Kilka dni temu NME opublikował ranking z piosenkami the Beatles według ich ważności (LINK). W zasadzie trudno jest powiedzieć na czym oparto klasyfikację, choć we wstępie jest napisane, że wśród piosenek są takie które wywarły znaczny wpływ na muzykę. Moim zdaniem, w pierwszej dziesiątce jest kilka nieporozumień, dokładnie są tam piosenki których być nie powinno, za to brakuje kilku kamieni milowych, które ukierunkowały świat muzyczny.
Zacznijmy zatem od numeru jeden i prześledźmy pierwszą dziesiątkę bo na całość zwyczajnie szkoda nam czasu. Numer jeden - tutaj jesteśmy zgodni, Tomorrow Never Knows. Jak najbardziej tak, choć warto pamiętać, że eksperymenty zaczęli od Rain, gdzie pojawił się fragment tekstu od tyłu. Ale Tomorrow należy się miejsce pierwsze, eksperymenty z głowicami magnetofonowymi o których piszący artykuł pojęcia najwyraźniej nie ma, w tym utworze są bardzo zaawansowane, wirujące głośniki i tego typu sprawy doprowadziły do faktu, że był to pierwszy utwór the Beatles którego nie mogli odtworzyć na żywo. No ale tego pewnie nie ma w Wikipedii, to jest w książkach których dziś nikt już nie czyta. Teraz wszyscy czytają pdfy. Jak zabraknie prądu wyjdzie na jaw, że bez wujaszka Google niektórzy zapomną oddychać, jak pewien bohater z książki Stanisława Lema (on jednak przez rotargnienie).
Miejsce drugie zajmuje A Day in the Life. Słusznie, bo jest uważany przez wielu za najlepszy utwór zespołu. Ale dziennikarze NME nie zająknęli się nawet o tym, jak Paul zaproponował granie od niskich do wysokich tonów orkiestrze w sposób zupełnie przypadkowy, czym wywołał niezłe zamieszanie wśród muzyków. Za to NME zauważa dziury i LSD. Dziury owe zresztą zainspirowały Paula do napisania Fixing a Hole (miejsce 135 listy NME), ale to już inna historia.
Miejsce trzecie zajmuje - uwaga - Hey Jude. I to jest pierwsze poważne nieporozumienie. Litowanie się nad Julianem Lennonem nie starczy, żeby ta piosenka znalazła się na podium. Nieporozumienie, za to w tym miejscu powinno być jak najbardziej Strawberry Fields które jest na miejscu czwartym...
Umieszczenie Something na pozycji piątej celem wykazania jak zdolnym kompozytorem był George, o jego autorstwie tej piosenki zresztą nie wspominają w artykule, to porażka. Argument, że piosenka jest najczęściej coverowanym przez sławy utworem Beatlesów do mnie nie przemawia. Za to George powinien być uhonorowany za wprowadzenie do muzyki (jako pierwszy) sitaru (w Norwegian Wood - miejsce 43), i można było zrobić to umieszczając tu genialny Within You Without You. Ten za to znalazł się na miejscu... uwaga - 103.. Inny znakomity utwór Georga, jeden z najlepszych jakie napisał, Only A Northern Song jest za to jeszcze niżej bo na 179... Czy ktoś w tamtych czasach potrafił tak pięknie pisać o samotności? A dzisiaj ktoś tak potrafi? Zz to inny utwór Georgea, While My Guitar... jest na miejscu 6. To nie jest zła piosenka, zwłaszcza że Harrison nie umiał zagrać w niej solo, co zrobił za niego Clapton.
Miejsce siódme - Blackbird... To już przestaje być śmieszne. Za to bijąca na głowę Blackbird piękna ballada Lennona dla matki, Julia jest na miejscu.... 61. Ktoś nieźle oszalał w tym NME.
Peperback Writer zajmuje miejsce 8... bo ja wiem, Beatlesi mieli masę lepszych piosenek, no ale jeśli ktoś kocha Paula McCartneya...
Kompletnym nieporozumieniem jest All My Loving z miejsca 9 i We Can Work It Out na 10. Za to przełomowe dla muzyki piosenki są daleko w tyle. Czy dziennikarze NME wiedzą że Polythene Pam (miejsce - uwaga 151!) to tak naprawdę pierwszy utwór punk rockowy?
Nawet się o tym nie zająknęli. Za to napomknęli o tym, że I Want You to jeden z pierwszych utworów heavy metal, choć piosenkę umieścili na miejscu 104.. Na 132 jest Think for Yourself - pierwszy fuzzujący bas w historii muzyki, o czym też nie napisali.
Mógłbym pisać tak cały dzień. Zakończę refleksją pokazującą Himalaje ignorancji klasyfikacji NME. Piosenka która powinna być w ścisłej czołówce całej tej klasyfikacji zajmuje na niej miejsce... 163.
Jeśli Being for the Benefit of Mr. Kite nie zasługuje na uhonorowanie, a organy parowe Lennona na chwilę zadumy jak genialny umysł zaledwie 27 letniego wtedy muzyka wyprzedził swoją epokę, to ktoś tutaj nieźle odjechał.
No ale ja przecież się nie znam, może dlatego piszę na jakimś marginalnym blogu a nie w NME...
P.S. Kiedyś jeszcze w czasach komuny puszczano w polskiej TV serię filmów pt. Historia Muzyki Rockowej. W odcinku o Beatlesach kilku znawców muzyki poważnej (poważnej!) podkreślało, że She's Leaving Home pod względem struktury to jeden z najgenialniejszych walców jaki słyszeli, nawet lepszy niż słynne walce muzyki klasycznej.
Na tych się nie znam, za to wspomniany utwór Beatlesów to pozycja... 35). Aspekt wartości historycznej, jaki w sobie niesie (ucieczki hippisów) pomijam...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
28.10.2022 roku miała miejsce premiera wznowienia albumu the Beatles Revolver, nazwanego przez NME gamechangerem. Wydanie na 5 winylach leci do nas, i wtedy do tego albumu wrócimy, dzisiaj chcielibyśmy skupić się na nieco innej perspektywie, niż ta powszechnie poruszana w mediach. Chcieliśmy inaczej niż dziennikarze NME rzeczywiście skupić się na owym określeniu: gamechanger (w artykule NME - TUTAJ - nie ma ani jednego słowa, uzasadniającego, dlaczego tak w tytule nazwali album the Beatles).
Spójrzmy na album z perspektywy ewolucji Beatlesów. Przed był Rubber Soul, tutaj już zespół zaczął eksperymentować, choćby okładka - dzieło przypadku, ktoś uderzył w epidiaskop i zdjęcie wykonane w ogrodzie Lennona w Kenwood zmieniło perspektywę.
Kupili nowe bluzy i chcieli zaszpanować, Freeman przyklęknął i pstryknął. Ale okładka wygląda zgoła inaczej i mimo tego, co wtedy mówiono, było to dzieło przypadku. Niemniej wystarczyło to, żeby podtrzymać legendę, że Paul is dead... Album jest doskonały, jest rewolucyjny, ale jeszcze utrzymany w ramach poprawności, no może poza Norwegian Wood.
Po nim jednak pojawia się Revolver, i już od startu jest kompletnie inny. Rzeczywiście to gamechanger. Kaszel? Kto by pomyślał, że zamiast słynnego One Two Three Four, otwierającego debiut zespołu w 1963, mamy kaszel.. Wczoraj ukazały się klipy promujące reedycję... Tak wyobrażono sobie piosenkę Harrisona:
Bezwzględny poborca podatkowy opodatkuje wszystko. Fajna gra słów...
Po nim McCartney wchodzi z pierwszym w historii muzyki utworem zagranym przez orkiestrę, i to kompletnie bez udziału zespołu... I jedna z najsmutniejszych piosenek o samotności... Nawet Burroughs się wzruszył (pisaliśmy o tym TUTAJ), przez co znalazł się na okładce Peppera... Gamechanger numer dwa..
I'm Only Sleeping - wchodzi Lennon i zamiata temat. Niby to piosenka o jego lenistwie i tendencji do spania całymi dniami, ale drugie dno to tekst o narkotykach... Zostań w łóżku, płyń w górę strumienia
Love You Two - kolejny utwór Harrisona, bardzo religijny i pełen sitaru.
Po nim Paul, i jego Here, There and Everywhere. W jednym z wywiadów McCartney powiedział, że w historii zespołu jest tylko kilka piosenek z tak charakterystycznym wstępem (przygrywką). Jedna z lepszych piosenek McCartneya, bardzo dojrzała, broni się do dziś.
Yellow Submarine to niestety słabszy utwór. Paul zrobił z niego koszmar, więc zaśpiewał go Ringo. Ale mało kto wie, że Lennon opowiadając o jazdach narkotycznych, wspomina o wizji żółtej łodzi podwodnej, o czym poniżej.
Powstał na tej podstawie genialny film? Ano tak - gamechanger - pierwsza kreskówka w historii muzyki, choć Beatlesi byli sceptyczni i nie uczestniczyli w jego przygotowaniach.
She Said She Said - w zasadzie nie she tylko he, she jest dla niepoznaki. He to Fonda, który opowiedział Lennonowi jak mało co nie wykitował kiedy wziął narkotyki. Stąd ten tekst, a co na to NME (TUTAJ)? Aż strach czytać...
Good Day Sunshine, znowu Paul i nieco gorszy utwór...
And Your Bird Can Sing - podobnie, tym razem Lennon. Choć jest w tej piosence moment chwytliwy, kiedy John lekko popada w nostalgię...
Kiedy cenne rzeczy zaczynają cię obciążać Spójrz w moim kierunku Będę w pobliżu, w pobliżu
Za to po tych dwóch utworach wynagradzają nam, znowu Paul doskonale oddaje sens miłosnego rozczarowania...
w jej oczach nic nie widzisz Nie ma śladu miłości za łzami Płakała za nikim I miłością, która powinna trwać latami
Dr Robert jest dobrym dentystą, zwłaszcza jak wleje narkotyki do herbaty... Lennon dobrze wiedział o kim napisał ten utwór. Zresztą warto zobaczyć ten fragment wywiadu:
NME o tym utworze (LINK)... Czy są granice kompromitacji?
I Want To tell You - da się wytrzymać. George ponownie.
Got to Get You Into My Life - kolejny gniot Paula. To on był twórcą najgorszych piosenek the Beatles.
No i kolejny gamechanger, nie tylko w historii the Beatles ale i całej muzyki...
Tomorrow Never Knows
Wymontowana głowica kasująca (pomysł Paula), wirujące głośniki, cofanie taśm i nagrywanie od tyłu, Tybetańska Księga Umarłych w tle- wszystko to sprawia, że po raz pierwszy powstaje piosenka, której nie dało się grać live... Dziś to normalka, tak powstają całe albumy, ale wtedy to był kolejny gamechanger. Lennon był geniuszem.
A wszystko okraszone znakomitą grafiką Klausa Voormanna, na której umieszcza on sam siebie...
Byliśmy bandą ćpunów - tak powiedział w książce - wywiadzie Paul McCartney. Ile w gamechangerze jest wpływu narkotyków tego nie jesteśmy w stanie ocenić. Wiemy jedno. Po Revolver powstał Pepper. Kolejna płyta uważana za gamechanger.
Ale o tym innym razem...
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Ostatnio skupiamy się na najnowszej książce Jona Savagea o Joy Division. Poddajemy jej treść analizie i jak dotychczas omówiliśmy rozdziały: szósty (TUTAJ), piąty (TUTAJ), czwarty (TUTAJ), trzeci (TUTAJ), drugi (TUTAJ) i pierwszy (TUTAJ).
Kolejny, siódmy już rozdział książki Jona Savagea obejmuje okres X 1987 - V 1979. Na wstępie rozdziału Paul Morley podkreśla dziwną syntezę muzyków Joy Division. Tak też Salford było wtedy dość niebezpiecznym miejscem, a Macclesfield wręcz przeciwnie. Powodowało to, że między Hannettem, Wilsonem i Grettonem dochodziło do częstych konfliktów, co było bardzo samo w sobie ciekawe.
Morley wspomina, że Hannett był człowiekiem z pogranicza muzyki i biznesu i pierwszym człowiekiem który zażywał narkotyki, jakiego spotkał w życiu. Miał bardzo trudny charakter. Wszyscy razem (plus Alan Erasmus) tworzyli niesamowicie ekscentryczną grupę.
Następnie omawiane jest nagrywanie A Factory Sample - FAC 2 (opisywaliśmy je TUTAJ), które miało miejsce w Cargo Studios, w Rochdale, 11.10.1978. Muzycy Joy Division i Wilson wspominają Martina, który był realizatorem nagrań tego wydawnictwa. JD nagrali wtedy Digital i Glass, które były ich najnowszymi piosenkami dlatego uważali je za najlepsze. Studio było Hannetta, i było wyposażone w cyfrowy system opóźniania dźwięku AMS DB 16.
Stephen Morris wspomina, jak wtedy efekty, które wywarzało to urządzenie były magiczne, za to dziś są dla każdego normalne. Nazywa Hannetta szamanem. Sam Hannett wspomina rzeczy dość dobrze znane, mówi że JD byli prezentem dla realizatora, czystą kartą. Miał linę opóźniającą AMS zaledwie od dwóch tygodni, nazywała się Digital, i była darem niebios. Używała przesterowanych rejestrów, nierealistycznych, dziwnych.
Wspomina też koncert w Salford, kiedy pierwszy raz zobaczył JD i ich fatalne wyposażenie. Wilson twierdzi, że Hannett był pierwszym który stworzył współczesne brzmienie perkusji z opóźnieniem dźwięku. Jednak nie było to proste opóźnianie, bowiem Hannett poddawał dźwięk własnej dodatkowej obróbce ustawiając głośnik maszyny opóźniającej w toalecie (przez lata wszyscy się do tego szaleństwa przyzwyczaili).
Stuart Nevinson z AMS wspomina jak spotykał się z Hannettem, który przyjeżdżał swoim starym Volvo i potrafił godzinami opowiadać o dźwiękach które słyszy w swojej głowie. Na tej podstawie dźwiękowcy tworzyli swoje innowacyjne maszyny.
Jon Wozencroft porusza sprawę tekstu piosenki Digital - ten fragment wypowiedzi jest identyczny, jak przytoczony w filmie dokumentalnym o zespole (chodzi o bipolarną osobowość Curtisa). Peter Saville opowiada o okładce wydawnictwa. Wspomina, jak strasznie ekscytujące było to wyzwanie, kiedy postanowili z Tonym i Alanem wydać pierwszą płytę (Boże Narodzenie 1978).
Lindsay Reade opowiada o śmierci matki Tonyego w 1975 roku i spadku, jaki dostał (15 000 GBP). Była wrogiem trzymania pieniędzy w banku, a Tony jako lewicowiec chętnie przychylił się do idei wydania pieniędzy na realizację płyty. Bardzo się przy tym bawili. Finalna wersja okładki była wytworem Factory, choć zespoły decydowały o naklejkach wewnątrz. Joy Division dostarczyli biało czarny kolaż ze zwariowanym brzuchomówcą. Saville nie miał bezpośredniego kontaktu z muzykami, miał go jedynie tylko przez Tonyego. Wszystko było wytwarzane chałupniczo (opisaliśmy to TUTAJ).
Wilson zaproponował zapakowanie płyt w folię, i żeby była to folia z plastikowych torebek. Wszystkie 5 tysięcy opakowań z folii powstało w domu Alana Erasmusa, Saville jednak nie pamięta jakim cudem udało mu się uniknąć udziału w etapie ich sklejania.
13.01.1979 - ukazuje się okładka NME z Bobem Last z Fast Records i Ianem Curtisem.
Do umieszczenia Iana Curtisa na okładce NME doprowadził Paul Morley, który wyjechał z Manchesteru do Londynu po samobójstwie ojca. Kevin Cummins z kolei przypomina, jak bombardował NME zdjęciami z koncertów w Manchesterze, a Morley niektóre z nich opisywał w NME. Morley miał zadzwonić do Cumminsa i poprosić go o zdjęcia z Manchesteru bo chciał pisać jak najwięcej o tamtejszych wydarzeniach muzycznych. Chciał też przeprowadzić wywiad z JD, i w tym celu umówił się z nimi w pubie i przeprowadził najbardziej nieudany wywiad z zespołem, bowiem ci nie mieli nic do powiedzenia. Wypili znaczne ilości piwa a Kevin wziął zespół na zewnątrz i zrobił zdjęcia, które okazały się o wiele bardziej znaczące niż nieudany wywiad.
Kevin Cummins udziela podobnej wypowiedzi jak w filmie dokumentalnym o zespole, zwraca uwagę na oczy Iana Curtisa. Patrzy w kamerę paląc - ma tak przenikliwy wzrok, że chłodzi wzrokiem patrzących na okładkę. Dalej Cummins przytacza wypowiedź o tym jak powstało słynne zdjęcie na moście (opisywaliśmy to TUTAJ i TUTAJ, ponadto warto zobaczyć dokument TUTAJ).
Dalej Cummins opowiada o zdjęciu Iana Curtisa siedzącego przy długim stole.
Zostało ono zrobione w sklepie Art&Furniture, przy ulicy Cross Street w Chapek Walk. Właścicielem był Jonathan Silver, właściciel kilku sklepów odzieżowych w Manchesterze (w jednym z nich Curtis zakupił garnitur ślubny).
26.01.1979 - Factory I, Russell Club, Manchester. Alan Hempsal opisuje występ JD jako powalający. Działali jak naoliwiona maszyna. Wszystko było minimalistyczne i idealnie dopasowane, Ian w świetnej formie. Byli też w na swój sposób ubrani. Hook opowiada, że ówczesny wygląd zespołu kształtował Ian i Bernard. Kupili koszulki w sklepie dla skautów, ubrania wojskowe w sklepie z militariami (były tanie). Ian zwykle wyglądał normalnie, Steve jak nauczyciel geografii - był ubierany przez matkę. Sumner opowiada, że charakterystyczny krawat kupił w sklepie Oxfam w Charloton (o modzie zespołu pisaliśmy TUTAJ). 27.01.1979 roku ukazuje się recenzja A Factroy Sample Jona Savagea. Opisuje w niej, że JD nagrali mocne piosenki, o klaustrofobicznym charakterze.
14.02.1979 - audycja Johna Peela w BBC Radio 1 i nagrania JD. Jon Wozencroft wspomina, jak ludzie wymieniali się kasetami z nagraniami z audycji Peela, istniał ich nielegalny obieg. C.P. Lee wspomina audycję z piosenkami JD. Kiedy puścił ich piosenkę zaraz po niej odtworzył the Doors i powiedział, że teraz wiadomo jak zespół chce brzmieć. Lee czuł że pierwsze nagrania były zbyt w stylu Morrisona zwłaszcza pod względem tekstów.
Luty 1979 - zespół udziela wywiadu Bobowi Dickinsonowi w New Manchester Review. Wspomina, że pierwszy raz spotkał się z zespołem postpunkowym, wtedy Cummins wykonał zdjęcia. Użyto zdjęcia z mostu. Spotkali się w sali prób T.J. Davidson's Rehealsal przy Little Peter Street (warto zobaczyć TUTAJ) około 18 - 18:30. Poszli do pubu przy połączeniu St. Peter z Albion Street. Barney nie poszedł - powiedział ze nie chce udzielać wywiadów, pozostali z Robem poszli. Wywiad przeprowadzono w małym pokoju na tyłach pubu gdzie był TV. Panowała dość napięta atmosfera zwłaszcza Hook był nastawiony wrogo. Większość zespołów tak się wtedy zachowywała, obawiając się ataków ze strony prasy. Ale Stephen i Ian byli w pełni zrelaksowani.
Ian opowiadał jakie zespoły lubi, o pracy w Rare Records i Iggy Popie. Rob wtedy przyniósł stertę singli z USA z wczesną elektroniczna muzyką taneczną, hip hopem, i powiedział zespołowi że powinni iść w takim kierunku: elektroniczna perkusja, syntezatory, muzyka taneczna. Mimo że byli z innej bajki wzmocnili wtedy brzmienie perkusji, używali jej jak perkusji automatycznej, także słuchając ich muzyki ma się wrażenie, że perkusja jest automatyczna. Były jakby dwie równoległe ścieżki w tym wywiadzie, Dickinson starający się uzyskać odpowiedzi na pytania i Gretton sugerujący zespołowi co powinien teraz robić muzycznie. Było to ciekawe doświadczenie.
4.03.1979 Wilson z Grettonem, w związku z rosnącym zainteresowanie JD jadą do Londynu i spotykają się z impresario Andrew Lauderem. Wtedy w nocy Wilson i Gretton decydują, że sami nagrają płytę JD i pójdą z nią do Warner Brothers. Miała kosztować 10 K GBP, kosztowała 25 K. Zaproponowali podział zysku po 50 %. Siłą napędową był Gretton, który argumentował że skoro A Factory Sample przyniosło zyski (choć niewielkie) to album przyniesie większe, zespół stanie się sławny i popłyną pieniądze.
Lindsay Reade twierdzi, że o ile motywacja Tony Wilsona była czysto idealistyczna to Gretton robił wszystko dla pieniędzy. 14.03.1979 roku zespół występuje w Bowdon Vale Youth Club w Altrincham (patrz TUTAJ i TUTAJ).
Malcolm Whitehead który filmował koncert wspomina, że potrzebowali ostrego światła dlatego chcieli nagrać tylko 2 piosenki. Liz Naylor opowiada o funzinie City Fun (pisaliśmy o niej TUTAJ). Magazyn wcale nie był w stylu punk, jak wiele osób dziś go postrzega.
Następnie omówione są notatki Roba Grettona o utworach Joy Division z których można dowiedzieć się, że na przykład Shadowplay ma bardzo dobry tekst i gitarę, a Day of the Lords dobry tekst.
Po tym następuje opis sesji Unknown Pleasures w kwietniu 1979 roku. Bernard Sumner wspomina nagrywanie, grali głownie live, wiele razy powtarzali, później dodawane były efekty specjalne. W 1979 roku to było niespotykane i bardzo ciekawe doświadczenie. Tony Wilson wspomina jak pierwszego dnia Hannett kazał rozmontować perkusję (scena ta jest uwieczniona w filmie 24 Hour Party People - TUTAJ). Morris i Hook zwracają uwagę na trudności we współpracy z Hannettem, który nie wiedział czego chce, ale mówił że to jest to, kiedy usłyszał to o co mu chodziło. Pojawił się konflikt, bo Joy Division byli bardzo głośni i agresywni na scenie a Hannett chciał to wyciszyć i nadać płycie formę eksperymentu. Sumner wspomina jak Hannett przekształcił bit She's Lost Control. Użył sprayu który nagrał, co wybijało z rytmu Stevena Morrisa.
Hook wspomina, że mimo iż z Sumnerem nie lubili Unknown Pleasures to podczas nagrywania uświadomił sobie, że brzmienie koncertowe i studyjne mogą się od siebie różnić.
Peter Saville wspomina jak powstałą okładka, o czym pisaliśmy TUTAJ. Podkreśla że nie znał muzyki. Uważa, że Factory Sample sprzedał się ponieważ ludzie wyrazili w ten sposób poparcie dla niezależnego wydawnictwa. Unknown Pleasures natomiast zostało zaprojektowane tak, żeby ludzie kupili z powodu atrakcyjnej szaty graficznej. Testową wersję płyty zaproponował mu do odsłuchania Rob Gretton. Znał tylko dwa nagrania zespołu z Factory Sample, i uważał je za bardziej słuchalne od pozostałości na tym wydawnictwie. Niemniej uważał że 40 minut odsłuchu i to w obecności menadżera może być ciężkie do zniesienia. Usiadł więc na kanapie Roba i od pierwszych taktów wiedział, że to będzie jedno z jego ważniejszych doświadczeń w życiu. Jego zdaniem Martin zaproponował sposób zrozumienia muzyki zespołu. Nigdy nie dyskutował o tym z Hannettem, wymienili przez całe życie najwyżej z 20 słów. Żyli w różnych światach. Jego zdaniem Factory można porównać do układu słonecznego. Tony był w orbicie wszystkich, a każdy z nich był osobnym bytem. Tony sprawiał że każdy z nich mógł egzystować.
Wkrótce omówimy kolejny rozdział książki Jona Savage'a - czytajcie nas, codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Sporo wątpliwości pojawia się podczas analizy artykułu z NME (LINK) - jest to ranking najlepiej sprzedających się debiutów w historii muzyki. My melomani czytamy taką listę i oczom nie wierzymy, brakuje bowiem na niej kasowych płyt, które zrewolucjonizowały światową muzykę, zatem zadajmy sobie pytanie: dlaczego?
Zacznijmy od niejasnych kryteriów - autorzy bowiem piszą tak: Klasyfikacja opiera się na połączonych sprzedażach i steamingowaniu w Wielkiej Brytanii, odkąd zaczęto nagrywanie w 1956 roku, a Meat Loaf (zwycięzca rankingu) sprzedał do tej pory ponad 3,5 miliona egzemplarzy „Bat Out Of Hell” w samej Wielkiej Brytanii.
Rodzi się kilka pytań: Jakie serwisy streamingowe były brane pod uwagę? Co z tymi, które już nie istnieją? Co z nośnikami - czy brano pod uwagę tylko winyl, czy też CD? A co z kasetami magnetofonowymi i innymi nośnikami? Warto dodać, że w okresie komunizmu (można podejrzewać, że w krajach - dyktaturach tak jest do dziś) dostęp do płyt był utrudniony, ludzie nagrywali je z radia, rozpowszechniali między sobą - w jaki sposób takiego typu mierniki popularności zostały uwzględnione w rankingu? A co ze wznowieniami publikowanymi w różnych krajach? Wystarczy spojrzeć na Discogs, żeby przekonać się, ze niektóre albumy mają kilkadziesiąt wersji, nie licząc bootlegów. Jak to wszystko liczono? Pytania można mnożyć, a po ich zadaniu odnosi się wrażenie, że NME i ich ranking to jedna wielka kupa g#@na z lokowaniem produktu wewnątrz.
Dlaczego?
Nie ma w rankingu kilku pozycji, które wydane zostały jak nie w milionach, to bankowo w setkach tysięcy. Każdy zbieracz winyli i każdy kto ma jakiekolwiek pojęcie o muzyce, od razu dostrzeże brak kilku potencjalnych płyt, oto pięć z nich:
In the Court of the Crimson King - King Crimson (1969) - (opis TUTAJ) album wielokrotnie pokrywał się złotem i platyną w UK, USA i Kanadzie. Klasyk rocka progresywnego.
Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols - Sex Pistols (1977) - płyta wielokrotnie złota i platynowa, ze tylko wspomnieć British Phonographic Industry, czy Recording Industry Association of America. Eksperci uważają, że pierwsze brytyjskie zespoły punkowe to Sex Pistols, the Damned i the Buzzcocks. Jednak od Pistolsów wszystko się zaczęło...
Kill ’Em All- Metallica (1983) platyna w USA, Kanadzie, UK, Argentynie i ... Polsce... Inne spojrzenie na heavy metal.
The Velvet Underground and Nico (1967) - The Velvet Underground, ktoś w 1967 roku potrafił nagrać coś TAK odlotowego? Wątpię... Klasyk i mistrzostwo świata.
Script for a Jester's Tear (1997) - Marillion (opisany TUTAJ), platyna... Inne spojrzenie na rock progresywny, można zaryzykować tezę, że lifting Genesis z Gabrielem. Ale na bardzo zaawansowanym poziomie technologicznym. Poza tym znakomity concept - album.
Przykłady można mnożyć.
Czasami dochodzi się do wniosku, że w Internecie można opublikować wszystko. Pytanie, czy takie poważne witryny jak NME mogą sobie na takie głupoty pozwolić? Choć z drugiej strony, skoro wielu młodych nie wie kim byli the Beatles, można dojść do wniosku, że nie wiedzą też, kim byli King Crimson, czy Marillion. A takim można wciskać dokładnie wszystko.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Paul Morley (ur. 1957 r.) jest angielskim dziennikarzem muzycznym (więcej o nim TUTAJ) Pisał dla New Musical Express w latach 1977-1983, a później dla wielu innych czasopism, w tym dla New Statesman, the Sunday Telegraph, NME, the Observer i the Guardian.
Pisał także książki. Warto wymienić kilka tytułów: Ask: The Chatter of Pop, Words and Music: A History of Pop in the Shape of a City, Joy Division: Piece by Piece: Writing About Joy Division 1977–2007 i Joy Division: Fragments. W zasadzie każdy, kto choć trochę interesuje się brytyjską sceną muzyczną prędzej czy później natknie się na którąś z jego publikacji. W jego biogramie poza tym podkreśla się, że współzałożył wytwórnię ZTT Records i był członkiem synthpopowej grupy Art of Noise. Z racji wielu publikacji i generujących je spotkań z czytelnikami, wywiadów etc. jest osobą znaną. Co więcej więc można by o nim napisać, to znaczy co nowego? Zacznijmy może od początku:
Dorastał w Stockport, w Cheshire. O tym i o skrawku ziemi określonym jako The North napisał książkę pod tym właśnie tytułem. W zasadzie jest to jego własna, autorska wizja Północy, rozciągająca się na 580 stron, wcale niesentymentalnej podróż przez okolice, z którymi on i tak wielu muzyków czuje się więź. Dla Morleya ta Północ jest tak bardzo ważna z dwóch powodów. Po pierwsze Północ, pełni rolę swoistego kompasu, który określa mu właściwy kierunek na mapie życia. Sam tak o tym napisał: Byłoby cudownie, gdyby ludzie sami zrobili coś podobnego, nagrali płytę, sporządzili opis. Może to [jego książka] jest tego szablonem. Myślę, że moja książka jest produktem na miarę ery Google. Bo czym dzisiaj może być książka kontekście istnienia cyfrowego świata. To sposób, w jaki możemy się dostosować do niego i znaleźć własną Północ. To odważny pomysł, ale wierzę, że to możliwe (LINK).
Drugi powód jest jeszcze bardziej osobisty. Otóż ojciec dziennikarza, Leslie Morley, który pochodził z Południa Anglii, osiadł na Północy ze względu na żonę. Jednak nie potrafił się zaaklimatyzować do nowych warunków. Miał depresję, leczył się, lecz często odstawiał leki, bo nie tolerował skutków ubocznych leczenia. Aż pewnego czerwcowego poranka 1977 roku wsiadł do samochodu i udał się z rodzinnego domu w Stockport do oddalonego 140 mil na południe do Stroud w Gloucestershire, gdzie zatrzymał się w odosobnionym miejscu i popełnił samobójstwo. Miał 41 lat… Paul, który wtedy mieszkał w Londynie, gdzie pisał dla New Musical Express, został zmuszony do powrotu do Reddish, aby zaopiekować się mamą i dwiema młodszymi siostrami, Jayne i Carol. Po wielu, wielu latach Morley zastanawiając się nad powodami śmierci ojca zauważył, że mógł załamać się po radzie swojego lekarza aby wziął się w garść. Prawdopodobnie mogło to przeważyć szalę… (LINK).
Wracając do Paula, trzeba zauważyć, że jego życie zdeterminowało dwóch ludzi: jego ojciec Leslie Morley i Mr. Manchester, Tony Wilson. Paul natknął się na niego gdy miał 18, wydawał wtedy fanzin Out There, na który Wilson zwrócił uwagę. Dokładnie nie wiadomo kiedy spotkali się pierwszy raz osobiście, było to w połowie lat 70., w jednym z tych obskurnych klubów Manchesteru, w których rodziła się muzyka tego miasta.
Wilson, który miał wówczas dwadzieścia kilka lat (był siedem lat starszy od Morleya), już wtedy był uważany za charyzmatycznego dziennikarza i miał status gwiazdy Granady, miejscowej TV, `za którym już wtedy szła legenda o tym, że urodzony w Salford kształcił się w Cambridge młody dziennikarz zmienia brytyjską scenę muzyczną... Szukając nowych talentów, młodych mało znanych muzyków, którzy mogliby wystąpić w jego programie So It Goes, chodził na koncerty, czym wzbudzał niepokój wśród młodszych, fanów punka, takich właśnie jak Morley.
Morley natomiast faktycznie uczestniczył we wszystkich prawie wydarzeniach lat 70. Był także na legendarnym, pierwszym koncercie Sex Pistols w Manchesterze w Lesser Free Trade Hall – tym, który uważany jest za inspirację dla pokolenia muzyków z Manchesteru i katalizatora powstania sceny muzycznej (LINK). Wilson twierdził, że również na nim był, lecz Morley tego nie potwierdza: nie byłoby jak go przegapić w tłumie czterdziestu osób. Niemniej to Wilson usłyszał wezwanie ducha czasu. I stworzył wytwórnię, która zmieniła miasto oraz muzykę pop na całym świecie. Za to Morley umiał ten proces ująć słowami. Jego artykuły skrzące się od skomplikowanych porównań, surrealistycznych opisów i uduchowionej prozy szybko znalazły wiernych czytelników. To on nazwał brzmienie Durutti Columnbłyszczącym dźwiękiem gwiaździstej odmienności. Muzyka w tamtym czasie, była według niego kwestią życia lub śmierci, ponieważ wydawało się że istnieje po to, by ratować życie przed przeciętnością, pospolitością, ślepym podążaniem za autorytetem, szczególnie za rodzicami, w zależność finansową i ślepe zaułki emocjonalności.
Wilson odkrył talent Morleya, czym ten był oczywiście zachwycony. Rekrutacja pisarza nastąpiła w prosty sposób - Wilson odwiedził go w domu, wprawdzie podczas jego nieobecności, jednak oczarował jego matkę, która opowiadała tę historię do końca życia. Niedługo potem Morley pisał dla NME, a Wilson tworzył Factory Records. Obaj zatem byli na siebie skazani.
Po latach Morley opisał ich relacje, rzucające światło na osobowość Wilsona: Kiedy był tobą zainteresowany, czułeś że umieszcza cię w centrum swojego świata. Jeśli zauroczenie mijało, zwykle z dnia na dzień, było to jak wyrzucenie w kosmos.
I tak stało się też z Morleyem. Został wyrzucony w kosmos z końcem 1978 roku, gdy wbrew radom Wilsona przyjął stały etat w NME. Mr Manchester próbował go zatrzymać, udzielając mu wywiadu w Granadzie, ale nie powstrzymał pisarza przed wyjazdem do Londynu. Tam jednak i tak pisał o Factory. W 1979 r. zrecenzował w NME album Joy Division.
W 1982 roku, podjął próbę pojednania się z Wilsonem, pisząc o New Order i okraszając swój tekst cytatami poezji Blake'a i Yeatsa. Pogodzili się, a raczej znów potrzebowali się nawzajem. Morley pojawiał się w programach telewizyjnych, które prowadził Wilson i w 2007 roku po zdiagnozowaniu raka został przez niego nakłoniony do napisania jego biografii. Faber, wydawca książki tak to opisał: To właśnie Morleyowi Wilson przedłożył niezbyt zachęcającą prośbę o napisanie tej książki. Choć znów według Morleya oficjalnego zaproszenie nigdy nie było, oferta raczej wynikła sama z siebie. I tak powstała publikacja licząca prawie 600 stron: From Manchester with Love, która wyszła czternaście lat po śmierci Wilsona....
Zawiera ona niezwykle interesujące fakty z życia Wilsona, których Morley był naocznym świadkiem. Dowiadujemy się z pierwszej ręki na przykład jak wyglądała reakcja Wilsona na wiadomość o samobójstwie Iana Curtisa: Pchnąłem drzwi, leżał na podłodze w pokoju montażowym w pozycji płodowej i płakał... Był całkowicie zdruzgotany. Dlatego zawsze nienawidziłem sposobu, w jaki został przedstawiony w filmie 24 Hour Party People, jakby przyjął to spokojnie, do kamery, w trakcie nagrywania. Śmierć lidera Joy Division w ogóle była wielkim wstrząsem dla osób z otoczenia Wilsona. Morley cytuje także opinię Lindsay Reade, pierwszej żony Wilsona: Nienawidziłam Factory. Nie chciałam, żeby istniała po śmierci Iana. Czułam, że to, czym stało się Factory, zniszczyło Iana, więc chciałam zniszczyć Factory. Zrobiłam to. Chciałam ją zniszczyć... Czułam, że to go zabiło, chaos, na którym zbudowano Factory, niesamowita energia tych dziwacznych ludzi, którzy wywoływali zamieszki, wypuszczając z siebie to coś na zewnątrz (LINK).
Morley także, jako jeden z niewielu ma kontakt z Alanem Erasmusem, najbardziej tajemniczym człowiekiem Factory Records - w książce zmieścił opis Alana dotyczący zerwania kontaktów a potem pogodzenia się z Wilsonem: Uważałem, że sposób, w jaki zachowywał się po rozwiązaniu Factory, był niewłaściwy. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą latami, Może raz, kiedy zadzwonił do mnie, żeby powiedzieć mi o śmierci Roba [Grettona], po jakichś siedmiu, ośmiu latach od ostatniej rozmowy. Na pogrzebie trzymaliśmy się z daleka. I tyle. Było tak póki nie zachorował. Zauważyłem reklamę z pierwszą stroną Evening News przed kioskiem przy Stockport Road – „Potentat muzyczny umierający na raka” – i pomyślałem: Cóż, to będzie albo o Peterze Watermanie, albo o Tonym Wilsonie. Wszedłem do sklepu i w gazecie było zdjęcie Tonyego. Więc wtedy już wiedziałem. Od razu pomyślałem, że może powinniśmy jakoś to załatwić. Uporządkować to, a następnie pójść własną drogą." Ostatnia wiadomość Wilsona do Morleya brzmiała pogodnie: „Wkraczam w kolejną wielką przygodę, wszystko zostanie ujawnione, idę w górę i dalej, niech Bóg błogosławi".
A teraz, co się z nim dzieje? Morley stał się wielkim koneserem muzyki klasycznej. Uwielbia Mozarta. I nadal pisze. Utrzymuje kontakt z zaprzyjaźnionymi muzykami. I sam także gra.
W lipcu tego roku Boz Hayward za pośrednictwem mediów społecznościowych dziękował pisarzowi za wsparcie podczas Pandemii, za inspiracje. Za to, że dzięki niemu mógł znaleźć swoje stare brzmienie i nagrać nowy singiel (LINK).
Boz Hayward tą piosenką i kolejną reaktywował zespół Different Noise, następcę Art of Noise, do którego należał Paul Morley. Koło się zamyka...
I jeszcze życie osobiste: Morley w 1985 roku poślubił Claudię Brücken (wtedy z zespołu Propaganda), niemiecką piosenkarkę i autorkę tekstów. Ma z nią dwoje dzieci, syna (Daniela) i córkę (Maddy). Rozstali się, gdy Claudia w 1996 roku rozpoczęła współpracę ze współzałożycielem OMD Paulem Humphreysem.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
Dziś omawiamy kolejny fragment z książki Micka Middlesa i Lindsay Reade (poprzednio omówione fragmenty: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21 i 22).
Kolejny fragment książki poświęcony jest opisowi epilepsji. Jeśli chodzi o MarkaReedera wynikała ona z przepracowania. Lekarze doradzili mu, żeby porzucił pracę w barze, co uczynił i od tego czasu ataki ustały. Ian czuł się z epilepsją wyobcowany. Kiedy wracali z Niemiec do UK miał atak, wtedy Hooky powiedział Reederowi, żeby go zostawić aż atak ustanie. Rzeczywiście po 20 minutach wszystko wróciło do normy.
Istnieje kilka rodzajów ataków padaczkowych, słabsze petit mal i mocne - grand mal. Ian miał te drugie. Ataki zmieniają też nastrój, także idiotyzmem było to, że po nich wychodził na scenę. Podobnie jest z lekami, tutaj w zasadzie lekarze eksperymentują i dobierają je indywidualnie do pacjenta.
Vini Reilly twierdzi, że leki rozregulowały Iana. Chodzi o psychikę, mimo tego, że padaczka nie została dzięki nim wyeliminowana.
Pod koniec 1978 roku ukazał się niesamowity album Throbbing Gristle - z niego piosenka Weeping szczególnie zauroczyła Iana (warto zobaczyć nasze teksty o przyjaźni między Curtisem a Genesis P. Oridgem - TUTAJ).
Kolejny, dziewiąty już rozdział książki nosi tytuł Monochrome. Poświęcony jest ważności zdjęć jakie wykonał Kevin Cummins zespołowi, z których jedno znalazło się na okładce NME w pierwszym numerze 1979 roku. W zasadzie ten fragment nie wnosi żadnych nowych informacji do publikowanych już na naszym blogu, może poza tym, że zdjęcie Iana Curtisa na okładce NME, obok innych zdjęć, zostało umieszczone przez przypadek. W zasadzie rozważano umieszczenie zdjęcia kapeli Spherical Objects, ale Morley po dni przybywania z zespołem wraz z Cumminsem, dostrzegł w nich jakiś potencjał.
Od początku wyróżniał się Ian, jeszcze w czasie Warsaw kiedy grali kiepskie piosenki. Podczas sesji dla NME Cummins wykonał też pamiętne fotografie z TJ Rehersal - na tle czarnych ścian.
W rzeczywistości ściany pomalowane były na ciemny brąz, tak wspomina kolor Terry Mason. Była to bardzo tania farba, prawdopodobnie kradziona. Fotografie były czarno-białe bo ta była tańsza od kolorowej. Cummins wspomina, że chciał świadomie fotografować zespół jako ponury (pisaliśmy o tym TUTAJ), to nie było łatwe bo chłopaki dużo żartowali, zwykle czekał aż przestaną się śmiać i wtedy fotografował.
W styczniu 1979 roku zespół nagrał swoją pierwszą sesję dla Johna Peela w Maida Vale w Londynie pod okiem Boba Sargeanta (pisaliśmy o tej sesji TUTAJ). Grali głównie na żywo a producent i inżynier Nick Gomm pozbawili ich brzmienia jakie nadał im dla Factory Martin Hannett.
C.D.N.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w mainstreamie.
W kolejnej, trzeciej już części streszczenia książki Jamesa Nice'a (pierwszą opisaliśmy TUTAJ, drugą TUTAJ) przyszła pora na opis bolesnego powstawania debiutu Joy Division, czyli albumu Unknown Pleasures. Skupimy się na faktach o których pisaliśmy na blogu bardzo mało, albo wcale, bo album opisywany był u nas wielokrotnie (TUTAJ).
Na wstępie tego rozdziału Nice opisuje jak Factory promowało przez serię koncertów wydanie swojej A Factory Sample (warto zobaczyć TUTAJ). Dzięki okładce w NME (TUTAJ) i audycji Johna Peela (warto zobaczyć TUTAJ) zespół rozpoczął budowanie międzynarodowej kariery. Peel, mimo że pochodził z Liverpoolu oparł się panującej wtedy modzie na zespoły stamtąd, poza tym miasto było pod mocnym wpływem muzyki the Doors. Powiedział w wywiadzie, że nie obdarzał Joy Division specjalnymi prawami - po prostu kibicował im, tworzyli ciekawą muzykę, i byli jednym z wielu zespołów które lubił, tym bardziej, że pojawili się znikąd.
A Factory Sample wygenerował zyski, sprzedano go w 4700 kopiach i uzyskał pozytywne recenzje, mimo, że muzyka na nim była zróżnicowana (warto zobaczyć TUTAJ). Dwie piosenki jakie na albumie zamieścili Joy Division wykreowały inteligentny obraz zespołu. Artykuł Morleya w NME stawiał zespół wśród największych nadziei muzycznych roku 1979. Wywiad z zespołem jednak był słaby, tak jakby kolejne pytania sprawiały, że coraz bardziej się wycofują. Wypadli kiepsko na tle np. Spherical Objects. Według Hooka ten wizerunek był świadomie narzucony przez Roba Grettona, który uważał że muzyka obroni się sama bo jest piękna. W wywiadzie padła zapowiedź nagrania albumu dla Factory. Gretton w tym czasie odkupił nagrania od RCA, ale porzucił pomysł wydania ich po zremiksowaniu przez Hannetta. Założył też Fractured Music pozwalające na pełnoprawne pozostanie menadżerem zespołu, i w zasadzie na posiadanie takich samych praw jak pozostała czwórka.
Factory miało zbyt mały zysk z A Factory Sample więc Gretton zaczął rozglądać się za innymi wytwórniami. Paradoksalnie, żaden z artystów z debiutu Factory nie był w stanie popchnąć wytwórni na wyższy poziom. Gretton szukał także poza Manchesterem, na przykład trafił do Genetic Records do Londynu. Wytwórnia była własnością Martina Rushenta. Jego asystentka powiedziała mu o ciekawej kapeli z Manchesteru, więc postanowił zobaczyć Joy Division live i szczęka opadła mu do podłogi. Tym sposobem zaproponowano zespołowi nagranie demo.
W studio Eden w marcu zespół nagrał 4 piosenki - Insight, Glass, Transmission i Ice Age (zamieszczono je na bootlegu zaprezentowanym przez nas TUTAJ).
Podczas nagrywania supportowali the Cure na koncercie w Marquee. Co ciekawe, kilka tygodni wcześniej Cure grał dla Factory w Hulme. Zespół był po wydaniu pierwszego albumu Three Imaginary Boys, a Gretton wyraził swoje niezadowolenie że tytułowa piosenka nie odniosła wielkiego sukcesu.
Podczas nagrywania demo komunikacja z Ianem była bardzo dobra, był bardzo pracowity, a Rushent biegał po różnych firmach reklamując zespół. Wielu jego przyjaciół uznało, że zespół będzie wielki. W końcu Rushent trafił do Warners. Facet z wytwórni powiedział mu, że ma uszy w tyłku i odmówił wydania albumu Joy Division. Tym oto sposobem Unknown Pleasures finalnie wydało jednak Factory... Faktem jest, że pewnie pod opieką Rushenta zespół nagrałby bardziej tradycyjny album, z którego Martin Hannett uczynił muzyczne arcydzieło...
Ciąg dalszy nastąpi.
Czytajcie nas - codziennie nowy wpis, tego nie znajdziecie w manistreamie.