piątek, 7 stycznia 2022

The Nomi Song: film dokumentalny o Klausie Nomi

The Nomi Song to film dokumentalny Andrew Horna o życiu i twórczości Klausa Nomi, legendy muzyki undergroundowej (pisaliśmy o nim TUTAJ). Film został zrealizowany w 2004 roku. Interesujący początek, gdzie przeplatają się wątki dokumentalne i science-fiction bierze się to z faktu, że ludzie opowiadający swoje odczucie po spotkaniu z Klausem Nomi i jego sztuką zastanawiali się, czy ten człowiek nie jest z innego świata.

Po przytoczeniu powszechnie znanych faktów z życia artysty pojawia się dominujący w filmie wątek epizodu nowojorskiego.


Obecność Nomiego w Nowym Jorku wynikała z faktu, że pod koniec lat 70-tych, jak wspomina jedna z jego znajomych, było to miasto w którym mogłeś żyć na swoich własnych zasadach

Ludzie żyli wtedy zafascynowani sztuką Andy Warhola, przybywając do miasta nie mieli pieniędzy, skazani byli na kiepskie jedzenia, ale byli dla siebie bardzo mili. Znajomi artysty wspominają, jak trudnym było znalezienie kontekstu w którym Nomi mógłby używać swojego falsetu. Czasem śpiewał jak Maria Callas, a czasem jak David Bowie.


Manager artystyczny Klausa Nomi wspomina, jak dziwnych chwytów wtedy używano w klubach żeby zwrócić na siebie uwagę. W tym wszystkim pojawił się Nomi w swoim dziwnym stroju, niczym człowiek z innego wymiaru. Ludzie, kiedy usłyszeli jego głos zastanawiali się, czy to aby nie playback, ale on śpiewał naprawdę. Wzbudzał podczas występów emocje, zaskoczenie, a nawet płacz.


Szczególne znaczenie dokumentalne mają wypowiedzi samego Klausa Nomi jak i jego bliskich, wspominających początki kariery artysty.


Po przyjeździe do Nowego Jorku przyjaciele, poznając jego możliwości, postanowili założyć  dla niego zespół. W pierwszym eksperymentalnym składzie Nomi grał na gitarze hawajskiej (mimo że nie umiał), w składzie były też dwie tancerki, owinięte w folie.



Muzycy mieli dziwaczne stroje, wszystko niczym z jakiegoś filmu science-fiction. Swoją drogą było to dość męczące, bo pocili się podczas występów. Jeden z sąsiadów Nomiego wspomina, jak wtedy z grupą kilkudziesięciu przyjaciół założyli klub miłośników filmów science - fiction, wśród nich był oczywiście też i muzyk. Wierzyli w rychły koniec świata. 

Ron Johnsen, kiedy usłyszał zespół, postanowił zostać ich menedżerem. Już wtedy coraz większe tłumy chciały ich oglądać na żywo. Wtedy Johnsen dostrzegł potencjał i możliwości zbudowania całego image i historii Klausa Nomi. Sam artysta wspomina, jak jego matka wymieniła płyty Presleya z jego kolekcji na płyty Marii Callas, stąd on znalazł się pomiędzy tymi dwoma postaciami.



Sklep z odzieżą dla hipisów Fiorucci zaprojektował i wykonał specjalną choreografię dla Klausa Nomi - dużą literę N z drzwiami z których artysta wychodził na początku występu. Wtedy też powstało charakterystyczne logo przypominające nieco logo Batmana

Anthony Scibelli - fotograf, wspomina że Nomi był w zasadzie idealnie ucharakteryzowany do sesji zdjęciowych, zwłaszcza modnych wtedy sesji czarno-białych. Dodatkowo artysta zachowywał się jak robot.

Page Wood - dyrektor artystyczny wspomina jak doszło do zakupu kostiumu na wstęp z Davidem Bowie. Pat Gibbons - menadżer Bowiego, zapytał ich wtedy ile potrzebują pieniędzy, żeby kupić sobie odpowiednie kostiumy na ten występ. Wyjął cały rulon banknotów a Nomi i jego kolega dostali tyle ile chcieli. Po tym bardzo udanym występie odbyło się party, na którym był też Iggy Pop. Bowie obiecywał, że skontaktuje się z zespołem Nomiego ponownie, ale nie odezwał się więcej. 

Po koncercie postanowili zaprojektować dla Nomiego jego najbardziej znany strój, który wykonano w Brooks-van-Horn.




Pasją artysty, poza muzyką, było piecznie ciast. Muzycznie przyjęli filozofię, że Nomi nie udzielał wywiadów, na koncerty przywozili go ochroniarze, po nich szybko znikał. Nie kontaktował się z publiką i nie udzielał wywiadów. W szczycie zainteresowania popularność muzyka była zbliżona do popularności the Beatles.
 

W tamtym czasie zbudowano specjalną makietę wyglądającą jak suknia baletowa za którą śpiewał Nomi. Pojawiły się też specjalne parasole hipnotyzujące. Mimo ogromnego zainteresowania prasy i publiki nie było ciągle zainteresowania wytwórni muzycznych. Wtedy pojechali na trasę koncertową na wschód USA, gdzie artysta cieszył się ogromną popularnością.

Najgorsza przeprawa czekała ich w New Jersey, gdzie akurat grali Twisted Sister. Nomi miał otwierać ich występ... To było straszne doświadczenie i stwierdzili, że nie wszyscy są jeszcze gotowi na jego muzykę.


Jednocześnie Nomi był człowiekiem niezwykle samotnym. Występował w klubach gejowskich szukając przygód, a na ostrzeżenia ze strony znajomych reagował twierdzeniem, że Penicylina jest dobra na wszystko. W tym samym czasie nie opływał w luksusy, pieniądze zarabiane w trasie przeznaczał na stroje i jedzenie.


Po podpisaniu kontraktu Nomi zmienił muzyków i choreografię. Nie podobało się to jego poprzednim współpracownikom, bowiem zespół wyglądał jak kapela z lat 70-tych. Nie było w tym żadnego przemyślanego konceptu. On ciągle był znakomity, ale to już nie był ten świat Nomiego który znała publika.


Kontrakt płytowy zrujnował jego stary wizerunek i wszystko skupiło się na zarabianiu pieniędzy. RCA miało jednak kłopot jak lokować ten produkt, bo ani nie byłą to muzyka poważna, ani rock, mało tego dzieci bały się image'u artysty.


Płyta jednak po czasie stała się obowiązkową dla znawców muzyki, a Nomi stał się czołowym artystą RCA. Postanowiono wydać kolejny album za rok, a Nomi odbył trasę po Europie.


Kristian Hoffman, autor piosenek dla Nomiego wspomina jak rozczarowany był, gdy RCA nawet nie powiadomiło go o wydaniu albumu, gdzie były jego piosenki. Przed wydaniem kolejnego zadzwonili do niego i zaprosili do napisania piosenek. Uważa, że drugi album zawiera najlepsze piosenki artysty. Niestety nie zamieścili na okładce jego nazwiska jako producenta, tylko kogoś innego. Wtedy zerwał kontakty z Nomim i nigdy z nim nie rozmawiał.


Problemy zaczęły się tydzień po realizacji klipu Simple Man, gdy artysta zemdlał na przyjęciu. Później w trasie po Europie czuł się źle i leczono go antybiotykami. Po powrocie z tej trasy wiedzieli już, że nie ma dla niego ratunku. 

AIDS było wtedy nową chorobą, a gdy był w szpitalu znajomi zaczęli go unikać. Obawiali się zarażenia, inni nie chcieli widzieć jego wykończonego chorobą ciała, chcieli go pamiętać takim, jakim był...


Czytajcie nas -  codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.             

czwartek, 6 stycznia 2022

John McCrady: Klasyczna sztuka z domieszką maniery art-deco

John McCrady urodził się w 1911 roku na plebanii w Grace Episcopal Church w stanie Missisipi. Jego ojciec był księdzem anglikańskim, więc John całe dzieciństwo spędził na przeprowadzkach pomiędzy wiejskimi plebaniami rozsianymi po Luizjanie i Mississipi, dopóki ostatecznie nie osiadł w Oxfordzie (lecz nie tym w Anglii a w Missisipi) gdzie jego ojciec otrzymał nominację na rektora i profesora tamtejszego uniwersytetu. Także John wstąpił na tę uczelnię po krótkotrwałym epizodzie pracy w charakterze majtka na południowoamerykańskim parowcu i ukończył ją w 1932… W lecie tego samego roku  brał udział w kursach organizowanych przez Pennsylvania Academy of Fine Arts i zaczął uczęszczać zajęcia w New Orleans Art School, gdzie za namową Mary Brasso, także studentki tej uczelni i swojej późniejszej żony, namalował Portret Murzyna, który zgłosił na konkurs prac studenckich w Nowym Jorku. I wygrał stypendium dzięki któremu mógł kontynuować naukę. 


Kolejne lata były okresem pracy nad własnym stylem. Rejestrował codzienne życie ludności murzyńskiej i ta tematyka została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków. Po serii pochlebnych recenzji zaczął otrzymywać zlecenia rządowe na wykonanie murali i plakatów. Wkrótce zdobył kolejne stypendium, tym razem imienia znanego kolekcjonera, Johna Simona Guggenheima. W 1942 Roku wraz z żoną otworzył szkołę artystyczną na Bourbon Street w Nowym Orleanie, gdzie do swojej śmierci w 1968 roku uczył, szkolił i ogólnie  wywierał wpływ na młodych artystów z Południa. 



Napisaliśmy, że cieszył się akceptacją publiczności, choć nie zawsze. W 1946 roku namalował cykl murali w restauracji Delmonico’s w Nowym Orleanie, w następstwie czego komunistyczna gazeta The Daily Worker dokonała przeglądu jego prac i potępiła niedawną wystawę jego obrazów w Nowym Jorku jako rażący przykład rasowego szowinizmu




Malarz po czymś takim przez chwilę przestał w ogóle tworzyć, a gdy wrócił do uprawiania sztuki zmienił nieco tematykę swoich obrazów, preferując nieszkodliwe scenki z życia codziennego i zaprzestając tematyki społecznej.






Niedługo przed śmiercią podjął się ambitnego zlecenia. Wykonał wystrój kościoła, przy którym się urodził, można więc uznać, że w jego przypadku historia zatoczyła koło. Wykonał freski ukazujące Ustanowienie Eucharystii oraz projekt Wniebowstąpienia, lecz samo malowidło zostało zrealizowane już po jego śmierci przez jego ucznia, Alana Flattmanna, którego zatrudniła w tym celu wdowa po malarzu. Co jest interesujące, postacie Apostołów były wzorowane na konkretnych postaciach, na mieszkańcach parafii… W ten sposób i oni przeszli do historii.



Malarstwo McCradyego jest przykładem realistycznego, klasycznego podejścia do sztuki. Zamiast modnych w połowie wieku abstrakcji artysta stał się kontynuatorem stylistyki akademickiej, choć z domieszką maniery art-deco, co widać w zastosowaniu charakterystycznych  konturów  i mocnej, kontrastowej kolorystyce. Także przyjęta tematyka ukazująca sytuacje zaczerpnięte z codziennego życia na Południu, choć czasem z domieszką nierealistycznych elementów, przemawiają jednak za uznaniem John McCrady za artystę art-deco choć on sam do końca nie zdawał sobie z tego sprawę...



Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

środa, 5 stycznia 2022

Mick Middles i Lindsay Reade: Życie Iana Curtisa - Rozdarty cz.24: Niesamowity taniec Curtisa wyglądał jakby kierowała nim jakaś nieznana siła

 

Dziś omawiamy kolejny fragment z książki Micka Middlesa i Lindsay Reade (poprzednio omówione fragmenty: 12345678910111213141516171819202122 i 23).

Wiosną 1979 roku zespół stanął przed wyborem wytwórni. Padały różne propozycje, miedzy innymi Genetic należącej do producenta the Buzzckocs Martina Rushenta, albo Radar Records. Nagrywał w niej zespół The Pop Group, a ich hit She Is Beyond Good and Evil bardzo podobał się Joy Division.  


Klimat tego typu, z pogranicza psychodeli, został podłapany później w Factory przez A Certain Ratio

Zespół w tamtym czasie zagrał kilka ważnych koncertów, między innymi w Bowden Vale Youth Club, 14.03.1979 roku. Martin O'Neil wykonał wtedy kultowe zdjęcia  zespołu (pisaliśmy o tym TUTAJ). 

Fotograf wspomina, że skupił się na robieniu zdjęć a nie na muzyce. Było to dość kłopotliwe - scena była mała i w pewnym momencie usłyszał od Hooka "fuck off".


Natomiast kompletnie zaszokował go Ian, kiedy zaczął tańczyć. Bał się, że wokalista Joy Division może stłuc jego aparat. Nigdy czegoś takiego wcześniej nie widział.


Inny naoczny świadek koncertu Paul Hanley też wspomina niesamowity taniec Curtisa, który wyglądał nie jakby poruszał się w rytm muzyki, ale jakby kierowała nim jakaś nieznana siła. I jeszcze leżący na podłodze syntezator, na którym Barney podczas całego koncertu zagrał tylko raz, wydając dźwięk syreny. Zespół wyglądał na bardzo zdeterminowany, w szczególności Ian Curtis.            

Kolejny, 10 już rozdział książki nosi tytuł Unknown Pleasures. Zaczyna się cytatem z wypowiedzi Petera Hooka, o tym, że Ian miał zostać ojcem, że był szczery i że każdy z nich robił w zespole swoją robotę. Dziwi go, że ludzie doszukują się tak wielu podtekstów w jego piosenkach. 

Rozdział zaczyna się przytoczeniem wspomnień jak to Debbie wymagała od Iana więcej pieniędzy. Ten miał dylemat, czy wybrać mniej znaną wytwórnię i dostać mniejsze zarobki, czy też kontynuować współpracę z RCA. Dochodziło też do sprzeczek między nim a Robem Grettonem, właśnie z powodu pieniędzy. 

W kwietniu zespół rozpoczął nagrywanie Unknown Pleasures. Atmosfera w nowoczesnym studio była daleka od tej, jaką Ian miał w Macclesfield. Zespół przerwał serię koncertów po to, aby Ian w każdej chwili mógł wrócić do swojej żony. Joy Division zdobyli już uznanie dzięki dobrym występom i artykułowi Morleya w NME. Wszyscy czekali na album, który mógł okazać się sukcesem, albo porażką. Na Ianie, jako twórcy tekstów i większości linii melodycznych piosenek, spoczywała wielka odpowiedzialność.  

C.D.N. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

wtorek, 4 stycznia 2022

Surrealistyczne, melancholijne i szorstkie fotografie Emona Toufaniana

Emon Toufanian to młody, irańsko-amerykański fotograf, pochodzący z Waszyngtonu, ale mieszkający w Nowym Jorku i w Paryżu. Podobno zaczynał jako muzyk, jednak nie ma śladów po tym jego pierwszym artystycznym zajęciu, poza deklaracją o wpływie muzyki na efekt plastyczny jego prac.




Tworzy zdjęcia cyfrowe oraz - co bardziej nas zainteresowało - kolaże, wyglądające niczym porwane, w momencie uczuciowego uniesienia, kawałki zdjęć, kojarzące się ze skrawkami pamięci, które dopiero po pewnym czasie, gdy mijają emocje, układają się w całość… Natomiast artysta uważa, że są one ilustracją określeń opisujących jego prace:  surrealistyczne, melancholijne, szorstkie (Surreal, melancholic, abrasive). 





Emon jest samoukiem. Został już jednak doceniony m.in. przez tak znane wydawnictwa jak Dazed, PUSS PUSS, Vogue Italia i Document Journal, które jego prace umieściły na swoich okładkach. Zaczął tworzyć w dość niecodziennych okolicznościach, po tym, gdy rzuciła go dziewczyna, hiszpańska malarka. Wtedy jakby prowokując ją, sam zaczął robić najpierw zdjęcia a potem kolaże. Po pewnym czasie, to co miało być tylko terapią stało się sposobem na życie. 

Jego kolaże wyglądają tak jakby kilka zdjęć zostało nałożonych na siebie, z tym, że część z nich jest rozdarta, rozkawałkowana i połączona dość przypadkowo. Od razu kojarzy się to z rozrywaniem wspólnych zdjęć przez co bardziej nerwowych partnerów w chwili rozstania… Na pewno przydaje to jego dziełom dramaturgii i tajemniczości. Poza tym fotograf umieszcza na swoich kadrach fragmenty miast, w których pracuje, czyli Nowy Jork i Paryż... Jego kolaże ukazują twarze, zdjęcia modelek prezentujących modę oraz pejzaże przypominające japońskie grafiki malowane na papierze.

 



Artysta tworzy zgodnie z przyjętym mottem, które brzmi To co najważniejsze to otwartość na życie i chwile pełne spontaniczności, w których wymieniana jest energia z wewnątrz na zewnątrz (LINK).  Jeden z krytyków porównuje typ emocjonalności jego prac z tym, co musiała odczuć Alicja w Krainie Czarów gdy nagle wpadła do króliczej nory i spadała w dół… My aż tak bardzo nie przeżywamy grafik Toufaniana, ale musimy przyznać, że potrafią zatrzymać naszą uwagę. Jest w nich jakaś bezbronność i zgoda na interpretację widza. A skoro na interpretację, to także na krytykę, przydawanie treści, których w nich może nie ma, nadinterpretację i wszelkie działania, nad którymi autor pracy nie ma żadnej kontroli. Ale lecąc w dół nie ma się przecież wpływu na nic, tak samo gdy otwiera się na to, co niesie świat…

Zachęcamy do zaglądania na stronę artysty (LINK).


Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Isolations News 174: Hologram Iana Curtisa z Joy Division, Factory Benelux przypomina show z udziałem Sashy Vernaeve i Giulio Erasmusa, nie żyje siostra Viniego Reilly, Andreas Vollenweider live, ranking najlepszych gitarzystów progrocka, Fragile Thoughts i Collage wydają, Lemmy Kilmister w tatuażu, Henry Rollins się wypalił, rośnie sprzedaż winyli


Karl Trosclair, fan Joy Division, w święta uczcił pamięć frontmana ulubionego zespołu wielkim hologramem na ścianie budynku (LINK).

Skoro Joy Division to Factory i jej filia - Factory Benelux, która przypomina o wspólnym, zeszłorocznym muzycznym przedsięwzięciu zarejestrowanym i udostępnionym w Internecie przez Sashę Vernaeve i Giulio Erasmusa, córkę i syna dwóch legend słynnej wytwórni (LINK).

Idźmy dalej tym tropem - zmarła młodsza siostra Viniego Reilly, Madeleine. Wiadomość podajemy za informacją na FB (LINK).  



W Niebie pewnie zagrają jej na harfie piosenki genialnego Szwajcara. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia Andreas Vollenweider, bo o nim mowa, ze swojego studia nadał mini koncert oraz zaprosił  fanów do odsłuchiwania swoich występów zarejestrowanych i udostępnionych przez nową cyfrową platformę stage.vollenweider.com Jest tam obecnie 11 filmów prezentujących całe koncerty z lat 1983-2021...

My o jego znakomitych albumach pisaliśmy kilka razy, warto zobaczyć TUTAJ.




Z pewnością jest najlepszym wiolonczelistą świata. Natomiast według rankingu najlepszych obecnie gitarzystów progresywnych na świecie - na pierwszym miejscu znajduje się John Petrucci, na dziesiątym Sithu Aye a pomiędzy nimi ośmiu innych... Całość jest TUTAJ.

Alex Lifeson, któremu Petrucci mógłby czyścić buty, ewentualnie nosić futerał, na miejscu piątym... Kto tworzy te rankingi? 


W klimacie progrocka - Collage w przyszłym roku wyda nowy album, już można go kupować w preorderze (TUTAJ). Jak zazwyczaj na okładce Beksiński senior, na gitarze w jednym utworze Steve Rothery z Marillion

Promuje album piosenka One Empty Hand:


Trudno jednoznacznie powiedzieć, bez Amiriana i Gila będzie ciężko. Choć piosenka powyżej zła nie jest. Zobaczymy.

W nieco podobnych klimatach - pojawił się utwór gitarzysty Give Up To Failure - Krzysztofa Młyńczaka - który jest jego solowym projektem. Nosi tytuł Fragile Thoughts - Fading Peace. O projekcie pisaliśmy TUTAJ. Piękne...

Zespół także promuje debiutancki album zaprzyjaźnionej grupy Bluefaces - Nostalja, który promuje singiel (TUTAJ).

W klimacie 4AD - Clan of Xymox znów w Polsce. Zespół powróci do nas w kwietniu i będzie promował swoje ostatnie wydawnictwo Limbo. Tym razem zawita 30 kwietnia 2022 roku do poznańskiego Klubu U Bazyla, bilety TUTAJ.  Niedawno, bo 20 listopada 2021 roku, zagrali we Wrocławiu, z czego relację wraz z setlistą można przeczytać TUTAJ, a  fragment występu gra powyżej. 


Zaostrzmy nieco klimat. Judas Priest wydaje komiks: Screaming For Vengeance (LINK).

Za to dwóch członków zespołu koncertowego Motörhead uczciło zmarłego frontmana, Lemmy'ego, nowymi tatuażami, które zostały zmieszane z jego prochami. Lemmy, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Ian Fraser Kilmister, zmarł w grudniu 2015 roku w wieku 70 lat z powodu raka prostaty i niewydolności serca. Na początku tego roku ujawniono również, że część prochów Lemmy'ego została umieszczona w łuskach po nabojach i przekazana jego najbliższym przyjaciołom (LINK).

Były wokalista Black Flag i Rollins Bang, Henry Rollins, ujawnił dlaczego przestał tworzyć. Okazało się że się wypalił. Jak to określił: w tej tubce zabrakło pasty do zębów. Jednak nie oznacza to, że nic nie robi, bo jak powiedział: Na szczęście miałem dość filmów, podkładów głosowych, dokumentów, rzeczy do pisania, opowiadania, i teraz jestem bardziej zajęty niż kiedykolwiek.

Niedawno Henry ogłosił program występów na przyszły rok w Wielkiej Brytanii - w ramach trasy Good To See You - będą to jednoosobowe talking show podczas których opowie o swoim życiu (LINK).   

Bilety i szczegóły TUTAJ.

Na koniec dwie wiadomości. Ostatnio można obserwować wysyp doniesień prasowych na temat The Beatles. Na tej fali przypomniano wywiad z Geoffem Emerickiem, dźwiękowcem zespołu, który zrezygnował z pracy z muzykami podczas nagrywania dwupłytowego albumu The White Album ze względu na okropną atmosferę w studio. Powrócił na krótko do nich na ich prośbę i nagrał część Abbey Road po czym odszedł na dobre (LINK).


Sprzedaż winyli rośnie w ostatnich latach, a jeśli chodzi o sprzedaż tygodniową, ten format odnotował rekordowy wynik od 1991 roku, czyli odkąd zaczęto mierzyć sprzedaż. 

W dniu 23 grudnia, Billboard poinformował, że w Ameryce sprzedano ponad 2,11 miliona płyt winylowych, więcej niż CD. Kupowano nowe albumy z 2021 roku ale także niezliczone reedycje klasyków. Wśród nowych najlepiej sprzedawał się album Adele, liczy się że poszło aż 293 K egzemplarzy (LINK).

Dlaczego nas to nie dziwi? 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.

niedziela, 2 stycznia 2022

Niedocenieni: New Today i ich Together at Last z 2020 roku - świeży powiew chłodnej fali

Wydaje się, że od czasu pokolenia post Joy Division w chłodnej fali powiedziano już wiele. Byli Editors, byli Interpol (ci skończyli się dość szybko, bo po drugim albumie) i wielu innych. Dzisiaj można powiedzieć, że są New Today, i pozwalają patrzeć na przyszłość gatunku optymistycznie.

Duet z USA w składzie Dante Palomba i Daniel Stungaram istnieje od 2016 roku, ma w dorobku 6 albumów i singla. Wszystko realizują i wydają sami. W swojej muzyce sięgają do bardzo dobrych korzeni, poza wspomnianymi powyżej kapelami, w niektórych piosenkach słychać Sonic Youth, trochę cięższych brzmień rodem z NIN a nawet klimat (i wokal) Ultravox. Płyta zyskuje po kilku przesłuchaniach i jest naprawdę znakomita.

Na otwarcie mamy Dont Let Your Light Burn Out - prosty melodyjny utwór z charakterystyczną dla zespołu ścianą brudnego gitarowego dźwięku i elektronicznymi przerywnikami. Piosenka nieco przypomina znakomity Portrayal (pisaliśmy o nich TUTAJ), choć zapewne jest cięższa. Po nim Turn On. Makabryczny teledysk oddaje, chyba nieco zbyt bezpośrednio, sens utworu...


Włączenie

Będziemy musieli umrzeć

Bez litości

Nie można się nad tobą litować

Jedna bariera do przełamania

Ucieknę od ciebie

Będę się śmiać przez kilka dni

Z tej lekcji 

Gdzie odeszła miłość?

Po prostu zabierz mnie ze sobą

Przynajmniej tym razem daj mi zrozumieć

Gdzie odeszła miłość?

Co sprawiło, że upadłaś tak nisko?

Włącz mnie i wyłącz mnie ponownie

Nareszcie będziemy razem

Powiem Ci

Zaszczycony tym zadaniem 

Jak mogę odzyskać?

Jak mogę odzyskać połączenie?

Sprawię, że umrzesz

Przed reanimacją czuwania 


Chainsaw zaczyna się bardzo monumentalnie, dużo tutaj elektroniki i mroku. Night Crawler od samego początku jest tym, czego po tym albumie oczekiwałem. Ultravox, a może i Katatonia nie powstydziliby się tego utworu i tak właśnie by podążali, gdyby dziś nagrywali w swoim dawnym stylu. To jeden z najciekawszych kawałków na tym albumie - i jeśli zespół poszedłby w tym kierunku wszyscy mielibyśmy dużo radochy. Piękne to mało powiedziane!      

Permission znowu stawia nas do pionu. Ciekawa piosenka, można powiedzieć, że to już typowe brzmienie New Today, podobnie jak Starship. Something More to Fear za to ma teledysk:



Ciekawe, dystopijne elektroniczne brzmienie, choć teledysk wydaje się jakby bez zakończenia. Całość kończy Little Sister


Mała Siostra

Może poczuję to lepiej

Coś pozostało do poznania

Trzymana w środku

Pobita poobijana

Co chcesz pokazać

Otwórz oczy

Powinienem był cię wysłuchać

Teraz już Cię nie ma

Młodsza siostro

I nie obchodzi cię

Gdzie wylądujesz


Bardzo smutny utwór, wydaje się, że o stracie kogoś bliskiego..  Szkoda tylko, że wokalnie - przynajmniej miejscami - zbyt dużo w nim NIN. Za dużo... Reszta jak najbardziej na plus.

Będziemy przyglądali się zespołowi, pewnie sięgniemy do ich wcześniejszych albumów, zapowiadają wkrótce kolejny.

5/6, będzie więcej kiedy pójdą w stronę Night Crawler. Na to czekamy.

New Today, Together at Last, 2020, tracklista: Dont Let Your Light Burn Out, Turn On, Chainsaw, Night Crawler, Permission, Starship, Something More to Fear, Little Sister.


sobota, 1 stycznia 2022

Klaus Nomi: muzyk z innej planety - Kto w ogóle ustala zasady?

They were different - takimi słowami opisał Joy Division Martin Hannett kiedy pierwszy raz zobaczył zespół live. Taniec i teksty Curtisa, znakomita gra Stephena Morrisa sprawiły, że zespół wyróżniał się na tle setek innych kapel, głównie nurtu punk. To nowy image, zwłaszcza fryzury, jak i zrzucenie kowbojskich kurtek i butów nadały nowy wygląd na początku lat 60-tych Beatlesom. Przykłady można mnożyć. Kiedy dawno temu pierwszy raz usłyszałem z kolegami Metallice (dokładnie piosenkę Metal Militia) zastanawialiśmy się, czy można jeszcze szybciej grać. Tony Wilson, gdy usłyszał Sex Pistols od razu wiedział, że to rewolucja w muzyce, a John Peel (TUTAJ) uwielbiał artystów z ekstremalnym głosem (temu dał urzec się sam David Gilmour i tak świat poznał Kate Bush - warto zobaczyć TUTAJ). 

Także unikalny pomysł na siebie miał Klaus Nomi

Naprawdę nazywał się Klaus Sperber, urodził się podczas II Wojny Światowej (24.01.1944) w Immenstadt w Aplach w Bawarii. W jego rodzinie wiele się śpiewało właściwie przy każdej okazji, tak banalnej jak np. sprzątanie. Słuchał płyt Marii Callas a chciał być niczym Elvis Presley. Krąży legenda, że Callas pojawiła się w jego życiu, bo matka zamieniła będące w jego kolekcji płyty Elvisa, na muzykę bardziej górnolotną (jej zdaniem). 

Klaus zaczął uczęszczać do szkoły muzycznej w Berlinie, ale nie bardzo wiedzieli co z nim tam zrobić. On sam też miał z tym problem. Z racji faktu bycia homoseksualistą udzielał się wokalnie w klubach gejowskich i żył ze sprzątania w operze. 

Jego marzenie spełniło się po emigracji do USA, dokładnie do Nowego Jorku. Pracował w cukierni a w świecie muzycznym postępowała dominacja muzyki disco, bezwartościowej sieczki pozbawionej walorów intelektualnych. Trudno się dziwić, że szybko nastąpił przełom. Zaczęła się dominacja punka.

Równie dobrze mógłbym wyglądać tak obco, jak to tylko możliwe, ponieważ wzmacnia to punkt widzenia, o którym mówię. U mnie polega to na tym, że do wszystkiego podchodzę jak bym był absolutnym outsiderem. Tylko w ten sposób mogę złamać tak wiele zasad na raz. Pamiętaj, moje pochodzenie jest zupełnie dziwne - niemiecka opera klasyczna. Byłem więc niepewny, czy będę umiał odnaleźć się i przerobić to na rock. Równie szokujące było dla mnie śpiewanie opery falsetem w Niemczech. To była kolejna zasada, którą łamałem. Po prostu tego nikt nie zrobił. A pomaga mi fakt, że pop i rock, który, jak sądzisz, nie ma żadnych reguł, jest tak samo konserwatywny jak muzyka klasyczna. Więc to, co robię, jest podwójnie szokujące. Różnica polega na tym, że publiczność punkowa podziwia, że ​​mogę ich zaszokować. Nic nie jest dla mnie święte. Kto w ogóle ustala zasady?

/Klaus Nomi/

Do tego dochodził zupełnie odlotowy image, sposób tańca i panowania nad publiką. Każdy może sobie wyobrazić jak piorunująca była to kombinacja... Zresztą zobaczmy:


Wspominający go ludzie, którzy widzieli występ pierwszy raz, opisują w jak głębokim byli szoku, kiedy Nomi wyglądał i zachowywał się, a co najważniejsze śpiewał, w stylu, jakby był z innej planety... Przy okazji z wywiadów jakie są dostępne w Internecie Klaus Nomi wydaje się być człowiekiem dowcipnym i pozbawionym, jak to u wielu gwiazd bywa, zadufania w sobie. Przy czym dysponuje niesamowitymi możliwościami wokalnymi. 


Te fakty, jak i rodzący się nowy muzyczny nurt podziemny, dostrzega sam David Bowie, który zaprasza dwóch artystów, w tym Klausa Nomi do wspólnego występu w roku 1979. W RCA odbywa się nagranie i wydanie pierwszego solowego albumu artysty.


Po latach świat muzyczny już nie opisuje powyższego teledysku jako piosenkę Bowiego. Na wideo bowiem są dwie wielkie gwiazdy muzyki...

Niestety Klaus Nomi odchodzi przedwcześnie. W wieku zaledwie 39 lat umiera w samotności na AIDS. Wszyscy poza jednym przyjaciele odsuwają się od niego. Przed śmiercią Nomi zmienia lekko stylizację, zakłada kołnierz aby ukryć pojawiające się na szyi mięsaki Kaposiego. Ostatni występ, na którym śpiewa mającą dość przerażający tekst piosenkę Cold  pokazuje w jak kiepskim był stanie. Ale mimo tego wystąpił.


Umiera 6.08.1983 roku a jego prochy zostają, zgodnie z jego życzeniem, rozrzucone nad Nowym Jorkiem

Klaus Nomi - artysta absolutny.

P.S. Jak dotychczas najlepsze opracowanie, w dodatku jedno z nielicznych w naszym języku, opublikował Adam Kruk w tekście Klaus Nomi: Ostatni akt. Zapraszamy do lektury TUTAJ. My do strony muzycznej dokonań Nomiego jeszcze powrócimy. 

Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.