tworzą razem ponad 30 lat, potrafili przy tym zachować indywidualność, przez co ich prace łatwo dają się zapamiętać. Przepis na to według nich jest prosty, radzą: Nigdy się nie poddawać i wspominają, że nie zawsze mieli wszystko podane na tacy: spotkało nas wiele przeszkód, począwszy od pozbawionych skrupułów galerii, które nas oszukały, do całkowitej negacji naszej sztuki. A my zawsze przechodzimy kolejnej, najlepszej z najlepszych możliwości i ciągle wierzymy, że nasza praca jest dobra i powinna być pokazywana. Nic nie dzieje się z dnia na dzień, ale przy wytrwałości różne dobre rzeczy mogą się zdarzyć (LINK).
Tak samo jest u nas. Nasza praca musi zostać pokazana abyśmy zostali docenieni…
I jeszcze zapraszamy do zaglądanie na stronę obojga artystów LINK .
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Na początek smutna wiadomość... 2.12. zmarł Lawrence Weiner (ur.1942), plastyk, artysta konceptualny, twórca logo Factory Records US i projektant okładek wydawanych w Crépuscule m.in singla z 1982 Deutsche Angst, TWI 059, a także plakatów na występy New Order, Section 25 i Quando Quango (LINK).
Hooky w kwietniu 2022 zagra koncerty poświęcone obu albumom Joy Division, ze wstępnym setem z utworami New Order. Więcej TUTAJ.
Organizatorzy na Twitterze piszą, że koncerty są celebracją 40 lat nieustającego wpływu Iana Curtisa i Joy Division (TUTAJ). Święte słowa.
Skoro zaczęliśmy od chłodnego klimatu, mało kto potrafi go roztaczać jak jak The Opposition. Ci zagrali 18 grudnia we Francji w ramach imprezy Les Rockeurs Ont Du Coeur w Longwy. W przyszłym roku powrócą do Francji, wystąpią w ramach festiwalu Motocultor, w dniu 18 sierpnia (LINK).
Grali tam też powyższy utwór... My wklejamy go jednak w oryginale, żeby przypomnieć im jak powinien brzmieć...
Kapela o której teraz kiedyś też potrafiła mrozić... Dziś to zaledwie lekki chłodek. Niemniej zawsze miło posłuchać Variete, którzy koncertują po kraju, najbliższe występy już w styczniu i lutym.
Zespół zmartwił się ostatnio bo nie wygrał tzw. Dorocznego plebiscytu na Płytę Roku "Wyborczej"... muzycy pocieszają się, że nie wygraliśmy, ale krążymy po orbicie (LINK).
W tle statek kosmiczny z Michnikiem całującym Jaruzelskiego na pokładzie.
Wilki świętują 30. lecie swojej debiutanckiej płyty pt. Wilki. Z tej okazji 16 lutego w Filharmonii Szczecińskiej dadzą koncert ale będą to Wilki akustycznie (LINK). A skoro przypomnieliśmy powyżej Opposition jak brzmieli, może warto wspomnieć też o pięknym okresie, gdy Gawliński nie myślał o biuście Baśki, bo Wilki to jednak nie nasza bajka...
Za to teraz z naszej bajki. Giganci rocka progresywnegoRush świętują 40. rocznicę wydania swojego albumu Moving Pictures udostępniając swoje mało znane czy dotąd niepublikowane zdjęcia. Można je obejrzeć i kupić TUTAJ.
Inne mało znane rzeczy - Yoko Ono udostępniła do streamowania utwór Johna Lennona: Listen, The Snow Is Falling z 1971 roku, który wtedy znalazł się na stronie B E-pki Happy Xmas (War Is Over). Muzyk gra na nim na gitarze (LINK).
My ilustrujemy ten news klipem Lennona z piosenką w której pada słowo Christmas, które pewnie niedługo zostanie zakazane przez neokomunistów z Unii Europejskiej.
W nowym klipie innego exbeatlesaGeorga Harrisona do starej piosenki My Sweet Lord pojawili Ringo Starr, Jeff Lynne, Joe Walsh i „Weird Al” Yankovic. Oprócz nich w epizodach jeszcze pokazali się następujący aktorzy, podobno wszyscy znani: Jon Hamm i Rosanna Arquette; komicy Reggie Watts, Patton Oswalt, Natasha Leggero, Tim Heidecker, Eric Wareheim, Kate Micucci, Riki Lindhome i Paul Scheer, nagrodzony Oscarem filmowiec Taika Waititi i artysta wizualny Shepard Fairey. Producentem filmiku jest syn Harrisona - Dhani.
Faktycznie podobno znani...
Z podobnych rewirów wiekowych - zmarł basista Phil Chen, który grał z Rodem Stewartem, Jeffem Beckiem, Rayem Manzarkiem i Robbym Kriegerem zThe Doors. Od dłuższego czasu chorował na raka. Miał 75 lat. Informację podała rodzina na FB muzyka (LINK).
Koncertowo ale zagranicznie. Organizatorzy Reading Festivals w Leeds ogłosili skład, który wystąpi na przyszłorocznej edycji w 2022 i rozpoczęli sprzedaż biletów. W wydarzeniu, które odbędzie się na dwóch głównych scenach w sierpniowy weekend wezmą udział m. in. Arctic Monkeys, Rage Against the Machine, Bring Me the Horizon, Halsey, Dave, Megan Thee Stallion i oczywiście jeszcze wielu innych muzyków (LINK).
Wstyd przyznać, nie znany nikogo, oczywiście poza Rage Against the Machine, a ich tylko ze słyszenia.
Za to znamy M83 (pisaliśmy o nich TUTAJ), ci ogłosili ponowne wydanie limitowanej edycji Hurry Up, w 10. rocznicę powstania albumu. Płyta, która zostanie wytłoczona na przezroczystym, pomarańczowym winylu i będzie miała nową okładkę, ukaże się 15 kwietnia nakładem Mute.
M83 świętuje tę wiadomość, udostępniając nowy teledysk do piosenki My Tears Are Becoming a Sea. Nieco straszny więc wrzucamy go powyżej.
Znamy też Tool. Na początku ostatniego tygodnia pojawił się w sieci materiał filmowy, na którym perkusista tego zespołu, Danny Carey, atakował na lotnisku w Kansas City jakiegoś mężczyznę, prawdopodobnie ochroniarza. I został aresztowany, ale głównie za homofobiczne obelgi, którymi obrzucał swoją ofiarę. Film ze zdarzenia jest TUTAJ.
Podobny wolnościowy klimat - według niedawno opublikowanego raportu pewnej organizacji praw człowieka, Korea Północna dokonała egzekucji co najmniej siedmiu osób za słuchanie K-popu (LINK).
Podczas egzekucji Kim Jong Un podobno słuchał najnowszego remiksu Majteczki w Kropeczki, I w dodatku po chińsku.
Być może podczas słuchania miał nałożone imitacje kultowych Vulcan-uszu Spocka, postaci z serialu Star Trek. Oryginały za to zostaną pokazane w Smithsonian National Air and Space Museum w Waszyngtonie, w specjalnie wykonanej na ten cel kasecie. Podobno fani serialu już nie mogą się doczekać, aby je oczywiście zobaczyć (LINK).
My z niecierpliwością czekamy kiedy Rosjanie ogłoszą objazdowe tournee penisa Rasputina. Narząd ten jest przechowywany w formalinie do dziś i to z niebagatelnych powodów. Podobno podczas objazdu do celów ekspozycji użyta zostanie specjalna 40 cm szklana tuba.
My wracamy już jutro, dlatego czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dzisiaj płyta szczególna, bowiem związana z koncertami mistrza elektroniki w Polsce w 1983 roku. Album lokuje się w dyskografii muzyka (LINK) między Audentity i Angst. Chociaż dla mnie artysta ma wiele twarzy i nie każdą z nich lubię. Choćby czysto eksperymentalny Cyborg z 1973 roku, który mimo że klasyk, mnie nuży. Zdecydowanie bardziej wolę Schulze marzyciela - jak choćby na absolutnie genialnych In Blue (opisanym TUTAJ), The Crystal Returns (TUTAJ) Timewind, czy Kontinuum (TUTAJ). Zupełnie natomiast nie przemawia do mnie Schulze spod znaku world music, jaki prezentuje choćby na Contemporary Works I.
Dzisiaj album będący de facto mieszanką stylu romantycznego i eksperymentalnego. To muzyka do której trzeba dorosnąć, początkowo bowiem wydaje się, że jest improwizowana a dopiero po kilku przesłuchaniach układa się w logiczną całość.
Artysta w duecie z Rainerem Blossem odwiedzili nasz kraj w lipcu i koncertowali kolejno w Krakowie, Katowicach (2 koncerty), Wrocławiu, Poznaniu, Kaliszu, Łodzi, Warszawie i Gdańsku. Wszystkie miasta zostały uhonorowane na okładce tego dwypłytowego albumu.
Jak widać tytuły utworów odpowiadają miastom i imionom kobiet.
Artysta tak wspomina trasę:
Jeszcze raz album live Klausa Schulze. Pamiętam, ze kiedyś powiedziałem o moim pierwszym albumie z 1980 roku, że już dosyć, że więcej tego nie powtórzę, jednakże wydanie Poland Live było koniecznością. Dlaczego? Otóż do lata 1983 roku nie występowałem w Polsce, wziąłem więc ze sobą magnetofon cyfrowy, aby zarejestrować koncerty do moich prywatnych zbiorów. Podczas tournee po Polsce byliśmy zaskoczeni niezwykle żywą i wspaniałą atmosferą na koncertach i samymi Polakami. Nasi słuchacze byli porwani muzyką i ten entuzjazm naładował do takiego stopnia Rainera Blossa i mnie, że zagraliśmy w Polsce jedne z najlepszych koncertów.
Słuchając po powrocie w moim studio taśm z tournee zadecydowałem, że muszę jednak wydać album Poland Live. Nagrania, muzyka, publiczność i ładunek emocjonalny, były zbyt dobre, aby je zmarnować.
Tak więc jest: Dziękuję Polsko.
Gdybym miał wskazać najlepszy utwór albumu to chyba byłaby to Warszawa, ale poziom jest bardzo wyrównany i ostro depczą jej po piętach Katowice...
Warto w zimowe popołudnie czy wieczór, przy ciepłej herbacie posłuchać tego niesamowitego wydawnictwa i zastanowić się, kto dzisiaj mógłby dorównać geniuszowi Schulze? Został już z tamtej wielkiej szkoły elektroniki tylko on i Jarre. A nowych jakoś nie widać...
Klaus Schulze i Rainer Bloss, Dziękuję Poland, live 1983, Muza Polskie Nagrania 1985. Tracklista: Katowice (Iris), Warszawa (Halina), Łódź (Janina), Gdańsk (Tina), Dziękuję (Margot).
Lisa Gerrard, Elisabeth Frazer (o niej pisaliśmy TUTAJ) i ex-wokalistka i założycielka Swans, Jarboe (Jarboe La Salle Devereaux). Każda z nich dała się zapamiętać, każda z nich posługuje się rozpoznawalnym, niesamowitym wokalem. I każda poszukuje i wyraża siebie w rozmaity sposób: w muzyce, w malarstwie czasem w innych wizualnych sztukach…
Jarboe przez 14 lat była podporą pierwszego składu Swans (o nich pisaliśmy niejednokrotnie TUTAJ). Potem poszła własną drogą, próbując rozmaitej stylistyki, od drone, ambient, industrial po weird folk, współpracując przy tym z wieloma muzykami, takim jak np.: Philip Anselmo, Attila Csihar, Blixa Bargeld, J.G. Thirlwell, Merzbow, PanSonic, Chris Connelly, Neurosis. Próbowała także performera i gry aktorskiej, podkładają głos i wykonując piosenki do ścieżki dźwiękowej filmów (np. horroru The Path, Lunacy, Melancholia) oraz związanych z nimi gier komputerowych.
Poza tym głos Jarboe pojawia się na ponad 100 płytach. Jako jedna z pierwszych dostrzegła również możliwości, które daje cyberprzestrzeń. Swoje płyty od dawna sprzedaje za pośrednictwem własnej strony thelivingjarboe.com, ceniąc kontakt z fanami – sama odpowiada na wysyłane do niej maile i regularnie zamieszcza wpisy na prowadzonym przez siebie blogu. Prowadziła także stronę Swans. Poza tym dużo spaceruje, biega, trenuje kickboxing, podnosi ciężary na siłowni, od czasu do czasu się wspina, regularnie medytuje. Prowadzi zdrowy tryb życia, co jest radykalną odmianą, jeśli uzmysłowimy sobie jej zwyczaje z czasów młodości. Już w wieku 15 lat brała narkotyki i inne używki, a krótko potem można bez przesady nawet stwierdzić, że była od nich uzależniona. Choć obiektywnie nie mała ku temu powodów.
Jarboe urodzona prawdopodobnie w 1954 roku (artystka nie podaje daty urodzenia, wiadomość podajemy za discogs.com), wychowała się w tradycyjnym otoczeniu, na północy stanu Georgia, w rodzinie agentów FBI, a zaczynała karierę od chórków kościele parafialnym... Ale potem wyjechała do Nowego Yorku i stała się call girl branży muzycznej, z czego wyzwoliła się gdy spotkała Michaela Gira. Ten przyjął ją do zespołu, a potem stał się jej kochankiem i nieformalnym mężem... Po kilku latach rozstali się. Lecz zanim do tego doszło wydali razem kilka albumów, kilka z nich zdążyliśmy omówić u nas, w tym podwójny cover piosenki Joy Division z 1979 roku Love Will Tear Us Apart wydany w 1988 roku, podwójny bo w dwóch wersjach: jedną w czerwonej okładce z Michaelem Girą na wokalu; drugi, w czarnej okładce, z Jarboe (LINK).
Odeszła od Swans w 1997 roku, aby kontynuować rozpoczętą w 1991 roku karierę solową, którą realizuje do dzisiaj. Jej pierwszym solowym albumem był Thirteen Masks na okładce którego znajduje się dziwaczny kolaż autorstwa DerykaThomasa pokazujący jej twarz zniekształconą przez różne nastroje, co odzwierciedla zawartość płyty, czyli kompilację kompozycji przynależnych do rozmaitych gatunków: dance, industrial, atmosferyczne, noise i jazz, po nim wydała jeszcze 15 płyt, ostatnie opublikowała w zeszłym roku. Są to elektroniczny Illusory i znacznie bardziej nastrojowy A Tulpa.
W związku z tymi realizacjami artystka planowała na 2021 rok wielka trasę koncertową, w trakcie której miała wystąpić także w Polsce, lecz z wiadomego powodu koncert odwołała, najpierw przesunęła z kwietnia na listopad a potem całkiem zrezygnowała bez podania nowej daty... Ale to nic straconego, bo Jarboe chętnie występuje a naszym kraju, wraca mniej więcej co dwa lata. Poprzednio można ją było zobaczyć w 2017 i w 2015.
Piosenkarka należy do pracowitych osób. W tym roku wzięła udział w powstaniu remiksu Deconverted utworu Converted autorstwa Colin Marstona, na którym śpiewała z towarzyszeniem duetu Trust Obey złożonego z Johna Bergina i Bretta Smitha. Płyta zatytułowana Blackmouth jest dostępna TUTAJ..
Także w tym roku udostępniła utwór, który znalazł się na kompilacji zrealizowanej w Polsce, wśród innych 28 piosenek (LINK), Można go odsłuchać TUTAJ. Natomiast we wrześniu na jej profilu na Bandcamp.com pojawił się intrygujący obraz, wyglądający jak okładka płyty... Czyżby kolejny album? (LINK).
A prywatnie? Mieszka prawdopodobnie sama na przedmieściach Atlanty, w rodzinnym domu do którego wróciła w 2008 roku, początkowo tylko po to, aby zaopiekować się chorą matką, ale po jej śmierci na została na dobre. W piwnicy domu urządziła małe studio The Living Jarboe, w którym realizuje swoje płyty.
Nie ma dzieci, aby nie przeludniać planety. I z tego co mówi w wywiadach osiągnęła spokój: Odnalazłam energię i źródło pasji i siły w swoim głosie i tworzeniu dźwięków, których nie doświadczyłam nigdzie indziej. To jest to co czujesz, gdy się zakochujesz, gdy świat nagle staje się różowy. Czuje, że wszystkie bariery upadają i mogę zaangażować moje emocje w coś, co rezonuje z ludźmi. W ten sposób służę innym i w pewien sposób pomagam im, kiedy potrzebują przyjaciela, lub innego głosu. Bo dla mnie tworzenie muzyki to odnajdywanie przyjaciela, z którym mogę porozmawiać. Nie jestem sama, kiedy gram na klawiaturze i jeszcze: Nigdy nie chciałam sprawiać wrażenia bezradnej kobiety. Słuchając Jarboe nigdy byśmy tak jej nie określili...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w manstreamie.