poniedziałek, 3 stycznia 2022

Isolations News 174: Hologram Iana Curtisa z Joy Division, Factory Benelux przypomina show z udziałem Sashy Vernaeve i Giulio Erasmusa, nie żyje siostra Viniego Reilly, Andreas Vollenweider live, ranking najlepszych gitarzystów progrocka, Fragile Thoughts i Collage wydają, Lemmy Kilmister w tatuażu, Henry Rollins się wypalił, rośnie sprzedaż winyli


Karl Trosclair, fan Joy Division, w święta uczcił pamięć frontmana ulubionego zespołu wielkim hologramem na ścianie budynku (LINK).

Skoro Joy Division to Factory i jej filia - Factory Benelux, która przypomina o wspólnym, zeszłorocznym muzycznym przedsięwzięciu zarejestrowanym i udostępnionym w Internecie przez Sashę Vernaeve i Giulio Erasmusa, córkę i syna dwóch legend słynnej wytwórni (LINK).

Idźmy dalej tym tropem - zmarła młodsza siostra Viniego Reilly, Madeleine. Wiadomość podajemy za informacją na FB (LINK).  



W Niebie pewnie zagrają jej na harfie piosenki genialnego Szwajcara. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia Andreas Vollenweider, bo o nim mowa, ze swojego studia nadał mini koncert oraz zaprosił  fanów do odsłuchiwania swoich występów zarejestrowanych i udostępnionych przez nową cyfrową platformę stage.vollenweider.com Jest tam obecnie 11 filmów prezentujących całe koncerty z lat 1983-2021...

My o jego znakomitych albumach pisaliśmy kilka razy, warto zobaczyć TUTAJ.




Z pewnością jest najlepszym wiolonczelistą świata. Natomiast według rankingu najlepszych obecnie gitarzystów progresywnych na świecie - na pierwszym miejscu znajduje się John Petrucci, na dziesiątym Sithu Aye a pomiędzy nimi ośmiu innych... Całość jest TUTAJ.

Alex Lifeson, któremu Petrucci mógłby czyścić buty, ewentualnie nosić futerał, na miejscu piątym... Kto tworzy te rankingi? 


W klimacie progrocka - Collage w przyszłym roku wyda nowy album, już można go kupować w preorderze (TUTAJ). Jak zazwyczaj na okładce Beksiński senior, na gitarze w jednym utworze Steve Rothery z Marillion

Promuje album piosenka One Empty Hand:


Trudno jednoznacznie powiedzieć, bez Amiriana i Gila będzie ciężko. Choć piosenka powyżej zła nie jest. Zobaczymy.

W nieco podobnych klimatach - pojawił się utwór gitarzysty Give Up To Failure - Krzysztofa Młyńczaka - który jest jego solowym projektem. Nosi tytuł Fragile Thoughts - Fading Peace. O projekcie pisaliśmy TUTAJ. Piękne...

Zespół także promuje debiutancki album zaprzyjaźnionej grupy Bluefaces - Nostalja, który promuje singiel (TUTAJ).

W klimacie 4AD - Clan of Xymox znów w Polsce. Zespół powróci do nas w kwietniu i będzie promował swoje ostatnie wydawnictwo Limbo. Tym razem zawita 30 kwietnia 2022 roku do poznańskiego Klubu U Bazyla, bilety TUTAJ.  Niedawno, bo 20 listopada 2021 roku, zagrali we Wrocławiu, z czego relację wraz z setlistą można przeczytać TUTAJ, a  fragment występu gra powyżej. 


Zaostrzmy nieco klimat. Judas Priest wydaje komiks: Screaming For Vengeance (LINK).

Za to dwóch członków zespołu koncertowego Motörhead uczciło zmarłego frontmana, Lemmy'ego, nowymi tatuażami, które zostały zmieszane z jego prochami. Lemmy, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Ian Fraser Kilmister, zmarł w grudniu 2015 roku w wieku 70 lat z powodu raka prostaty i niewydolności serca. Na początku tego roku ujawniono również, że część prochów Lemmy'ego została umieszczona w łuskach po nabojach i przekazana jego najbliższym przyjaciołom (LINK).

Były wokalista Black Flag i Rollins Bang, Henry Rollins, ujawnił dlaczego przestał tworzyć. Okazało się że się wypalił. Jak to określił: w tej tubce zabrakło pasty do zębów. Jednak nie oznacza to, że nic nie robi, bo jak powiedział: Na szczęście miałem dość filmów, podkładów głosowych, dokumentów, rzeczy do pisania, opowiadania, i teraz jestem bardziej zajęty niż kiedykolwiek.

Niedawno Henry ogłosił program występów na przyszły rok w Wielkiej Brytanii - w ramach trasy Good To See You - będą to jednoosobowe talking show podczas których opowie o swoim życiu (LINK).   

Bilety i szczegóły TUTAJ.

Na koniec dwie wiadomości. Ostatnio można obserwować wysyp doniesień prasowych na temat The Beatles. Na tej fali przypomniano wywiad z Geoffem Emerickiem, dźwiękowcem zespołu, który zrezygnował z pracy z muzykami podczas nagrywania dwupłytowego albumu The White Album ze względu na okropną atmosferę w studio. Powrócił na krótko do nich na ich prośbę i nagrał część Abbey Road po czym odszedł na dobre (LINK).


Sprzedaż winyli rośnie w ostatnich latach, a jeśli chodzi o sprzedaż tygodniową, ten format odnotował rekordowy wynik od 1991 roku, czyli odkąd zaczęto mierzyć sprzedaż. 

W dniu 23 grudnia, Billboard poinformował, że w Ameryce sprzedano ponad 2,11 miliona płyt winylowych, więcej niż CD. Kupowano nowe albumy z 2021 roku ale także niezliczone reedycje klasyków. Wśród nowych najlepiej sprzedawał się album Adele, liczy się że poszło aż 293 K egzemplarzy (LINK).

Dlaczego nas to nie dziwi? 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 2 stycznia 2022

Niedocenieni: New Today i ich Together at Last z 2020 roku - świeży powiew chłodnej fali

Wydaje się, że od czasu pokolenia post Joy Division w chłodnej fali powiedziano już wiele. Byli Editors, byli Interpol (ci skończyli się dość szybko, bo po drugim albumie) i wielu innych. Dzisiaj można powiedzieć, że są New Today, i pozwalają patrzeć na przyszłość gatunku optymistycznie.

Duet z USA w składzie Dante Palomba i Daniel Stungaram istnieje od 2016 roku, ma w dorobku 6 albumów i singla. Wszystko realizują i wydają sami. W swojej muzyce sięgają do bardzo dobrych korzeni, poza wspomnianymi powyżej kapelami, w niektórych piosenkach słychać Sonic Youth, trochę cięższych brzmień rodem z NIN a nawet klimat (i wokal) Ultravox. Płyta zyskuje po kilku przesłuchaniach i jest naprawdę znakomita.

Na otwarcie mamy Dont Let Your Light Burn Out - prosty melodyjny utwór z charakterystyczną dla zespołu ścianą brudnego gitarowego dźwięku i elektronicznymi przerywnikami. Piosenka nieco przypomina znakomity Portrayal (pisaliśmy o nich TUTAJ), choć zapewne jest cięższa. Po nim Turn On. Makabryczny teledysk oddaje, chyba nieco zbyt bezpośrednio, sens utworu...


Włączenie

Będziemy musieli umrzeć

Bez litości

Nie można się nad tobą litować

Jedna bariera do przełamania

Ucieknę od ciebie

Będę się śmiać przez kilka dni

Z tej lekcji 

Gdzie odeszła miłość?

Po prostu zabierz mnie ze sobą

Przynajmniej tym razem daj mi zrozumieć

Gdzie odeszła miłość?

Co sprawiło, że upadłaś tak nisko?

Włącz mnie i wyłącz mnie ponownie

Nareszcie będziemy razem

Powiem Ci

Zaszczycony tym zadaniem 

Jak mogę odzyskać?

Jak mogę odzyskać połączenie?

Sprawię, że umrzesz

Przed reanimacją czuwania 


Chainsaw zaczyna się bardzo monumentalnie, dużo tutaj elektroniki i mroku. Night Crawler od samego początku jest tym, czego po tym albumie oczekiwałem. Ultravox, a może i Katatonia nie powstydziliby się tego utworu i tak właśnie by podążali, gdyby dziś nagrywali w swoim dawnym stylu. To jeden z najciekawszych kawałków na tym albumie - i jeśli zespół poszedłby w tym kierunku wszyscy mielibyśmy dużo radochy. Piękne to mało powiedziane!      

Permission znowu stawia nas do pionu. Ciekawa piosenka, można powiedzieć, że to już typowe brzmienie New Today, podobnie jak Starship. Something More to Fear za to ma teledysk:



Ciekawe, dystopijne elektroniczne brzmienie, choć teledysk wydaje się jakby bez zakończenia. Całość kończy Little Sister


Mała Siostra

Może poczuję to lepiej

Coś pozostało do poznania

Trzymana w środku

Pobita poobijana

Co chcesz pokazać

Otwórz oczy

Powinienem był cię wysłuchać

Teraz już Cię nie ma

Młodsza siostro

I nie obchodzi cię

Gdzie wylądujesz


Bardzo smutny utwór, wydaje się, że o stracie kogoś bliskiego..  Szkoda tylko, że wokalnie - przynajmniej miejscami - zbyt dużo w nim NIN. Za dużo... Reszta jak najbardziej na plus.

Będziemy przyglądali się zespołowi, pewnie sięgniemy do ich wcześniejszych albumów, zapowiadają wkrótce kolejny.

5/6, będzie więcej kiedy pójdą w stronę Night Crawler. Na to czekamy.

New Today, Together at Last, 2020, tracklista: Dont Let Your Light Burn Out, Turn On, Chainsaw, Night Crawler, Permission, Starship, Something More to Fear, Little Sister.


sobota, 1 stycznia 2022

Klaus Nomi: muzyk z innej planety - Kto w ogóle ustala zasady?

They were different - takimi słowami opisał Joy Division Martin Hannett kiedy pierwszy raz zobaczył zespół live. Taniec i teksty Curtisa, znakomita gra Stephena Morrisa sprawiły, że zespół wyróżniał się na tle setek innych kapel, głównie nurtu punk. To nowy image, zwłaszcza fryzury, jak i zrzucenie kowbojskich kurtek i butów nadały nowy wygląd na początku lat 60-tych Beatlesom. Przykłady można mnożyć. Kiedy dawno temu pierwszy raz usłyszałem z kolegami Metallice (dokładnie piosenkę Metal Militia) zastanawialiśmy się, czy można jeszcze szybciej grać. Tony Wilson, gdy usłyszał Sex Pistols od razu wiedział, że to rewolucja w muzyce, a John Peel (TUTAJ) uwielbiał artystów z ekstremalnym głosem (temu dał urzec się sam David Gilmour i tak świat poznał Kate Bush - warto zobaczyć TUTAJ). 

Także unikalny pomysł na siebie miał Klaus Nomi

Naprawdę nazywał się Klaus Sperber, urodził się podczas II Wojny Światowej (24.01.1944) w Immenstadt w Aplach w Bawarii. W jego rodzinie wiele się śpiewało właściwie przy każdej okazji, tak banalnej jak np. sprzątanie. Słuchał płyt Marii Callas a chciał być niczym Elvis Presley. Krąży legenda, że Callas pojawiła się w jego życiu, bo matka zamieniła będące w jego kolekcji płyty Elvisa, na muzykę bardziej górnolotną (jej zdaniem). 

Klaus zaczął uczęszczać do szkoły muzycznej w Berlinie, ale nie bardzo wiedzieli co z nim tam zrobić. On sam też miał z tym problem. Z racji faktu bycia homoseksualistą udzielał się wokalnie w klubach gejowskich i żył ze sprzątania w operze. 

Jego marzenie spełniło się po emigracji do USA, dokładnie do Nowego Jorku. Pracował w cukierni a w świecie muzycznym postępowała dominacja muzyki disco, bezwartościowej sieczki pozbawionej walorów intelektualnych. Trudno się dziwić, że szybko nastąpił przełom. Zaczęła się dominacja punka.

Równie dobrze mógłbym wyglądać tak obco, jak to tylko możliwe, ponieważ wzmacnia to punkt widzenia, o którym mówię. U mnie polega to na tym, że do wszystkiego podchodzę jak bym był absolutnym outsiderem. Tylko w ten sposób mogę złamać tak wiele zasad na raz. Pamiętaj, moje pochodzenie jest zupełnie dziwne - niemiecka opera klasyczna. Byłem więc niepewny, czy będę umiał odnaleźć się i przerobić to na rock. Równie szokujące było dla mnie śpiewanie opery falsetem w Niemczech. To była kolejna zasada, którą łamałem. Po prostu tego nikt nie zrobił. A pomaga mi fakt, że pop i rock, który, jak sądzisz, nie ma żadnych reguł, jest tak samo konserwatywny jak muzyka klasyczna. Więc to, co robię, jest podwójnie szokujące. Różnica polega na tym, że publiczność punkowa podziwia, że ​​mogę ich zaszokować. Nic nie jest dla mnie święte. Kto w ogóle ustala zasady?

/Klaus Nomi/

Do tego dochodził zupełnie odlotowy image, sposób tańca i panowania nad publiką. Każdy może sobie wyobrazić jak piorunująca była to kombinacja... Zresztą zobaczmy:


Wspominający go ludzie, którzy widzieli występ pierwszy raz, opisują w jak głębokim byli szoku, kiedy Nomi wyglądał i zachowywał się, a co najważniejsze śpiewał, w stylu, jakby był z innej planety... Przy okazji z wywiadów jakie są dostępne w Internecie Klaus Nomi wydaje się być człowiekiem dowcipnym i pozbawionym, jak to u wielu gwiazd bywa, zadufania w sobie. Przy czym dysponuje niesamowitymi możliwościami wokalnymi. 


Te fakty, jak i rodzący się nowy muzyczny nurt podziemny, dostrzega sam David Bowie, który zaprasza dwóch artystów, w tym Klausa Nomi do wspólnego występu w roku 1979. W RCA odbywa się nagranie i wydanie pierwszego solowego albumu artysty.


Po latach świat muzyczny już nie opisuje powyższego teledysku jako piosenkę Bowiego. Na wideo bowiem są dwie wielkie gwiazdy muzyki...

Niestety Klaus Nomi odchodzi przedwcześnie. W wieku zaledwie 39 lat umiera w samotności na AIDS. Wszyscy poza jednym przyjaciele odsuwają się od niego. Przed śmiercią Nomi zmienia lekko stylizację, zakłada kołnierz aby ukryć pojawiające się na szyi mięsaki Kaposiego. Ostatni występ, na którym śpiewa mającą dość przerażający tekst piosenkę Cold  pokazuje w jak kiepskim był stanie. Ale mimo tego wystąpił.


Umiera 6.08.1983 roku a jego prochy zostają, zgodnie z jego życzeniem, rozrzucone nad Nowym Jorkiem

Klaus Nomi - artysta absolutny.

P.S. Jak dotychczas najlepsze opracowanie, w dodatku jedno z nielicznych w naszym języku, opublikował Adam Kruk w tekście Klaus Nomi: Ostatni akt. Zapraszamy do lektury TUTAJ. My do strony muzycznej dokonań Nomiego jeszcze powrócimy. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.       

piątek, 31 grudnia 2021

Mick Middles i Lindsay Reade: Życie Iana Curtisa - Rozdarty cz.23: Piosenka Weeping szczególnie zauroczyła Iana

 

Dziś omawiamy kolejny fragment z książki Micka Middlesa i Lindsay Reade (poprzednio omówione fragmenty: 123456789101112131415161718192021 i 22).

Kolejny fragment książki poświęcony jest opisowi epilepsji. Jeśli chodzi o Marka Reedera wynikała ona z przepracowania. Lekarze doradzili mu, żeby porzucił pracę w barze, co uczynił i od tego czasu ataki ustały. Ian czuł się z epilepsją wyobcowany. Kiedy wracali z Niemiec do UK miał atak, wtedy Hooky powiedział Reederowiżeby go zostawić aż atak ustanie. Rzeczywiście po 20 minutach wszystko wróciło do normy. 

Istnieje kilka rodzajów ataków padaczkowych, słabsze petit mal i mocne - grand malIan miał te drugie. Ataki zmieniają też nastrój, także idiotyzmem było to, że po nich wychodził na scenę. Podobnie jest z lekami, tutaj w zasadzie lekarze eksperymentują i dobierają je indywidualnie do pacjenta. 

Vini Reilly twierdzi, że leki rozregulowały Iana. Chodzi o psychikę, mimo tego, że padaczka nie została dzięki nim wyeliminowana. 

Pod koniec 1978 roku ukazał się niesamowity album Throbbing Gristle - z niego piosenka Weeping szczególnie zauroczyła Iana (warto zobaczyć nasze teksty o przyjaźni między Curtisem a Genesis P. Oridgem - TUTAJ).

Kolejny, dziewiąty już rozdział książki nosi tytuł MonochromePoświęcony jest ważności zdjęć jakie wykonał Kevin Cummins zespołowi, z których jedno znalazło się na okładce NME w pierwszym numerze 1979 roku. W zasadzie ten fragment nie wnosi żadnych nowych informacji do publikowanych już na naszym blogu, może poza tym, że zdjęcie Iana Curtisa na okładce NME, obok innych zdjęć, zostało umieszczone przez przypadek. W zasadzie rozważano umieszczenie zdjęcia kapeli Spherical Objects, ale Morley po dni przybywania z zespołem wraz z Cumminsem, dostrzegł w nich jakiś potencjał. 

Od początku wyróżniał się Ian, jeszcze w czasie Warsaw kiedy grali kiepskie piosenki. Podczas sesji dla NME Cummins wykonał też pamiętne fotografie z TJ Rehersal - na tle czarnych ścian. 

W rzeczywistości ściany pomalowane były na ciemny brąz, tak wspomina kolor Terry Mason. Była to bardzo tania farba, prawdopodobnie kradziona. Fotografie były czarno-białe bo ta była tańsza od kolorowej. Cummins wspomina, że chciał świadomie fotografować zespół jako ponury (pisaliśmy o tym TUTAJ), to nie było łatwe bo chłopaki dużo żartowali, zwykle czekał aż przestaną się śmiać i wtedy fotografował.

W styczniu 1979 roku zespół nagrał swoją pierwszą sesję dla Johna Peela w Maida Vale w Londynie pod okiem Boba Sargeanta (pisaliśmy o tej sesji TUTAJ). Grali głównie na żywo a producent i inżynier Nick Gomm pozbawili ich brzmienia jakie nadał im dla Factory Martin Hannett.

C.D.N.

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.     

czwartek, 30 grudnia 2021

Grafiki komputerowe Alberto Seveso - świat XXII wieku

Alberto Seveso (ur. 1976 r.) pochodzi z Włoch, urodził się w Mediolanie, ale większość życia spędził na Sardynii, a także w Rzymie. Obecnie działa w Bristolu (Wielka Brytania), zatem można go nazwać bez przesady obywatelem Europy, niemniej otoczenie, w którym wzrastał, czyli kultura śródziemnomorska odcisnęły na nim swoje piętno, co można dostrzec w jego twórczości. Dlatego mimo, że jest samoukiem, staje się coraz bardziej znany w świecie grafiki komputerowej.

Jak to zwykle bywa w takich przypadkach zaczynał zapoznając się z możliwościami prostych programów komputerowych i przyglądając się sławnym grafikom, takim jak Dave Mckean (LINK) i Alessander Bavari (LINK). Niemniej niemal od początku znalazł własny styl i teraz to on stanowi źródło inspiracji dla innych. Swoje grafiki wypuszcza w seriach, z których najbardziej może popularna jest zatytułowana A me mi piace la Gnocca, ukazująca ludzkie ciała i twarze. Technika, którą tam użył jest nazywa się dyspersją a Seveso jest jednym z pionierów jej stosowania. Używa także tzw. grafiki wektorowej. W tym cyklu najlepiej widać jego klasyczne inklinacje oraz fascynację kolorystami. Wśród ulubionych artystów Seveso wymienia Caravaggia, Pollocka, Warhola, ale nie Picassa, do którego czuje niewytłumaczoną niechęć.









Tak dobre ilustracje zostały zauważone także w świecie muzycznym. W latach 90. projektował okładki płyt CD zespołów metalowych, a w 2012 roku okładka singla z jego grafiką australijskiej grupy The Temper Trap z 2012 roku Need Your Love  zdobyła nagrodę Best Art Vinyl  2012. A zespół, który działa od 2008 roku w Londynie w 2011 roku został nominowany do nagrody BRIT Awards w kategorii przełomowy występ roku


Artysta tworzy, co można zauważyć, także wykonując szybkie zdjęcia kropli atramentu wpuszczonej do wody i obrabiając je następnie cyfrowo. W ten sposób powstały grafiki, które trafiły na okładki płyty.






Alberto działa już od 20 lat. Czy to dużo czy mało trudno określić. Są artyści, którzy zostali zauważeni dopiero wiele lat po swoim odejściu... Na szczęście dzisiejszy, przez nas omawiany nie należy do tej grupy. Z jego usług korzystają wielkie firmy elektroniczne i globalne firmy branży rozrywkowej, a także koncerny sportowe, producenci książek i inne firmy, wśród nich są tacy giganci jak:  Adobe, Sony, MTV, Olmeca Tequila, Playboy Magazine, GQ Magazine, Ford, Penguin Books, Disney, Advanced Photoshop Magazine...

My oczywiście pokazaliśmy tylko ułomek jego prac, więcej można zobaczyć na jego stronie internetowej LINK.


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 29 grudnia 2021

Czy dziennikarze NME znają się na twórczości the Beatles? Może trochę...

Kilka dni temu NME opublikował ranking z piosenkami the Beatles według ich ważności (LINK). W zasadzie trudno jest powiedzieć na czym oparto klasyfikację, choć we wstępie jest napisane, że wśród piosenek są takie które wywarły znaczny wpływ na muzykę. Moim zdaniem, w pierwszej dziesiątce jest kilka nieporozumień, dokładnie są tam piosenki których być nie powinno, za to brakuje kilku kamieni milowych, które ukierunkowały świat muzyczny. 

Zacznijmy zatem od numeru jeden i prześledźmy pierwszą dziesiątkę bo na całość zwyczajnie szkoda nam czasu. Numer jeden - tutaj jesteśmy zgodni, Tomorrow Never Knows. Jak najbardziej tak, choć warto pamiętać, że eksperymenty zaczęli od Rain, gdzie pojawił się fragment tekstu od tyłu. Ale Tomorrow należy się miejsce pierwsze, eksperymenty z głowicami magnetofonowymi o których piszący artykuł pojęcia najwyraźniej nie ma, w tym utworze są bardzo zaawansowane, wirujące głośniki i tego typu sprawy doprowadziły do faktu, że był to pierwszy utwór the Beatles którego nie mogli odtworzyć na żywo. No ale tego pewnie nie ma w Wikipedii, to jest w książkach których dziś nikt już nie czyta. Teraz wszyscy czytają pdfy. Jak zabraknie prądu wyjdzie na jaw, że bez wujaszka Google niektórzy zapomną oddychać, jak pewien bohater z książki Stanisława Lema (on jednak przez rotargnienie). 

Miejsce drugie zajmuje A Day in the Life. Słusznie, bo jest uważany przez wielu za najlepszy utwór zespołu. Ale dziennikarze NME nie zająknęli się nawet o tym, jak Paul zaproponował granie od niskich do wysokich tonów orkiestrze w sposób zupełnie przypadkowy, czym wywołał niezłe zamieszanie wśród muzyków. Za to NME zauważa dziury i LSD. Dziury owe zresztą zainspirowały Paula do napisania Fixing a Hole (miejsce 135 listy NME), ale to już inna historia. 

Miejsce trzecie zajmuje - uwaga - Hey Jude. I to jest pierwsze poważne nieporozumienie. Litowanie się nad Julianem Lennonem nie starczy, żeby ta piosenka znalazła się na podium. Nieporozumienie, za to w tym miejscu powinno być jak najbardziej Strawberry Fields które jest na miejscu czwartym...


Umieszczenie Something na pozycji piątej celem wykazania jak zdolnym kompozytorem był George, o jego autorstwie tej piosenki zresztą nie wspominają w artykule, to porażka. Argument, że piosenka jest najczęściej coverowanym przez sławy utworem Beatlesów do mnie nie przemawia. Za to George powinien być uhonorowany za wprowadzenie do muzyki (jako pierwszy) sitaru (w Norwegian Wood - miejsce 43), i można było zrobić to umieszczając tu genialny Within You Without You. Ten za to znalazł się na miejscu... uwaga - 103.. Inny znakomity utwór Georga, jeden z najlepszych jakie napisał, Only A Northern Song jest za to jeszcze niżej bo na 179... Czy ktoś w tamtych czasach potrafił tak pięknie pisać o samotności? A dzisiaj ktoś tak potrafi? Zz to inny utwór Georgea, While My Guitar... jest na miejscu 6. To nie jest zła piosenka, zwłaszcza że Harrison nie umiał zagrać w niej solo, co zrobił za niego Clapton.


Miejsce siódme - Blackbird... To już przestaje być śmieszne. Za to bijąca na głowę Blackbird piękna ballada Lennona dla matki, Julia jest na miejscu.... 61. Ktoś nieźle oszalał w tym NME

Peperback Writer zajmuje miejsce 8... bo ja wiem, Beatlesi mieli masę lepszych piosenek, no ale jeśli ktoś kocha Paula McCartneya...

 

Kompletnym nieporozumieniem jest All My Loving z miejsca 9 i We Can Work It Out na 10. Za to przełomowe dla muzyki piosenki są daleko w tyle. Czy dziennikarze NME wiedzą że Polythene Pam (miejsce - uwaga 151!) to tak naprawdę pierwszy utwór punk rockowy? 

Nawet się o tym nie zająknęli. Za to napomknęli o tym, że I Want You to jeden z pierwszych utworów heavy metal, choć piosenkę umieścili na miejscu 104.. Na 132 jest Think for Yourself - pierwszy fuzzujący bas w historii muzyki, o czym też nie napisali. 

Mógłbym pisać tak cały dzień. Zakończę refleksją pokazującą Himalaje ignorancji klasyfikacji NME. Piosenka która powinna być w ścisłej czołówce całej tej klasyfikacji zajmuje na niej miejsce... 163.


Jeśli Being for the Benefit of Mr. Kite nie zasługuje na uhonorowanie, a organy parowe Lennona na chwilę zadumy jak genialny umysł zaledwie 27 letniego wtedy muzyka wyprzedził swoją epokę, to ktoś tutaj nieźle odjechał. 

No ale ja przecież się nie znam, może dlatego piszę na jakimś marginalnym blogu a nie w NME...

P.S. Kiedyś jeszcze w czasach komuny puszczano w polskiej TV serię filmów pt. Historia Muzyki Rockowej. W odcinku o Beatlesach kilku znawców muzyki poważnej (poważnej!) podkreślało, że She's Leaving Home pod względem struktury to jeden z najgenialniejszych walców jaki słyszeli, nawet lepszy niż słynne walce muzyki klasycznej.  

Na tych się nie znam, za to wspomniany utwór Beatlesów to pozycja... 35). Aspekt wartości historycznej, jaki w sobie niesie (ucieczki hippisów) pomijam...   

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 28 grudnia 2021

Aura realistyczno-magicznego smutku oczekiwania na obrazach Aldo Pagliacciego

Życie Aldo Pagliacciego (1913 - 1991) było trudne... Jego podsumowaniem wydaje się być motto Pietro Paolo Zivelli wyryte na grobie Zawsze poszukujący przygody, niespełniony, w zasadzie skazany na niespokojne życie bez pokoju. On sam tak natomiast mówił o sobie: Maluję, bo tylko przed pustym płótnem odnajduję równowagę, której nigdy w życiu nie miałem: nienawiść i miłość, którą w sobie noszę. Krytycy często porównują go Giorgio De Chirico (pisaliśmy o nim TUTAJ), w jednej z recenzji możemy przeczytać, że Świat, architektura i postacie ludzkie otacza aura realistyczno-magicznego oczekiwania, które nie jest do końca metafizyczne, ale które wciąż coś zawdzięcza wyczuciu czasu Giorgio De Chirico (L'Unità z 15 stycznia 1988 r.). 

Niemniej, mimo tak górnolotnych fraz, malarstwo Pagliacciego jest trudne do zdefiniowania. Z pierwszego oglądu realizujące zasady klasyczne, ale po dokładniejszym przyjrzeniu odsłania swoje prowokacyjne treści graniczące z satyrą, co wynika zapewne z doświadczeń malarza. Urodzony w prowincji Foggia, dorastał w Pesaro, gdzie rozpoczął studia artystyczne w wieku 20 lat, po wystawach na Biennale w Wenecji i Quadriennale w Rzymie, rozpoczął swoją przygodę życia i zaczął podróżować: pierwszym przystankiem była Afryka, Etiopia, gdzie brał udział w kampanii kolonialnej, a we wrześniu 1939 trafił do brytyjskiej niewoli w Rodezji (dokładnie w Umvuma, obecnie Mvuma w Zimbabwe). Po wojnie także nie zwalnia tempa, przemierza Amerykę Łacińską, odwiedza Brazylię, Argentynę, Chile, Peru, Meksyk, Boliwię, Wenezuelę. Krótko mówiąc, pokonuje kilometry, a przy tym tworzy i wystawia. Jego obrazy pokazywane są do dzisiaj w galeriach i muzeach Ameryki Południowej i Środkowej.

Wrócił do kraju do kraju i w latach 80. osiadł na Ischii, a dokładnie w miasteczku Forio, które dla Włoch jest tym, czym dla Paryża był Montparnasse. Forio stało się zresztą domem dla wielu artystów. A punktem centralnym, wokół którego skupiało się ich życie była kawiarnia Maria, na Piazza Pontone

Ostatnie lata życia były dla malarza jednak wyjątkowo trudne... Nadużywał alkoholu aż kłopoty z krążeniem spowodowały zaostrzenie się choroby żył i trzeba było amputować mu nogę. Pagliacci żył sam, bez rodziny, w biedzie. Zdarzało się, że oddawał swoje obrazy za talerz makaronu czy możliwość wizyty u lekarza. A mimo to nie poddawał się. W maju 1990 r. wystartował nawet w wyborach samorządowych z ramienia partii komunistycznej. Głosowało na niego pięć osób... o czym się jednak nie dowiedział, bo zmarł dwa miesiące wcześniej na ciężką grypę. Został pierwotnie pochowany w zbiorowym grobie. Dopiero po jakimś czasie jedna z mieszkanek Forio, Adelaide Patalano, zobligowała samorząd i wspólnie z zarządem gminy ufundowała artyście nagrobek, gdzie spoczął (LINK).  

Jego obrazy są szczególnie cenione w Stanach Zjednoczonych, jest także coraz bardziej rozpoznawalny we Włoszech. A mimo tego nie ma nawet hasła w popularnej Wikipedii, nie doczekał się także indywidualnej wystawy, zbierającej wszystkie, a przynajmniej większość jego prac. 


Są one, jak już wspomnieliśmy, pod względem kompozycji klasyczne, a w warstwie znaczeniowej surrealistyczne. Wśród powtarzających motywów pojawiają się arlekiny, ptasznicy, koty, nagie kobiety oraz... płonące kościoły. Gdy po raz pierwszy pokazał je na wystawie w Rzymie w 1951 roku był to szok. Obrazy wzbudziły gwałtowne reakcje krytyków lecz dla Pagliacciego ich ekspozycja była sukcesem. Gazety o niczym innym nie pisały jak tylko o jego płótnach i w przeciągu dwóch dni kolekcjonerzy wykupili wszystkie 20 prac. Sam artysta odrzucił teorię jakoby działał z pobudek ideowych i jak wyjaśniał wszystko wzięło się z mojego pragnienia namalowania architektury widocznej przez przeźroczysty dym. Pomysł płomieni pojawił się później. Tam, gdzie jest dym, musi być ogień. Teraz policja ściga mnie, aby ustalić czy aby nie mam w kieszeni zapałek. Przecież nie mógłbym podpalić Bazyliki Świętego Piotra. Deklarował też, że ma łagodne poglądy anarchistyczne i bliskie ateistycznym, ale jest zdecydowanym antykomunistą (LINK).  Tak na marginesie interesujące, że opinia publiczna od razu powiązała chęć zniszczenia kościoła z ideologią komunistyczną...





Ogólnie jego obrazy są niepokojące. Tak samo jak epoka, w której tworzył. Jego święty Sebastian wyglądający na robotnika stoi przywiązany do słupa, u stóp którego poniewierają się śmieci, w tym nawet samochodowa opona, a arena z bykami to tak naprawdę zaplecze rzeźniczej jatki. Po raz kolejny uderza nas przytłumiony, ponury koloryt jego prac i budowa postaci niczym u Pierra Della Francesca, za to co charakterystyczne, często spowitych cienkimi tasiemkami w jaskrawych kolorach. 







Jaki był Aldo Pagliacci, nie dość doceniony malarz włoskiego renesansu w czasach niepokoju? Zostawił zapiski, w których napisał o sobie i swoich codziennych lękach. Są niczym poemat samotnego człowieka...

Mam 75 lat i kilkukrotnie korygowaną wątrobę (po alkoholu). Dziesięć kotów rozrzuconych po mieszkaniu patrzy na mnie, pewnie mnie szpieguje. Kocham je wszystkie. Cicciolino, Syjamczyk nazywany „Wojownikiem”, łapie mnie swoimi czystymi niebieskimi oczami. Idę do kuchni i robię kawę. Za oknem w moim ogrodzie wypełnionym drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi, lśni wielki hibiskus o czerwonych kwiatach, uderzony źdźbłami słońca. Jest piękny jak czysty głos Boga, którego nikt nie słyszy i nie widzi w naturze.

Myślę, że tak naprawdę życie to niegodziwy kalendarz. Przechodzę z kuchni do sklepionego holu, dom to wiekowy, staromodny budynek ze skośnymi ścianami grubymi jak forteca. Wzdłuż ścian biegną dwa żelazne druty, a wisi około dwudziestu gotowych skrzypiec do retuszu. Muszę skończyć dwoje [artysta był także lutnikiem] (...)

O ósmej słucham horoskopu przez radio, ale zawsze zapominam, co zapowiada. W ogrodzie słońce pada teraz na drzewa pomarańczowe, na otaczające je przedmioty, które błyszczą jak politura skrzypiec, aż w słodkim powietrzu wibruje uszczypnięty przez muchę dźwięk „a”. Przeciągam się do ogrodu i daję kotu jedzenie. Robię kolejną kawę. Pigułka krążeniowa. Wkładam pędzle do zmiękczenia w aceton, czyszczę paletę. Mam się dobrze, siedzę wygodnie, okno wychodzi na ogród kwiatowy. Gilda, piękna ruda pręgowana kotka, chrapie mi na kolanie (napisałem na kolanach). Mam nadzieję, że ktoś przyjdzie do mnie, potrzebuję ludzi: do zrobienia zakupów, do banku, na pocztę, do chodzenia po schodach: i zawsze „dziękuję”. Prowadzę bardzo ciężkie życie. Maluję i czuję jak zanikam, czuję swoje „ja”. W południe przychodzi znajomy, żeby zrobić mi obiad i czasami zabiera mnie samochodem, żebym mógł zaczerpnąć świeżego powietrza.

Powiedziałem, że świeci słońce, ale z bólu czuję, że po południu będzie padać. Bóle nasilają się, przestaję wtedy działać, a Bóg, słuchając mnie, kładzie mi ręce na uszach. Wchodzę do dużego salonu z perskim dywanem na podłodze. Pięć szafek pełnych książek, piękne krzesła, rozkładana sofa, obrazy na ścianach, XVII-wieczna konsola pełna ozdób, prosty kasztanowy stół pokryty pięknym chińskim dywanem. Z okna, za pomarańczami i hibiskusami, jałowymi w rozkwicie, widzę Punta Imperatore z latarnią morską z widokiem na morze, które urywa się, milcząc na opustoszałych brzegach Citara. Naprawdę mam nadzieję, że ktoś przyjdzie do mnie, udręka nadchodzi podstępnie.

Staram się przezwyciężyć wstręt do życia, które prowadzę, do tego uporczywego, uporczywego bólu dnia i nocy, który mnie jeszcze nie zdołał pokonać. Potem prawie nagle coś się porusza, telefon, kot ocierający się o mój but, kwitnąca roślina, myśli prowadzą na inne brzegi, chęć malowania; ale jest to niemal gniewny impuls reakcji. Nie mam emerytury, nie jestem dzieckiem Włoch, może nie zasługuję na to, jak ci, którzy z drugiej strony mają może trzy, w tym jedną do stracenia.

Jest około dziewiątej. Telewizor włączony. Potem przychodzi sen, ale nie będę spał. Duchy wspomnień, urazy, denerwujące oczekiwania na coś, czego nawet nie znasz, będą paradować przez twoją pamięć... (...) Minął cień świeżej i uśmiechniętej młodości, patrzącej na mnie ironicznie; i zniknął, nie oglądając się za siebie. Na szare ściany domu pada deszcz; ale nie odbarwia napisu w sprayu: Maria, kocham cię (LINK).

Pamiętajmy o Aldo Pagliaccim...

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.